Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nyord

Zamieszcza historie od: 5 kwietnia 2011 - 13:59
Ostatnio: 13 czerwca 2018 - 17:22
  • Historii na głównej: 46 z 87
  • Punktów za historie: 34746
  • Komentarzy: 98
  • Punktów za komentarze: 473
 

#82400

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam po długiej nieobecności. :)
Teraz wam przybliżę dlaczego długo się tutaj nie udzielałem. Będzie długo i chaotycznie.
Jako że wstęp musi być:

Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.
Z rodziną najlepiej na zdjęciu.

W mojej firmie zatrudniałem swojego Ojca. Był bohaterem kilku historii tutaj, jednak także jego ukrywałem tutaj i przemycałem jako Przedstawiciela Handlowego. Do rzeczy.
WAŻNE: Firmę prowadziłem u rodziców w domu i w budynkach gospodarczych.

Po narodzinach syna ograniczyłem swoje wyjazdy na trasy maksymalnie 2 dniowych, czasem 3 dniowych. Cześć moich tras przejął ojciec. Mu to odpowiadało, więcej zarabiał. Jednak po pewnym czasie (około pół roku) zaczęło mi brakować pieniędzy z KP, faktur czy paragonów. W tym samym czasie wyszło że mój kochany tatuś ma kochankę. Kochankę nie byle jaką, nazwijmy ją "znajomą rodziny". Nasze stosunki trochę się zmieniły. Zacząłem ojca liczyć, pokazywać mu wyliczenia. Wtedy następowała obraza majestatu i brak wyjazdu.

Kumulacja nastąpiła w maju kilka lat temu. Było już oficjalnie wiadomo że rodziciel ma kochankę, wiadomo było kto to jest, wiadome było że małżeństwa rodziców się nie da uratować. Ojciec już nawet się wyprowadził. Tata przyjechał z trasy, rzucił papiery (faktury, KP), oznajmił że w następnym tygodniu go nie ma, wsiadł w auto i pojechał. Po sprawdzeniu papierów, przeliczeniu wyszło że nie dał około 3 tysięcy z trasy. Zadzwoniłem do niego i zapytałem gdzie są pieniądze z trasy. Odpowiedz brzmiała tak:
[O]jciec - Jestem na urlopie, proszę mi nie przeszkadzać. Cześć!
[J]a - Gdzie są pieniądze z KP i Faktur trzeba opłacić towar i inne zobowiązania a ty pieniądze zabierasz?
[O] - Ja sprzedałem?! Ja zarobiłem! Czyli są moje!
[J] - Hola Hola co sprzedałeś, sprzedałeś mój towar, jeździłem moim autem i na moim paliwie. Pieniądze są firmowe.
[O] - Nie mam czasu na dyskusje. Cześć!
Przez tydzień nie podnosił słuchawki.

Po tygodniu przyjechał jakby nigdy nic i pakuje się trasę i prosi o zaliczkę na trasę.
[O] - Zaliczkę daj na trasę.
[J] - Najpierw się rozliczmy z poprzedniej trasy.
[O] - Ja jestem rozliczony.
[J] - Nie jesteś, rzuciłeś papierami gdzie są pieniądze z trasy.
[O] - To moja premia.
[J] - Co? Jaka premia?
Dalej się już pożarliśmy, ojciec się obraził, ja także. Ojciec wziął następny tydzień urlopu.

Po tygodniu wrócił przeprosił, mówi że więcej to się nie powtórzy, obiecał poprawę i pojechał w trasę. Ojciec wrócił z trasy, dał dokumenty do rozliczenia, pieniądze i oznajmił że idzie na dwa tygodnie urlopu. Tutaj zaoponowałem i powiedziałem ze zostało mu już tylko 4 dni. Jest to trochę nie poważne, brać miesiąc wolnego w najlepszym okresie w handlu. W takim razie on bierze urlop bezpłatny. Po przeliczeniu pieniędzy z trasy zostawił sobie połowę. Znowu telefon, znowu brak kontaktu. Wkurzyłem się, napisałem mu wypowiedzenie.

Firma ma na siebie i innych zarabiać, a nie tylko on ma zarabiać. Po przyjeździe do firmy wręczyłem mu wypowiedzenie. Tatuś się wku*wił zaczął wszystkim wygrażać i oznajmił że on tego nie podpisze "bo dzięki niemu tylko ta firma istnieje". Na odwrocie wypowiedzenia napisałem że nie przyjął wypowiedzenia, jednak było wręczane w obecności światków i jest wiążące i podpisy tychże świadków.

