Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Mornigstar

Zamieszcza historie od: 5 października 2016 - 11:10
Ostatnio: 27 kwietnia 2017 - 12:52
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 789
  • Komentarzy: 54
  • Punktów za komentarze: 318
 

#77929

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie rozumiem nowej mody wśród kierowców. A jest to wyprzedzanie jednego auta i bezczelne hamowanie przed jego maską.

Jadę z narzeczonym w odwiedziny do rodziców. Trasa na jakieś 200km w jedną stronę. Wyjeżdżamy z naszego miasta. Zjeżdżam na lewy pas, przyspieszam, chcę wyprzedzić autko z mojej prawej. W tym momencie słyszę klakson za sobą, ktoś mi miga światłami, po czym wciska się w przerwę między mną a autkiem z prawej, wyjeżdża mi przed maskę i hamuje. Rozumiem, że jemu się spieszy, ale jakby hm, mi również. I pozostałym uczestnikom ruchu drogowego.

Okej, podenerwowaliśmy się, jedziemy dalej. Widzę, że zaczyna się robić korek, więc już nie przyspieszam, a powoli wytracam swoją prędkość jednocześnie zachowując sobie miejsce na hamowanie, żeby nie wylądować w bagażniku auta przede mną. Inny kierowca jednak uznał, że to właśnie miejsce będzie idealne dla niego i jego auta.
Przy prędkości 100km/h to nie jest bezpieczne. Po raz drugi już gość wjechał mi przed maskę, a że wcisnął się w korek, to dał po hamulcach. Ja również. Wyhamowałam, ale nasze auta się stykały.

No powiedzcie mi, czy to jest normalne? Każdy jechał tą zapchaną ekspresówką, każdy przez dwie godziny się toczył i każdy chciał jeszcze tego samego dnia dojechać do celu.

Przez takie "zabawy" idiotów na drogach byłam świadkiem już czterech wypadków. Za każdym razem zniszczone są przynajmniej trzy samochody.

kierowcy ekspresówka

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 176)

#77407

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam stwierdzoną depresję i borderline.

Któregoś dnia uznałam, że tym razem mi się uda i się zabiję. Narzeczony pomógł mi wyjść z tego okropnego stanu i zdecydowałam się na terapię. Pierwsze spotkanie, skierowanie do psychiatry, psychiatra znów skierował mnie na badanie tomograficzne, żeby wykluczyć inne opcje, móc wdrożyć leki itd.

To nie jest tak, że codziennie chodzę zapłakana. Co jakiś czas dochodzi w końcu do głosu ten potwór w mojej głowie, który mówi mi, jakim wielkim g*wnem jestem, za przeproszeniem. Są takie dni, kiedy jest ok, a potem znów pojawia się epizod i jestem ludzkim burrito zawiniętym w koc, dogorywającym na kanapie. Staram się z tym walczyć, w tym momencie nie jest już źle.

Wyszło na to, że z nieleczoną depresją żyję tak już od gimnazjum. Zgłaszałam się kilka razy do pedagoga, ale to nic nie dało.
O ile nie mogę nic zarzucić terapeutce i psychiatrze, bo między innymi dzięki nim wyszłam na prostą, względnie bo względnie, ale mój tytuł "seryjnego samobójcy" mogę już uznać za nieważny, o tyle piekielna okazała się być moja rodzina. Głupia ja, oczekiwałam wsparcia. Co za to dostałam?

1. Za dużo gram w gry komputerowe. Żyję w świecie wirtualnej rzeczywistości, a nie mam depresję. Wymyślam.

2. To przez "chińskie bajki". Owszem, interesowałam się anime w gimnazjum/liceum, ale głównie interesował mnie język japoński i często uczę się w ten sposób języków, oglądając filmy i seriale z napisami lub w ogóle bez, na słuch i słownik w garści. Ale nie, to przez to. Wymyślam, x2.

3. Nie mam zajęcia ani pracy! Dodam, że usłyszałam ten zarzut podczas szykowania się do obrony pracy licencjackiej, promotor dawał mi w kość, bo uznałam, że ten "bardziej wymagający" będzie najlepszym wymogiem. Nie był. Bez wdawania się w szczegóły - wymyślam x3.

