Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Lobo86

Zamieszcza historie od: 17 kwietnia 2018 - 7:19
Ostatnio: 17 kwietnia 2018 - 10:34
  • Historii na głównej: 2 z 3
  • Punktów za historie: 274
  • Komentarzy: 4
  • Punktów za komentarze: 2
 

#81982

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do #81971 i zaczepianiu psa przez obcych.

Mam sznaucerkę mini. Czarnula, zwłaszcza po strzyżeniu wygląda przesłodko. Generalnie to suka sika podnosząc łapę i to najlepiej mówi o jej charakterze. Jednak nie jest agresywna, a że dbamy z żoną jak o własne, to pomimo wieku cieszy dobrym zdrowiem i dużymi pokładami energii. Spokojnie, z takim niespełna 10kg potworem można biegać na dystansach 10-15km bez szkody dla jej zdrowia. Jest żywiołowa, dynamiczna i gadatliwa. Wydaje z siebie całą kakofonię dźwięków, więc jak z nią gadam, a ona mi odpowiada po swojemu, to generalnie świadkowie zawsze mają ubaw po pachy. Jest przy tym ciekawska, ale ze względu na masę przykrych doświadczeń - bardzo nieufna do obcych.


Psiak mój boi się dzieci. I nie bez powodu. Zdarzało się, że osiedlowa gówniarzeria, dla zabawy, rzucała w nas patykami i kamieniami zza krzaków, strzelała z balkonów karabinkami na piankowe naboje (lub pistoletami na wodę), a zimą to i śnieżki potrafiły się znaleźć. Żeby było śmieszniej - osiedle zamknięte i dużo rodzin średniego stanu. Bez patologicznej biedy. Ot, pełne Brajanków i Dżesik. Niejednokrotnie takie rzeczy działy się w bezpośredniej obecności rodziców, na co w ogóle nie reagowali lub zbywali zwykłym "no, ale o co chodzi? przecież nie trafił...".

Blok wyglądał tak, tak litera "C". Tam gdzie "C" jest otwarte był ogrodzony dziedziniec, który był ponad poziomem gruntu ze względu na garaż pod blokiem. Klatki wychodziły do wnętrza tej zabudowy i jedyne wyjście na zewnątrz prowadziło schodkami w dół przez przejście w "brzuszku litery C".

Generalnie taka kameralna zabudowa, a wyjście często oblegane przez madki...

Pech chciał, że jeden gówniak siedział na środku schodów machając kijem i pokrzykując. Ocho - pies już mi ogon podwinął pod siebie, uszy położył i kitra się najdalej jak mu smycz pozwala.

Zaczyna się.

- Przepraszam, czy może pani zabrać syna, bo chciałbym przejść z psem?
- No przecież ma pan miejsce.
- No nie bardzo, bo pani syn siedzi na środku i macha kijem...
- Jak pan podejdzie, to przestanie...


Myślę sobie "kurde rewelka" i idę. Pies się zjeżył jeszcze mocniej i zaczął szczekać. Mały w ryk, bo nie spodziewał się, że ktoś mu zza pleców wyjdzie. Pies wystraszył mi się jeszcze bardziej i jeszcze głośniej szczeka. Przy czym obchodzi dzieciaka najdalej jak się tylko da. Efekt? Awantura, że co ja robię, gdzie ja mam mózg itp, bo jej Brajanek się wystraszył. No jakbym wcale nie prosił, żeby go zabrała, bo z psem idę...

Kilka dni później kolejna konfrontacja z tą samą madką. Jej Brajanek zaczął się skradać do mojej psiny. Czarnula się zorientowała, że nadciąga niebezpieczeństwo, więc trzeba je obszczekać. Odległość duża - ok 5-8 metrów. Pies na smyczy (nie używam automatów, mam stałą i dość krótką smycz). Jednak dzieciak znowu się wystraszył. Pacnął na zadka i... zesrał się.

