Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nieromantyczna

Zamieszcza historie od: 9 stycznia 2016 - 21:28
Ostatnio: 4 marca 2018 - 21:34
  • Historii na głównej: 10 z 12
  • Punktów za historie: 2914
  • Komentarzy: 11
  • Punktów za komentarze: 21
 
Historia o pracy w pasmanterii, przypomniała mi perypetie z lumpeksu. Wrzucam co ciekawsze kwiatki.

1) Ciuchy, które albo już długo wisiały, albo po prostu były niemodne/miały jakąś skazę (niewielka plamka, pęknięcie na szwie, popękana aplikacja na t-shircie), wisiały wycenione na 2 zł na osobnym wieszaku. Przychodzi do kasy klientka i się pyta, a czy ta plamka zejdzie? (plama wielkości ok. 1 grosza na koszulce dziecięcej z modnym wówczas bohaterem disnejowskim). Odpowiedź zgodna z prawdą, a skąd sprzedawczyni ma to wiedzieć? Klientka na to:
- A jak wypiorę i nie zejdzie, to mi zwróci pani te 2 złote?
Zdziwienie niebotyczne, że zakupiony towar nie podlega reklamacji i zwrotowi.

2) Dzieci w wieku chodzącym i przedszkolnym. Co robiły matki w momencie wejścia do sklepu? Zamieniały się w zombie, zapominając o dzieciach. Niech więc Dawidek/Justysia/Brajanek lata se, gdzie chce, robi burdel na półce z materiałami, zasłonami etc., no i oczywiście ulubiona rozrywka nieletnich - wbieganie na zasłonę prowadzącą na zaplecze. Dzieciaki były stamtąd rugowane, matki od razu wywoływano i kazano pilnować potomstwa. Raz jeden bachor wleciał na zaplecze po raz trzeci podczas jednej wizyty. Akurat od strony zaplecza przy zasłonce stała ekspedientka z kawą dla siebie i dla drugiej sprzedawczyni, która siedziała na kasie. Gówniarz wpadł kobiecie na nogi, co skończyło się jego przewróceniem, a dla niej poparzeniem jednej z dłoni gorącą kawą. Matka dostała wilczy bilet, od tamtej pory osoby, które nie pilnowały dzieci, były wypraszane ze sklepu po drugim zwróceniu uwagi.

3) Matka dzieciom. Przychodziła z czworgiem dzieci i piątym w drodze, z a w s z e pół godziny przed zamknięciem sklepu, przypuszczała szturm na odzież dziecięcą, jak o 18 słyszała, że proszę opuścić sklep, bo zamykamy, to albo podnosiła lament, albo ignorowała uwagę i kopała dalej. Po drugim wezwaniu opuszczała sklep z ciężkim fochem, najczęściej nie kupiwszy nic. Jedyny jej plus to było to, że dziecię najstarsze pilnowało dziecinek młodszych. Jedynie po mamusi trza było ogarnąć, bo straszny kipisz w tych ciuszkach robiła.

4) Wózki dziecięce. Panie uwielbiały ładować się z tymi karocami pomiędzy stojaki, szczególnie w dni deszczowe. Przejście między wieszakami niezbyt szerokie, wózek mokry, koła brudne - po przejściu przy stojaku ze spodniami niektóre portki nadawały się tylko do prania. Do tego innym klientom ciężko przejść, jak drogę tarasuje wózek, a matka-Polka głucha na wszystko grzebie w koszu z gaciami. Kilka "obrotniejszych" pań ładowało ciuchy (jedna wpakowała pościel i dwie zasłony) do koszyka pod wózkiem. Cóż, wezwanie policji do matki z wózkiem to +200 punktów do zainteresowania na osiedlu. Kiedy wszedł nakaz, że wózki zostają przy drzwiach (wygospodarowano na początku sklepu miejsca w sam raz na dwa, nawet typowo wielkie landary) - niektóre mamusie podniosły bunt. Bezskutecznie.

5) Romowie. Uwierzcie, nawet nie wiecie, ile Romka może napchać pod spódnicę. Do tych nawet nie trzeba było wzywać patrolu, na magiczne słowo "policja" przestawały się wykłócać, że je się wyzywa od złodziei, rzucały fanty gdzie bądź i spie**alały. Zawsze w grupie, jak je się przyłapało na kradzieży, nigdy nie wracały do tego sklepu.

