Profil użytkownika
Miniaturowa
| Zamieszcza historie od: | 20 kwietnia 2011 - 8:57 |
| Ostatnio: | 25 kwietnia 2012 - 15:26 |
- Historii na głównej: 23 z 40
- Punktów za historie: 15056
- Komentarzy: 408
- Punktów za komentarze: 1850
zarchiwizowany
Skomentuj (7)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia zasłyszana, nie z pierwszej ręki, ale z wiarygodnego źródła. Rzecz miała miejsce kilka ładnych lat temu.
Była sobie dziewczyna. Bardzo zdolna, skończyła z wyróżnieniem studia na renomowanej uczelni, zrobiła doktorat i zaczęła pracę na małej, prywatnej uczelni w dużym mieście.
Pierwsi jej studenci obronili się, a że była lubianym wykładowcą poszli do niej z kwiatkami. W domu odkryła, że w bukiecie ukryta jest koperta, a w niej pieniądze. Kwota w sumie niewielka, bo jeśli dobrze pamiętam to 100zł. Kobieta postanowiła być praworządną obywatelką i zwróciła się z zapytaniem telefonicznym na policję, czy jest to łapówka i co ona ma w takim wypadku zrobić. Otrzymała odpowiedź: wydać i głowy policjantom głupotami nie zawracać. Tak też zrobiła.
A gdzie piekielność? Kilka miesięcy później została aresztowana za przyjęcie łapówki. Tak, tej, której otrzymanie próbowała zgłosić na policję. Jak się sprawa skończyła - nie wiem. Nawet jeśli uniewinnieniem, to zniszczoną reputację ciężko odzyskać.
Była sobie dziewczyna. Bardzo zdolna, skończyła z wyróżnieniem studia na renomowanej uczelni, zrobiła doktorat i zaczęła pracę na małej, prywatnej uczelni w dużym mieście.
Pierwsi jej studenci obronili się, a że była lubianym wykładowcą poszli do niej z kwiatkami. W domu odkryła, że w bukiecie ukryta jest koperta, a w niej pieniądze. Kwota w sumie niewielka, bo jeśli dobrze pamiętam to 100zł. Kobieta postanowiła być praworządną obywatelką i zwróciła się z zapytaniem telefonicznym na policję, czy jest to łapówka i co ona ma w takim wypadku zrobić. Otrzymała odpowiedź: wydać i głowy policjantom głupotami nie zawracać. Tak też zrobiła.
A gdzie piekielność? Kilka miesięcy później została aresztowana za przyjęcie łapówki. Tak, tej, której otrzymanie próbowała zgłosić na policję. Jak się sprawa skończyła - nie wiem. Nawet jeśli uniewinnieniem, to zniszczoną reputację ciężko odzyskać.
policja
Ocena:
187
(Głosów:
243)
Ankiety... Moja mama pracuje w szkole i została oddelegowana do decydowania o tym, kto może w szkole ankietę przeprowadzić, a kto nie. W okolicy znajduje się filia pewnej wyższej szkoły, więc chętnych do robienia badań do pracy dyplomowych jest wielu.
Pewnego dnia przyszła ONA: studentka ostatniego roku pedagogiki. Chce zrobić ankietę wśród rodziców na temat nawyków czytelniczych, no dobrze. Ankiety przy sobie nie ma, więc nie pokaże. Tutaj mama postawiła sprawę twardo: nie dopuści ankiety, której nie widziała, dziewczyna ma donieść pytania przed wywiadówką, na której ankieta miała być przeprowadzona.
Dziewczyna przyszła z ankietami kilka minut przed rozpoczęciem wywiadówki. Ankiety pełne były błędów ortograficznych, gramatycznych i choć z założenia anonimowe zawierały pytania pozwalające na identyfikację rodzica. Wszystko jednak przebiło pytanie:
"Czy czyta pani dziecku, gdy jest pani ubrana w koszulę nocną?".
Oczywiście to pytanie również było okraszone błędami.
Mama ankiety nie dopuściła i się dowiedziała, że jest bez serca, że tym samym biednej dziewczynie blokuje dostęp do zostania nauczycielem, że w ogóle jak tak można, że obiecała. Że ona musi w przyszłym tygodniu wyniki promotorowi pokazać. A te ortografy, to przecież nic takiego, mama się niepotrzebnie czepia, przecież nikt nie zauważy. A poza tym szanowna studentka ma dysortografię, więc jej wolno. I wyszła trzaskając drzwiami.
Pewnego dnia przyszła ONA: studentka ostatniego roku pedagogiki. Chce zrobić ankietę wśród rodziców na temat nawyków czytelniczych, no dobrze. Ankiety przy sobie nie ma, więc nie pokaże. Tutaj mama postawiła sprawę twardo: nie dopuści ankiety, której nie widziała, dziewczyna ma donieść pytania przed wywiadówką, na której ankieta miała być przeprowadzona.