4. Siedzę ciągle w domu i nie wychodzę do znajomych. A i owszem. Bo rozrywka typu "chlejemy ile wlezie" mnie nie kręci. Mam swoje bliskie grono przyjaciół, chodzimy na koncerty, do kina, na kręgle... Ale to ja wymyślam, x4.

5. Babcia przebiła wszystko. Zadzwoniła do mnie któregoś razu, jak akurat wychodziłam od terapeutki. Nieco zasmarkana, zapłakana, kto chodził na terapię ten wie, że czasem człowiek się może popłakać od natłoku emocji, uczuć.
Babcia zmartwiona, że jej wnuczka płacze. Pyta, o co chodzi, dlaczego tak się czuję, co się dzieje? Tłumaczę i mam już tę złudną nadzieję, że moja kochana babcia mnie zrozumie. Co usłyszałam? Chyba najgorszą poradę, jaką można usłyszeć. "Powinnaś jechać jako wolontariuszka na Czarny Ląd i zobaczyć, jak inni mają gorzej! Od razu będzie ci lepiej.". Babciu, nie...

6. Jakim prawem poszłam w ogóle do psychiatry?! Przecież to się skończy psychiatrykiem, dostanę żółte papiery, nikt mnie do pracy nie przyjmie, przecież poszłam na taką uczelnię, chciałam pracować w mundurówce! Ludzie będą gadać, że jestem nienormalna! Dzięki, mamo...
Szkoda, że nikt nigdy mnie nie słuchał i nie dowiedział się, że wcale nie chcę pracować w służbach mundurowych. Po prostu interesował mnie sam kierunek, ale to już tak na marginesie.

To nie jest tak, że chodziłam do mamy czy taty i mówiłam, jak mi źle. Po prostu w pewnym momencie dopadał mnie ten potwór i nie potrafiłam się cieszyć z życia. Nie czułam w ogóle tej, hm, potrzeby życia. Dodatkowo borderline daje mi czasem to dziwne uczucie, że ja nie żyję tak naprawdę, że to wszystko dzieje się gdzieś obok, nie jest prawdziwe. Mam wciąż problem z ułożeniem niektórych wspomnień, odróżnieniem tego, co się stało, a co mi się śniło bądź co sobie wyobrażałam np. jadąc autobusem i słuchając muzyki. Zrzucanie mojego stanu psychicznego na gry czy seriale nic nie da.
Gdyby tego typu czynniki powodowały depresję, świat wyglądałby o wiele inaczej.

Nie rozumiem tego. Świat idzie do przodu, tyle się mówi o chorobach cywilizacyjnych, a ludzie wciąż uparcie tkwią w swoim mylnym przeświadczeniu, że depresja to efekt nudy czy gier komputerowych. Dodatkowo to nie jest grypa, z depresji nie da się wyleczyć w tydzień czy miesiąc. Z tego człowiek często wychodzi latami. A najważniejsze nie są leki czy terapia, a wsparcie najbliższych. Jestem wdzięczna przyjaciółce, że potrafi dać mi kopa w tyłek i wyciągnąć do ludzi, że pomogła mi zawalczyć o mnie samą. Szkoda, że rodzice za to kazali skończyć z terapią i leczeniem.

rodzina

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (Głosów: 296)

#77284

(PW) ·
| Do ulubionych
Studiowałam na uczelni, która w minione wakacje zmieniła nazwę, bo "dobra zmiana" tak chce.
Uczelnia podlega pod ministra obrony narodowej. Wraz ze zmianą nazwy i po części struktury, obiecane było, że nikt nie zostanie zwolniony.

Ostatni rok studiów pierwszego stopnia. Obrony. I tu zaczyna się piekielność zmian.

