Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Mornigstar

Zamieszcza historie od: 5 października 2016 - 11:10
Ostatnio: 23 czerwca 2017 - 15:50
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1497
  • Komentarzy: 119
  • Punktów za komentarze: 451
 

#78534

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny dzień pracy w moim sklepie.
Dzwoni do mnie klientka, że przyjedzie po parę rzeczy, że razem z córką i że będzie prosiła o porady w wielu kwestiach paznokciowych. Ok, nastawiam się psychicznie na dłuższe posiedzenie z klientką, szykuję już też ulotki informacyjne odnośnie hybryd i produktów, które mogą się przydać przy początkach pracy z paznokciami.

Przyjechali. Cała rodzinka. Na sklepie i tak już był duży ruch, więc ciężko mi było skakać od jednej klientki do drugiej tym bardziej, że nawet nie było jak się za bardzo już poruszać przez ilość osób w pomieszczeniu.

Klientka okazała się być wyjątkowo piekielną matką, szczerze współczuję. Bo gdyby moja matka wygadywała takie teksty na mój temat przy innych, obcych ludziach, to przynajmniej zapadłabym się pod ziemię, albo bym wyszła i nigdy nie wróciła.

Klientka miała listę rzeczy spisanych na chybił-trafił z moich aukcji allegro. Po pierwsze zaczęło się krzyczenie o gratisy. Udałam, że nie słyszę, jeszcze nie zaczęliśmy kompletować zestawu, a tu już pierwsze życzenia. Córka klientki wydawała się mieć wiedzę, wiedziała dokładnie, co chce robić i na czym pracować, starałam się z nią dogadać, ale jej matka nas przekrzykiwała.

"Pani jej tego nie daje, ona jeszcze nic nie umie!", "To nie jest profesjonalistka, wie pani, to takie produkty to dla niej bezsensu, pani da jej coś taniego!", "Ona nic nie umie to wie pani! Tu trzeba wszystko po kolei wytłumaczyć, bo ONA NIE POTRAFI JESZCZE ROBIĆ PAZNOKCI!!".

Autentycznie. Co drugie-trzecie zdanie klientki tyczyło się tego, że jej córka nic nie umie. Z mocnym akcentem, że ONA NIE UMIE i koniec, więc ja mam teraz stanąć na głowie i zamienić profesjonalne produkty na takie dla amatorów.
Mówię dziewczynie, olewając matkę, żeby poszukała sobie kursu, dorzuciłam jej ulotki z podstawowymi informacjami, próbowałam się dowiedzieć, jaki żel by chciała, ile szablonów itp, itd.

Z córką jednak za długo nie porozmawiałam, bo jej matka zaraz mnie wyciągnęła do innego miejsca sklepu, wzięła wzornik i ona chce taki, bo "córcia sobie poćwiczy". Wyginając przy tym wzornik na wszystkie strony i odginając sztuczne paznokcie do granic możliwości. Zwracam jej na to uwagę, że zaraz mi połamie ten wzornik, więc kobieta nim rzuca do koszyczka z pozostałymi wzornikami i stwierdza, że to "dla profesjonalistów, to jej córce niepotrzebne".

Dochodzimy do płatności. Zaczęłam zmieniać ceny sklepowe na te z allegro (rozbieżność cenowa, wysoka marża na allegro, niestety, ale jeśli klient przychodzi z listą z allegro, jak zazwyczaj, to ceny zmieniam na te aukcyjne). Klientka zaczyna się na mnie drzeć, że za drogo, że mam zmieniać ceny, że ona chce zniżkę, że ona dobrze widziała ceny na allegro i tam są niższe! Noż kur... Jak nabijam produkt to jest to normalne, że najpierw pokazuje się cena sklepowa, dopiero potem muszę ją zedytować na aukcyjną. Niemniej po zmianie cen na aukcyjne, klientka wciąż na mnie krzyczy, że ona tyle nie zapłaci, że jest za drogo, że ceny nie te, że ma być taniej! Staram się ją ignorować i dogadać ostatnie ważne kwestie z jej córką. Matka zmienia strategię i uderza do mnie tak: "TO JA POPROSZĘ DUŻO GRATISÓW BO MY TAK DUŻO PIENIĘDZY TU ZOSTAWIAMY!!!".

Nie rozumiem, dlaczego ona krzyczała, bo stanęła tuż obok kasy, tak więc po tym dniu byłam głucha na jedno ucho. Może chciała krzykiem mnie przekonać do rozdania gratisów, które i tak bym dała, jak to mam w zwyczaju dawać do zakupów powyżej 100zł (co również jest opisane na allegro).