Dziewczyna przyszła z ankietami kilka minut przed rozpoczęciem wywiadówki. Ankiety pełne były błędów ortograficznych, gramatycznych i choć z założenia anonimowe zawierały pytania pozwalające na identyfikację rodzica. Wszystko jednak przebiło pytanie:
"Czy czyta pani dziecku, gdy jest pani ubrana w koszulę nocną?".
Oczywiście to pytanie również było okraszone błędami.
Mama ankiety nie dopuściła i się dowiedziała, że jest bez serca, że tym samym biednej dziewczynie blokuje dostęp do zostania nauczycielem, że w ogóle jak tak można, że obiecała. Że ona musi w przyszłym tygodniu wyniki promotorowi pokazać. A te ortografy, to przecież nic takiego, mama się niepotrzebnie czepia, przecież nikt nie zauważy. A poza tym szanowna studentka ma dysortografię, więc jej wolno. I wyszła trzaskając drzwiami.
studentka
Ocena:
675
(Głosów:
715)
Kilka lat temu w mojej niewielkiej miejscowości zostało dokonane morderstwo. Rzecz sama w sobie piekielna niezaprzeczalnie, lecz ja chciałam napisać o zdarzeniu towarzyszącym.
Mężczyzna zamordował żonę, ciało było podobno zmasakrowane. Nie pamiętam czy nożem, czy siekierą, nieważne. Ważne, że policja tak sprawę rozegrała, że ich dzieci zmasakrowanego ciała matki nie zobaczyły.
Jakiś czas później odbył się pogrzeb, jak to w przypadku śmierci rodzica dziecka szkolnego bywa, na pogrzeb przybyły delegacje z klas, do których przybyły dzieci. Te delegacje to grupka gimnazjalistów i grupka dzieci z klas nauczania początkowego. Na pogrzeb przybyła oczywiście również matka zamordowanej i to ona okazała się piekielna. Zażądała otwarcia trumny, bo ona chce zobaczyć jak córka wygląda. Bliska mi osoba, która na pogrzebie była opowiadała, że wyglądało to przede wszystkim na chorą ciekawość. Nie pomagały zapewnienia, że nie ma co oglądać, że widok straszny, żeby kobieta dała spokój i oszczędziła swoim wnukom takiej traumy.
Koniec końców piekielna swego dopięła, w chwili zamieszania, zanim ktokolwiek się zorientował trumna została otwarta. Zmasakrowane zwłoki kobiety zobaczyły nie tylko jej dzieci, ale również dzieci z podstawówki i wielu obecnych. Wiem, że kilka dziewczyn z gimnazjum dostało ataku histerii.
Mężczyzna zamordował żonę, ciało było podobno zmasakrowane. Nie pamiętam czy nożem, czy siekierą, nieważne. Ważne, że policja tak sprawę rozegrała, że ich dzieci zmasakrowanego ciała matki nie zobaczyły.
Jakiś czas później odbył się pogrzeb, jak to w przypadku śmierci rodzica dziecka szkolnego bywa, na pogrzeb przybyły delegacje z klas, do których przybyły dzieci. Te delegacje to grupka gimnazjalistów i grupka dzieci z klas nauczania początkowego. Na pogrzeb przybyła oczywiście również matka zamordowanej i to ona okazała się piekielna. Zażądała otwarcia trumny, bo ona chce zobaczyć jak córka wygląda. Bliska mi osoba, która na pogrzebie była opowiadała, że wyglądało to przede wszystkim na chorą ciekawość. Nie pomagały zapewnienia, że nie ma co oglądać, że widok straszny, żeby kobieta dała spokój i oszczędziła swoim wnukom takiej traumy.
Koniec końców piekielna swego dopięła, w chwili zamieszania, zanim ktokolwiek się zorientował trumna została otwarta. Zmasakrowane zwłoki kobiety zobaczyły nie tylko jej dzieci, ale również dzieci z podstawówki i wielu obecnych. Wiem, że kilka dziewczyn z gimnazjum dostało ataku histerii.
pogrzeb
Ocena:
727
(Głosów:
757)
zarchiwizowany
Skomentuj (3)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jak już pisałam kilka razy: jestem w ciąży. Dopiero piąty miesiąc, ale brzuch mam taki, że z wzdęciami tego nie pomyli. Spod płaszcza, owszem, nie widać, ale żaden sweter mojego stanu nie zamaskuje.
Pewnego dnia wracałam z zajęć na uczelni, organizm pilnie domagał się jedzenia, więc wstąpiłam do najbliższego supermarketu po soczek i bułkę. Nie czułam się najlepiej, choć również nie fatalnie, więc rozpięłam płaszcz i po cichu liczyłam, że może ktoś mnie w kolejce przepuści.