Ależ była awantura! Co ja robię? Mam agresywnego psa! Bo dzieci atakuje! Bo szczeka! No, a co ma robić - muczeć? Jakby Brajanek nie był aspołecznym i agresywnym gówniakiem, który nie przepuszcza żadnej okazji, żeby podręczyć zwierzęta wszelakie (ptakom i osiedlowym kotom też nie odpuszczał), to problemu by nie było. Ale gdzież tam! Zło wcielone, które zaatakowało jej syneczka, więc trzeba dzwonić po Straż Miejską.

Ku mojemu szczeremu zdumieniu zjawili się w parę minut. Akurat przejeżdżali obok. Madka wraz z mężulkiem i jakimś ich znajomym dalej przekrzykiwać jedno przez drugie jaki to groźny atak się nie odbył na ich dziecko. A pies....cóż - siedział skulony za moimi nogami. Facet popatrzył na nich, na mnie, popatrzył na psa, popatrzył na dziecko i zastawioną browarami ławę w altanie i odparł, że jak dziecko jest pogryzione, to on wzywa pogotowie i policję, żeby ich zgarnęła na alkomat, bo on nie ma, a w takim wypadku po prostu musi... i tak też zapisze w protokole z interwencji.

Miny madki i jej grona wsparcia bezcenne. Skończyło się na tym, że mam prawo korzystać z przestrzeni zielonej zamkniętego osiedla tak, jak i inni mieszkańcy, a ze względu na charakter osiedla i jego zabudowę, to nie muszę nawet psa mieć na smyczy. A za jeszcze jedno bezpodstawne wezwanie lub szczucie psów innych ludzi będą sypać się mandaty.

Po jakimś czasie dotarły do mnie plotki, że mój pies jest nieszczepiony i pogryzł dziecko (aż w szpitalu wylądowało), oraz, że mam koneksje i "kupionych" ludzi w służbach.

sąsiedzi i pies

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (182)

#81980

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz o kulturze dbania i czystości narodu wybranego, o którym to już marszałek mawiał: "Naród wspaniały, tylko ludzie k!@#y".

Mieszkania na wynajem to wdzięczny temat. Cokolwiek by się powiedziało/napisało na podstawie własnego doświadczenia czy zasłyszanych historii, to już było grane na pierdylion wersji i sposobów.

Dostaliśmy z żoną wypowiedzenie. Zdarza się. Rodzice właściciela chorują, chce ich mieć bliżej siebie. Ok, jest to zrozumiałe. Facet szedł nam na rękę przy każdej okazji i zaoferował pomoc w postaci okresu wypowiedzenia dłuższego niż w umowie czy wystawienia rekomendacji. Także full profeska.

No to szukamy. Pustego, bo większość mebli mamy.

"Właścicielem jest Polak, ale nie bywa w Polsce - mieszka na stałe w Wielkiej Brytanii". Cena ok, ale są meble, choć niby do wywiezienia. Mieszkanie na nowym (raptem kilkuletnim) i strzeżonym osiedlu. Pożółkłe ściany, z kibla wali stęchlizną, zmywarka pełna kamienia i rdzy, a meble kuchenne noszą ślady wyjątkowo brutalnego traktowania. W każdym pokoju, w gniazdkach, powtykane odświeżacze dla zabicia i tak wyczuwalnego smrodku. Cena wyjątkowo niska - ryzykujemy. Już, już mamy umowę podpisywać, ale okazuje się, że jednak meble zostają. No nic - nie ma tego dużo, jakoś się pomieścimy. Na swoje szczęście przesunąłem sofę. Pod spodem była piękna dziura w rozłażących się już gdzieniegdzie panelach. Na pytanie co z tym, pośredniczka wzruszyła ramionami "właściciel nie chce zainwestować w naprawę, więc biuro wstawiło sofę, którą ktoś wystawił do altany".

