Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Mori

Zamieszcza historie od: 27 maja 2012 - 17:49
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 13:12
  • Historii na głównej: 6 z 7
  • Punktów za historie: 1703
  • Komentarzy: 40
  • Punktów za komentarze: 109
 

#82288

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na recepcji. W zeszły piątek weszło RODO, a co za tym idzie wszystkie dane muszą być chronione etc.
Piekielność nr.:

1. Administracja mimo przypominania nic z RODO nie zrobiła. W tym nie przekazała upoważnień dotyczących danych osobowych.

2. Mieszkańcy mieli podobno obiecane w umowach, że mogą paczki zostawiać na recepcji. I wcześniej nie było problemu, choć my w umowie świadczenia takich usług nie mamy.

Ale przepisy się zmieniły i nikt nie wie na czym stoi, bo jeden prawnik twierdzi, że dane na paczkach to dane osobowe i wymagają zgód, a inny, że podlegają prawu pocztowemu i nie.

Problem. Skoro zgód ani nic na piśmie od zarządu nie mamy, to kto jakby co pójdzie siedzieć, gdy ktoś z paczki sobie dane spisze? Dokładnie. Ja.

Zarząd postawił sytuacje tak - my nie będziemy brać paczek (przypominam, że na siebie jako osobę prywatną), to firma się żegna z budynkiem. Jedyna opcja to prosić pracowników czy się zgodzą na własną odpowiedzialność brać paczki, listy etc. Ale też tylko małe mogą zostawiać, bo jeśli idzie o dane osobowe to muszą być zamknięte, a zamykaną mamy tylko szafę - pomieszczenia już nie.
To zagryzłam zęby, podrukowałam co trzeba i jak na każdą paczkę będą podpisywać upoważnienie to, to co można przyjmę.

Dziś współpracownik mi przekazał, że "jak będę się tak dalej zachowywać" (czytać - odmawiać łamania przepisów i odmawiać przyjmowania paczek, na których upoważnienia nie mam, lub których nie mam jak zabezpieczyć przed osobami trzecimi) to będą musieli "zmienić recepcjonistkę".
Nie dogodzisz.

RODO recepcja praca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (122)

#82188

(PW) ·
| Do ulubionych
Każdy z nas chyba spotkał pracowych "pożyczaczy". A to kubek weźmie, tam trochę cukru albo kawy.
Ja również się z tym spotkałam, więc zaczęłam rzeczy chować lub brać ze sobą do domu. Ale od czasu do czasu się zapomni albo nie chce dźwigać.

Po kilku awanturach, że po to sobie z domu kubek i łyżeczkę wzięłam, żeby z nich korzystać, a nie zastawać umyty wieczorem kubek następnego ranka usyfiony czym się da, myślałam, że dotarło.
Już machnęłam ręką, że z kupionej kawy wykorzystałam może 20%, a reszta magicznie wyparowała. No bo przecież nikt nie brał, bo "mają swoją".
Ale dziś przegięli pałę.

Rozumiem "pożyczanie", jak czegoś jest dużo, ale... Wczoraj została mi resztka kawy, ot, na jeden poranny kubek. Nawet rzuciłam o tym uwagę.
Dziś przychodzę i co widzę?
Ktoś znowu zabrał mi kubek i zostawił w nim kawę tak do połowy. Już stwierdziłam, że awantury od rana robić nie będę, biorę jeden ze wspólnych kubków, grzeję wodę, wsypuję cukier i sięgam po kawę, ale coś z puszki nie chce lecieć. Skamieniała czy co? Patrzę do środka i mnie krew zalewa.
Jak bezczelnym lub głupim trzeba być, by "pożyczyć" ostatnią porcje czegokolwiek wiedząc, że nie ma bata, by właściciel tego nie zauważył?

Po pracy idę kupić proszki na przeczyszczenie. Następne kawy będą sobie robić z "wkładką".

praca pracowi janusze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (209)

#81234

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne historie z pracy na recepcji.

Ze względu na szajkę włamywaczy, mamy zakaz otwierania drzwi. Ludzie mają dzwonić do tego, do kogo idą. Jeśli wlezą za kimś mają do wyboru albo wpisanie się do księgi gości (sprawdzamy dowód), albo wyjście i zadzwonienie.

1. Przychodzi jakieś stowarzyszenie, wiek 80+.
Wszystkie informacje na temat nie wpuszczania i tego jak dzwonić, wielkimi literami wywieszone na drzwiach. Po co czytać jak można walić laską w szklane drzwi i żądać wpuszczenia "bo jestem kombatantem". A nie zadzwoni, bo nie wie pod jaki numer ma dzwonić. Czyli mam wpuścić bandę obcych emerytów, którzy nawet nie wiedzą dokąd idą. To mnie przekonał do otworzenia! Wlazł za kimś z tekstem "I co, korona z głowy nie spadła?!" i mimo trzykrotnego powtórzenia nie zareagował na nakaz wpisania się.