Gdy szłam do kasy i byłam dosłownie dwa kroki przed końcem kolejki minęłam dziewczynę, która jeszcze coś brała z regału. Taką zwykłą, na oko ze 25 lat. Popatrzyła na mnie, popatrzyła na mój brzuch, odepchnęła mnie i wepchnęła się przede mnie w kolejkę. Z jakichś powodów nawet nie próbowałam jej pytać czy mnie przepuści. A przed nami wisiał sobie plakat akcji "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży".
Pewnego dnia wracałam z zajęć na uczelni, organizm pilnie domagał się jedzenia, więc wstąpiłam do najbliższego supermarketu po soczek i bułkę. Nie czułam się najlepiej, choć również nie fatalnie, więc rozpięłam płaszcz i po cichu liczyłam, że może ktoś mnie w kolejce przepuści.
Gdy szłam do kasy i byłam dosłownie dwa kroki przed końcem kolejki minęłam dziewczynę, która jeszcze coś brała z regału. Taką zwykłą, na oko ze 25 lat. Popatrzyła na mnie, popatrzyła na mój brzuch, odepchnęła mnie i wepchnęła się przede mnie w kolejkę. Z jakichś powodów nawet nie próbowałam jej pytać czy mnie przepuści. A przed nami wisiał sobie plakat akcji "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży".
sklepy
Ocena:
94
(Głosów:
168)
zarchiwizowany
Skomentuj (7)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Kilka lat temu byłam na objazdowej wycieczce po Ukrainie. Cena przystępna, plan zwiedzania bardzo obszerny, wynajęta przewodniczka genialna po prostu. Piekielny był pan kierowca autobusu. Gubił się i błądził na prostej drodze, kilka razy wywiózł nas sam nie wiedząc gdzie, wiecznie mieliśmy opóźnienie. Dwa razy przeszedł jednak samego siebie.
Sytuacja pierwsza. Po ciężkim dniu zajeżdżamy do hotelu. Wycieczka nie była droga, a hotele na Ukrainie bywają bardzo różne, więc byliśmy bardzo mile zaskoczeni gdy przywitał nas bardzo ładny zajazd. Nasza radość nie trwała długo. Pan kierowca źle wymierzył i zburzył bramę wjazdową. Jak? Trochę górą autobusu zahaczył, trochę bokiem i brama poleciała. Obsługa powiedziała, że nie wpuszczą nas do hotelu, póki nie będzie opłacona jej naprawa. Co na to pan kierowca? To nie jego wina, niech pasażerowie płacą. W końcu jednak pod naciskiem grupy załatwił to jakoś z właścicielami obciążając kosztami biuro podróży.
Sytuacja druga, Lwów. We Lwowie parkują wszyscy tak, jak chcą, przynajmniej tak wyglądało to, co widziałam. Gdzieś, właśnie w takim nietypowym miejscu stało sobie czarne BMW, z ciemnymi szybami, wyglądało na nowe i drogie. Nasz wspaniały pan kierowca jakimś cudem zahaczył o nie i zarysował cały bok. Co robi zawodowy kierowca w takiej sytuacji? Oczywiście ucieka. Właściciel BMW musiał zdarzenie widzieć, bo zaraz ruszył w pościg. Po kilku kilometrach natknęliśmy się na patrol policji, właściciel BMW zatrzymał się koło nich i chyba naświetlił sytuację, bo po chwili goniła nas policja. Tym razem wspaniały kierowca zatrzymał się. Z tego, co potem mówił, to spora łapówka załatwiła sprawę od razu.
Zastanawia mnie tylko jedno, czemu na objazdową wycieczkę skierowano kierowcę, który nie umie jeździć? Byłam na innej objazdówce, kilometrów jakieś pięć razy tyle, kierowca nie zaliczył ani jednej takiej wpadki, ba ani jednego spóźnienia, ani razu się nie zgubiliśmy, choć była to dla niego całkiem nowa trasa.
Sytuacja pierwsza. Po ciężkim dniu zajeżdżamy do hotelu. Wycieczka nie była droga, a hotele na Ukrainie bywają bardzo różne, więc byliśmy bardzo mile zaskoczeni gdy przywitał nas bardzo ładny zajazd. Nasza radość nie trwała długo. Pan kierowca źle wymierzył i zburzył bramę wjazdową. Jak? Trochę górą autobusu zahaczył, trochę bokiem i brama poleciała. Obsługa powiedziała, że nie wpuszczą nas do hotelu, póki nie będzie opłacona jej naprawa. Co na to pan kierowca? To nie jego wina, niech pasażerowie płacą. W końcu jednak pod naciskiem grupy załatwił to jakoś z właścicielami obciążając kosztami biuro podróży.
