Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Lobo86

Zamieszcza historie od: 17 kwietnia 2018 - 7:19
Ostatnio: 16 lipca 2018 - 23:48
  • Historii na głównej: 4 z 5
  • Punktów za historie: 705
  • Komentarzy: 147
  • Punktów za komentarze: 552
 

#82460

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając o piekielnościach rodzinnych przypomniała się pewna historia sprzed kilku już lat...

Tło wydarzeń: z moją partnerką (obecnie żoną) wynajmowaliśmy mieszkanie, które zajął komornik, bo właściciel nie spłacał kredytu i w pośpiechu musieliśmy je opuścić. Na domiar złego, w czasie przeprowadzki, poważnie skręciłem nogę w kostce. Generalnie taki okres w życiu, co to wszystko pod górkę, wiatr w oczy, kotwica w plecy i tak dalej. Chcąc - nie chcąc wylądowaliśmy u moich rodziców na blisko 2 miesiące. Był to czas, kiedy moja o 10 lat młodsza siostra miała studniówkę...

Jako, że lata już z nimi nie mieszkałem to atmosfera napięta. Dość napisać, że z rodziną widujemy się jedynie, kiedy czegoś potrzebujemy (oni ode mnie lub odwrotnie). Zero telefonów czy jakiegokolwiek kontaktu, ale do rzeczy....

Moi rodziciele to pracoholicy. Tacy rasowi. Więc wszystko jest załatwiane na zasadzie "jest jeszcze dużo czasu", a potem pobudka z ręką w nocku z okrzykiem "o kurde nie zdążymy". Nie inaczej było z szykowaniem mojej siostry na studniówkę. Matka obiecywała zakupy, fryzjera, kosmetyczkę. Czyli taki komplet spod hasła "must have" dla dziewuchy na takie wydarzenie.

Zakupy. W tym na szczęście nie uczestniczyłem, ale w dniu zakupów awantura za awanturą leciała. Matka gustu generalnie nie ma za grosz, a posłuchać innych też nie chce. Dramat siostry okrutny. Kiecka jeszcze w miarę, ale reszta....albo nie ma w ogóle jak torebki (zdaniem matki mogła zabrać rzeczy w plecak jak potrzebowała czegoś) lub dobrane jak dla 50letniej dewoty, która idzie na lokalne zebranie miłośniczek kotów jedynie dla kawy z wkładką. Generalnie żal patrzeć na zebrany zestaw. Kolejna awantura z mojej winy (wedle matki), bo czepiam się bezpodstawnie i podjudzam, choć siostra ze łzami w oczach wróciła z zakupów. No nic - poszły wymienić buty. Wróciły. Matka zła, siostra happy. Buty zdecydowanie ładniejsze i wygodniejsze, a nawet nieznacznie tańsze. Jest niewielka torebka z wyprzedaży, która wyglądała jak robiona w komplecie do sukienki, więc ogólnie bajlando. Się udało, choć zanim wyszły ponownie, to kłótnia trójstronna (ja siostra i matka) trwała dobrą godzinę.

Pozostały jeszcze dwa tygodnie na załatwienie fryzjera itp. Jak na warunki stolicy w tym okresie, to z czasem krucho. Moja partnerka (obecna żona) już od kilku dni przypomina, że ma znajomą, która to ogarnie, tylko trzeba dać jej znać wcześniej i pytanie czy ma to robić? Nie, no jakże by to tak? Przecież matka powiedziała, że załatwi. A jak mówi, ze zrobi - to mówi i nie trzeba jej o tym przypominać co kilka dni. Przypomniała sobie dzień przed studniówką. Oczywiście nigdzie nie ma terminów. Jakieś proste strzyżenie da się wcisnąć, ale nie kreację studniówkową. Efekt? Awantura i łzy. Dramat. I kolejna awantura.