"Mieszkanie jest po remoncie". Niedomykająca się lodówka, elektryka całego mieszkania policzona na 2000W (tak - 2kW, czyli tyle, co odkurzacz) i kuchenka gazowa z takowym piekarnikiem. Na pytanie kiedy miała przegląd gazowy, właściciel tylko zrobił duże oczy. "A wie pan, i tak chcę wynająć tylko na kilka miesięcy, bo mi brakuje jeszcze trochę do tego remontu..."

Kolejne mieszkanie. Faktycznie świeżo po odnowieniu. W umowie brak adnotacji o braku obciążeń mieszkania i niezaleganiu z opłatami. Na pytanie o takie kwitki ze spółdzielni (czy pokazanie rachunków) pośrednik mnie zwymyślał, że co ja sobie wyobrażam! Mam brać już i teraz, bo on to po znajomości i za pół darmo robi! No już pędzę, lecę....

Następne lokum robi wrażenie. Kamienica, gruntowny remont - kupione jako inwestycja - właściciele mieszkają w innym mieście. Rozsądna, choć nie mała cena. Ok - bierymy. No, a jużci. Właścicielka sobie zażądała udostępniania mieszkania (dla siebie i wskazanych przez nią osób) o każdej porze dnia i nocy, bo ona biznesowo do stolycy jeździ. Czasem i kilka razy w tygodniu. Gdzie w tym największa piekielność? Ano w tym, że ogłoszenie widniało jako najem długoterminowy, nie dla studentów, najlepiej dla pełnej rodziny (czyli dzieciatego małżeństwa). Dwa pokoje, z czego jeden z aneksem kuchennym. Oczywiście ten drugi miał być zarezerwowany do wyłącznego użytku właścicielki. Oczywiście do pokoju dla VIP musiałbym także wstawić meble - swoje.

Koniec końców znaleźliśmy po kilku tygodniach szukania i oglądania różnych "kwiatków". Jako, że z jednego takiego najmowanego mieszkania wyniosłem grzybicę skóry, to zaczęło się od gruntownego czyszczenia i odkażania, choć i tak wybraliśmy z żoną najczystsze lokum. Wysłałem właścicielce zdjęcia magicznej przemiany "przed/po". Zawstydzona zwolniła nas z opłat za media na cały kwartał. Ale podkreślę to - i tak wybraliśmy najmniej zapuszczone mieszkanie i w naprawdę niezłym stanie.

Karaluchy w zmywarkach (!), wypaczone podłogi i drzwi, pożółkłe ściany, pozalepiane filtry i/lub wentylatory w okapach (czy wentylacji) i ogólnie smród - taki jest obraz większości mieszkań jakie widziałem. Jak ludzie mogą tak żyć ja się pytam?

Pedantem nie jestem, ale serio - świadomie godzić się na kolejne infekcje różnego rodzaju to ja nie mam zamiaru.

PS. Patrzcie na ręce kontrolerom wszelakim. Już taki jeden stwierdził mi sprawną wentylację, choć była całkowicie zalepiona taśmą.

Mieszkania na wynajem w stolicy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (126)
zarchiwizowany

#81981

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Legendy NFZ.

Miałem wujka. Chrzestnego. Był bratem mojej mamy i przez najważniejsze lata mojego życia to on był moim wzorem - nauczył mnie jeździć na rowerze, naprawiać podstawowe sprzęta w domu i wielu innych rzeczy.