Sytuacja druga, Lwów. We Lwowie parkują wszyscy tak, jak chcą, przynajmniej tak wyglądało to, co widziałam. Gdzieś, właśnie w takim nietypowym miejscu stało sobie czarne BMW, z ciemnymi szybami, wyglądało na nowe i drogie. Nasz wspaniały pan kierowca jakimś cudem zahaczył o nie i zarysował cały bok. Co robi zawodowy kierowca w takiej sytuacji? Oczywiście ucieka. Właściciel BMW musiał zdarzenie widzieć, bo zaraz ruszył w pościg. Po kilku kilometrach natknęliśmy się na patrol policji, właściciel BMW zatrzymał się koło nich i chyba naświetlił sytuację, bo po chwili goniła nas policja. Tym razem wspaniały kierowca zatrzymał się. Z tego, co potem mówił, to spora łapówka załatwiła sprawę od razu.
Zastanawia mnie tylko jedno, czemu na objazdową wycieczkę skierowano kierowcę, który nie umie jeździć? Byłam na innej objazdówce, kilometrów jakieś pięć razy tyle, kierowca nie zaliczył ani jednej takiej wpadki, ba ani jednego spóźnienia, ani razu się nie zgubiliśmy, choć była to dla niego całkiem nowa trasa.
kierowca
Ocena:
176
(Głosów:
194)
zarchiwizowany
Skomentuj (22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historii podobnych było tutaj multum, więc nie chodzi mi o przedstawienie tematu, lecz poszukuję pomocy.
Moi dziadkowie są osobami starszymi, mieszkającymi samotnie - idealny łup dla wszelkich naciągaczy. Pozornie, bo dziadziowie wszystkie umowy czytają i konsultują podpisanie z dziećmi. Stała się jednak ostatnio rzecz dziwna. Co ważne dla historii moi dziadkowie nazywają się prawie tak samo. Antoni i Antonina.
Najpierw standard, telefon z TP (Tele Polski) o konieczności przedłużenia umowy. Oczywiście dziadziowie mieli umowę z TP, ale z Telekomunikacją Polską. Proszą właściciela telefonu - rozmawiali z dziadziem, który stwierdził, że niech umowę przyślą, on przeczyta i podpisze.
Jakiś czas później, tak w połowie stycznia, zjawił się kurier. Nie zgodził się na to, by dać dziadziom czas na przeczytanie umowy. Albo podpisują od razu, albo on umowę zabiera i zwraca. Dziadziowie w takim wypadku umowy nie podpisali.
Kilka dni temu przychodzi umowa. Podpisana... No właśnie, przez kogo? Na jednej stronie parafka babci i pesel babci, na drugiej pismem babci imię dziadzia. Wprawdzie na sposobach manipulacji komputerowej dziadziowie się nie znają, ale od razu zadali nam pytanie czy mogą to być podpisy skopiowane z innego pisma, bo oni jakiś czas temu podpisywali jakąś listę poparcia i to są dane, które wpisywali i sposób w jaki je wpisali (babcia wypełniła rubrykę swoją i dziadzia odnośnie czytelnego podpisu i nr PESEL). Co ciekawe kurier z umową był w połowie stycznia, a na umowie widnieje data październikowa.
O ile różnych rzeczy mogę się spodziewać, to przecież nie tego, że babcia własne imię pomyliła z imieniem męża, a za dziadzia nigdy nic nie podpisuje.
Teraz moja lista próśb do Was i pytań:
- Czy umowa na której widnieją niezgodne podpisy jest ważna?
- Czy podpisy zbierane pod inicjatywami obywatelskimi są udostępniane w Internecie w formie skanów na przykład?
- Wiem, że niektórzy z Was spotkali się z tą firmą i jej przekrętami. Jak sprawy się skończyły? Co robić? Jak działać? Na razie dziadziu wysłał do nich pismo o tym, że podpisy się nie do końca zgadzają i to nie jest umowa zawarta przez nich, w najbliższych dniach wybiera się ze skargą do UOIK. Co można jeszcze zrobić?
- Jak wyśledzić "wyciek" podpisów? Najgorsze jest to, że dziadziowie podpisują dużo takich rzeczy (protesty odnośnie ustaw, poparcia kandydatów partii) i niekoniecznie będą pamiętać wszystkie. Kojarzycie jakąś taką akcję z października? Najprawdopodobniej wspieraną przez katolickie media?
Z góry dziękuję za wszystkie porady.
Moi dziadkowie są osobami starszymi, mieszkającymi samotnie - idealny łup dla wszelkich naciągaczy. Pozornie, bo dziadziowie wszystkie umowy czytają i konsultują podpisanie z dziećmi. Stała się jednak ostatnio rzecz dziwna. Co ważne dla historii moi dziadkowie nazywają się prawie tak samo. Antoni i Antonina.
Najpierw standard, telefon z TP (Tele Polski) o konieczności przedłużenia umowy. Oczywiście dziadziowie mieli umowę z TP, ale z Telekomunikacją Polską. Proszą właściciela telefonu - rozmawiali z dziadziem, który stwierdził, że niech umowę przyślą, on przeczyta i podpisze.