Po krótkiej naradzie z żoną bierzemy moją siostrę pod pachy i idziemy (no ja to kuśtykałem akurat) do lapka i oglądamy tutoriale na necie. Damy radę. Fryzura znaleziona fest, makijaż też. Kilka godzin pracy i będzie git. Następnego dnia, już od rana siostra wystraszona, moja żona zestresowana, a trza zakasać rękawy, bo czas nagli. Dziewuchy poszły robić swoje. A ja przez tych kilka godzin awanturowałem się z matką. Czemu? Bo to moja wina, że ona niczego nie załatwiła. Że fryzura śmieszna i niepoważna, a w ogóle to będzie wyglądać jak wamp (?), że ludzie będą ją wytykać palcami i tak dalej.

Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Siostra wyszła z uśmiechem, a wróciła przeszczęśliwa następnego dnia. Pokazała nam potem zdjęcia i filmy - wszystkie dziewuchy robione na jedno kolano, a ona jedna z kokardką (ala serduszko) z włosów i świetnie zrobiony makijaż, który podkreślał jej dziewczęcy urok, a nie robił z niej na siłę "księżniczki". Był też konkurs odnośnie motywu przewodniego imprezy, który wygrała, co jednak świadczy o tym, że nasza piekielna matka-pracoholiczka nie miała racji...także koniec końców wyszło świetnie, ale co się nerwów najedliśmy to nasze, bo niewiele zabrakło, aby siostra nigdzie nie poszła...

rodzina studniówka

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (265)

#82296

(PW) ·
| Do ulubionych
To już jakiś czas temu było, ale czytając tutejsze historie i przeboje z lekarzami, tak mi się przypomniały moje własne.

Chrapię. Ale to okropnie. Szyby się trzęsą, szklanki ze stołu spadają, dzieci płaczą, krowy przestają mleko dawać... więc za namową małżonki poszedłem do lekarza. Oczywiście, aby uzyskać skierowanie do specjalisty, to trzeba zaliczyć ogólnego. Poszedłem. Babcia wyglądała jakby do szkoły jeździła triceratopsem, a starsza chyba była od węgla kamiennego. Zachodzę do gabinetu i mówię:

[ja] Dzień dobry.
[lekarka] Pan siada....
[j] Dzień dobry... przyszedłem, bo chrapię na potęgę, żona spać przez to nie może i mówi, że łapię bezdechy.
[l] Chrapanie to nie problem, tu się poważne rzeczy leczy, a nie dyrdymały.
[j] No, pani doktor, ale łapanie bezdechu w tym wieku zdrowe nie jest, a poza tym chodzę wiecznie zmęczony, co chwilę w ciągu dnia przysypiam, wystarczy, że usiądę w autobusie -pyk- i śpię. I tak mam od dawna i w różnych okolicznościach.
[l] Panie, pan jest za młody na takie problemy, a poza tym chrapanie to wymyślony problem, a coś takiego jak bezdech nie istnieje.

Jak się domyślacie potem poleciało ostro. Skończyło się na tym, że trzasnąłem drzwiami i poszedłem do innego lekarza. Po dłuuuuugich bataliach, skierowaniach, kolejkach i tak dalej, prawie półtorej roku później (przez kolejki), zrobiono mi plastykę podniebienia. I tak chrapię, ale nie mam już siły na to wszystko, bo przez kolejki badania się przedawniają i tak w kółko. Poddałem się.

Inny lekarz, na zatrucie pokarmowe zalecił mi 3 dni głodówki i jeden kubek czarnej herbaty dziennie. Biegunka okazała się być efektem infekcji bakteryjnej i kolejny lekarz dał antybiotyk i smecte. Oczywiście o probiotykach po antybiotykoterapii nawet nie wspomniał.

W pewnym warszawskim szpitalu nie rozpoznano mi skręcenia stawu skokowego 2 stopnia. Na szczęście w kolejnym poszło gładko - orteza (chcieli mnie dziadygi w gips wsadzić, ale nie wyraziłem zgody - jestem fizjo, także wiem tutaj co i jak), kule, zastrzyki i kilka tygodni zwolnienia.