Technicznie jako ochrona w tym momencie powinnam albo wezwać oddział napadowy albo go zatrzymać i wezwać policję. Mieli szczęście, że wysłałam ochroniarza czy aby nie idą na spotkanie, o którym coś wcześniej słyszałam. Firma, która spotkanie organizowała, została "poproszona" o informowanie przychodzących do kogo mają dzwonić lub o tym, że będą musieli się wpisać, chyba, że chcą by gości wyprowadzała policja.

Ciekawe, jakoś przy wychodzeniu pan "kombatant" był jakiś taki spokorniały.

2. Dosłownie sprzed chwili. Jak mówiłam instrukcje obsługi są w 2 miejscach na drzwiach, w tym jedno napisane wołami, by na pewno nie przeoczyli. Ale czytanie to sztuka trudna i męcząca dla 3/4 społeczeństwa. A przynajmniej tak mogę wnioskować po przychodzących. Do rzeczy.

Wszystkie domofony są na jednej linii, czyli jeśli dzwonisz jednym, każdy pokazuje "zajęte". Czasem się wiesza, dlatego na instrukcji jest napisane jak połączenie zresetować. Możemy to zrobić u nas, ale może to też zrobić sam wchodzący.

Do recepcji włazi mi babka twierdząca, że w budynku pracuje, ale nie wzięła telefonu i nie może się dostać do drugiej klatki "bo domofon się zepsuł i pokazuje zajęte".
Ale... żeby dostać się do recepcji otworzyła sobie domofonem. Czyli ktoś inny jednak czytać umiał i zresetował już za nią, bo by nie wlazła. Ale ok. Wytłumaczę na przyszłość.
- To dlatego, że linia była zajęta.
- Nie rozumiem! To ja mam stać przed drzwiami?!
Patrzę na drzwi i myślę o instrukcji obsługi nad domofonem. Patrzę na kartkę, gdzie wielkimi literami jest ta instrukcja powtórzona wraz z informacją, że recepcja drzwi nie otwiera. Patrzę znowu na babkę i tłumaczę jeszcze raz. Bez skutku. Rezygnuję i powtarzam to, co ma napisane na kartce:
- Jeśli linia jest "Zajęta" musi ją pani zresetować. Wcisnąć "R".
- JA NIE ROZUMIEM!
I foch. Przynajmniej sobie poszła.

Emeryci analfabeci recepcja

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (166)
zarchiwizowany

#80107

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie krótko, bo zaraz idę do pracy na kolejną 11h zmianę.
Sąsiedzi z góry od chyba tygodnia czy dwóch (wedle relacji brata) cały dzień, tydzień czy weekend coś wiercą - wniosek: pewnie nowi sąsiedzi. Ok, przychodzę styrana z pracy. Śmichy chichy i rozmowy słyszę już wjeżdżając windą, ale jest przed 19, spoko, wolno im.
Godzina po 22. Śmiechy, rozmowy i ktoś jeszcze próbuje puszczać muzykę. Na szczęście na tyle cicho, że nie byłam najpierw pewna co to za szum, ale sufit mi wibruje nad głową. Ciśnienie mi rośnie, ale ok. Nowi są, poczekamy do północy.
Po północy ubieram się i idę. Dzwonię, otwiera mi dziwnie znajomo wyglądająca kobieta.
- Przepraszam, państwo nowi?
- Nie, czemu?
- A to tym lepiej. Czy będzie cisza, czy mam państwa rozmowy nagrać i przekazać policji?
- Ale dlaczego tak negatywnie?!
- Bo jest środek tygodnia, po 22, a to nie pierwszy raz, jak przychodzę zwracać uwagę.
- Ale czy zwracała pani uwagę DZISIAJ?

No nie powiem, zagotowało się we mnie. Dla wyjaśnienia. Lokal notorycznie wynajmowany studentom, walka o cisze trwa od 20 lat, z każdym nowym lokatorem od początku (większość sąsiadów z tego względu się poddała i ich olewa). Ci mieszkają od roku i chyba reguły współżycia powinni znać. Zwłaszcza, że to kolejny taki wybryk w środku tygodnia, nie wspominając o ich pijackim śpiewaniu Krawczyka na balkonie sprzed bodajże paru miesięcy.
Zamierzam napisać im list a propo kolejnych takich przyjęć, bo blok to do diabła nie klub nocny, a ja obowiązku ich uciszać nie mac. Od tej pory mogą spodziewać się nagrania imprez i policji, bo do diabła, chce chodzić do roboty wyspana.