Jakiś czas później, tak w połowie stycznia, zjawił się kurier. Nie zgodził się na to, by dać dziadziom czas na przeczytanie umowy. Albo podpisują od razu, albo on umowę zabiera i zwraca. Dziadziowie w takim wypadku umowy nie podpisali.
Kilka dni temu przychodzi umowa. Podpisana... No właśnie, przez kogo? Na jednej stronie parafka babci i pesel babci, na drugiej pismem babci imię dziadzia. Wprawdzie na sposobach manipulacji komputerowej dziadziowie się nie znają, ale od razu zadali nam pytanie czy mogą to być podpisy skopiowane z innego pisma, bo oni jakiś czas temu podpisywali jakąś listę poparcia i to są dane, które wpisywali i sposób w jaki je wpisali (babcia wypełniła rubrykę swoją i dziadzia odnośnie czytelnego podpisu i nr PESEL). Co ciekawe kurier z umową był w połowie stycznia, a na umowie widnieje data październikowa.
O ile różnych rzeczy mogę się spodziewać, to przecież nie tego, że babcia własne imię pomyliła z imieniem męża, a za dziadzia nigdy nic nie podpisuje.
Teraz moja lista próśb do Was i pytań:
- Czy umowa na której widnieją niezgodne podpisy jest ważna?
- Czy podpisy zbierane pod inicjatywami obywatelskimi są udostępniane w Internecie w formie skanów na przykład?
- Wiem, że niektórzy z Was spotkali się z tą firmą i jej przekrętami. Jak sprawy się skończyły? Co robić? Jak działać? Na razie dziadziu wysłał do nich pismo o tym, że podpisy się nie do końca zgadzają i to nie jest umowa zawarta przez nich, w najbliższych dniach wybiera się ze skargą do UOIK. Co można jeszcze zrobić?
- Jak wyśledzić "wyciek" podpisów? Najgorsze jest to, że dziadziowie podpisują dużo takich rzeczy (protesty odnośnie ustaw, poparcia kandydatów partii) i niekoniecznie będą pamiętać wszystkie. Kojarzycie jakąś taką akcję z października? Najprawdopodobniej wspieraną przez katolickie media?
Z góry dziękuję za wszystkie porady.
Ocena:
201
(Głosów:
219)
Mam takie jakieś szczęście, że wielu ludzi mi się zwierza, w związku z tym usłyszałam już kilka "ciekawych" przyczyn zachodzenia w ciążę i w ogóle mądrości seksualnych. Dzisiaj się nimi z Wami podzielę.
1. Dawno, dawno temu byłam w sanatorium. Jedna z moich współlokatorek z pokoju, wtedy lat 14, pewnego dnia zaczęła się dziwnie zachowywać. Była taka jakaś zdenerwowana i smutna. Po długim wypytywaniu przyznała dlaczego. Ona jest w ciąży. Ze swoim bratem. Szokująca wiadomość, prawda? Pytamy więc delikatnie, ale jak to, czy ma pewność? Tak, ma pewność. Właśnie mija miesiąc, od kiedy dostała pierwszego okresu, a ona kolejnego nie dostała. Dodatkowo katechetka powiedziała kiedyś w jej klasie, że w ciążę można zajść, jak się użyje ręcznika jakiegoś mężczyzny. A ona ma brata i nie ma pewności, czy jej brat kiedyś nie użył jej ręcznika, więc na pewno użył i ona na pewno jest teraz w ciąży.
Moje tłumaczenia, że to normalne, że na początku cykl jest nieregularny zostały zakrzyczane, bo kilka innych dziewczyn również słyszało, że z ręcznikiem w ciążę się zachodzi. A poza tym przecież katechetka nie mogła się mylić, prawda?
2. Tutaj bohaterką jest osiemnastolatka, uczennica klasy biol-chem, marząca o zostaniu lekarką. Poszłyśmy kiedyś z koleżankami na piwo i w pewnym momencie jednej wzięło się na zwierzenia. Ona jest w ciąży. Ze swoim ojcem. Szok, niedowierzanie, bo pochodziła z rodziny na pozór bardzo szczęśliwej. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś odważył się zapytać jak to się stało. Odpowiedź nas powaliła: no bo już jej się dwa dni okres spóźnia, a ona siada na ubikacji u siebie w domu, a przecież nie może mieć pewności, że jej tacie kiedyś trochę spermy nie poleciało na deskę klozetową i ona w ten sposób nie zaszła w ciążę.
Tym razem nie tylko ja przekonywałam ją, że to niemożliwe.
3. Religijnej znajomej zatrzymał się okres. Nie współżyła, więc nie ciąża. Wysyłam ją do ginekologa. Ona nie pójdzie, bo skoro nie ma okresu, to widocznie Bóg tak chciał. Nie udało mi się jej przegadać.
4. Inna znajoma, podobny problem i znów namawiam na wizytę u lekarza. Ona nie pójdzie, nie i już. Dopytuję dlaczego. Bo tam ją na pewno zapłodnią. Tak, była fanką serialu "Majka" i tak, mówiła całkiem poważnie.