Stuknęła mi jakiś czas temu 30-tka więc pomyślałem, że czas na solidny przegląd stanu zdrowia. Kilka lat paliłem minimum paczkę dziennie, a w mojej rodzinie wszystkie zgony to albo choroba serca albo rak. Fajki rzuciłem, zdrowo żyję, ćwiczę, biegam itp, ale wiadomo - lepiej wykryć ewentualne problemy zawczasu. Płonne były moje nadzieje. Podstawowe badanie krwi i EKG to wszystko na co mogę liczyć w państwówce. Echo czy rezonans już nie dla mnie...

Ale i tak nic nie przebije mojej żony. Lata temu, jak jeszcze się nie znaliśmy miała problemy ginekologiczne. Przeszła wielu lekarzy i koniec końców okazało się, że miała cystę na jajniku i trzeba było ją usunąć. Zabieg poszedł gładko. Brak jakiejkolwiek rehabilitacji i spartaczona robota, zaowocowały zrośnięciem się powłok brzucha i bliznowcem na pół centymetra szerokim o długości niemal od kości łonowej do prawie samego pępka. Dopiero po kilku latach, kompletnym przypadkiem dowiedziała się, że razem z cystą usunięto jej cały jajnik, o czym nikt jej nawet słowem nie wspomniał.

To i tak jest raptem początek historii naszych przebojów z polską służbą (nie)zdrowia.

NFZ służba_zdrowia lekarze

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (220)

#81982

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do #81971 i zaczepianiu psa przez obcych.

Mam sznaucerkę mini. Czarnula, zwłaszcza po strzyżeniu wygląda przesłodko. Generalnie to suka sika podnosząc łapę i to najlepiej mówi o jej charakterze. Jednak nie jest agresywna, a że dbamy z żoną jak o własne, to pomimo wieku cieszy dobrym zdrowiem i dużymi pokładami energii. Spokojnie, z takim niespełna 10kg potworem można biegać na dystansach 10-15km bez szkody dla jej zdrowia. Jest żywiołowa, dynamiczna i gadatliwa. Wydaje z siebie całą kakofonię dźwięków, więc jak z nią gadam, a ona mi odpowiada po swojemu, to generalnie świadkowie zawsze mają ubaw po pachy. Jest przy tym ciekawska, ale ze względu na masę przykrych doświadczeń - bardzo nieufna do obcych.


Psiak mój boi się dzieci. I nie bez powodu. Zdarzało się, że osiedlowa gówniarzeria, dla zabawy, rzucała w nas patykami i kamieniami zza krzaków, strzelała z balkonów karabinkami na piankowe naboje (lub pistoletami na wodę), a zimą to i śnieżki potrafiły się znaleźć. Żeby było śmieszniej - osiedle zamknięte i dużo rodzin średniego stanu. Bez patologicznej biedy. Ot, pełne Brajanków i Dżesik. Niejednokrotnie takie rzeczy działy się w bezpośredniej obecności rodziców, na co w ogóle nie reagowali lub zbywali zwykłym "no, ale o co chodzi? przecież nie trafił...".

Blok wyglądał tak, tak litera "C". Tam gdzie "C" jest otwarte był ogrodzony dziedziniec, który był ponad poziomem gruntu ze względu na garaż pod blokiem. Klatki wychodziły do wnętrza tej zabudowy i jedyne wyjście na zewnątrz prowadziło schodkami w dół przez przejście w "brzuszku litery C".

Generalnie taka kameralna zabudowa, a wyjście często oblegane przez madki...

Pech chciał, że jeden gówniak siedział na środku schodów machając kijem i pokrzykując. Ocho - pies już mi ogon podwinął pod siebie, uszy położył i kitra się najdalej jak mu smycz pozwala.

Zaczyna się.

- Przepraszam, czy może pani zabrać syna, bo chciałbym przejść z psem?
- No przecież ma pan miejsce.
- No nie bardzo, bo pani syn siedzi na środku i macha kijem...
- Jak pan podejdzie, to przestanie...


Myślę sobie "kurde rewelka" i idę. Pies się zjeżył jeszcze mocniej i zaczął szczekać. Mały w ryk, bo nie spodziewał się, że ktoś mu zza pleców wyjdzie. Pies wystraszył mi się jeszcze bardziej i jeszcze głośniej szczeka. Przy czym obchodzi dzieciaka najdalej jak się tylko da. Efekt? Awantura, że co ja robię, gdzie ja mam mózg itp, bo jej Brajanek się wystraszył. No jakbym wcale nie prosił, żeby go zabrała, bo z psem idę...

