Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

LittleM

Zamieszcza historie od: 25 kwietnia 2016 - 12:24
Ostatnio: 11 grudnia 2017 - 10:27
  • Historii na głównej: 15 z 17
  • Punktów za historie: 2949
  • Komentarzy: 184
  • Punktów za komentarze: 1961
 
poczekalnia

#80967

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem w jaki sposób szkoleni są wolontariusze DKMS, ale powinni być szkoleni lepiej.

Wczoraj zadzwoniła do mnie szwagierka, działaczka tej i kilku innych fundacji. Trochę się zdziwiłam, bo raczej nie dzwonimy do siebie bez okazji. No ale rozmawiam o pogodzie, nadchodzących świętach i innych nieistotnych sprawach. Aż postanowiła przejść do konkretów.
Sz: Słuchaj, a może oddała byś krew? Teraz jest taka fajna akcja.
Ja: Przykro mi ale, nie mogę.
Sz: No mogła byś się wreszcie odwdzięczyć za te dwie jednostki trzy lata temu! ( Swoją drogą świetna pamięć.)
Ja: Nie mogę. Mam zdiagnozowaną chorobę autoimmunologiczną, która mnie dożywotnio wyklucza z dawstwa.
Sz: No przecież nie musisz się przyznawać w RCK!

Wryło mnie. No tak, bo te zasady są po to, żeby były, a nie po to, żeby komuś nie zaszkodzić. Mam nadzieję, że to odosobniony przypadek.

krwiodawstwo wolontariusze

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (107)

#80787

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie trafił.

Szyję, głównie dla siebie i swojej rodziny, ale zdarza mi się też przyjąć zlecenia od znajomych, czy dalszej rodziny. Na początku zeszłego tygodnia zadzwoniła do mnie teściowa. Kuzynka (którą widziałam tylko na jakichś weselach i nawet nie poznałabym na ulicy), spodziewa się dziecka i czy nie mogłabym jej uszyć "po taniości" kocyka, takiego jaki teraz jest w modzie. Bo młode małżeństwo, bo kredyt, a wyprawka tyle kosztuje. Tylko trzeba się streszczać, bo termin porodu na już. No i dałam się ugadać. Trochę dlatego, że z moją teściową mam naprawdę przyzwoite kontakty, a trochę dlatego że sama nie tak dawno kompletowałam wyprawkę i przerażały mnie koszty. Zgodziłam się uszyć kocyk w zamian za zwrot kosztów materiału.

Z przyszłą mamą kontakt przebiegał bezproblemowo. Bardzo spodobała jej się propozycja wykorzystania materiałów bardzo zbliżonych wyglądem i właściwościami do tych "modnych", ale o tyle lepszych, że wykonanych z bawełny, a nie poliestru. Są nieco droższe, ale różnica w użytkowaniu kolosalna. Zresztą i tak zapłaciłaby o niebo mniej niż gdziekolwiek indziej. Kolory i wzory wybrane, koszt ustalony. Wszystko super.

Wczoraj skończyłam szyć, z własnej inicjatywy dorobiłam jeszcze poduszeczkę z resztek materiału. Dziś wysłałam zdjęcia z prośbą o podanie adresu i moim numerem konta, oraz informacją, że jak tylko pieniążki znajdą się na koncie wyślę paczkę.

W odpowiedzi stwierdziła, że w sumie to ona by jednak chciała w innym kolorze. Noż... To po co pytałam się trzy razy, czy na pewno taki ma być? Po co pisałam, że zamawiam i jutro już nie da się zmienić? Odpisałam, że w takim razie ma mi jeszcze zwrócić koszt kolejnego materiału, kuriera i dorzucić za robociznę. Kwota nadal niższa niż wartość rynkowa, choć już niewiele. Nie, bo przecież umawiałyśmy się na konkretne pieniądze i ona ma prawo zmienić zdanie. No nie, bo umawiałyśmy się na konkretną pracę, a nie wykonanie jej dwa razy i ponoszenie przeze mnie dodatkowych kosztów.