Po tygodniu przyjechał, zaczął przepraszać, że chce pracować tyle serca tutaj zostawił. Szczerze (tak myślałem) sobie porozmawialiśmy w 4 (ja, ojciec, mama i brat) doszliśmy do konsensusu. Powiedziałem do ojca że ma 3 miesiące na odbudowę zaufania, jeżeli będzie pracował tak jak kiedyś za dobrych czasów to go zostawię. Spokój trwał do lipca. Ojciec oznajmił że idzie na urlop. Pytam go jaki urlop, nie masz już urlopu. Wtedy ojciec z uśmiechem oznajmił żebym mu to pokazał w papierach. Idę do biura a tam brak wszystkich akt osobowych pracowników i urlopowych.

Wkur*łem się nie na żarty. Wiedziałem że to już koniec naszej współpracy za dużo tego się wydarzyło. Dodatkowo ojciec nie chciał oddać dokumentów, ani pieniędzy z trasy. Zadzwoniłem na Policję.

Po przyjeździe Policji i wysłuchaniu obu stron, ojciec oddał dokumenty z trasy, pieniędzy nie oddał, nie oddał dokumentów osobowych.
Policja stwierdziła że może przebywać na terenie firmy i domu, bo teren na którym mieści się dom i firma należy do niego, dodatkowo jest zameldowany. Może przebywać mimo że nie mieszka. Policja także stwierdziła że jest to konflikt rodzinny i powinniśmy miedzy sami się dogadać, spisali notatkę i pojechali.

Zgłosiłem kradzież akt osobowych. Po miesiącu umorzenie śledztwa z powodu "konfliktu rodzinnego".

Ojciec już nie pracował, jednak oficjalnie dalej był zatrudniony i pobierał pensje.

Musiałem zacząć jeździć na trasach ojca i swoich. Teraz w domu spędzałem tylko weekendy.

Po tygodniu bądź dwóch ojciec wrócił do domu i oznajmił że "Dom jest mój i mogę sobie tutaj mieszkać" W związku z tym zaczęły dziać się nie przyjemne rzeczy i zdarzenia. W czasie pracy wyłączał prąd (główny włącznik był w domu) i zamykał dom. Musiałem przeorganizować prace produkcji i biura. Zaczynaliśmy prace o 16, a kończyliśmy o 22. Dlaczego tak zapytacie? Otóż wtedy w domu była moja mama która ten prąd włączała. Zmieniłem zamki w magazynie bo zaczęły ginąć rzeczy. Po 3 dniach drzwi były wyłamane i znowu zniknęły rzeczy.

Była Policja, stwierdziła że zamek jest wyłamany w drzwiach, drzwi wyważone, jednak "Pana Ojciec ma prawo wyłamać drzwi skoro są tam jego rzeczy" Jego rzeczami była kosiarka która tam stała od zawsze. A na pytanie ze zniknął towar, opakowania zrobili rewizje jego pokoju i auta nie znaleźli rzeczy i powiedzieli że nie ma i nic nie mogą zrobić.

W sierpniu odbyliśmy ostateczną rozmowę. Ojciec zażądał 60% udziałów w firmie bo on tylko praktycznie generuje zyski, on będzie rządził nikt mu ma w paradę nie wchodzić. Dom także ma być jego, a my mamy kolokwialnie spierd*lać. Oferta nie do przyjęcia.

W połowie sierpnia wyszła awantura miedzy mamą, a ojcem. Spłodziciel (ciekawe czy jest takie słowo) uderzył mamę i wyzwał ją. Ojca obezwładnił brat. Przyjechała policja i zabrała go na dołek na 24. Przed odjazdem powiedział że mam czas do jutra do wyniesienia się z jego budynków. Zabrałem praktycznie wszystko. Od 17 do 24 wywoziłem rzeczy. Nie wywiozłem tylko maszyn bo jednak znaleźć wolny wózek widłowy o 17 graniczy z cudem. Na drugi dzień udało mi się wózek załatwić około 12. O 13 byliśmy na miejscu jednak ojciec już był i kazał nam spierd*lać. Mama nie miała jak pomoc. Policja tez nic nie zdziałała.

Byłem zmuszony kupić nowe maszyny. Mimo około 6 prób odbioru maszyn do dzisiaj nie udało mi się ich odzyskać.

Teraz wątki późniejsze. Mimo że z ojcem od września nie mam nic wspólnego, dalej mnie nęka. 6 grudnia przychodzi od mnie PIP. Po przejrzeniu dokumentów i stwierdzeniu braku jakiś nieprawidłowości dostaje notatkę 23 grudnia. 27 Grudnia mam telefon z Policji w związku z niewysłaniem świadectwa pracy.

Co jakiś czas dostaje nowe listy od rodziciela z żądaniami.

Sprawa ze świadectwem pracy ciągnęła się rok. Był nawet potrzebny grafolog, który badał pismo moje, mamy i brata. Po roku została umorzona. Teraz wiecie na co idą nasze podatki.