Krzykiem nic się nie załatwi, a wrzaski od progu, że się chce gratisów i zniżek wcale ich nie dadzą.

Następna taka agentka przyszła do mnie parę dni później. Kupując nowiusieńką, dobrą lampę do paznokci, życzyła sobie rabatu. Lampę, którą żeby podłączyć i sprawdzić, czy wszystko działa jak należy, musiałam rozpakować z oryginalnej pianki, która nie była jeszcze w ogóle ruszana. Upieranie się, że życzy się 20% (!!!) rabatu na NOWY i SPRAWNY sprzęt nic nie da. Z jakiej racji ten rabat i z jakiej racji mam rozdawać cokolwiek za pół-darmo?

Skąd to się bierze? Na dźwięk słowa "rabat", "zniżka" i "gratis" mam dreszcze.

sklepy klienci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (183)

#78371

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie pracownica, że ma problem z terminalem, dodatkowo błąd wyskoczył podczas transakcji kartą i ona nie wie, czy pieniądze zostały pobrane, czy nie. Ok, będę niedługo na miejscu, sprawdzimy, co się stało.
Na raporcie karty wyszło, że o tej godzinie, kiedy wystąpiła awaria, transakcja przeszła. Klientka zapłaciła dwa razy: kartą i gotówką.
Pracownica poprosiła klientkę o numer telefonu w razie, gdyby ta transakcja przeszła, żeby móc zwrócić pieniądze. Dlatego też po sprawdzeniu raportów, zadzwoniłam do owej pani, aby poinformować, że pieniądze przeszły i co dalej możemy z tym zrobić.

JA: - Dzień dobry, z tej strony Mornigstar, sklep X, dzwonię w sprawie transakcji kartą, wyskoczył wtedy błąd, jednak na raporcie wyszło, że pieniądze zostały pobrane z pani konta.
KLIENTKA: - Dobry... No czas najwyższy.
J: - Proszę pani, mamy trzy opcje do wyboru. Zwrot na kartę, zwrot gotówki lub może pani zadzwonić do swojego banku i poinformować, żeby anulowano tą transakcję.
K: - Ale na zwrot musiałabym przyjść...
J: - Niestety wiąże się to z pani obecnością w naszym sklepie. Zwrot na kartę jest możliwy tylko w przeciągu dwóch dni od transakcji. Potem nie mam takiej możliwości na kasie i zostanie opcja zwrotu gotówki. Myślę, że najszybciej będzie jednak zadzwonić do banku, nie będzie musiała pani jeździć też po całym mieście.
K: - Aha. Czyli tylko to mi pani proponuje?
J: - Nie do końca rozumiem...
K: - No co mi pani może jeszcze zaproponować?!
J: - Sugeruję, aby zadzwonić do banku...
K: - (wrzask) ALE MI SIĘ NIE CHCE!
J: - Przepraszam... Ale czy pani mówi zupełnie poważnie?
K: - (dalej krzyczy) Oczywiście!

Rozłączyłam się. Wydukałam jedynie "do widzenia" i się zwyczajnie rozłączyłam. Wryło mnie w ziemię.

A kwota? Pani się wciąż nie pokazała po swoje siedem złotych, a mija już miesiąc od tego wydarzenia.

sklepy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (219)

#78366

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę sklep z kosmetykami.

Cztery typy klientów, którzy skumulowani doprowadzają do białej gorączki (jestem nerwusem, niestety).

1. Mamusie i babcie wysłane na zakupy.

Nie mam nic w sumie do samych tych osób, ale ustalają listę zakupów dopiero na miejscu. Według mnie to jest niegrzeczne, jak wisi się na telefonie i półgębkiem rzuca do sprzedawcy "pani da jeszcze to i tamto". Sama robiąc zakupy staram się nie rozmawiać przez telefon, a przede wszystkim nie robię tego przy kasie. Tacy klienci blokują kolejkę. Dodatkowo najczęściej są to rozmowy albo w formie krzyku (starsi ludzie mają tendencję do krzyczenia przez telefon, zauważyliście?), albo na włączonym głośniku (żeby cały sklep usłyszał, co chce kupić córcia/wnusia), ewentualnie pojawia się trzecia opcja, której najbardziej nie lubię - podawanie mi telefonu.