Po pierwsze: zwolnienia, których właśnie miało nie być. O ile studenci broniący się w czerwcu nie mieli jeszcze tak źle, o tyle ci, co (z własnej woli lub też z woli promotora) bronili się we wrześniu, mieli już pod górkę.
Studenci stracili promotorów. Po fali zwolnień wykładowców, wielu studentów musiało na gwałt szukać nowego promotora, często na trzy-cztery tygodnie przed obroną. Promotorzy zostali dawno wybrani, mają swoje listy z nazwiskami "ich" studentów, nie każdy przyjmie dodatkową osobę do siebie. Ostatecznie dziekanat wystosował notę do studentów, że dostępni są dwaj promotorzy. Super. Szkoda tylko, że chyba oni sami o tym nie wiedzieli, bo nie dało się z nimi umówić, o złapaniu na uczelni nie mówiąc. Telefony niet, maile niet, prywatnie też niet. Na szczęście studenci ogarnęli ten nieszczęsny etap, idziemy dalej.

Punkt ksero: studenci muszą drukować prace. Często po kilka razy dziennie, bo promotor zerknie, każe poprawić, po poprawce każe zmienić jeszcze raz i tak wkoło Macieju. Jedyny dostępny punkt ksero był poza kampusem, oblegany przez wszystkich studentów z uczelni, z każdego wydziału. Na kampusie wszystkie trzy punkty ksero/druku nieczynne. Bo po co. Owszem, jestem młoda, mogę pobiegać, ale nie, kiedy promotor jest w czasie 11-14 i ja muszę się wyrobić z poprawkami, z wydrukowaniem, a płytki zrobić, a to a tamto. Przy całym stresie związanym ze zmianami na uczelni, obroną samą w sobie, nauką, materiałami... To bieganie kampus-druk dokładało swoją cegiełkę.

Obrona: z racji, że zwolniono większość kadry, promotorzy byli dzieleni na kilka obron na raz. Na swojej obronie mojego promotora nie było. Z czterech osób z komisji był jeden pułkownik, bo reszta musiałaby się chyba magicznie roztroić, żeby być na obronie mojego roku, ale też i wszystkich pozostałych...

Rejestracja na magisterkę. Co tu się działo! Na roku było nas prawie 100 osób. Z tych, co zostali na magisterce zrobiła się grupa 30-to osobowa. Reszta zrezygnowała z uczelni, lub się zwyczajnie nie dostała. Z racji zmian stawiano nowe serwery. Na nowe serwery nie wchodziły nasze stare dane, bo starej wirtualnej już nie było (coś jak elektroniczny dziennik, wirtualna uczelnia to dostęp do ocen, planu zajęć, informacji o odwołanych zajęciach, subkonto do wpłat za dyplom itp.). Dodatkowo do uzupełnienia wszystkich dokumentów brakowało nam numeru dyplomu, który mogliśmy odzyskać dopiero w październiku, w najgorszym razie listopadzie. Rejestracja na studia do końca sierpnia, we wrześniu dodatkowa rejestracja, ale my wciąż nie mamy dokumentów. W dziekanacie pomocy niet, bo one same mają bałagan. Niby można dokumenty składać, ale przecież nie mamy wszystkich wymaganych danych, to z drugiej strony nie można, ale może... No i weź tu człowieku bądź mądry, chciej studiować.

Odbiór dyplomu: pojechałam odebrać dyplom jakoś pod koniec października. Na szczęście był już gotowy. Chcę już zabierać papiery a tu zonk! Nie ma mojej obiegówki. Patrzę na panią z dziekanatu i mówię, że przecież przynosiłam, że nawet ta sama pani wtedy mnie goniła o podpis do promotora, bo o nim zapomniałam. Pamiętam też, jak zanosiliśmy teczki z dokumentami jeszcze w maju i czerwcu, jak te teczki były rzucane po podłodze, jak dokumenty się ze sobą mieszały, jak panie w dziekanacie po nich chodziły i niszczyły. Nie, one nie zgubiły, to ja nie doniosłam. No to dawaj, lecę robić obiegówkę. Biegnę do budynku, gdzie jest kasa. Kasa przeniesiona, zaraz zamykają, no to znowu biegiem na drugi koniec kampusu. Otwarte, pieczątka i podpis, wszystko mam, obiegówka wypełniona, oddaję, dokument jest już mój. Nareszcie.