Nie minęło pół godziny od zakończenia rozmowy, kiedy teściowa zadzwoniła do mnie z pytaniem, co ja odwalam. Oczywiście sytuacja została opisana zupełnie inaczej. Podobno nagle zaczęłam się domagać więcej pieniędzy, niż za firmowy. No i oczywiście nic nie wspomniała o zmianie zdania. Po przejrzeniu screanshotów, teściowa zadzwoniła jeszcze raz. Z przeprosinami.

Jutro komplet wstawiam na alledrogo. Przyda się zastrzyk gotówki przed świętami.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (148)

#80502

(PW) ·
| Do ulubionych
Skoro na fali są historie kolejkowo-przychodniowe, to i ja dodam swoją.

Młody miał wtedy niecałe pół roku i dostał kaszlu. Wizyta umówiona na konkretną godzinę i informacja z rejestracji, że z tak małymi dziećmi wchodzi się o umówionej godzinie, choćby obsuwa w kolejce była duża. Przyszłam i na szczęście nikogo nie było, a w gabinecie pacjent. Super nie będzie problemów.


Zaczęłam zdejmować z młodego jeszcze jedną warstwę ubranek, żeby poszło szybciej. W tym momencie przyszła Pani w wieku emerytalnym i zapytała kto w kolejce do doktora S. Odpowiedziałam, że my teraz wchodzimy i nikogo innego nie ma. Babka nie usiadła, tylko kręciła po poczekalni. Kiedy tylko otworzyły się drzwi gabinetu nabrała szybkości pendolino, ominęła mnie stojącą prawie w drzwiach i zatrzasnęła mi je przed nosem. Nie miałam szans na jakąkolwiek reakcję.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (145)

#80231

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy okazji historii "kościelnych" przypomniały mi się wydarzenia z przed paru lat. Wśród moich znajomych była para z dość długim stażem. Świetnie się dogadywali, mieli wspólne pasje, podobne podejście do życia i wszyscy uważali, że to naprawdę dobrana para. On zdeklarowany ateista, który nie przyjął żadnych sakramentów (nie był nawet ochrzczony). Ona katoliczka, ale z tych co do kościoła chodzą dwa razy do roku na Boże Narodzenie i Wielkanoc, a przykazań przestrzegają, tylko kiedy im to pasuje. Nikt nie spodziewał się jakichś większych zgrzytów na tle religii.

Wszystko było w porządku aż do czasu zaręczyn. Ona oświadczyła, że chce ślubu kościelnego. On powiedział, że skoro dla niej to takie ważne, świetnym rozwiązaniem będzie ślub jednostronny. Z grubsza w kościele ona przysięga przed Bogiem, a on tylko podpisuje papiery cywilne. I tu nastąpił foch stulecia. Bo ona chce "normalnego" ślubu i "co ludzie powiedzą". Zażądała od niego, że natychmiast ma sobie zorganizować sakramenty, a potem sobie może dalej nie wierzyć.

Po długich miesiącach prób rozmów i tłumaczeń on zerwał zaręczyny argumentując, że nie może spędzić życia z osobą która kompletnie nie szanuje jego poglądów. Ona jeszcze długo opowiadała wszystkim jak podle została porzucona.
Które z nich było bardziej piekielne oceńcie sami.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (199)

#79996

(PW) ·
| Do ulubionych
Muszę się przyznać, że historie o „madkach z horom curkom” uważałam do tej pory za mocno przesadzone i podkoloryzowane. Niestety muszę zmienić zdanie i zacząć w nie wierzyć.

Szyję. Głównie dla siebie i swojej rodziny, ale raz na jakiś czas zgadzam się na niewielkie zlecenia dla kogoś znajomego. Dodatkowe parę groszy zawsze się przyda. Zwykle działa to tak, że wspólnie wybieramy materiały, ja zamawiam (jako stała klientka mam zniżki), a osoba dla której szyję za nie płaci i dodatkowo za moją pracę.