Rodzicie rozwiedli się w styczniu, po uprawomocnieniu się wyroku ojciec zakłada firmę zajmującą się tym samym. Ojciec produkując na moich maszynach, pakując towar w moje opakowania sprzedaje je po punktach. Po zgłoszeniu na Policji. Dostaje zakaz sprzedaży, jednak nic sobie z tego nie robi i sprzedaje dalej. Sprawa trafia do sądu.

Przesłuchiwani przed sądem byliśmy w odstępie tygodnia. Ojciec był pierwszy. Przedstawił siebie jako ofiarę i sponsora mojej działalności co nie było prawdą. Sąd nie daje wiary moim wyjaśnieniom i umarza sprawę, mimo tego że mówię że mogę powołać świadków i przedstawiam umowy pożyczek od rodziny. Także sąd nie daje wiary temu że ojciec przed podjęciem pracy u mnie przez rok był bezrobotny (mimo przedstawionych dowodów). Sprawa zostaje umorzona jako niska szkodliwość czynu.

Około kwietnia brat unieruchamia moje maszyny stojące u ojca (jestem persona non grata na dworze ojca nie mam wstępu nawet na ulicę przed domem). Ojciec wydzwania i wygraża się. Dostaje kolejne pisma wraz z fakturą za magazynowanie maszyn. Mimo że chciałem je odebrać.

Sprawa ciągnie się już 2 lata i końca nie widać.

Ojciec nie tylko mi utrudnia życie, brata okradł na 2-3 tysiące. A mama go praktycznie utrzymuje bo nie płaci kredytu za dom, ani żadnych mediów (gaz, prąd) mimo że mieszka. Jak mama przestanie płacić odetną to także jej. Pod licznik nie wchodzi w grę bo ojciec nikogo nie wpuszcza.

Taka długaśna historia co u mnie się działo i dzieje.

Pozdrawiam!

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 288 (308)

#71772

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Dzisiaj będzie o frachtach/kursach.

Mam klienta, dla którego sprzedaje swój towar, klient z mojego miasta. Klient prowadzi sklep z meblami używanymi. Taki ma sposób na biznes.

Zajeżdżam do niego jakoś zaraz po nowym roku, sprzedaje towar i od słowa do słowa umówiliśmy się, że mu przywiozę z Holandii meble za wynegocjowaną cenę. On nie mógł jechać, bo jego busa trafił szlag, inaczej zwany caput. Woli dać mi zarobić niż jakiemuś nieznanemu przewoźnikowi. Umówiliśmy się na dwa kursy. Jeden jeszcze w styczniu, drugi luty/marzec.

Jako że do kraju tulipanów miałem jechać na pusto, trochę podzwoniłem po zaprzyjaźnionych firmach, czy nie mają czegoś do wysyłki po drodze, może jeszcze coś się trafi. Wrzuciłem też ogłoszenie w internet.

Przy pierwszym kursie nie było żadnych piekielności, w sumie miałem kilka paczek. Głównie jedzenie i ubrania. Natomiast przy drugim kursie, jak już poszła dobra opinia o mnie, nałapałem całkiem sporo zleceń na transport towarów Polska-Niemcy-Holandia. Tym razem głównie wiozłem opony, jednak jeden z "klientów" zapragnął wysłać lodówkę i właśnie o tę lodówkę się rozchodzi.

Najpierw standard, czyli telefon, umówienie ceny i data przyjazdu po tę lodówkę z zastrzeżeniem, że lodówka musi być pusta.

Zajeżdżam pod dom pana od sprzętu AGD, cofam pod garaż. Pan mnie zaprasza. Lodówka ładnie opakowana w strecz, jednak moją uwagę przykuwa to, że lodówka jest podłączona do prądu. Tu zapala się wielka czerwona lampa z napisem CWANIAK! w mojej głowie. Wyciągam nożyk i już tnę strecz. Facet do mnie:

[F]acet- Co pan, kur*a, robisz?
[J]a- Otwieram lodówkę w celu sprawdzenia, czy jest pusta.
[F]- Pusta, zapewniam pana, po co pan to odpakowujesz?! Toż to marnowania pieniędzy.

Już otwierałem drzwi i moim oczom ukazał się widok: górna półka w lodówce: same wędliny i kiełbasy, druga półka: nabiał, trzecia: chleby, czwarta: wódka, szuflady: piwo. Zamrażarki już nie otwierałem.

[J]- Otwieram, żeby nikt mnie nie robił w bambuko. Zlecenie jest nieaktualne poprzez naruszenie umowy ustnej. Do widzenia.

Zabrałem się i wyszedłem.