5. Tym razem metoda antykoncepcyjna. Pewna moja koleżanka ze studiów po stosunku szła do kościoła prosić Boga, by nie ukarał jej nieślubnym dzieckiem. Jej zdaniem działało, straciłam z nią kontakt, więc nie wiem jak długo.
I niech ktoś mi powie, że porządne lekcje wychowania seksualnego nie są potrzebne...
1. Dawno, dawno temu byłam w sanatorium. Jedna z moich współlokatorek z pokoju, wtedy lat 14, pewnego dnia zaczęła się dziwnie zachowywać. Była taka jakaś zdenerwowana i smutna. Po długim wypytywaniu przyznała dlaczego. Ona jest w ciąży. Ze swoim bratem. Szokująca wiadomość, prawda? Pytamy więc delikatnie, ale jak to, czy ma pewność? Tak, ma pewność. Właśnie mija miesiąc, od kiedy dostała pierwszego okresu, a ona kolejnego nie dostała. Dodatkowo katechetka powiedziała kiedyś w jej klasie, że w ciążę można zajść, jak się użyje ręcznika jakiegoś mężczyzny. A ona ma brata i nie ma pewności, czy jej brat kiedyś nie użył jej ręcznika, więc na pewno użył i ona na pewno jest teraz w ciąży.
Moje tłumaczenia, że to normalne, że na początku cykl jest nieregularny zostały zakrzyczane, bo kilka innych dziewczyn również słyszało, że z ręcznikiem w ciążę się zachodzi. A poza tym przecież katechetka nie mogła się mylić, prawda?
2. Tutaj bohaterką jest osiemnastolatka, uczennica klasy biol-chem, marząca o zostaniu lekarką. Poszłyśmy kiedyś z koleżankami na piwo i w pewnym momencie jednej wzięło się na zwierzenia. Ona jest w ciąży. Ze swoim ojcem. Szok, niedowierzanie, bo pochodziła z rodziny na pozór bardzo szczęśliwej. Po chwili niezręcznej ciszy ktoś odważył się zapytać jak to się stało. Odpowiedź nas powaliła: no bo już jej się dwa dni okres spóźnia, a ona siada na ubikacji u siebie w domu, a przecież nie może mieć pewności, że jej tacie kiedyś trochę spermy nie poleciało na deskę klozetową i ona w ten sposób nie zaszła w ciążę.
Tym razem nie tylko ja przekonywałam ją, że to niemożliwe.
3. Religijnej znajomej zatrzymał się okres. Nie współżyła, więc nie ciąża. Wysyłam ją do ginekologa. Ona nie pójdzie, bo skoro nie ma okresu, to widocznie Bóg tak chciał. Nie udało mi się jej przegadać.
4. Inna znajoma, podobny problem i znów namawiam na wizytę u lekarza. Ona nie pójdzie, nie i już. Dopytuję dlaczego. Bo tam ją na pewno zapłodnią. Tak, była fanką serialu "Majka" i tak, mówiła całkiem poważnie.
5. Tym razem metoda antykoncepcyjna. Pewna moja koleżanka ze studiów po stosunku szła do kościoła prosić Boga, by nie ukarał jej nieślubnym dzieckiem. Jej zdaniem działało, straciłam z nią kontakt, więc nie wiem jak długo.
I niech ktoś mi powie, że porządne lekcje wychowania seksualnego nie są potrzebne...
Ocena:
966
(Głosów:
1122)
W związku z tym nieświeżym mięsem, przypomniała mi się historyjka sprzed dwóch lat.
Kiedyś dawno temu pisałam tutaj o mojej byłej współlokatorce, która, używając eufemizmu, do czyściochów nie należała.
Madzia dostała z domu od mamy sporą ilość pierogów, choć pierogów nie lubiła. Wrzuciła je do naszej wspólnej lodówki.
Po tygodniu zwróciłam jej uwagę, że raczej już nie będą zdatne do spożycia, żeby coś z nimi zrobiła. Zero reakcji.
Po upływie kolejnego tygodnia przypomniałam jej o pierogach. Zero reakcji.
W trzecim tygodniu zażądałam ich wyrzucenia, bo choć były szczelnie opakowane i nie śmierdziały, to kto wie, co tam się rozwijało. Sama ich nie wyrzuciłam, bo robiła mi karczemne awantury za dotykanie jej rzeczy.
W czwartym tygodniu pierogi zniknęły. Wreszcie!
Minęły ze dwa tygodnie, chciałam coś schować do zamrażarki, a tam niespodzianka - pierogi! Zatrzęsło mną, tym bardziej, że kosz stał pół metra od zamrażarki. Tym razem to ja zrobiłam karczemną awanturę. Obiecała, że coś zrobi. Naiwnie uwierzyłam, że wyrzuci.