Nie jestem profesjonalną krawcową, ale każdą pracę wykonuję z dużą dbałością o szczegóły, tym bardziej jeśli jest „dla kogoś”. Do tej pory działało bez zarzutu.

Wczoraj skontaktowała się ze mną „znajoma znajomego” z prośbą o komplet dresików dla dwójki dzieci. Pewnie od razu bym się nie zgodziła, bo kobietę widziałam ze dwa razy w życiu i nie sprawiła na mnie dobrego wrażenia, ale akurat cierpię na nadmiar wolnego czasu, więc czemu nie. Wszystko ustaliłyśmy – mają być dwie bluzy z kapturem i cztery pary spodenek, jak starczy materiału, to dwie czapeczki. Ok.

W końcu pada: „To 15 zł ci starczy? Albo borówka, w żadnej Biedronce już nie ma!”.

Zamurowało mnie i chyba z tego szoku zaczęłam się tłumaczyć. Że nici, że prąd, że konserwacja maszyny, że to wszystko nie jest za darmo, że chyba zgubiło jej się zero z tyłu, że mój czas też jest coś warty, a maskotki mnie nie interesują.

„Ale moje dzieci są chore!”

Dopytałam, o co chodzi, bo jak ostatnio się widziałyśmy, to było wszystko ok, ale to dawno było, więc może coś się zmieniło.

„A, bo znowu się przeziębiły”.

Opadło mi wszystko, co mogło opaść. Odpisałam, że jednak nic jej nie uszyję, a jak będę miała ochotę na pracę charytatywną, to sobie sama jakąś znajdę.

Odpowiedź? „Pieprz się, ty głupia cipo!”.

madka

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (205)

#79888

(PW) ·
| Do ulubionych
Dopiero drugi dzień przedszkola, a mi już skoczyło ciśnienie.
W szatni czekałam, aż młody zmieni buty, kiedy zwróciłam uwagę na tatę z mniej, więcej pięcioletnią córką. Mała gil do pasa i kaszel taki, że mnie płuca zabolały. A tatuś instruuje:
- No, a teraz wycieraj nosa. Masz nie smarkać i nie kaszleć dopóki tata nie pójdzie.

A potem zdziwienie, że dzieci w przedszkolu bez przerwy chorują.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (146)

#79772

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy okazji historii o sklepie zoologicznym przypomniało mi się wydarzenie sprzed mniej więcej 20 lat.

W tym czasie moja mama prowadziła hodowlę kotów rasowych. Pewnego dnia zadzwoniła do niej Piekielna. Chciała oddać kota z rodowodem.

Wprawdzie kupiła go w innej hodowli, ale tam go nie chcą przyjąć z powrotem. A ona kota musi oddać, bo…

Za głośno mruczy i ona nie może spać.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (139)

#79563

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio było sporo o tym, że dzieciom się na wszystko pozwala. Napiszę jak to wygląda z drugiej strony. Mam 3 latka, którego staram się nauczyć, że nie zawsze dostaje się to co się chce, a rykiem niczego się nie osiągnie. Generuje to mnóstwo piekielnych sytuacji. Opiszę te, które najbardziej zapadły mi w pamięć.

1. Znana drogeria, w okolicach kasy słodycze. Młody jojczy o kinder jajo. Nie drze się, nie ryczy. Po prostu na różne sposoby prosi mnie o zakup, tyle że bez przerwy. Co jakiś czas powtarzam, że nie kupimy bo w domu są słodycze. Na to włącza się obrończyni pokrzywdzonych:

P1: No kupi mu pani! Tak ładnie prosi! TO TYLKO DZIECKO!

Ignoruję, ale młody podłapał i jojczy jeszcze bardziej. Już wyszliśmy, a nagle wybiega P1 i wręcza mu jajo:

P1: Masz słoneczko, twoja mama taka niedobra.
Noż...