6) Towar. Temat rzeka. Ufajdane stringi, ufajdane body (kobiece, nie dziecięce), zarzygane body (tym razem dziecięce), buty chyba pamiętające czasy Henryka VIII (towar z Anglii), no i me ukochane szmaty z domów opieki/starców (bo to nawet ciuchami nie szło nazwać). Cuchnące moczem na kilometr. Po wyprasowaniu żelazkiem parowym, walące moczem na piętnaście kilometrów (od razu dodam, że sklep nie był mój, za jakość sprowadzanego towaru nie odpowiadałam).

Od tamtego czasu omijam szerokim łukiem lumpeksy, wszelakie stoiska z odzieżą używaną na rynkach i bazarkach, a nawet akcje typu "wietrzenie szafy".

lumpeks

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (161)

#80721

(PW) ·
| Do ulubionych
Planuj ślub i wesele około półtora roku. Trąb o nim po znajomych. Przyjdź do koleżanki dwa tygodnie przed uroczystością i zaproś na ślub i wesele oraz jednocześnie poproś o świadkowanie. Zdziw się, a potem obraź, jak koleżanka najpierw zbaranieje, a potem podziękuje za zaproszenie, ale odmówi udziału, o byciu świadkową nie wspominając. Oburz się, że ktoś ze znajomych śmiał planować sobie wyjazd zagraniczny na dzień twojego ślubu.

Cóż, straciłam koleżankę, wyjazd się udał. Żeby było weselej, wiem, że byłam jej pierwszym, jedynym i (jej zdaniem) pewnym typem na świadkową. Nie rozumiem tylko, co jej do głowy przyszło zapraszać na ślub i prosić o świadkowanie w tak krótkim terminie przed ceremonią?
Nawet jakbym nie wyjeżdżała, to i tak ani bym na wesele nie poszła, ani za świadka nie robiła. Spodziewałam się najwyżej ustnego powiadomienia o ślubie, chciałam wysłać młodym kartkę z życzeniami, skoro wiedziałam, że mi ceremonia koliduje z planami.

Ostatecznie świadkiem panny młodej był jakiś daleki pociotek, bo inni się wypięli.

Bycie świadkiem

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (106)
zarchiwizowany
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu wzięłam do ręki program telewizyjny. A tam zaje*iste propozycje czołowych stacji na piątkowy wieczór:
1) TVP 1 - "Asterix i Obelix..." (już nie pamiętam która część)
2) Polsat - "Karate kid"
3) TVN - jakiś szajs z klockami LEGO w roli głównej...
Jeszcze żeby te dzieciaki to oglądały, przed tv siadały, to spoko, to bym zrozumiała - jakby owe filmy puścili w sobotę przed południem, jak ongiś programy disney'owskie leciały.
A tak, piątek wieczór, chciałby człowiek sobie obejrzeć coś innego niż owe "pozycje", na zmianę z puszczaną raz po raz "Epoką lodowcową" i kolejnym maratonem "Harrego Pottera" - no to masz, człowieku, masz! Na TVN7 leci "Potop"! Część 1 - dla zainteresowanych.
Dla niewtajemniczonych - ówże "Potop" leciał niecałe dwa miechy temu na Boże Narodzenie.
Chromolę, idę czytać książkę...
A "Potop" wolałam w starej, nieodrestaurowanej wersji, gdzie latało po ekranie mnóstwo "paprochów" i innych niedoróbek, a Kmicic miał włosy rude, a nie różowe, jak w obecnej, "podpicowanej" cyfrowo wersji...