I znów minęło trochę czasu. Pewnego dnia zastałam w pokoju dwóch sąsiadów, którzy właśnie skończyli coś jeść. Tak, Madzia zaoferowała im pierożki. Przekonując, że świeże, pyszne, dopiero z domu przywiezione, a głodni studenci się skusili. Skończyło się to dla nich ciężkim zatruciem żołądkowym, a ona nie widziała w tym swojej winy.
Kiedyś dawno temu pisałam tutaj o mojej byłej współlokatorce, która, używając eufemizmu, do czyściochów nie należała.
Madzia dostała z domu od mamy sporą ilość pierogów, choć pierogów nie lubiła. Wrzuciła je do naszej wspólnej lodówki.
Po tygodniu zwróciłam jej uwagę, że raczej już nie będą zdatne do spożycia, żeby coś z nimi zrobiła. Zero reakcji.
Po upływie kolejnego tygodnia przypomniałam jej o pierogach. Zero reakcji.
W trzecim tygodniu zażądałam ich wyrzucenia, bo choć były szczelnie opakowane i nie śmierdziały, to kto wie, co tam się rozwijało. Sama ich nie wyrzuciłam, bo robiła mi karczemne awantury za dotykanie jej rzeczy.
W czwartym tygodniu pierogi zniknęły. Wreszcie!
Minęły ze dwa tygodnie, chciałam coś schować do zamrażarki, a tam niespodzianka - pierogi! Zatrzęsło mną, tym bardziej, że kosz stał pół metra od zamrażarki. Tym razem to ja zrobiłam karczemną awanturę. Obiecała, że coś zrobi. Naiwnie uwierzyłam, że wyrzuci.
I znów minęło trochę czasu. Pewnego dnia zastałam w pokoju dwóch sąsiadów, którzy właśnie skończyli coś jeść. Tak, Madzia zaoferowała im pierożki. Przekonując, że świeże, pyszne, dopiero z domu przywiezione, a głodni studenci się skusili. Skończyło się to dla nich ciężkim zatruciem żołądkowym, a ona nie widziała w tym swojej winy.
Współlokatorka
Ocena:
670
(Głosów:
704)
Mój mąż wczoraj wieczorem kupił dwie ćwiartki z kurczaka w sklepie osiedlowym. Pani ekspedientka owinęła je w podwójną reklamówkę tak, że w sumie nie było widać co tam w środku jest. Zakupy przyniósł, włożyliśmy je do lodówki.
Jakieś dwie godziny później chciałam przyrządzić mięso, odwinęłam pierwszą reklamówkę, moim oczom ukazało się ZIELONKAWE mięso. Odważnie otworzyłam drugą reklamówkę i zapach prawie mnie zmiótł. Zawinęłam je szczelnie bardzo pospiesznie i postanowiłam rzecz następnego dnia, a więc dzisiaj, zgłosić w sklepie. Dlaczego następnego dnia? Bo wczoraj sklep był już zamknięty. Zaznaczę na wstępie, że nie awanturowałam się, tylko starałam się grzecznie sprawę przedstawić. Pani kierownik jednak nie była już taka grzeczna. Oto lista przedstawionych przez nią argumentów:
- To normalne, że mięso kupione wczoraj jest zielone, wczoraj na pewno było pierwszej świeżości.
- To normalne, że mięso w reklamówce śmierdzi zgnilizną na kilometr, gdybym przyniosła to mięso na talerzu, to by nie śmierdziało.
- Reklamacji mięsa przyjmuje tylko w dniu zakupu, bo to normalne, że mięso po nocy spędzonej w lodówce się do niczego nie nadaje. Tutaj podała argument, że to tak samo jakbym przyszła mięso reklamować po miesiącu. Mój argument, że świeże mięso owszem w miesiąc się popsuje, ale nie w kilkanaście godzin, przemilczała.
- Mięso było otwierane, a więc na pewno podmieniłam ćwiartki zakupione w jej sklepie na jakieś stare z innego sklepu (a chwilę wcześniej chciała, żebym mięso na talerzu przynosiła).
- Tutaj na początek przyznam: nie miałam paragonu, ale na mięsie była naklejka z nazwą, adresem tego sklepu oraz datą pakowania, ale to nie jest wystarczający dowód, że to mięso nie zostało zakupione gdzieś indziej.
Pani pieniądze oddała mi zaznaczając, że robi mi łaskę i że jest to wyłącznie jej dobra wola, bo to ona ma rację.
Jakieś dwie godziny później chciałam przyrządzić mięso, odwinęłam pierwszą reklamówkę, moim oczom ukazało się ZIELONKAWE mięso. Odważnie otworzyłam drugą reklamówkę i zapach prawie mnie zmiótł. Zawinęłam je szczelnie bardzo pospiesznie i postanowiłam rzecz następnego dnia, a więc dzisiaj, zgłosić w sklepie. Dlaczego następnego dnia? Bo wczoraj sklep był już zamknięty. Zaznaczę na wstępie, że nie awanturowałam się, tylko starałam się grzecznie sprawę przedstawić. Pani kierownik jednak nie była już taka grzeczna. Oto lista przedstawionych przez nią argumentów:
- To normalne, że mięso kupione wczoraj jest zielone, wczoraj na pewno było pierwszej świeżości.