W międzyczasie jak czekałam na otwarcie dziekanatu (wciąż nie pojmuję pracy dziekanatu w godzinach 11:30-14:00, kiedy studenci mają zajęcia głównie 8:00-14:00 i chcąc coś załatwić trzeba zostawać po zajęciach, rano nie da się dopchać, kolejki są na długość korytarza i jeszcze dalej). Usłyszałam rozmowę dwóch nowych wykładowców:

1: A ty jak sobie radzisz ze spóźnialskimi? Ja to ich po prostu wywalam za drzwi.
2: Ja zamykam drzwi na klucz. Wchodzi grupa, wchodzę potem ja i zamykam salę. Spóźnienia nie wchodzą w grę.

Magisterkę dorobię sobie w każdej innej chwili. Mam dyplom za licencjat. Na chwilę obecną założyłam własny biznes i próbuję stanąć na nogi, nie siedzieć rodzicom na głowie.
Znajomi, którzy zostali na uczelni strasznie na nią narzekają, coraz kolejne osoby rezygnują z uczelni, niektórzy stają przed wyborem: praca albo studia, a wszystko przez nowe, cudowne zmiany. Wcześniej wykładowcy chociaż byli ludzcy, wiedzieli, że nie każdy student jest na utrzymaniu rodziny i większość z naszej grupy np. pracowała, stąd mogły się zdarzyć spóźnienia lub wcześniejsze wyjścia, ale materiał mieliśmy zawsze opanowany.

uczelnia zmiany

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (Głosów: 232)

#77197

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę sklep z kosmetykami do salonów fryzjerskich i kosmetycznych.

Któregoś dnia miałam dość spory ruch. Klientek było kilka, każda chciała co innego, starałam się jak najsprawniej wszystkich obsługiwać.
Jedna z klientek przyszła z dzieckiem, na oko 3-4 latek, dzieciak malutki i mówiący dopiero co poniektóre słowa. Matka owego dziecka oglądała farby do włosów. Najpierw zrobiła raban o to, że nie mam lustra i ona nie może zobaczyć, jakby wyglądała w takim a takim kolorze włosów (w sensie jak, chciała przyłożyć wzornik do twarzy?). Okej, najwyraźniej pani czuła potrzebę zrobienia awantury o nic. Ale to nie koniec historii. Piekielność owej klientki polegała na tym, że kompletnie nie zwracała uwagi na swoje dziecko, które od wejścia do sklepu próbowało jej przekazać, że musi siusiu. Na pasażu nie ma publicznej toalety.

Każdy sklep ma swoje zaplecze i swoją toaletę. Dziecko dalej płacze, matka nie reaguje. Z doświadczenia wiem, że takie sytuacje mogą się skończyć plamą na podłodze i mokrym kombinezonem dziecka, tak więc cóż, zaproponowałam swoją toaletę na zapleczu. Chciałam być miła, ale nigdy więcej nie popełnię tego błędu. Uprzedzając pytania: nic mi nie zginęło. Matka weszła z dzieckiem w mojej asyście do toalety, zostałam oczywiście na zapleczu i czekałam, aż wyjdą, bo matka miała jeszcze niedokończone zakupy.

W pewnym momencie kobieta niemal wybiega z toalety dzierżąc dziecko na rękach, krzyczy, że rezygnuje z zakupów i już jej nie ma. Powinnam była ją gonić. Powinnam była w nią rzucić kranem, który mi rozwaliła i żądać zwrotu pieniędzy za zniszczone mienie.

Powiedzcie mi, to takie trudne powiedzieć "przepraszam, ale zepsułam [wstaw rzecz]"? Wtedy zareagowałabym zupełnie inaczej.

Kran mam z wbudowaną grzałką, którą podpina się do kontaktu. Odkręca się go na boki, natomiast klientka-matka szarpała za niego do góry. Szarpała tak, że wyrwała razem ze śrubą trzymającą wszystko razem. Ciężko było poprosić o pomoc? Zapytać, jak to ustrojstwo działa?

Chciałam być miła. Nigdy więcej.

sklepy dzieci klienci

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 233 (Głosów: 249)

1