Rozumiem, że czasem ktoś może zwyczajnie nie mieć czasu, żeby przyjść do sklepu, bo godziny otwarcia mogą kolidować z godzinami pracy. Ale mamy sklep internetowy - można zamówić artykuły w domu, na spokojnie się zastanowić, a babcię czy mamę wysłać po odbiór gotowego zamówienia. Szybko, sprawnie, bez stresu dla obu stron, bez krzyku, bez prób wymówienia niektórych nazw (rozumiem też, że jak ktoś nie miał styczności z niektórymi produktami to nie ma o nich zielonego pojęcia i może coś wymawiać źle), bez przerzucania do siebie telefonu i blokowania kolejki innym klientom, którzy zapewne też nie chcą słuchać takich rozmów.

Szczerze? Ja dalej robię sobie zwyczajne, papierowe listy zakupów. Zazwyczaj to działa.
Jeszcze do tych klientów zaliczają się osoby: "Pani czeka, ja zadzwonię do żony/koleżanki/córki/psa/papugi mojej ciotki i zapytam się, co chce". I nie może się dodzwonić. Nie zwolni miejsca w kolejce, bo ma jeszcze swoje zakupy, ale będzie molestować ten telefon, żeby się gdziekolwiek dodzwonić.

2. Matki, które nie panują nad swoimi dziećmi.

Czasem mam ochotę wyprosić takie osoby, ale dobrze wiem, jak to się skończy. Pisałam tu kiedyś o tym, jak jedna taka matka wyrwała mi kran w łazience. Od tamtej pory takie sytuacje już się nie zdarzają. Teraz niszczone są po prostu produkty na półkach.

Normą jest to, że w momencie wejścia do sklepu matka (nie każda) przestaje zwracać uwagę na dziecko, zajmuje się lakierami do paznokci i kremami do twarzy. W tym czasie ja co raz upominam dzieciaka, że ma mi nie wchodzić za ladę, że ma czegoś nie ruszać, a przede wszystkim, że ma się nie bawić nóżką od drzwi, bo przytnie sobie palce.
Matki? Czasem się odwrócą przy tym ostatnim przypadku, ale rzadko.

Największy teatr jednak zrobiła matka z córką w zeszłym tygodniu. Córka chciała dotknąć WSZYSTKIEGO. Widać było, że matka nie panuje nad swoim dzieckiem. "Pałka się przegła" jak matka chciała wziąć sobie blok polerski, a dzieciak ruszył z impetem w tamtą stronę z rykiem "JA CHCĘ DOTKNĄĆ!" i zaczyna się szarpanina z matką. Stałam jak wryta, bo takiej sytuacji jeszcze w sklepie nie było.
Zazwyczaj dzieciaki nie ogarniają, że nie wolno im odkręcać słoiczków z efektami do paznokci (gratuluję jednej pięciolatce za wysypanie na siebie granatowego pigmentu. Ciekawe, czy ubranka się doprały, bo kolor na skórze utrzymuje się baaardzo długo), że nie wolno brać ot tak pilniczka i sobie nim zacząć piłować paznokci (nagle wielkie zdziwienie, że każę płacić za użyty towar), że nie wolno wyginać wzorników... W tym tygodniu po raz kolejny musiałam zamawiać nowe wzorniki do lakierów. Dla mnie to są dodatkowe koszta, dla dzieci i ich rodziców - tylko kawałek złamanego plastiku. Ale jestem ciekawa, czy byłoby miło takiej klientce oglądać kolory lakierów na połamanym i wybrakowanym wzorniku. Chyba nie.
Nie bronię klientom oglądać produktów, ale macanie dla macania i rzucanie rzeczy gdziekolwiek - nie godzę się na to, bo to ja potem muszę to sprzątać i sprawdzać, czy nie ma uszkodzeń. To ja ponoszę straty.

3. Niezdecydowane.

I nie chodzi mi o osoby, które wchodzą do sklepu i się rozglądają, są niezdecydowane, potrzebują porady. Chodzi mi o inny poziom.

Wchodzi klientka. Bierze parę produktów, kasuję, podaję cenę, klientka chce płacić kartą. W momencie, kiedy proszę o wpisanie PIN-u, klientka nagle zmienia zdanie albo przypomina sobie o czymś jeszcze. Rozumiem, że fajnie by było zapłacić za wszystko jeden raz, ale jak mi ktoś tak robi trzy razy pod rząd i jedyne, co z tego mam, to zwitek paragonów o treści "TRANSAKCJA ANULOWANA" to dla mnie zaczyna być to kłopotliwe. W nowych kasach takie informacje są przechowywane i wychodzą na raporcie. Nie mogę mieć tego typu informacji, bo są one traktowane przez urzędy jako "sprzedaż na czarno". Do klientów nie dociera - robią to notorycznie. Zwracam im na to uwagę, proszę, tłumaczę - jak grochem o ścianę. "Jeszcze to i tamto, a to to nie wiem, może jednak inny kolor... Jak pani myśli?". Ja nie myślę, mam kołowrotek w głowie, już nie wiem, co pani chce.