Czy on myślał, że się nie domyślę jak będę tę lodówkę przenosił co w niej się znajduje? Że jest wypchana po brzegi? Nie rozumiem ludzi.

kursy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (319)

#71889

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Mam ostatnio sporo historii do opisania z kursów/frachtów, jednak dzisiaj coś innego. Zapraszam.

W jednej z poprzednich historii wspominałem, że od czasu do czasu dorabiam jako kurier. W związku z tym oprócz obowiązków kuriera mam także różnego rodzaju korzyści np. sporo tańsze paczki. Właśnie o tym będzie historia.

Moja żona ma znajomą, która zajmuję się rękodziełem. Robi biżuterie, obrusy i inne oraz sprzedaje to na allegro. W sumie nie bardzo się tym interesowałem. Znajoma, powiedzmy Ola, wpadła do nas przed świętami Bożego Narodzenia w tak zwane "odwiedki". Ja akurat pracowałem w kurierce. Wróciłem w stroju do domu i od słowa do słowa dogadaliśmy się, że ona chętnie będzie wysyłać paczki na moim "koncie", bo nie ma u siebie w aukcjach opcji wysyłki kurierem.

Do pewnego momentu nasza współpraca układała się wzorowo. A wszystko padło jakieś 1,5 miesiąca temu.

Musiałem nadać paczkę do klienta i w oddziale firmy kurierskiej spotkałem Olę. Podałem paczkę, dostałem podpis i zaproponowałem, że Olę odwiozę, na co chętnie przystała. Już w samochodzie zaczęła pytać, dlaczego nie zapłaciłem za paczkę na miejscu. Tu jej wytłumaczyłem, że płace przelewem po przyjściu zestawienia rozliczeniowego. Pewnie już się domyślacie co po tym spotkaniu się zaczęło się dziać.

Po około 1,5 tygodnia dostaje zestawienie i widnieje do zapłaty około 500zł. Przeglądam zestawienie i tylko jedna pozycja jest moja, reszta należy do Oli. Biorę telefon, dzwonię do niej i pytam o co chodzi. W odpowiedzi usłyszałem: "Stać cię, będziesz mi płacił za paczki! Nie mam czasu, na razie". Próbowałem jeszcze kilka razy się dodzwonić, ale dokumentnie mnie olała. W sprawę zaangażowałem żonę. Olka także wypięła się na jej tłumaczenia i powiedziała, że kasy nie odda. Żona zgłosiła sprawę wyżej. Czyli do mamy Olki. Tutaj mamy happy end. Pieniądze odzyskałem. Dodatkowo zastrzegłem w oddziale, że więcej paczek od Olki mają nie brać, obciążających moje konto. Z tego co wiem próbowała wysyłać, jednak nie przeszło.

Znajomość zweryfikowana i zerwana.

PS. Aleksandra ma 29 lat.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 476 (482)

#71469

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Dzisiaj będzie o wigilii pracowniczej.

W mojej firmie jest taki zwyczaj że pierwszy dzień pracujący po świętach Bożego Narodzenia jest dniem wigilii pracowniczej. W roku 2015 był to 28 grudnia. Jest to taki luźny dzień, w którym pracownicy dostają prezenty, siedzimy sobie na spokojnie rozmawiamy, coś jemy, czasem wypijemy. Ogólnie takie jakby wolne, tylko że w pracy. Natomiast już następnego dnia mamy remanent. Jednak do historii.

28 grudnia 2015 roku, godzina gdzieś 8:30. Złożyliśmy między sobą życzenia, podzieliliśmy się opłatkiem, dałem pracownikom prezenty, ja dostałem od nich. Siadamy do zakąsek, napój bogów polany do szkła i wtedy słychać jak coś wjeżdża na podwórko. Nie moja minuta jak Jacuś (znany wam ze wcześniejszej historii) zjawia się w skromnych progach firmy.

[J]acuś - No witam, wsiego dobrego ze Świętami.
[N]yord - Cześć, wzajemnie, coś potrzebujesz?
[J] - No na wigilie przyjechałem, pracownikiem byłem, to chyba jakiś prezent mi się należy, heheh.
[N] - Mam Ci przypomnieć ile pracowałeś i dlaczego zostałeś zwolniony?
[J] - No ale pracowałem i się należy, heheh.
[N] - Pracowałeś miesiąc czy 3 tygodnie, wywaliłem Cię dyscyplinarnie bo przyjechałeś na bani, do tego się spóźniałeś i uważasz że coś Ci się należy?
[J] - To prezentu nie będzie? Wódeczki się nie napijemy?
[N] - Nie.
[J] - To ch*j Ci w du*ę żydzie pierd*lony. Burżuazja zaje*ana.
I wyszedł.

