Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Numberedaccount

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2018 - 17:20
Ostatnio: 25 kwietnia 2018 - 17:35
  • Historii na głównej: 1 z 2
  • Punktów za historie: 189
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 16
 
zarchiwizowany
Jest taki cytat z Mistrza i Małgorzaty: "Tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą" Czytając ostatnio po raz 153 tą przecudną książkę przypomniałem sobie pewną historię którą miałem okazję usłyszeć "z pierwszej ręki"

Była sobie firma, średniej wielkości, będąca własnością zagranicznej firmy matki w sensie kapitałowym. Zarządzał nią dyrektor i jak to człowiekowi zdarzyło mu się umrzeć, dość nagle zresztą, bo na zawał. Z centrali przysłali następcę, dla którego miał być to etap kariery przed powrotem na wyższe stanowisko w kraju rodzimym. Następca szybko zrozumiał, że nie poradzi sobie z nowym zadaniem sam i awansował dotychczasowego dyrektora finansowego(ze względu na zakres obowiązków raczej głównego księgowego) na swojego zastępce, a na jego miejsce zatrudnił faceta z zewnątrz. "Ten zewnętrzny" dyrektor finansowy z zapałem zabrał się do pracy i w ramach pierwszej kontroli rachunków zauważył, że na awaryjnym koncie mającym zapewniać płynność w sytuacjach nagłych brakuje 12 tysięcy. Szybko przyuważył też, że pieniądze zostały wypłacone przez panią Hanię, wiek przedemerytalny, która w ciągu ostatnich 4 miesięcy wpłacała na to konto po 1500 zł miesięcznie.

Wezwana przed obliczę nowego managera pani Hania oświadczyła, że poprzedni dyrektor finansowy upoważnił ją ustnie do takiej pożyczki; pożyczka na samochód miała to być bo się okazja trafiła. Umowy żadnej nie spisywali bo pracowała tam od lat 10 i jej ufał; dyrektor naczelny też się zgodził, jako wyraz uznania dla zaufanej pracownicy. Polecił tylko zachować sprawę we względnym sekrecie.

Nowy finansowy poszedł jednak z sytuacją do nowego naczelnego. Naczelny był z kultury gdzie wszystko na piśmie, po polsku mówił słabo, generalnie facet nieufny. Zapytał się swojego świeżo upieczonego zastępcy o co chodzi. A on, że żadnej zgody na pożyczkę nie dawał, a poprzedni szef nic nie wiedział. Dlaczego kłamał? Bał się, to jasne, nowe stanowisko to służbowe BMW, podwyżka i inne takie. Ale bał się tylko reakcji szefa; bo przepisów nie złamał w żaden sposób, nawet gdyby sam dał zgodę na taką pożyczkę - miał do tego prawo.

Pani Hania dostała wybór: albo zwraca wszystko w miesiąc i rozwiązują umowę za porozumieniem stron, albo dyscyplinarka i sprawa do o zabór mienia. Pani Hania sądzić się nie chciała, poszła więc na parę lat przed emeryturą na przekwalifikowanie, z kredytem na spłatę pożyczki. Zatrudniła się w kwiaciarni, pensja sporo pewnie niższa, pakiet benefitów socjalnych też poszedł w siną dal. Ile nerwów i upokorzeń ona tylko jedna wie.

Pecha tu nie brakowało: niefortunny zgon dyrektora, to, że ludzie pracujący na co dzień w obsłudze finansowej zrobili coś "na gębę", brak świadków.
Zastanawiam się tylko jak poprzedni dyrektor finansowy mógł spojrzeć w lustro po tym jak wysłał starszą już koleżankę z pracy na bruk w atmosferze oskarżeń o oszustwo.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (55)

#81878

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z mojej pierwszej poważnej pracy. Rok 2000, duże zagraniczne korpo intensywnie rozbudowujące swoje biuro. Wśród szczęśliwców przyjętych na stanowisko księgowego byłem i ja. Po dwóch latach pracy na uczelni i dwóch latach księgowania w PKP myślałem, że jestem w raju.