Niestety wujek był pracownikiem fizycznym. Tokarzem dokładniej. Przed zmianami ustrojowymi zarabiał najlepiej w rodzinie. To on przywoził mi zabawki z zagranicy, ubranka, to on jako pierwszy w rodzinie miał kolorowy tv z pilotem, magnetowid itp. Niestety niedługo po zmianie systemu dotknęło go bezrobocie strukturalne. Miał okresy bez pracy przerywane epizodami fuch różnych, a nie mógł wyjechać ze względu na to iż jego mama (a moja babcia) była rencistką mieszkającą w kamicy bez centralnego ogrzewania, kibla i ciepłej wody. A tak - dobrze czytacie. Była to kamienica sprzed wojny. Brak ocieplenia, za to w kuchni stał piec węglowy. Nie było kibla, bo na podwórku był wychodek. Nie było też prysznica - trzeba było nagotować wody i myć się w wielkiej misce - bali. Brzmi jak XIX wiek, nie? Zonk - miasto dopiero pod koniec lat '90 pozwoliło mieszkańcom pomontować WC i inne luksusa. No, ale wujek pomagał jak mógł, a jak już stabilniej z praca było, to i mieszkanie odnowił, choć skromnie.

Żeby zrobić remont mieszkanka (wstawić wc itp) wujek wziął kredyt. Odnawialny. Jako, że pracował, to nie było problemu. Ale co zbliżał się do spłacenia, to następował cud - proponowali na tych samych warunkach większą kwotę. "Spłaci pan sobie stary kredyt i zostanie panu jeszcze trochę na inne rzeczy". Jako, że wujek do kumatych w finansach kredytowych nie należał, to się godził. Efekt był taki, że dług rósł, jak i rata kredytu. Na życie starczało co raz mniej...więc co raz mniej jadł. Nikt z nas niczego nie zauważył, bo zawsze dużo słoików dostawał wszelakich z paszą świąteczną i nie tylko, a sam twierdził, że je i że jest ok i to po prostu starość go wychudza. Fakt - wiek już był odpowiedni. Wstydził się przyznać rodzinie w jakiej znalazł się sytuacji....koniec końców, obciążony i wychudzony organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa.


Do rzeczy jednak. Lata palenia i alkoholu zrobiły swoje. I choć wujek nie był typowym, patologicznym alkoholikiem, to jednak 2-3 piwka dziennie znikały przez większość jego życia i od święta coś więcej. Ot taki "typowy Janusz", ale bez patologii.

W końcu trafił do szpitala z wysiadającą wątrobą. Jak wyszło, że wujek pił, to potraktowali go jak najgorszego menela i czym prędzej wypisali do domu z garścią podstawowych zaleceń i ogólnym stanie złym. Wuj był tak słaby, że samodzielnie nawet nie chodził. Wątroba w stanie agonalnym, wodobrzusze, zapalenie woreczka żółciowego i jeszcze parę innych. Oczywista oczywistość - moi rodzice (moja mama jest siostrą wuja) wzięli go do siebie i już inna gadka była z lekarzami. To było jakoś w czerwcu-lipcu (ale nie ostatniego roku). Wujek zaczął odzyskiwać siły, a wraz z nimi samopoczucie. Jadł lepiej, samodzielnie spacerował. Ale zaczęły się inne problemy.

Po kilku miesiącach i nawracających epizodach szpitalnych okazało się, że ma raka przełyku. Był to październik.


Jego stan stale się pogarszał, ale nie trafił na onkologię ze względu na stałe, ponawiające się infekcje górnych dróg oddechowych. Ot szpitalna norma w wielu miejscach, gdzie lekceważą fizjoterapię i zasady higieny.

W końcu przewieźli go na onkologię w grudniu. W stanie przedśmiertnym, w którym nie powinni go w ogóle ruszać. Już z nim praktycznie kontaktu nie było. Po niecałej dobie zmarł. Leczenia raka nigdy nie doczekał. Onkolog powiedział wprost, że w poprzednim szpitalu wiedzieli w jak ciężkim stanie jest mój wujek, że w każdej chwili mógł umrzeć. Przenieśli go tylko i wyłącznie po to, aby nie popsuć sobie statystyk....a na onkologii....cóż....stąd się najczęściej nie wychodzi, więc nikt nie wnika....

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sam jestem związany z gałęzią medyczną i wiem jak działa system i jak działać to powinno. Jego śmierci można było uniknąć.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)

1