Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

NiebieskiWieloryb

Zamieszcza historie od: 30 marca 2017 - 21:10
Ostatnio: 19 kwietnia 2017 - 3:56
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 890
  • Komentarzy: 65
  • Punktów za komentarze: 463
 
Nie wchodząc w zbędne szczegóły: prowadzę działalność, w której od czasu do czasu konieczne jest przewiezienie większej grupy osób autokarem. Nie opłaca mi się posiadać własnych pojazdów, więc korzystam z podwykonawstwa firm przewozowych.

Mam kilku wypróbowanych i zaufanych przewoźników, ale niekiedy muszę z duszą na ramieniu zamówić usługę w firmie jeszcze niesprawdzonej. Na przykład wtedy, gdy organizuję usługę dla klienta, który odezwał się w ostatniej chwili i "moi" przewoźnicy wszystkie auta mają już rozdysponowane albo wtedy, gdy usługa ma być realizowana na drugim końcu kraju i nie opłaca się by auto jechało tam na pusto.

Właśnie tak było około rok temu. Robimy zlecenie 500 kilometrów od naszej siedziby, więc bierzemy transport stamtąd. Co ważne, umawiamy się na konkretny autokar, dostaję jego zdjęcia itd. Podpisujemy umowę, w której jest on wskazany i klauzula, że w sytuacji wyjątkowej mogą podstawić inny autokar tej klasy. Był to kilkuletni autokar dobrej klasy turystycznej (dla zainteresowanych: Setra 415 albo 416 HD - dokładnie nie pamiętam).

O godzinie 4:30 obudził mnie telefonem mój pilot i mówi, że goście podstawili jakieś badziewie, do którego nie wypada wpuścić grupy.

Udało mi się tę sytuację odkręcić w sposób którego nie mogę zrelacjonować z uwagi na dużą ilość brzydkich słów, sprawa oparła się też o pisma przygotowywane przez prawnika itd. (bo wzięliśmy na gorąco auto z innej firmy, płacąc wyższą stawkę i domagaliśmy się zwrotu od firmy nierzetelnej). Ogólnie długa i niezbyt pasjonująca historia.

Ale ciekawe jest skąd w ogóle wziął się ten badziewny autokar: piekielna firma stwierdzenie umowne "inny autokar tej klasy" potraktowała jako "inny autokar o tej wartości". Uznali że Setra 415 HD z 2010 roku jest warta pół miliona złotych* i niskopokładowy Irisbus Crossway (czy jakiś podobny) bez WC również jest warty pół miliona złotych* bo jest z roku 2014. I wszystko jest cacy, a oni są czyści. Wpiszcie sobie w google grafika jak te autokary wyglądają. Pasażerów nie obchodzi rocznik autobusu tylko poziom komfortu. A ten w Crosswayu jest nieporównywalnie niższy niż w kilka lat starszej Setrze.

*dokładnych wartości nie znam, równie dobrze mogło to być 600 albo 700 tys., bez znaczenia, ważne że tyle samo.

przewozy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (211)
Historia z czasów, kiedy pracowałem jeszcze na tradycyjnym etacie. Szef działu, do którego należało ostatnie słowo w kwestii kalendarza urlopowego zawsze chciał, by zespół jakoś dogadał się sam.

Pozornie moje potrzeby było dość łatwo pogodzić z potrzebami reszty zespołu, ponieważ nie posiadam dzieci (więc nie potrzebuję wolnego ani w ferie, ani w wakacje, nic mnie nie wiąże do tych terminów, więc wolę po sezonie), ani nie jestem osobą szczególnie rodzinną (więc mogę pracować i w wigilię, i w sylwestra, i w wielki piątek... - wyprzedzając krytykę: to nie mój wybór, nie bardzo mam rodzinę z którą mógłbym spędzać święta).
Za to moją pasją zawsze były podróże, więc zgadzałem się brać wszystkie święta i zastępstwa w zamian za to, że po pierwsze, dostanę wolne w majowy weekend, a po drugie resztę urlopu wraz z odbiorem nadgodzin będę mógł na przełomie września i października wykorzystać na raz, ruszając w ponad miesięczną podróż na inny kontynent.

Cały rok zszedł mi na tym, że bez zająknięcia siedziałem w robocie nadgodziny w zastępstwie za koleżanki biorące opiekę nad chorymi dziećmi, ostatni zamykałem "fabrykę" we wszystkie święta itd. Wiedziałem, że godzę się na to, żeby współpracownicy nie marudzili, że zaraz zniknę w Chile i okolicach na 4 tygodnie. Na początku września dowiedziałem się, że mój urlop jest odwołany, ponieważ dwie pracowniczki zaszły w ciążę i natychmiast poszły na L4, a jako że ja świetnie zawsze wszystkich zastępuję, to tym razem też zastąpię. I nie ma dyskusji.