4. To pani jest głupia!

Czyli część klientek, która jest samoukami, a szkolenia i kursy omijają szerokim łukiem. Oczekują, że wszystko im podam na tacy podczas, gdy jestem SPRZEDAWCĄ. Owszem, wiem co do czego, co jak z czym i w jakich proporcjach. Ale nie można polegać na sprzedawcy w ten sposób. Mogę doradzić, podpowiedzieć. Wiem, który frez będzie pasować do danej frezarki i wiem, którym klientka sobie zrobi krzywdę przy złym użytkowaniu. Ale nie prowadzę szkoleń.

Bardzo często przychodzą do mnie panie, które kupują zestawy startowe do manicure hybrydowego i... przychodzą z reklamacją. Nigdy nie jest to ich wina i ich braku umiejętności. To wina lampy, bazy, lakieru, albo po prostu moja, bo im g*wno sprzedałam. Raban jest jeszcze większy przy uzyskaniu informacji, że wszelkich artykułów, które już miały styczność z czyjąś płytką paznokcia nie przyjmuję na reklamację. Nie mogę przyjąć na reklamację użytego lakieru i to nie dociera do większości klientek.

Jeszcze parę dni temu, przy dość sporym ruchu, wpadła klientka, przecisnęła się przez pozostałych obecnych, dopadła do kasy obok mnie i się drze. Nie mówi, nie zwraca uwagę, nie pyta. Krzyczy na mnie, podstawiając mi rękę pod nos, że kupiła lakier, a tu nie ten kolor! Pomijam fakt, że była nałożona ewidentnie jedna warstwa, spod której prześwitywały brudne paznokcie. Jak ja mam przyjąć na reklamację produkt, który miał styczność z takimi paznokciami? A skąd mam pewność, że pani nie miała jakiejś choroby płytki paznokcia? Poza tym - ktoś z Was kupiłby używany lakier do paznokci? Wątpię.

I tak ostatecznie dostaję po głowie jako młodsza i "mniej doświadczona". Sypią się epitety, a hitem dla mnie jest przejście na "kochana! ty sobie nie pozwalaj!". Mnie można łajać za wszystko. Klientce nie mam prawa zwrócić uwagi na to, że coś źle robi lub, że powinna iść na szkolenie.

Co trzecia klientka pyta się mnie, jak robić manicure hybrydowy. Co piąta klientka pyta się, jak robić paznokcie żelowe. Co dziesiąta - jak się w ogóle używa akrylu.
Pytania padają PO zakupie produktów. Odpowiadam na wszystkie, wspominam o szkoleniach. Po wielu różnych przypadkach zawsze przy zakupie konkretnych produktów wypytuję o wiedzę klientki i w razie potrzeby - tłumaczę, co i jak. Na tyle, na ile pozwala mi moja wiedza, o czym również uprzedzam klientki. Uważam, że przynajmniej w taki sposób możemy być fair w stosunku do siebie. Bo ja uprzedziłam o wielu rzeczach, dawałam namiary na szkolenia i zazwyczaj sprawa się zamyka, a klientka wraca zadowolona. Czy była na szkoleniu czy nie - to już nie moja sprawa.

Owszem, jestem marudą. Jestem osobą nerwową, ale nie naskakuję na klientki - ja się wkurzam wewnętrznie. Wciąż stoję uśmiechnięta, pomagam, doradzam i zbieram baty za brak umiejętności niektórych klientek. A potem niektórzy klienci się dziwią, że sprzedawcy nie mają siły dłużej nosić maski uśmiechniętego ekspedienta. Każdy z nas jest człowiekiem.

Pomyślcie, z iloma różnymi ludźmi na styczność taki sprzedawca. Ile się nasłucha, ile obelg pod swoim adresem przyjmie... Pomijam już patrzenie na mnie z góry i obgadywanie jeszcze zanim drzwi do sklepu zamkną się za takimi klientkami (poza tym nad drzwiami mam otwarte okno i wszystko słyszę... przykro się robi).