Komentować chyba nie muszę.

PS. Dla wyjaśnienia, Jacuś dowiedział się od chłopaka, który go zastąpił, bo są z tej samej wioski i myślał że za darmo dostanie suwenir.

Byli pracownicy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 427 (441)

#70811

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Mam kilka historii do opisania, więc łapcie jedną z nich.

Dzisiaj będzie o suwenirach.

Jak co roku, na koniec roku daję prezenty dla swoich klientów. O tak, żeby wiedzieli, że o nich pamiętam i dbam. Tak było także w poprzednim już roku 2015.

Co roku przygotowuję jakby dwa rodzaje paczek, paczki standard i paczki premium. Nie jest to sprawiedliwe, jednak muszę pokazać dyrektorom czy prezesom sieciówek, że o nich dba się lepiej niż o szarego kierownika sklepu. Cóż zrobić, już tak jest.

W tym roku paczki standard wyglądały tak: długopisy z logo firmy, kalendarz ścienny, kalendarz książkowy i notatnik. Natomiast paczki premium miały wyżej wymienione akcesoria plus wizytownik i butelkę alkoholu - zależnie, czy na stanowisku była kobieta (wino) czy mężczyzna (BimBer).

Ja i mój przedstawiciel w grudniu już rozwieźliśmy paczki do klientów. Nie ma pomijania, każdy dostał po paczce. Jednak już po świętach dostałem telefon, który mi zagotował krew. Właśnie wam go opiszę.

[K]lientka - To jawna niesprawiedliwość, dla tych wyzyskiwaczy dajesz takie prezenty, ja także chciałabym dostać wino! A oni co? Zabijają handel! To się nie godzi!
[J]a - O co chodzi? Bo nie rozumiem.
[K] - Jak to o co chodzi, chodzi o sprawiedliwość! Jak ty traktujesz klientów! Powinieneś wszystkich traktować równo! Każdemu tak samo się należy.
Tutaj mamy błąd w myśleniu pani. Pani uważa, że jej należy się tyle co dyrektorowi, który ma pod sobą 5 marketów i który co raz odrzuca zakusy konkurencji? A pani ma jeden mały sklepik, w którym robi o 15 razy mniej utargu niż te markety.
Na dodatek niezbyt lubię tę panią. Postawa roszczeniowa.
[J] - Tak samo? Proszę pani, to nie komunizm. Jeżeli zrobi pani obroty moim towarem na poziomie chociaż jednego z marketów, to chętnie pani także dam ten alkohol. Pani się kłóci o butelkę wina czy wódki. No bądźmy poważni.
[K] - Mi także się należy, ja tyle twojego towaru przewaliłam! Mi się należy.
[J] - Tak, pani roczny obrót to jest miesięczny, jak nie 3-tygodniowy obrót marketu w pani mieście. Dobrze, nie wojujmy przez telefon, przyjadę po nowym roku do pani i na spokojnie porozmawiamy o tej sprawie. Wybaczy pani, jestem jednak zajęty.
[K] - Mam nadzieję, że zrozumiesz swój błąd i naprawisz to! Zrobiłeś mi straszną przykrość! Do widzenia.

Tak, byłem u tej pani. Nie, nie dostała alkoholu. Wytłumaczyłem w czym rzecz. Chyba zrozumiała.

Ja tych prezentów nie muszę robić. Naprawdę. Mogłem zrobić jak każda inna firma, dla małych klientów po długopisie i kalendarzu ściennym, i to jak się upomną, a dla dyrektorów zajebistą paczkę. Ja jednak daję dla każdego bez wyjątku, a i tak jest źle.

Wiecie co mnie zastanawia? Skąd ona się dowiedziała, co dostał ten dyrektor.

Może wam to wydać się praktycznie nie piekielne, jednak odbiera wiarę w ludzi, bo jednak to zrobiłeś dla nich. Dla nich wydałeś sporo pieniędzy, żeby poczuli się docenieni. Ale oczywiście wychodzisz na najgorszego.

A teraz do następnego razu! Hej!

PS Ta sieć wymieniona w historii jest siecią polską, nie to, co sugerowała ww. pani.

Klienci

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (340)

#70659

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Jakoś 2 lata temu podpisałem umowę z jedną z firm kurierskich na świadczenie usług transportowych. Głownie chodziło o mi rabaty kurierskie w celu kupna auta. Jednak od czasu do czasu firma ta korzysta z moich usług, zazwyczaj gdy jest bardzo dużo roboty (święta) bądź któryś z chłopaków chce mieć wolne.