Mój argument, że w tym wypadku muszą mi oddać za bilet lotniczy, który się zmarnuje podziałał połowicznie, bo firma faktycznie oddała za bilet. Ale w robocie musiałem siedzieć. Także rok starań na nic. Potem, żeby nie wypłacać ekwiwalentu, zostałem wysłany na urlop na cały grudzień. Przymusowo, także bez gadania. Niestety, było to za późno by zrealizować moje pierwotne plany wyjazdowe, bo bilety na inny kontynent trzeba kupować dużo wcześniej, by były w przystępnej cenie. Grudzień nie jest też miesiącem, w którym można wrzucić namiot i śpiwór do bagażnika i jechać bez planu gdzieś po Europie.

Między innymi to przelało czarę goryczy i spowodowało moją rezygnację z pracy na etacie i pójście na swoje. Okazuje się, że te osławione "prawa pracownicze" są fałszywym mitem. Po co prawo do urlopu, jeżeli pracodawca może z "ważnych celów" przenieść Twój urlop na termin, w którym będzie on dla Ciebie bezużyteczny?

praca_na_etacie

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (251)
O tym, że z rodziną to najlepiej na zdjęciach.

Mam ciotkę mieszkającą już od stanu wojennego w jednym z miast na zachodzie Niemiec. Co istotne, ciotka mieszka blisko centrum. Pewnie część z Was już słyszała o tym, że Niemcy kilka lat temu wprowadzili ograniczenia wjazdu do centrów miast samochodów, które emitują najwięcej zanieczyszczeń.

Ciotka wyprawiła dużą imprezę z okazji 70 urodzin i przejścia na emeryturę, postanowiłem przyjąć zaproszenie. Z Polski oprócz mnie przybyło także kuzynostwo, z którym zawsze były jakieś problemy.

Tym razem problem powstał, gdy kuzynostwo zobaczyło mój prawie dwudziestoletni samochód grzecznie zaparkowany na osiedlu ciotki, a na jego szybie zieloną naklejkę uprawniającą do wjazdu do tzw. "strefy ekologicznej". Kuzyn wpadł w szał, powiedział że jak on nie może swoim dużo nowszym Passatem wjechać, to ja moim gratem tym bardziej nie i musiałem coś oszukać, by dostać zieloną naklejkę. Jak on parkuje na obrzeżach miasta i dojechał do ciotki kolejką, to ja nie będę cwaniakował. I... zadzwonił po niemiecką policję.

Policja przyjechała, zobaczyła mój samochód i pojechała. Oczywiście nie miała powodu by interweniować, gdyż ograniczenia dopuszczają wjazd diesli wyprodukowanych chyba po 2006 roku, ale samochodów benzynowych już takich z 1993 roku. A na moim aucie już z daleka widać oznaczenie wersji typowo benzynowej oraz dumny korek od gazu.

Ja nie wiem czy byłem bardziej zdenerwowany czy zażenowany, a kuzynek stwierdził, że go praca wzywa i jednak nie zostanie na urodzinach ciotki, bo musi wracać pilnie do Polski.

Umweltzone

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (274)
Mam pełnoletni samochód, z którego jestem bardzo zadowolony. Jest w doskonałym stanie technicznym, ale w wielu miejscach zaczęły pojawiać się już ogniska korozji. M. in. dlatego, że pierwszą dekadę wóz spędził w zimnej Skandynawii.
Fabrycznie nowe auto tej klasy, kosztuje grubo ponad 150 000 zł, a poszukiwanie nowszego używanego, to zawsze nerwy i kłopoty, więc biję się z myślami co robić i sonduję ile może kosztować doprowadzenie blacharki do takiego stanu, by wołowina pojeździła jeszcze parę lat.

Byłem w tym celu w kilku warsztatach blacharsko-lakierniczych. W jednym z nich gość mi tłumaczył jakich to podkładów proaktywnych, reaktywnych i innych kosmicznych używają, by rdza już nigdy nie wylazła na wierzch, podczas gdy z pomieszczenia sąsiedniego dobiegł następujący dialog:

- Czym mam ten błotnik czyścić?
- Nie czyść młody, dawaj szpachlę na rdzę, malujemy i niech jedzie!

(dialog w formie oryginalnej posiadał pewne dodatkowe słowa, które postanowiłem pominąć w trosce o młodszych czytelników).

Szef warsztatu przybrał minę nietęgą i nawet nic nie odpowiedział, gdy stwierdziłem, że chyba jednak nie skorzystam z ich usług.

warsztat

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (242)

1