Czasem wracam do domu płacząc. Roszczeniowość ludzi wciąż robi się większa i większa. To, że jestem i stoję na kasie we własnym sklepie nie oznacza, że jestem czyimś sługą czy niewolnikiem. Wyżywanie się na mnie nic nie zmieni. Ceny będą te same. Nie dodam gratisów na krzyk i wrzask (z całym szacunkiem, ale czy w każdym sklepie mają być gratisy zawsze i dla wszystkich? Bo odnoszę wrażenie, że to raczej okazyjnie lub od danej kwoty zakupów. To też zależy od tego, czy dana firma życzy sobie rozdawać gratisy i czy je otrzymam, są to najróżniejsze rzeczy, od jednorazowych masek algowych po długopisy z logiem firmy. Zawsze źle). Nie będę zadowolona z tego, że klientki znajdą mojego prywatnego FB i będą do mnie wypisywać o każdej porze dnia i nocy, jednocześnie potem w sklepie kłócąc się ze mną o to, że im nie odpisuję.

To tyle ode mnie. Chyba przestałam wyrabiać ze swoim życiem.

sklepy

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (214)

#78260

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzy lata temu zmarła babcia mojego narzeczonego. W związku z tym przypadło nam mieszkanie po niej, jak i sporo rzeczy, typu książki, ubrania itp.

Wspólnie uznaliśmy, że nie będziemy sprzedawać ciuchów po babci, tak samo torebek i tym podobnych rzeczy, a spakujemy do worków i wrzucimy do kontenerów z odzieżą dla potrzebujących.

Babcia była osobą bardzo elegancką, rzeczy po niej nie były zniszczone, dodatkowo wiele z nich było markowych. Babcia nie ubierała się w byle co i byle jak.
Niemniej ja tych rzeczy nie chciałam, mama mojego faceta również nie, pakujemy i oddajemy.

Kilka dni później szłam do osiedlowego sklepu. Pogoda piękna, słoneczna, to i osiedlowe pijaczki jakoś tak chętniej wyszły pod drzewo się napić. Jakież było moje zdziwienie, jak zobaczyłam, że owe pijaki pod tyłkami mają... skórzane, markowe torebki po babci.
Nie pomyliłam ich z czymś innym. To były te same torebki. Dodatkowo wśród tego widziałam kilka kurtek po babci, również na ziemi, brudne, też robiły za kocyk pod tyłek pana pijaczka.

Teraz pozostaje pytanie: ktoś im to oddał? Czy już na bezczela okradli kontener z ubraniami dla potrzebujących rodzin?
Na drugi raz, jeśli będę chciała oddać komuś jakiekolwiek rzeczy, to pojadę bezpośrednio do domu dziecka czy samotnej matki. Wstyd!

osiedle pomoc społeczna

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (198)

#77929

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie rozumiem nowej mody wśród kierowców. A jest to wyprzedzanie jednego auta i bezczelne hamowanie przed jego maską.

Jadę z narzeczonym w odwiedziny do rodziców. Trasa na jakieś 200km w jedną stronę. Wyjeżdżamy z naszego miasta. Zjeżdżam na lewy pas, przyspieszam, chcę wyprzedzić autko z mojej prawej. W tym momencie słyszę klakson za sobą, ktoś mi miga światłami, po czym wciska się w przerwę między mną a autkiem z prawej, wyjeżdża mi przed maskę i hamuje. Rozumiem, że jemu się spieszy, ale jakby hm, mi również. I pozostałym uczestnikom ruchu drogowego.

Okej, podenerwowaliśmy się, jedziemy dalej. Widzę, że zaczyna się robić korek, więc już nie przyspieszam, a powoli wytracam swoją prędkość jednocześnie zachowując sobie miejsce na hamowanie, żeby nie wylądować w bagażniku auta przede mną. Inny kierowca jednak uznał, że to właśnie miejsce będzie idealne dla niego i jego auta.
Przy prędkości 100km/h to nie jest bezpieczne. Po raz drugi już gość wjechał mi przed maskę, a że wcisnął się w korek, to dał po hamulcach. Ja również. Wyhamowałam, ale nasze auta się stykały.

No powiedzcie mi, czy to jest normalne? Każdy jechał tą zapchaną ekspresówką, każdy przez dwie godziny się toczył i każdy chciał jeszcze tego samego dnia dojechać do celu.

Przez takie "zabawy" idiotów na drogach byłam świadkiem już czterech wypadków. Za każdym razem zniszczone są przynajmniej trzy samochody.

kierowcy ekspresówka

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (185)

#77407

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam stwierdzoną depresję i borderline.

Któregoś dnia uznałam, że tym razem mi się uda i się zabiję. Narzeczony pomógł mi wyjść z tego okropnego stanu i zdecydowałam się na terapię. Pierwsze spotkanie, skierowanie do psychiatry, psychiatra znów skierował mnie na badanie tomograficzne, żeby wykluczyć inne opcje, móc wdrożyć leki itd.