Kilka dni później kolejna konfrontacja z tą samą madką. Jej Brajanek zaczął się skradać do mojej psiny. Czarnula się zorientowała, że nadciąga niebezpieczeństwo, więc trzeba je obszczekać. Odległość duża - ok 5-8 metrów. Pies na smyczy (nie używam automatów, mam stałą i dość krótką smycz). Jednak dzieciak znowu się wystraszył. Pacnął na zadka i... zesrał się.

Ależ była awantura! Co ja robię? Mam agresywnego psa! Bo dzieci atakuje! Bo szczeka! No, a co ma robić - muczeć? Jakby Brajanek nie był aspołecznym i agresywnym gówniakiem, który nie przepuszcza żadnej okazji, żeby podręczyć zwierzęta wszelakie (ptakom i osiedlowym kotom też nie odpuszczał), to problemu by nie było. Ale gdzież tam! Zło wcielone, które zaatakowało jej syneczka, więc trzeba dzwonić po Straż Miejską.

Ku mojemu szczeremu zdumieniu zjawili się w parę minut. Akurat przejeżdżali obok. Madka wraz z mężulkiem i jakimś ich znajomym dalej przekrzykiwać jedno przez drugie jaki to groźny atak się nie odbył na ich dziecko. A pies....cóż - siedział skulony za moimi nogami. Facet popatrzył na nich, na mnie, popatrzył na psa, popatrzył na dziecko i zastawioną browarami ławę w altanie i odparł, że jak dziecko jest pogryzione, to on wzywa pogotowie i policję, żeby ich zgarnęła na alkomat, bo on nie ma, a w takim wypadku po prostu musi... i tak też zapisze w protokole z interwencji.

Miny madki i jej grona wsparcia bezcenne. Skończyło się na tym, że mam prawo korzystać z przestrzeni zielonej zamkniętego osiedla tak, jak i inni mieszkańcy, a ze względu na charakter osiedla i jego zabudowę, to nie muszę nawet psa mieć na smyczy. A za jeszcze jedno bezpodstawne wezwanie lub szczucie psów innych ludzi będą sypać się mandaty.

Po jakimś czasie dotarły do mnie plotki, że mój pies jest nieszczepiony i pogryzł dziecko (aż w szpitalu wylądowało), oraz, że mam koneksje i "kupionych" ludzi w służbach.

sąsiedzi i pies

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (186)

#81980

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz o kulturze dbania i czystości narodu wybranego, o którym to już marszałek mawiał: "Naród wspaniały, tylko ludzie k!@#y".

Mieszkania na wynajem to wdzięczny temat. Cokolwiek by się powiedziało/napisało na podstawie własnego doświadczenia czy zasłyszanych historii, to już było grane na pierdylion wersji i sposobów.

Dostaliśmy z żoną wypowiedzenie. Zdarza się. Rodzice właściciela chorują, chce ich mieć bliżej siebie. Ok, jest to zrozumiałe. Facet szedł nam na rękę przy każdej okazji i zaoferował pomoc w postaci okresu wypowiedzenia dłuższego niż w umowie czy wystawienia rekomendacji. Także full profeska.

No to szukamy. Pustego, bo większość mebli mamy.

"Właścicielem jest Polak, ale nie bywa w Polsce - mieszka na stałe w Wielkiej Brytanii". Cena ok, ale są meble, choć niby do wywiezienia. Mieszkanie na nowym (raptem kilkuletnim) i strzeżonym osiedlu. Pożółkłe ściany, z kibla wali stęchlizną, zmywarka pełna kamienia i rdzy, a meble kuchenne noszą ślady wyjątkowo brutalnego traktowania. W każdym pokoju, w gniazdkach, powtykane odświeżacze dla zabicia i tak wyczuwalnego smrodku. Cena wyjątkowo niska - ryzykujemy. Już, już mamy umowę podpisywać, ale okazuje się, że jednak meble zostają. No nic - nie ma tego dużo, jakoś się pomieścimy. Na swoje szczęście przesunąłem sofę. Pod spodem była piękna dziura w rozłażących się już gdzieniegdzie panelach. Na pytanie co z tym, pośredniczka wzruszyła ramionami "właściciel nie chce zainwestować w naprawę, więc biuro wstawiło sofę, którą ktoś wystawił do altany".