Firmą zarządzał przysłany z zagranicy Prezes, urodzony tam Polak. Jeździł po kraju i załatwiał różne rzeczy, tak że bieżącymi sprawami zajmował się Wice-prezes. Wice, kierując się wytycznymi z centrali, zatrudnił dyrektora ds. bezpieczeństwa - Pana Ryszarda, swojego dobrego znajomego. I to o nim będzie ta historia.

Pan Ryszard był emerytowanym majorem. Uparcie twierdził, że kontrwywiadu - okazało się, że służył w WSW, ówczesnej żandarmerii. Wszystkim oprócz Prezesa i Wice kazał zwracać się do siebie per panie majorze.

Spora część biura pracowała poza nim lub w elastycznym wymiarze godzin. Trzeba jednak wiedzieć, kto akurat znajduje się w pomieszczeniach firmy, prawda? Był do tego wliczony w koszt wynajmu pomieszczeń system kart magnetycznych. Pan Major mu nie ufał. Każdy musiał wpisywać się do grubego brulionu na recepcji. Nawet jak wychodził tylko do sklepu.

Parę pomieszczeń miało mieć zainstalowany własny monitoring. Taki wymóg z centrali, żeby komputery z ważnymi danymi były nagrane w razie „wycieku”. Rysio wymyślił, że pracownicy firmy będą pełnić przy monitoringu dyżur. W nocy też. Za podwójną stawkę. Po przedstawieniu pomysłu dyrowi finansowemu, nie odzywał się do niego miesiąc.

Co wieczór zastępca Szanownego Majora pieczętował wszystkie pomieszczenia w firmie. Łącznie z ubikacją. Praktyka, o której nie słyszałem nigdy wcześniej i później, centrala oczywiście jej nie wymagała. Major i drugi jego pomocnik codziennie rano obchodzili biuro i komisyjnie zrywali pieczęcie. Zawsze byli w pracy na 6 rano, więc nikomu to nie przeszkadzało. Ale kiedy raz Majorowi zachorowała w nocy żona i nie stawił się rano w pracy, nie mogliśmy wejść do środka do 10.

Z tymi wszystkimi wyskokami Majora Wice nic nie robił, a do Prezesa nikt na bezpośrednią skargę nie poszedł. Przy tym wszystkim kwestie haseł, dyskietek i maili Major całkowicie ignorował, komputerem posługiwał się kiepsko. I właśnie to doprowadziło do jego upadku.

Jakoś pół roku po moim rozpoczęciu pracy mieliśmy dostać służbowe laptopy. Młodsi nie skojarzą, jaki był to wtedy luksus i szpan. Dość powiedzieć, że według wyliczeń kolegi za cenę 5 takich laptopów można było kupić Daewoo Lanosa. Jednak razem z komputerami dostaliśmy małe notesy w twardych okładkach. Major kazał zapisywać w nich adres każdej odwiedzanej strony internetowej, robić notatkę na temat każdego wysłanego maila i uzasadniać cel używania jakiegokolwiek programu. Notesy miały być wyrywkowo kontrolowane. Poszliśmy z tym do Wice, ale on uznał, że skoro Major kazał, to tak ma być. Cóż było robić, zabraliśmy się do notowania.

Szczęśliwie po tygodniu biuro odwiedził Prezes. I spytał się głównego księgowego, co to za notesy. Otrzymał odpowiedź, lekko zdębiał. Wiele razy ktoś napomknął mu o Majorze, ale, jak mówiłem, nic oficjalnie. Teraz Prezes pomyślał, pomyślał i wymyślił. Po znajomości załatwił na dzień następny mały audyt bezpieczeństwa. Po trzech dniach miał raport. W następnym tygodniu Major został wylany, a Wice przeniesiony na szefa oddziału regionalnego.

Ludzi w stylu Majora spotkałem w swojej karierze więcej, praktycznie zawsze stanowiska decyzyjne w biznesie zawdzięczali doświadczeniu w sektorze publicznym i okazywali się być kompletnie niekompetentni w tym, za co się im płaciło. Daje do myślenia.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (206)

1