2. Market, pozwalam młodemu wybrać sobie jeden (!) samochodzik. On nie może się zdecydować. Stoimy w alejce nie blokując nikomu przejścia. Młody wpada na pomysł, żeby kupić mu dwa. Tłumaczę, że musi wybrać jeden. W pewnym momencie słyszę:

P2: No kupi mu pni dwa, przecież to tylko 10 zł.
Taa... Gdybym wydawała 10 zł za każdym razem kiedy dziecku coś się podoba, to szybko poszłabym z torbami.

3. Ten sam market, kolejka do kasy. Przed nami dwie osoby. Tym razem młody drze się, bo chce wafelka. Tłumaczę, że zaraz będzie obiad, a poza tym dopóki krzyczy na pewno nic nie dostanie. Chór głosów namawia mnie, żebym jednak kupiła, bo "TO TYLKO DZIECKO".
Tak, wiem, że bachor drący się wniebogłosy wiele osób denerwuje. Naprawdę to rozumiem. Ale przykro mi, ja też muszę zrobić zakupy i nie zamierzam wpajać dziecku, że jak się rozkrzyczy to dostanie co tylko zechce.

4. Znowu kolejka do kasy. Chyba najdziwniejsza sytuacja, bo tym razem młody niczego się nie domagał. Co jakiś czas pokazywał na coś i chciał wiedzieć "co to". Nagle jakaś kobieta zaczyna do niego gadać:

P4: O, jaki ty ładny jesteś! A jak masz na imię?! A ile masz latek?!

Nie lubię tego, ale też nie uważam za powód do urządzania afery. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.

P4: Powiedz mamie, żeby ci kupiła czekoladkę, albo batonika, albo lizaka. No popatrz, mama nie kupiła żadnych słodyczy. No jak, tak można!

Poradziłam kobiecie, żeby zajęła się własnym koszykiem, ale szczerze mówiąc byłam w lekkim szoku.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (233)
zarchiwizowany

#79361

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Często ludzie narzekają na dzieci sikające wszędzie gdzie popadnie. Tak było też na placu zabaw na który chodzimy. Dookoła bloki mieszkalne, szkoła ( na wakacje zamknięta) i ośrodek zdrowia (klucze dostępne tylko dla umówionych pacjentów). Także sporo małych dzieci sikało w żywopłot. Na początku wakacji postawiono toitoja, co bardzo mnie ucieszyło. Dzisiaj właśnie nadszedł ten dzień, gdy trzeba skorzystać już teraz, natychmiast. Szkoda tylko, że jakiś ch...j zablokował zamek i nie da się wejść. Niestety żywopłot znowu ucierpiał.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (82)

#79166

(PW) ·
| Do ulubionych
Skomentowałam historię o sikających dzieciach i przy okazji przypomniało mi się pewne wydarzenie.
Warszawskie Zoo, dzień wolny od pracy, pogoda przepiękna, więc tłumy ludzi. W tym moja mama, ja i mój świeżo odpieluchowany dzieć. Spacerujemy, oglądamy zwierzątka i nagle słyszę "mama siusiu". Czas na znalezienie odpowiedniego miejsca około minuty, ale jesteśmy tuż obok pawilonu z toaletą. Lecimy.

No jednak nie. Moja mama łapie młodego, ściąga majtki i wystawia pod najbliższym krzakiem nawet się nie rozglądając. Genitalia mógł zobaczyć prawie każdy. Byłam wściekła, ale spokojnie (raz że miejsce publiczne, dwa że przy dziecku) mówię, że zdążylibyśmy skorzystać z przeznaczonego do tego miejsca. W odpowiedzi usłyszałam "Ale z Ciebie idiotka, z dziećmi nie chodzi się do publicznych toalet".

Dziecko nie zawsze jest w stanie na tyle długo wstrzymać się z potrzebami fizjologicznymi, żeby zdążyć do toalety i czasem trzeba wysadzić w miejscu do tego nieprzeznaczonym. Staram się unikać takich sytuacji, ale niestety nie zawsze się da. Podejście mojej mamy jest dla mnie nie do przyjęcia.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (196)