"Mieszkanie jest po remoncie". Niedomykająca się lodówka, elektryka całego mieszkania policzona na 2000W (tak - 2kW, czyli tyle, co odkurzacz) i kuchenka gazowa z takowym piekarnikiem. Na pytanie kiedy miała przegląd gazowy, właściciel tylko zrobił duże oczy. "A wie pan, i tak chcę wynająć tylko na kilka miesięcy, bo mi brakuje jeszcze trochę do tego remontu..."

Kolejne mieszkanie. Faktycznie świeżo po odnowieniu. W umowie brak adnotacji o braku obciążeń mieszkania i niezaleganiu z opłatami. Na pytanie o takie kwitki ze spółdzielni (czy pokazanie rachunków) pośrednik mnie zwymyślał, że co ja sobie wyobrażam! Mam brać już i teraz, bo on to po znajomości i za pół darmo robi! No już pędzę, lecę....

Następne lokum robi wrażenie. Kamienica, gruntowny remont - kupione jako inwestycja - właściciele mieszkają w innym mieście. Rozsądna, choć nie mała cena. Ok - bierymy. No, a jużci. Właścicielka sobie zażądała udostępniania mieszkania (dla siebie i wskazanych przez nią osób) o każdej porze dnia i nocy, bo ona biznesowo do stolycy jeździ. Czasem i kilka razy w tygodniu. Gdzie w tym największa piekielność? Ano w tym, że ogłoszenie widniało jako najem długoterminowy, nie dla studentów, najlepiej dla pełnej rodziny (czyli dzieciatego małżeństwa). Dwa pokoje, z czego jeden z aneksem kuchennym. Oczywiście ten drugi miał być zarezerwowany do wyłącznego użytku właścicielki. Oczywiście do pokoju dla VIP musiałbym także wstawić meble - swoje.

Koniec końców znaleźliśmy po kilku tygodniach szukania i oglądania różnych "kwiatków". Jako, że z jednego takiego najmowanego mieszkania wyniosłem grzybicę skóry, to zaczęło się od gruntownego czyszczenia i odkażania, choć i tak wybraliśmy z żoną najczystsze lokum. Wysłałem właścicielce zdjęcia magicznej przemiany "przed/po". Zawstydzona zwolniła nas z opłat za media na cały kwartał. Ale podkreślę to - i tak wybraliśmy najmniej zapuszczone mieszkanie i w naprawdę niezłym stanie.

Karaluchy w zmywarkach (!), wypaczone podłogi i drzwi, pożółkłe ściany, pozalepiane filtry i/lub wentylatory w okapach (czy wentylacji) i ogólnie smród - taki jest obraz większości mieszkań jakie widziałem. Jak ludzie mogą tak żyć ja się pytam?

Pedantem nie jestem, ale serio - świadomie godzić się na kolejne infekcje różnego rodzaju to ja nie mam zamiaru.

PS. Patrzcie na ręce kontrolerom wszelakim. Już taki jeden stwierdził mi sprawną wentylację, choć była całkowicie zalepiona taśmą.

Mieszkania na wynajem w stolicy

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (128)
zarchiwizowany

#81981

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Legendy NFZ.

Miałem wujka. Chrzestnego. Był bratem mojej mamy i przez najważniejsze lata mojego życia to on był moim wzorem - nauczył mnie jeździć na rowerze, naprawiać podstawowe sprzęta w domu i wielu innych rzeczy.