Edit:
Nie wiedziałam czy to muzyka, bo co prawda byla cicho, ale po pierwsze bardziej przypominała rytmiczne walenie młotkiem lub stukanie meblami (nie byłby to pierwszy raz, gdy robią coś tak absurdalnego) niż cokolwiek innego, a po drugie zważywszy na wibracje dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś po prostu podkręcił bas w swoim techno.
Odpowiadajac na pytanie o częstość interwencji. Ostatnio była cisza, nie wiem, może studenci wyjechali na wakacje iu dopiero wrócili. Nie obchodzi mnie to. Nie zamierzam od nowa sluchać o 4 nad ranem pijackich śpiewów, imprez do białego rana, bo szlachta nie pracuje czy dyskusji kto z kim i w jakich pozycjach się przespał, alvo kto kogo i za co zajebie (a wszystko to doskonale słyszę nawet z głową pod poduszką) jak miało to miejsce w zeszlym roku akademickim. Mam dość.
Edit2: Bo widzę, że niejasne. Mieszkanie jest od 20+ lat wynajmowane. Nie znaczy to, że wszyscy lokatorzy bylu uciażliwi, ani, że byli tacy cały czas. Czasem jest pare tygodni spokoju, czasem caly tydzień imprez. I o ile imprezy w weekendy rozumiem, o tyle te w tygodniu tepię i jest spokój do chwili aż znowu o interwencji zapomną.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (96)

#78824

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedzę w robocie i jem śniadanie. Włącza się alarm pożarowy. No to rozpoznanie, zobaczyć gdzie, system daje numer czujki. W instrukcji pożarowej na planach nie ma lokalizacji czujek.
Tyle dobrego, że alarm fałszywy.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (119)

#45626

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakieś 2-3 miesiące temu padł i system, podejrzenie było, że i dysk.
No to się poszło do sklepu (Komputronik) w celu zakupienia nowego.

Ok, dysk wybrany, spłacany miał być ratalnie. Ogólnie łącznie wyniosłyby (łącznie z ubezpieczeniem dysku) jakieś 430 złotych.
Na pytanie czy można w sklepie gdzieś podłączyć i sprawdzić czy działa, odpowiedź brzmi oczywiście nie.
Co się okazuje, w domu? Dysk uszkodzony, kompletnie nie da się z niego korzystać, bo komputer dopiero po kilkugodzinnych bojach wreszcie go wykrył, a nawet wtedy zamiast 1 tera dysk miał, uwaga, 32 mega.

Ok, no to następnego dnia wycieczka do sklepu, dysk oddany (ciekawe, nagle odkryli, że jednak mają możliwość sprawdzić na miejscu czy działa - oczywiście nie działa, tak jak i w domu).
No to przeprosiny, w ciągu tygodnia zadzwonimy.
W międzyczasie na moje pytanie kiedy mogę zacząć spłacać raty odpowiedź brzmi, na 10 dni przed upływem terminu.

Jakieś dwa dni później odbieram nowy dysk, wszystko cacy, dysk działa, teraz tylko pospłacać...
I tu zaczyna się cyrk.

Dwukrotnie próbowałam wysłać ratę, dwukrotnie mi ją odesłano.
Po telefonie do banku oznajmiono mi, że oni takiej umowy ratalnej nie mają i trzeba się skontaktować ze sklepem, ale proszę się nie martwić, oddzwonimy w ciągu dwóch tygodni.
No to telefon do sklepu, tak samo, sprawdzimy, oddzwonimy.
Tak się składało, że akurat wyjeżdżałam na działkę (gdzie za bardzo do internetu etc dostępu nie mam, tylko telefon).
Cały weekend miło spędzony, w międzyczasie telefon, że z umowa było coś nie tak, trzeba przyjechać do salonu podpisać nową.

No to ok, przyjeżdżam, ale coś z nowa umową są problemy, więc na moje pytanie, czy zamiast bawić się kolejne parę tygodni nie można zapłacić gotówką i z tymi ratami dać sobie spokój.
No to tak, umowa ratalna do zniszczenia, zapłata gotówką, potwierdzenie i do domu ze świadomością, że mam już święty spokój.

Tuz przed świętami przychodzi mi SMS od banku, że zalegam z wpłatą raty.

Po telefonie okazuje się, że umowa przyszła dzień, czy dwa po mojej ostatniej próbie wpłaty, sklep jej najwyraźniej wcześniej nie wysłała. Nie, nie da się jej rozwiązać, na to są dwa tygodnie od podpisu, a że podpisywana była miesiąc temu...