program tv na piątkowe wieczory

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (28)
zarchiwizowany

#75997

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest sobie katedra. Zaraz obok katedry mały kościółek, w którym odbywają się msze dla dzieci i młodzieży.
Co robią stare dewoty, co to są świętsze niż sama Trójca święta, a w niedzielę "musowo przeca" komuś krwi napsuć? Ano idą na mszę do kościółka, koniecznie na mszę dla rodziców z małymi dziećmi (czyli do lat 5).
Potem zaś komentują głośno, że dzieci chodzą po kościele, czasami któreś coś powie na głos. Że niewychowanie, rozpasanie i jak tak można?!
Ano w tym kościółku i na tej mszy można. Oczywiście, żaden dzieciak nie ma prawa wleźć księdzu do konfesjonału albo wbić na ołtarz, z klechą mszę prowadzić, ale nikomu (albo raczej większości) nie przeszkadza, że dzieciak człapie między ławkami, bo go nosi i całej mszy na tyłku nie usiedzi.
Często babom zwracana jest uwaga, cicho, ale dosadnie. Kiedyś jedna usłyszała od poirytowanego ojca, że jak jej się nie podoba, to won do katedry! (msze w obu kościołach są o tych samych godzinach)
Jak dla mnie te wszystkie paniusie powinny trafić do piekła. Jeżeli w nie wierzą, to mam bardzo mocną nadzieję, że właśnie w tej chwili diabły i szatani przygotowują dla nich kadzie pełne gorącej smoły, a wokół tych kadzi będą non stop biegały na swych kopytkach małe diablątka...

dewoty

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (132)
Moja kuzynka dwa miesiące temu przeprowadziła się do nowego mieszkania.

Lokal kupiony na rynku wtórnym, blok zasiedlony w dużej mierze przez osoby starsze.
Jakoś miesiąc po przeprowadzce na drzwiach wejściowych zawisła klepsydra. Na lepszy świat przeniósł się niejaki Mieczysław Iksiński. Kuzynka nawet nie kojarzyła, kto to był, za krótko mieszkała.

Dzień przed datą pogrzebu kuzynka szła z zakupami, kiedy nagle zaczepiła ją znana tylko z widzenia staruszka mieszkająca piętro niżej. Tradycyjne dzień dobry i nagle babcia bez wstępów rzekła:
- A pani, to widzę, ma samochód, to ja się z panią jutro zabiorę.
- Ale gdzie? O co chodzi? - spytała zdziwiona kuzynka.
- No jak to gdzie?! Na pogrzeb Miecia! - odpowiedziała oburzona staruszka.

Kuzynka uświadomiła pani owej krótko i węzłowato, że nie wie nawet, który sąsiad to był ów Miecio, nie znała go i na pewno iść na pogrzeb nie zamierza. Ze strony staruszki - święte oburzenie, dała do zrozumienia, że kuzynka powinna urlop wziąć (pogrzeb był bodajże w środę) i pójść sąsiada pożegnać!
Kuzynka popukała się w czoło i poszła.

Sąsiadka przestała odpowiadać na jej powitania, obrobiła jej tyłek w lokalnym kółku radiomaryjnym. Na szczęście większość sąsiadów to normalni ludzie.

Wisienka na torcie: jak się kuzynka później dowiedziała, ów Miecio to był mieszkający tam krótko pijaczek, który odziedziczył mieszkanie po zmarłej matce. Z sąsiadów na pogrzeb chciała iść bodajże tylko owa staruszka.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (310)

#73325

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórym się chyba nudzi na emeryturze. Sytuacja z zeszłego tygodnia.

Ranek, tramwaj średnio zapełniony, tylko kilka osób stoi. Do pojazdu wsiadła staruszka, rozejrzała się i poprosiła dziewczynę, która siedziała, o ustąpienie miejsca. Dziewczyna wstała bez słowa, babcia usiadła.

Dwa przystanki dalej zwolniło się inne miejsce. Staruszka się poderwała i leci! Na łeb, na szyję! Jednak nie zdążyła, na upatrzonym, zwolnionym miejscu usiadł facet, lat na oko 30. Oczywiście babcia zaraz w te pędy: "proszę mi ustąpić, bo stara, bo się należy" (a miejsce zwykłe, bez krzyżyka). Pan spojrzał na nią jak na wariatkę i powiedział, że przecież siedziała, miała miejsce. A jak biec jakoś miała siłę, to i postać może.

Babcia z mordem w oczach i pianą na ustach zawróciła do swojego poprzedniego miejsca. I tutaj dupa blada, miejsce też już zajęte! I nawet się awanturować nie mogła, że jej się należy. Bo na miejscu usiadł dziadzio starszy od niej z dobre piętnaście lat, dygoczący i z laseczką.