Niestety wujek był pracownikiem fizycznym. Tokarzem dokładniej. Przed zmianami ustrojowymi zarabiał najlepiej w rodzinie. To on przywoził mi zabawki z zagranicy, ubranka, to on jako pierwszy w rodzinie miał kolorowy tv z pilotem, magnetowid itp. Niestety niedługo po zmianie systemu dotknęło go bezrobocie strukturalne. Miał okresy bez pracy przerywane epizodami fuch różnych, a nie mógł wyjechać ze względu na to iż jego mama (a moja babcia) była rencistką mieszkającą w kamicy bez centralnego ogrzewania, kibla i ciepłej wody. A tak - dobrze czytacie. Była to kamienica sprzed wojny. Brak ocieplenia, za to w kuchni stał piec węglowy. Nie było kibla, bo na podwórku był wychodek. Nie było też prysznica - trzeba było nagotować wody i myć się w wielkiej misce - bali. Brzmi jak XIX wiek, nie? Zonk - miasto dopiero pod koniec lat '90 pozwoliło mieszkańcom pomontować WC i inne luksusa. No, ale wujek pomagał jak mógł, a jak już stabilniej z praca było, to i mieszkanie odnowił, choć skromnie.

Żeby zrobić remont mieszkanka (wstawić wc itp) wujek wziął kredyt. Odnawialny. Jako, że pracował, to nie było problemu. Ale co zbliżał się do spłacenia, to następował cud - proponowali na tych samych warunkach większą kwotę. "Spłaci pan sobie stary kredyt i zostanie panu jeszcze trochę na inne rzeczy". Jako, że wujek do kumatych w finansach kredytowych nie należał, to się godził. Efekt był taki, że dług rósł, jak i rata kredytu. Na życie starczało co raz mniej...więc co raz mniej jadł. Nikt z nas niczego nie zauważył, bo zawsze dużo słoików dostawał wszelakich z paszą świąteczną i nie tylko, a sam twierdził, że je i że jest ok i to po prostu starość go wychudza. Fakt - wiek już był odpowiedni. Wstydził się przyznać rodzinie w jakiej znalazł się sytuacji....koniec końców, obciążony i wychudzony organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa.


Do rzeczy jednak. Lata palenia i alkoholu zrobiły swoje. I choć wujek nie był typowym, patologicznym alkoholikiem, to jednak 2-3 piwka dziennie znikały przez większość jego życia i od święta coś więcej. Ot taki "typowy Janusz", ale bez patologii.

W końcu trafił do szpitala z wysiadającą wątrobą. Jak wyszło, że wujek pił, to potraktowali go jak najgorszego menela i czym prędzej wypisali do domu z garścią podstawowych zaleceń i ogólnym stanie złym. Wuj był tak słaby, że samodzielnie nawet nie chodził. Wątroba w stanie agonalnym, wodobrzusze, zapalenie woreczka żółciowego i jeszcze parę innych. Oczywista oczywistość - moi rodzice (moja mama jest siostrą wuja) wzięli go do siebie i już inna gadka była z lekarzami. To było jakoś w czerwcu-lipcu (ale nie ostatniego roku). Wujek zaczął odzyskiwać siły, a wraz z nimi samopoczucie. Jadł lepiej, samodzielnie spacerował. Ale zaczęły się inne problemy.

Po kilku miesiącach i nawracających epizodach szpitalnych okazało się, że ma raka przełyku. Był to październik.


Jego stan stale się pogarszał, ale nie trafił na onkologię ze względu na stałe, ponawiające się infekcje górnych dróg oddechowych. Ot szpitalna norma w wielu miejscach, gdzie lekceważą fizjoterapię i zasady higieny.

W końcu przewieźli go na onkologię w grudniu. W stanie przedśmiertnym, w którym nie powinni go w ogóle ruszać. Już z nim praktycznie kontaktu nie było. Po niecałej dobie zmarł. Leczenia raka nigdy nie doczekał. Onkolog powiedział wprost, że w poprzednim szpitalu wiedzieli w jak ciężkim stanie jest mój wujek, że w każdej chwili mógł umrzeć. Przenieśli go tylko i wyłącznie po to, aby nie popsuć sobie statystyk....a na onkologii....cóż....stąd się najczęściej nie wychodzi, więc nikt nie wnika....

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sam jestem związany z gałęzią medyczną i wiem jak działa system i jak działać to powinno. Jego śmierci można było uniknąć.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)

1