Własnie przed świętami zadzwonili do mnie i poprosili żebym podstawiał się wraz z pracownikami bo jest roboty od groma. Dla moich pracowników to także dodatkowe źródło dochodów, wiec jeżeli są zainteresowani mogą z niego skorzystać. Od połowy grudnia już i tak jako przedstawiciel się nie jeździ, samochody stoją to dlaczego nie skorzystać?

Po tak obszernym stępie wyjaśniającym czas na właściwą historię. Okres przedświąteczny, paczek sporo, ja i pracownik pomagamy etatowcom. Miałem paczkę do jednej kobiety. W tej firmie jest taka niepisana zasada że osobom prywatnym doręczamy paczki po południu. Jeżeli jedziesz rano i odwiedzisz taką osobę masz obowiązek odwiedzić ją jeszcze raz po południu. Wiozę tą paczkę jestem u pod domem kobiety około 9. Pukam nikogo nie ma. Dzwonie telefonem, także nikt nie odbiera. Zajadę po południu. Pojechałem dalej na rejon. W między czasie dzwonie do kobiety jeszcze z dwa razy, dalej bez skutku. Odwiedzam ją drugi raz koło 17, nikogo nie ma więc zostawiam awizo "Byłem dzisiaj w godzinach 8:55 i 17:05 proszę o kontakt pod nr. telefonu: 55555555." Taka krótka notka. Zjechałem na bazę, rozliczyłem się i do domu. Około 20 dostaje SMS (tutaj będzie dosłownie przepisuje z komórki):

[K]obieta - Jestem już w domu, proszę o dostarczenie paczki

Jestem dobrego serca, zadzwonię chociaż jestem po pracy. Jednak twardo nikt nie odbiera. W miedzy czasie dostaje drugiego sms.

[K] - O której pan będzie????

Cóż mi zostało odpisuje, tylko kto poważny boi się odebrać telefon?

[J]a - Przykro mi dzisiaj dostarczenie paczki nie jest już możliwe ponieważ jestem po pracy.
[K] - Jak to? Ma pan natychmiast mi dostarczyć paczkę!! Jest mi ona POTRZEBNA!!
[J] - Proszę pani, jestem już po pracy, paczka została zdana do oddziału, który także jest zamknięty. Byłem u pani dwa razy, za każdym razem nikogo nie zastałem. Przykro mi dostarczenie paczki po godzinach pracy oddziału i kuriera jest nie możliwe.

Tutaj nastąpiła wymiana sms-ów nie wnosząca nic do historii. Ona tą paczkę chce, a ja mam tą paczkę jej dostarczyć. Poinformowałem ją że możemy przeadresować paczkę np. na adres tej pani pracy. Wtedy ją otrzyma, jednak grochem o ścianę, jednak pani przesadziła.

[K] - Ty IDIOTO! Nie rozumiesz, że ja tą paczkę chcę mieć dzisiaj i gówno mnie to obchodzi!

Tutaj już się wkurzyłem bo baba była już w poprzednich sms chamska więc jak zwalczać chamstwo? Wiecie.

[J] - A mnie gówno obchodzą pani chęci. Proszę być jutro miedzy 8 a 17 w domu, to otrzyma pani paczkę.
[K] - Jak ty chu*u do mnie się odnosisz. Paczka ma być dzisiaj! Jak nie będzie jej w ciągu pół godziny, to ja to zgłoszę! Pożałujesz zobaczysz!

Cóż mi zostało, zaśmiałem się i odpisałem:

[J] - Zgłosić można sprawę pod nr telefonu: 66666666, na stronie internetowej www.kurier. Bądź jeżeli pani to nie zadowala nr na Policję to 997. Numeru do papieża niestety nie posiadam. Pozdrawiam.

Później jeszcze przyszło kilka sms, ale zlałem ją ciepłym moczem że tak się wyrażę.
Kobiety także drugiego dnia nie zastałem, paczka wróciła do nadawcy. Jednak pani złożyła na mnie skargę. Kobieta wysmarowała mejla jaki to kurier jest zły i niedobry, że nie dostarcza paczek, że jest chamski i na potwierdzenie wysłała zdjęcie tego jednego sms:

"[J] - A mnie gówno obchodzą pani chęci. Proszę być jutro miedzy 8 a 17 w domu to otrzyma pani paczkę."

Nie wiem czy wiecie ale kurierzy mogą za takie odzywki dostać spore kary finansowe. Kazano mi się wytłumaczyć. Wiec pokazałem wszystkie sms i karę mi "nadzwyczajnie anulowano".

Tak dla miłego akcentu historii, po sylwestrze jakoś chyba 4 stycznia zadzwonił do mnie dyrektor od spraw dyscyplinarnych z głównej siedziby firmy kurierskiej i pochwalił mnie za moje opanowanie co do tych sms-ów. Natomiast odwiedzając ostatnio oddział, w którym pracowałem na tablicy informacyjnej znalazłem wydrukowane moją wymianę zdań z tą panią.