Cóż było robić? Zionąc ogniem i mamroląc pod nosem jakieś bluzgi, postała kilka minut, aż dojechała do swojego przystanku.

staruszka tramwajowa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 402 (414)
Jest sobie przejście dla pieszych, zaraz obok niego jest ścieżka rowerowa. Jest przepis, że przez "zebrę" przejeżdżać rowerem nie wolno, ale po ścieżce przez ulicę jechać można.

Więc jakim trzeba być imbecylem, żeby z durnym uśmieszkiem wjechać w tłum ludzi? Akurat godziny popołudniowe, właśnie przyjechał tramwaj, więc mały tłumek czekał na zielone. Oczywiście jeleń wjechał swoim dumnych bicyklem z marketu na przejście dla pieszych, je... ekhm... olać ścieżkę!
Dla osłody całej sytuacji - macha się temu cieciowi już długo nie cieszyła. Po drugiej stronie dość długiego przejścia (ulica, potem chodnik, tory tramwajowe, chodnik, znów ulica) stał sobie radiowóz. Pan jechał radosnym slalomem, kierując się w co większe skupiska ludzi, w tym kobietę z dwójką dzieci.

Policja zachowała się jak należy, jeden policjant z samochodu wyskoczył i dziada zatrzymał.
Mam nadzieję, że dostał 500 zł za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (188)

#71413

(PW) ·
| Do ulubionych
Imbecylizm, chwilowe zaćmienie umysłowe czy zwyczajne chamstwo? Minęły dwa dni, a ja cały czas się nad tym zastanawiam.

Wracałam w piątek z pracy, było w tramwaju wolne miejsce, więc usiadłam. Mokrą parasolkę, najzwyklejszą składaną z niemieckiej drogerii, położyłam na "parapecie" - występie pod oknem, coby nią nie dyndać sobie po łydkach. Ona sobie leży, ja wyglądam przez coraz bardziej zalane deszczem okno, ciesząc się, że już weekend.

Nagle w polu mojego widzenia pojawiła się czyjaś ręka i łaps! za moją parasolkę. Zadziałał jakiś refleks, instynkt czy co, złapałam za mokrą "główkę" i wyrwałam chamowi, co mnie chciał ograbić. Szybkie spojrzenie w górę - babsko w wieku średnim stoi wielce oburzone (i mokre). Wariatka czy co?

- Pani się dobrze czuje? Parasolkę mi pani chciała ukraść, tak na bezczela?! - warknęłam.
- Co mi tu pani?! Jakie ukraść?! Leżała, to chciałam wziąć se! Pada przecie!
- Pani to się z choinki urwała? Widzi pani, że ktoś siedzi, parasolka nie stoi rozłożona na środku tramwaju, tylko przy mojej ręce leży. De facto powinnam policję zaraz wezwać, coby spisali taką wariatkę, może by się pani nauczyła na następny raz!
- A co mnie tu policją straszy?! I co mi udowodni, kto mi udowodni?!
- Monitoring udowodni - powiedziałam ze złośliwym uśmiechem i pokazałam palcem półkopułkę kamerki przyklejoną do tramwajowego sufitu.

Babsztyl rzucił zezem rozbieżnym na mnie, na kamerkę, na innych pasażerów, co patrzyli na nią jak na skończoną idiotkę. Burak się rozlał jej po obliczu, a że tramwaj akurat na przystanek wjeżdżał, to się ewakuowała prosto w ulewę.
Chyba sobie kupię w sex-shopie kajdanki i przykuję do się tę parasolkę za sznureczek następną razą. Tak dla pewności.

tramwaje tramwaje...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 366 (380)

#70799

(PW) ·
| Do ulubionych
Wakacje nad Bałtykiem. Parawany, parasole, upał i drący się handlarze kukurydzy, kawy oraz lodów.
Oraz rodzinka rozłożona obok mnie.

Nastoletnia córka postanowiła błysnąć odwagą, położyła się na brzuchu i rozwiązała sznurki góry kostiumu kąpielowego. Zoczyła to matka i w te pędy łajać niepokorne, zbuntowane dziecię:

- Co ty, Gabryśka, wyprawiasz? Zawiązuj tutaj ten kostium zaraz, nie będziesz mi cyckami świecić jak jakaś lafirynda!