To nie jest tak, że codziennie chodzę zapłakana. Co jakiś czas dochodzi w końcu do głosu ten potwór w mojej głowie, który mówi mi, jakim wielkim g*wnem jestem, za przeproszeniem. Są takie dni, kiedy jest ok, a potem znów pojawia się epizod i jestem ludzkim burrito zawiniętym w koc, dogorywającym na kanapie. Staram się z tym walczyć, w tym momencie nie jest już źle.

Wyszło na to, że z nieleczoną depresją żyję tak już od gimnazjum. Zgłaszałam się kilka razy do pedagoga, ale to nic nie dało.
O ile nie mogę nic zarzucić terapeutce i psychiatrze, bo między innymi dzięki nim wyszłam na prostą, względnie bo względnie, ale mój tytuł "seryjnego samobójcy" mogę już uznać za nieważny, o tyle piekielna okazała się być moja rodzina. Głupia ja, oczekiwałam wsparcia. Co za to dostałam?

1. Za dużo gram w gry komputerowe. Żyję w świecie wirtualnej rzeczywistości, a nie mam depresję. Wymyślam.

2. To przez "chińskie bajki". Owszem, interesowałam się anime w gimnazjum/liceum, ale głównie interesował mnie język japoński i często uczę się w ten sposób języków, oglądając filmy i seriale z napisami lub w ogóle bez, na słuch i słownik w garści. Ale nie, to przez to. Wymyślam, x2.

3. Nie mam zajęcia ani pracy! Dodam, że usłyszałam ten zarzut podczas szykowania się do obrony pracy licencjackiej, promotor dawał mi w kość, bo uznałam, że ten "bardziej wymagający" będzie najlepszym wymogiem. Nie był. Bez wdawania się w szczegóły - wymyślam x3.

4. Siedzę ciągle w domu i nie wychodzę do znajomych. A i owszem. Bo rozrywka typu "chlejemy ile wlezie" mnie nie kręci. Mam swoje bliskie grono przyjaciół, chodzimy na koncerty, do kina, na kręgle... Ale to ja wymyślam, x4.

5. Babcia przebiła wszystko. Zadzwoniła do mnie któregoś razu, jak akurat wychodziłam od terapeutki. Nieco zasmarkana, zapłakana, kto chodził na terapię ten wie, że czasem człowiek się może popłakać od natłoku emocji, uczuć.
Babcia zmartwiona, że jej wnuczka płacze. Pyta, o co chodzi, dlaczego tak się czuję, co się dzieje? Tłumaczę i mam już tę złudną nadzieję, że moja kochana babcia mnie zrozumie. Co usłyszałam? Chyba najgorszą poradę, jaką można usłyszeć. "Powinnaś jechać jako wolontariuszka na Czarny Ląd i zobaczyć, jak inni mają gorzej! Od razu będzie ci lepiej.". Babciu, nie...

6. Jakim prawem poszłam w ogóle do psychiatry?! Przecież to się skończy psychiatrykiem, dostanę żółte papiery, nikt mnie do pracy nie przyjmie, przecież poszłam na taką uczelnię, chciałam pracować w mundurówce! Ludzie będą gadać, że jestem nienormalna! Dzięki, mamo...
Szkoda, że nikt nigdy mnie nie słuchał i nie dowiedział się, że wcale nie chcę pracować w służbach mundurowych. Po prostu interesował mnie sam kierunek, ale to już tak na marginesie.

To nie jest tak, że chodziłam do mamy czy taty i mówiłam, jak mi źle. Po prostu w pewnym momencie dopadał mnie ten potwór i nie potrafiłam się cieszyć z życia. Nie czułam w ogóle tej, hm, potrzeby życia. Dodatkowo borderline daje mi czasem to dziwne uczucie, że ja nie żyję tak naprawdę, że to wszystko dzieje się gdzieś obok, nie jest prawdziwe. Mam wciąż problem z ułożeniem niektórych wspomnień, odróżnieniem tego, co się stało, a co mi się śniło bądź co sobie wyobrażałam np. jadąc autobusem i słuchając muzyki. Zrzucanie mojego stanu psychicznego na gry czy seriale nic nie da.
Gdyby tego typu czynniki powodowały depresję, świat wyglądałby o wiele inaczej.