PS. Jeżeli zamawiacie paczkę przed świętami, adres odbioru zaznaczcie gdzie zazwyczaj w godzinach pracy oddziału przebywacie żeby nie było podobnych sytuacji.

Hej.

kurierzy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 345 (363)

#70243

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej!

Chyba jeszcze nie zdarzyło się żebym pisał o szpitalach i lekarzach. Ten czas nastał. Zapraszam do historii.

Moja żona była w ciąży (urodził się chłopak). Jakieś miesiąc, może półtora przed terminem zrobił jej się paskudny zakrzep. Szybka konsultacja u ginekologa i angiologa, skutkuje skierowaniem do szpitala na patologię ciąży. Skierowanie ma regułkę CITO.

Co nam zostało idziemy na SOR ginekologiczny w Białymstoku. Czekamy już od 8. Tak jak kilka innych przyszłych mam. Żona zarejestrowała się. Pielęgniarka każe czekać. Jesteśmy za wcześnie łóżek nie ma. Może będą wypisy. W tym samym czasie jak my wraz z innymi ludźmi kwitliśmy w poczekalni. Zjawia się jedna kobieta, wymalowana, sprawna z torbą pod ręką. Nawet nie spojrzała w stronę rejestracji, wyciąga telefon i dzwoni. Po chwili mówi dziarskim głosem: "Już jestem". Nie mija 5 minut. Na SOR-ze zjawia się lekarz. Zaprasza panią do środka. Kobieta znika. Myślę może kogoś odwiedzić. Może ktoś z rodziny. W ciągu kolejnych 3-4 godzin, jeszcze kilka pań, z pomięciem rejestracji znalazło się na oddziale. Około 14 panie pielęgniarki z dyżurki poinformowały że na patologii nie ma miejsca komplet. Proszę przyjść kiedy indziej. No kur*a jego mać. Siedzi z nami kilka kobiet każda na patologie, ale nie wejdą. Dlaczego?! Bo lekarze biorą na oddział w państwowym szpitalu prywatne pacjentki. Skąd to wiem? Ano to będzie w dalszej części historii.

Z żoną postanowiliśmy tak tego nie zostawiać i stawiać się codziennie nawet na tępym dyżurze. Lekarze muszą ją zbadać, czy nic jej i dziecku nie zagraża. Zostaliśmy przyjęci następnego dnia z pomocą całkiem mi obcej osoby. Jak? To też wytłumaczę.

Moja mama pracuję w spółdzielni mieszkaniowej. Akurat kiedy trochę się żaliłem na sytuacje w szpitalu przyszła do niej pielęgniarka która pracuje w tymże szpitalu. Okazało się że pracuje na pokrewnym oddziale. Także coś z ginekologią czy położnictwem. Powiedziała że postara się pomóc bo lubi moją mamę. Następnego dnia stawiamy się w szpitalu. Poinformowaliśmy tą panią. A ona pół godziny stała nad głową lekarza i namawiała go żeby nas przyjęto, który wreszcie się zgodził choć powtarzał że nie ma miejsc. Tutaj mamy happy end czyli dostaliśmy się do szpitala.

Skąd wiem że lekarze z prywatną praktyką biorą swoje pacjentki na oddział. Podsłuchałem pielęgniarki na oddziale które żaliły się że "przychodzą takie prywatesy na korekcje ci*y, a normalni ludzie nie mogą się dostać".

Następnym razem chyba wezwę karetkę, chociaż znając życie bez pomocy znowu nie przyjmą mnie bądź mojej rodziny na oddział.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (400)

#69580

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Od czasu do czasu zajmuję się transportem w ramach działalności. Przeprowadzam osoby, transportuje różnoraki sprzęt (quady,motory czy inne ustrojstwa) czy po prostu transportuje meble z Ikei. Dzisiaj właśnie będzie o przeprowadzce.

Kolega, który zajmuję się tym na co dzień, polecił mnie dla klienta. Sam nie mógł zrobić kursu bo miał za mały samochód i brak czasu w związku z innymi kursami, dlatego polecił mnie. Dogadałem się z facetem ile wszystko ma kosztować, umówiliśmy się na konkretny dzień i wszystko wyglądało w porządku. Do czasu.

Należy jeszcze wspomnieć, że facet przeprowadzał się z Białegostoku do Wiednia. Czyli naprawdę daleko.

Przyjechałem umówionego dnia pod dom pana Adama (a co mi tam podam, niech wie). Załadowaliśmy meble, ubrania i inne klamoty (pomagał mi, nie chciał dopłacić za drugą osobę). Już mam wsiadać do auta i ruszać. Kiedy następuję taka oto sytuacja.