Córka się zaczerwieniła, nie wiedziała, gdzie oczy podziać. Stanik zaraz zawiązała z powrotem.
Tymczasem matka zabrała się do lektury gazety obsmarowującej tyłki polskiej i zagranicznej elity towarzyskiej, tudzież doradzającej, jak ugotować pierogi na tryliard sposobów.

Po dłuższej chwili macierz oderwała wzrok od jakiegoś wyjątkowo fascynującego artykułu, powiodła wzrokiem po plaży, po córce, która zamknęła oczy i udawała, że jej nie ma, po mężu, co chrapał z piwkiem w łapie, rozłożony w cieniu parasola. Podniosła się i jak nie wrzaśnie:

- Jacek! Jacek, wracaj tutaj!!! Dość już wody!

I oto leci dziecię płci męskiej, dumnie potrząsając gołym (hmm) przyrodzeniem i upiaszczonymi półdupkami. Dziecię nie maleńkie, lat na oko cztery, w porywach pięć.

I ja się pytam: jakim bezmózgiem trza być, aby zbluzgać jedno dziecko, że plecy do słońca wystawiło, a drugie puścić z gołym wackiem i tyłkiem, coby dobrze w nie nalazł piach, muszle i meduzy? O zboczeńcach nie wspomnę, bo ci to chyba corocznie mają używanie na tych nadbałtyckich plażach, tyle małej dzieciarni płci obojga z gołymi tyłkami lata.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 383 (425)

#70619

(PW) ·
| Do ulubionych
Za moim domem jest kilka ogródków działkowych, jeden należy do mojej rodziny. Płaci się miastu ileś tam zł rocznie za dzierżawę i przynajmniej można psa wypuścić bez smyczy i bez strachu, że mi ktoś mandat wlepi. Mój ogródek oczywiście ogrodzony, furtka solidna, zamykana na klucz.

Dwa dni temu łażę po ogródku bez celu, bo zimą to raczej się nawet nie usiądzie, pies łazi w celach "konkretniejszych". I nagle jakaś szarpanina przy furtce (gwoli wyjaśnienia - jest tzw. zatrzaskowa, żeby wyjść, muszę ponownie użyć klucza, jak przy wchodzeniu). Na podwórku stoi kobieta znana mi z widzenia, parę tygodni temu wynajęła mieszkanie w innej klatce. Obok niej stoi jej pies.
Baba się szamocze, szarpie furtkę w lewo i w prawo, mamroląc coś pod nosem. No to podeszłam i spokojnie, tylko spokojnie...

- Co pani robi?
- Wejść chcę, nie widać?!
- Ale po co chce pani wejść?
- Co by się mój Niunio wybiegał w spokoju. Taki teren jest, to mogę chyba skorzystać jako lokatorka?
- Nie, nie może pani.
- Cooo? Pani psiur tu lata, sra, gdzie popadnie, nawet pani nie sprząta! A ja mam prawo, ja płacę czynsz! To jest wybieg ogólnodostępny!

Wtf? Jak taka zorientowana, to chyba widziała, że inni sąsiedzi i ich pupile z tego "ogólnodostępnego wybiegu" nie korzystają?

- Proszę pani, po pierwsze spokojniej. Po drugie, pani płaci czynsz za swoje mieszkanie. A to jest teren prywatny, dzierżawiony przez moją rodzinę od miasta. Wstęp mamy tutaj tylko my i nasz pies.
- Taaak?! A to bydlę, co tutaj latało tydzień temu, to raczej nie jest wasz pupilek? [ostatnie słowo wyplute jadowicie].
- To bydlę to pies mojego brata, więc rodzina. Jak przyjeżdża, to korzysta. [pies, nie brat ;)]
- Ale to jest jawna, skrajna niesprawiedliwość! Państwo powinni udostępniać ten teren innym!
- Nie wiem, skąd się pani urwała, ale pani tutaj nie ma nic do gadania. Co pani myśli, że przyjechała czort wie skąd, mieszkanko wynajęła i będzie tu pani szopki odwalać? Bo się pani należy?

Cisza, zatkało ją. I wtedy nie mogłam sobie darować ostatniej złośliwości:

- Widzi pani, mój pies to jest szlachta. Ma własne osiemdziesiąt metrów kwadratowych w środku miasta, coby się załatwić w spokoju.

Myślę, że chyba już nie będziemy mówić sobie "dzień dobry".

sąsiedzi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 540 (568)