Nie rozumiem tego. Świat idzie do przodu, tyle się mówi o chorobach cywilizacyjnych, a ludzie wciąż uparcie tkwią w swoim mylnym przeświadczeniu, że depresja to efekt nudy czy gier komputerowych. Dodatkowo to nie jest grypa, z depresji nie da się wyleczyć w tydzień czy miesiąc. Z tego człowiek często wychodzi latami. A najważniejsze nie są leki czy terapia, a wsparcie najbliższych. Jestem wdzięczna przyjaciółce, że potrafi dać mi kopa w tyłek i wyciągnąć do ludzi, że pomogła mi zawalczyć o mnie samą. Szkoda, że rodzice za to kazali skończyć z terapią i leczeniem.

rodzina

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (298)

#77284

(PW) ·
| Do ulubionych
Studiowałam na uczelni, która w minione wakacje zmieniła nazwę, bo "dobra zmiana" tak chce.
Uczelnia podlega pod ministra obrony narodowej. Wraz ze zmianą nazwy i po części struktury, obiecane było, że nikt nie zostanie zwolniony.

Ostatni rok studiów pierwszego stopnia. Obrony. I tu zaczyna się piekielność zmian.

Po pierwsze: zwolnienia, których właśnie miało nie być. O ile studenci broniący się w czerwcu nie mieli jeszcze tak źle, o tyle ci, co (z własnej woli lub też z woli promotora) bronili się we wrześniu, mieli już pod górkę.
Studenci stracili promotorów. Po fali zwolnień wykładowców, wielu studentów musiało na gwałt szukać nowego promotora, często na trzy-cztery tygodnie przed obroną. Promotorzy zostali dawno wybrani, mają swoje listy z nazwiskami "ich" studentów, nie każdy przyjmie dodatkową osobę do siebie. Ostatecznie dziekanat wystosował notę do studentów, że dostępni są dwaj promotorzy. Super. Szkoda tylko, że chyba oni sami o tym nie wiedzieli, bo nie dało się z nimi umówić, o złapaniu na uczelni nie mówiąc. Telefony niet, maile niet, prywatnie też niet. Na szczęście studenci ogarnęli ten nieszczęsny etap, idziemy dalej.

Punkt ksero: studenci muszą drukować prace. Często po kilka razy dziennie, bo promotor zerknie, każe poprawić, po poprawce każe zmienić jeszcze raz i tak wkoło Macieju. Jedyny dostępny punkt ksero był poza kampusem, oblegany przez wszystkich studentów z uczelni, z każdego wydziału. Na kampusie wszystkie trzy punkty ksero/druku nieczynne. Bo po co. Owszem, jestem młoda, mogę pobiegać, ale nie, kiedy promotor jest w czasie 11-14 i ja muszę się wyrobić z poprawkami, z wydrukowaniem, a płytki zrobić, a to a tamto. Przy całym stresie związanym ze zmianami na uczelni, obroną samą w sobie, nauką, materiałami... To bieganie kampus-druk dokładało swoją cegiełkę.

Obrona: z racji, że zwolniono większość kadry, promotorzy byli dzieleni na kilka obron na raz. Na swojej obronie mojego promotora nie było. Z czterech osób z komisji był jeden pułkownik, bo reszta musiałaby się chyba magicznie roztroić, żeby być na obronie mojego roku, ale też i wszystkich pozostałych...

Rejestracja na magisterkę. Co tu się działo! Na roku było nas prawie 100 osób. Z tych, co zostali na magisterce zrobiła się grupa 30-to osobowa. Reszta zrezygnowała z uczelni, lub się zwyczajnie nie dostała. Z racji zmian stawiano nowe serwery. Na nowe serwery nie wchodziły nasze stare dane, bo starej wirtualnej już nie było (coś jak elektroniczny dziennik, wirtualna uczelnia to dostęp do ocen, planu zajęć, informacji o odwołanych zajęciach, subkonto do wpłat za dyplom itp.). Dodatkowo do uzupełnienia wszystkich dokumentów brakowało nam numeru dyplomu, który mogliśmy odzyskać dopiero w październiku, w najgorszym razie listopadzie. Rejestracja na studia do końca sierpnia, we wrześniu dodatkowa rejestracja, ale my wciąż nie mamy dokumentów. W dziekanacie pomocy niet, bo one same mają bałagan. Niby można dokumenty składać, ale przecież nie mamy wszystkich wymaganych danych, to z drugiej strony nie można, ale może... No i weź tu człowieku bądź mądry, chciej studiować.