- To normalne, że mięso w reklamówce śmierdzi zgnilizną na kilometr, gdybym przyniosła to mięso na talerzu, to by nie śmierdziało.
- Reklamacji mięsa przyjmuje tylko w dniu zakupu, bo to normalne, że mięso po nocy spędzonej w lodówce się do niczego nie nadaje. Tutaj podała argument, że to tak samo jakbym przyszła mięso reklamować po miesiącu. Mój argument, że świeże mięso owszem w miesiąc się popsuje, ale nie w kilkanaście godzin, przemilczała.
- Mięso było otwierane, a więc na pewno podmieniłam ćwiartki zakupione w jej sklepie na jakieś stare z innego sklepu (a chwilę wcześniej chciała, żebym mięso na talerzu przynosiła).
- Tutaj na początek przyznam: nie miałam paragonu, ale na mięsie była naklejka z nazwą, adresem tego sklepu oraz datą pakowania, ale to nie jest wystarczający dowód, że to mięso nie zostało zakupione gdzieś indziej.
Pani pieniądze oddała mi zaznaczając, że robi mi łaskę i że jest to wyłącznie jej dobra wola, bo to ona ma rację.
sklepy
Ocena:
522
(Głosów:
560)
Nie wiem czy historia przedstawiona przeze mnie jest piekielna, czy po prostu zgodna z procedurami. Wiem, że czasem mi się śni, że jest to dla mnie wciąż traumatyczne wspomnienie.
Gdy miałam osiem lat trafiłam do szpitala na oddział dziecięcy. Sale były duże, chyba ośmioosobowe. Na łóżku koło mnie leżała umierająca dziewczynka w stanie śpiączki, moja rówieśnica. Zbyt późno wykryto u niej wadę serca, nic już nie można było zrobić. Była podpięta do urządzenia EKG. Nie wiem, czy takie dziecko powinno leżeć wśród innych, relatywnie zdrowych, dla nas było to ciężkie przeżycie. A żeby nam zbyt łatwo nie było, pielęgniarki kazały nam pilnować, żeby dziewczynka nie umarła. Czy użyły takich słów? Nie wiem, ale pamiętam, że z przerażeniem nasłuchiwaliśmy czy sygnał nie zanika, a zanikał przynajmniej raz dziennie, by po chwili powrócić. Pamiętam, że starsze, około dwunastoletnie dziewczynki czuły się w obowiązku spać w nocy na zmianę i pilnować, by serduszko małej nie przestało bić. Gdy przestawało choć na chwilę, to biegły budzić pielęgniarki. Pamiętam, że w tym wszystkim był wielki strach, że będzie to nasza wina jeśli pozwolimy jej umrzeć, jeśli nie dopilnujemy tak, jak kazały pielęgniarki.
Na szczęście wyszłam ze szpitala zanim dziewczynka zmarła. Podejrzewam, że w innym przypadku poczucie winy i strach by mnie przytłoczyły.
Gdy miałam osiem lat trafiłam do szpitala na oddział dziecięcy. Sale były duże, chyba ośmioosobowe. Na łóżku koło mnie leżała umierająca dziewczynka w stanie śpiączki, moja rówieśnica. Zbyt późno wykryto u niej wadę serca, nic już nie można było zrobić. Była podpięta do urządzenia EKG. Nie wiem, czy takie dziecko powinno leżeć wśród innych, relatywnie zdrowych, dla nas było to ciężkie przeżycie. A żeby nam zbyt łatwo nie było, pielęgniarki kazały nam pilnować, żeby dziewczynka nie umarła. Czy użyły takich słów? Nie wiem, ale pamiętam, że z przerażeniem nasłuchiwaliśmy czy sygnał nie zanika, a zanikał przynajmniej raz dziennie, by po chwili powrócić. Pamiętam, że starsze, około dwunastoletnie dziewczynki czuły się w obowiązku spać w nocy na zmianę i pilnować, by serduszko małej nie przestało bić. Gdy przestawało choć na chwilę, to biegły budzić pielęgniarki. Pamiętam, że w tym wszystkim był wielki strach, że będzie to nasza wina jeśli pozwolimy jej umrzeć, jeśli nie dopilnujemy tak, jak kazały pielęgniarki.
Na szczęście wyszłam ze szpitala zanim dziewczynka zmarła. Podejrzewam, że w innym przypadku poczucie winy i strach by mnie przytłoczyły.
służba_zdrowia
Ocena:
913
(Głosów:
961)
1 2 3 4 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 4 następna »