Wyobraźcie sobie mój nastrój, gdy się o tym dowiaduje.
Po n czasu spędzonego na telefonach dowiaduje się, że sytuacja wygląda następująco:

Sklep nic nie wie, kierownika nie ma, trzeba zaczekać, on oddzwoni jeszcze dzisiaj.
Bank naliczył już odsetki, muszę wszystko ze sklepem załatwiać, bo z ich strony jest wszystko w porządku, więc albo to sklep spłaca raty, albo oddaje pieniądze.

Cały dzień czekania, telefonu od kierownika brak. Po moim telefonie kiedy będzie odpowiedź brzmi, nie wiedzą, nie mają jego grafiku.

Po kilku kolejnych telefonach w tym do infolinii, udaje się dostać bezpośredni numer do kierownika.
Bardzo grzecznie wyjaśniam mu się sytuację i proszę o rozwiązanie.
Oczywiście, zajmie się tym, musi tylko dostać potwierdzenie od banku, że to faktycznie umowa od nich i zwrócą mi pieniądze, proszę się nie martwić, on do 18 oddzwoni.
Oczywiście telefonu brak.
Ani, że cokolwiek załatwili, ani nawet pocałujcie mnie w d***.

Następnego dnia również głucha cisza. No to kolejny telefon. Tym razem rozmowa z mojej strony przeprowadzona już nie tak grzecznie i z groźbą, wniesienia sprawy do sądu, jeśli do końca dnia nie rozwiąże tej sprawy.

Skutek?

5 minut później telefon, że wszystko załatwione, można przyjechać odebrać pieniądze.

Po przyjeździe co prawda pieniądze odzyskałam, ale usłyszeć "przepraszam" to już oczywiście byłoby za dużo szczęścia na raz.

Wniosek?
Chcesz coś załatwić, gróź sądem, bo po dobroci nic nie załatwisz.

Komputronik

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 490 (566)

#44245

(PW) ·
| Do ulubionych
Było już wiele historii o tym jak to niepełnosprawni są wyśmiewani, jak na każdym kroku utrudnia im się życie.
Teraz będzie w drugą stronę.
I żeby nie było co do samych niepełnosprawnych nic nie mam, jednak utrudniania innym ludziom życia nie lubię, bez względu na to, któż to życie utrudnia.

Co rano od poniedziałku do piątku wychodzę na swój poranny autobus (stojący na pętli z reguły przynajmniej 15 minut przed odjazdem). Za każdym razem staram się być przynajmniej te 5-10 minut przed odjazdem.
Ludzi, którzy tym autobusem jeżdżą znam w większości z widzenia. Nie jest to trudne, jako, że ta linia jeździ mniej więcej co pół godziny, więc z reguły są to te same osoby.

Otóż jeździ z nami pewien chłopak, od razu widać, że niepełnosprawny, na wózku, ledwo się rusza. Z reguły jeździ z nim młodsza siostra, czasem matka (a przynajmniej domyślam się, że takie są ich relacje).
I wszystko byłoby ok, gdyby nie pewien fakt.

Mimo, iż widzę, że idą od pobliskich bloków, ZAWSZE muszą przyjść na styk, najlepiej spacerkiem, tak, by trzeba było na nich czekać, bo przecież jak kierowca ruszy wedle rozkładu, to od razu będzie "ale jak to?! On jest niepełnosprawny i mu się należy!".
Nie muszę chyba wspominać o tym, że samo rozłożenie rampy, wjazd etc sprawia, że ruszamy z jakimś 5 minutowym opóźnieniem. Później kolejne parę minut przy wysiadaniu. I tak za każdym razem, gdy ten chłopak jedzie z nami ja z autobusu muszę biec do pracy, żeby w ogóle dotrzeć na styk i dostać opieprz czemu nie ma mnie w pracy wcześniej, bo trzeba jeszcze wszystko przygotować.

I ja się pytam, czy nie można wyjść z domu pięć minut wcześniej? A nawet jeśli samemu chłopakowi to do głowy nie przyszło, to jego opiekunce powinno. To, że ktoś jest niepełnosprawny naprawdę nie sprawia, że świat kręci się wokół niego, pomyślcie też o innych.

I uprzedzając komentarze. Nie, nie mogę jeździć innym autobusem - jak wspomniałam ta linia jeździ rzadko, a drugi autobus o ile w ogóle raczy przyjeżdżać, to nigdy nie trzyma się rozkładu, więc jest to dla mnie jedyny sposób dotarcia do pracy.

Poranny autobus

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 655 (795)

1