Odbiór dyplomu: pojechałam odebrać dyplom jakoś pod koniec października. Na szczęście był już gotowy. Chcę już zabierać papiery a tu zonk! Nie ma mojej obiegówki. Patrzę na panią z dziekanatu i mówię, że przecież przynosiłam, że nawet ta sama pani wtedy mnie goniła o podpis do promotora, bo o nim zapomniałam. Pamiętam też, jak zanosiliśmy teczki z dokumentami jeszcze w maju i czerwcu, jak te teczki były rzucane po podłodze, jak dokumenty się ze sobą mieszały, jak panie w dziekanacie po nich chodziły i niszczyły. Nie, one nie zgubiły, to ja nie doniosłam. No to dawaj, lecę robić obiegówkę. Biegnę do budynku, gdzie jest kasa. Kasa przeniesiona, zaraz zamykają, no to znowu biegiem na drugi koniec kampusu. Otwarte, pieczątka i podpis, wszystko mam, obiegówka wypełniona, oddaję, dokument jest już mój. Nareszcie.

W międzyczasie jak czekałam na otwarcie dziekanatu (wciąż nie pojmuję pracy dziekanatu w godzinach 11:30-14:00, kiedy studenci mają zajęcia głównie 8:00-14:00 i chcąc coś załatwić trzeba zostawać po zajęciach, rano nie da się dopchać, kolejki są na długość korytarza i jeszcze dalej). Usłyszałam rozmowę dwóch nowych wykładowców:

1: A ty jak sobie radzisz ze spóźnialskimi? Ja to ich po prostu wywalam za drzwi.
2: Ja zamykam drzwi na klucz. Wchodzi grupa, wchodzę potem ja i zamykam salę. Spóźnienia nie wchodzą w grę.

Magisterkę dorobię sobie w każdej innej chwili. Mam dyplom za licencjat. Na chwilę obecną założyłam własny biznes i próbuję stanąć na nogi, nie siedzieć rodzicom na głowie.
Znajomi, którzy zostali na uczelni strasznie na nią narzekają, coraz kolejne osoby rezygnują z uczelni, niektórzy stają przed wyborem: praca albo studia, a wszystko przez nowe, cudowne zmiany. Wcześniej wykładowcy chociaż byli ludzcy, wiedzieli, że nie każdy student jest na utrzymaniu rodziny i większość z naszej grupy np. pracowała, stąd mogły się zdarzyć spóźnienia lub wcześniejsze wyjścia, ale materiał mieliśmy zawsze opanowany.

uczelnia zmiany

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (233)

#77197

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę sklep z kosmetykami do salonów fryzjerskich i kosmetycznych.

Któregoś dnia miałam dość spory ruch. Klientek było kilka, każda chciała co innego, starałam się jak najsprawniej wszystkich obsługiwać.
Jedna z klientek przyszła z dzieckiem, na oko 3-4 latek, dzieciak malutki i mówiący dopiero co poniektóre słowa. Matka owego dziecka oglądała farby do włosów. Najpierw zrobiła raban o to, że nie mam lustra i ona nie może zobaczyć, jakby wyglądała w takim a takim kolorze włosów (w sensie jak, chciała przyłożyć wzornik do twarzy?). Okej, najwyraźniej pani czuła potrzebę zrobienia awantury o nic. Ale to nie koniec historii. Piekielność owej klientki polegała na tym, że kompletnie nie zwracała uwagi na swoje dziecko, które od wejścia do sklepu próbowało jej przekazać, że musi siusiu. Na pasażu nie ma publicznej toalety.

Każdy sklep ma swoje zaplecze i swoją toaletę. Dziecko dalej płacze, matka nie reaguje. Z doświadczenia wiem, że takie sytuacje mogą się skończyć plamą na podłodze i mokrym kombinezonem dziecka, tak więc cóż, zaproponowałam swoją toaletę na zapleczu. Chciałam być miła, ale nigdy więcej nie popełnię tego błędu. Uprzedzając pytania: nic mi nie zginęło. Matka weszła z dzieckiem w mojej asyście do toalety, zostałam oczywiście na zapleczu i czekałam, aż wyjdą, bo matka miała jeszcze niedokończone zakupy.

W pewnym momencie kobieta niemal wybiega z toalety dzierżąc dziecko na rękach, krzyczy, że rezygnuje z zakupów i już jej nie ma. Powinnam była ją gonić. Powinnam była w nią rzucić kranem, który mi rozwaliła i żądać zwrotu pieniędzy za zniszczone mienie.

Powiedzcie mi, to takie trudne powiedzieć "przepraszam, ale zepsułam [wstaw rzecz]"? Wtedy zareagowałabym zupełnie inaczej.

Kran mam z wbudowaną grzałką, którą podpina się do kontaktu. Odkręca się go na boki, natomiast klientka-matka szarpała za niego do góry. Szarpała tak, że wyrwała razem ze śrubą trzymającą wszystko razem. Ciężko było poprosić o pomoc? Zapytać, jak to ustrojstwo działa?

Chciałam być miła. Nigdy więcej.

sklepy dzieci klienci

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (253)

1