[A] - Jeszcze mam taką nietypowa prośbę.
[J] - Słucham?
[A] - Bo widzi pan, mam 4 dzieci, swój samochód już sprzedałem, bo dostałem służbowego Passata, no i nie mam gdzie wsadzić najstarszego syna. Byłby pan tak miły i go zabrał ze sobą. Chłopak na pewno nie będzie robił problemów.
ŻE CO?!
[J] - Słucham? Dlaczego pan nic nie mówił o tym wcześniej? Ile syn ma lat?
[A] - A bo myślałem, że dadzą w nowej firmie mi inny samochód. A syn ma 11 lat. Da radę, to dzielny chłopak.
[J] - Ale czy pan jest poważny, 11 letnie dziecko puszczać w trasę z obcą osobą?
[A] - Panie Nyord dogadajmy się. Naprawdę nie mam jak go zabrać.

Zgodziłem się za dodatkową opłatą, choć nie było mi to wyjątkowo na rękę. Nie było już jak odmówić z prostej przyczyny. Dwie godziny na rozładowywanie auta także nie były mi na rękę.

Teraz czas na drugą akcję.

Dzieciak nie był problemowy, rozmowny, ciekawy świata. Był jeden problem. Dostał jedną kanapkę i żadnego napoju. Wiadomo jak to się chce jeść w trasie z nudów. Poczęstowałem go swoim jedzeniem. Przejechaliśmy już całkiem sporo, czas na tankowanie, zatrzymuję się na stacji. Tankuję, kupuję sobie hot-doga i colę. Wychodzę ze stacji i wtedy podjeżdża pan Adam z rodziną. Żona jego mówi że proszę dla mego dziecka nie dawać coli. Cóż cola jest dla mnie. Informuję ich, że to trochę niepoważne na około 5 godzin jazdy dla dziecka dać jedną kanapkę i żądam żeby zaopatrzyli małego w coś do jedzenia. Mamusia jak niepyszna poszła i kupiła małemu jakieś kanapki czy rogaliki, o napoju oczywiście zapomniała.

Ostatnia akcja.

Jak pewnie większość z was wie, najgorzej podróżuję się przez Polskę. Zgodnie postanowiliśmy przenocować jeszcze w Polsce. Hotel znaleźliśmy pod Czechowicami. Chodziło o to żeby z samego rana być w Wiedniu. Tutaj następuje tekst.

[A] - Czy może wziąć pan trójkę (pokój) zamiast jedynki (pokój). Bo nam nie bardzo się opłaca wynajmować dwa pokoje i dzieciaki by z panem przenocowały.
Tak za pokój płaciłem sobie sam.
[J] - Przykro mi ale nie. Nie ma takiej opcji. Państwo są rodzicami, a ja nie jestem opiekunką. Na dodatek sam płacę za ten pokój i chciałbym spędzić tą noc bez żadnych dodatkowych atrakcji.

Pan Adam jeszcze próbował mnie przekonywać, jednak byłem twardy jak chleb z Biedronki.

Dalsza podróż i wyładunek przebiegały spokojnie.

Jakim trzeba być rodzicem, żeby własne dziecko wsadzić do obcego faceta do auta i żeby cały Boży dzień podróżować z nim. Jakim trzeba być rodzicem żeby chcieć żeby twoje dzieci nocowały w jednym pokoju z obcym facetem, który nie wiadomo jaki jest. Którego znasz od 12 godzin.

No ale trzeba oszczędzić, chociaż na dzieciach, skoro transport jest tak drogi.

Pozdrawiam pana Adama!

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 755 (809)

#68429

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Poproszono mnie o opisanie co narobili wynajmujący w mieszkaniu z poprzedniej historii. Jeżeli ktoś chce, to proszę bardzo!

Opisze to w punktach, bo po pierwsze czasu mało, a po drugie łatwiej mi będzie w tym opisie się połapać.

4. Brud, syf, Sodoma i Gomora.
Na pierwszy rzut oka, mieszkanie było "w miarę" czyste.
Jak wspominałem mieszkały u nas prawie same dziewczyny i do tej pory nie wiem jak one się załatwiały. Naprawdę. Sedes i okolica była tak zasyfiona, zakamieniała, że szok. Ja robiąc na stojąco bałem się, że we mnie ten kamień trafi. To była łazienka. W pokojach nie było lepiej. W jednym była po przypalana tapeta, w innym natomiast... to na koniec, to musi mięć oddzielny punkt. W kuchni jak chodziłeś to mlaskałeś podeszwami. Jednak syf jest zazwyczaj spotykany po wynajmujących. Pora na kolejne punkty.

3. Zniszczenia.
Mieszkanie w tamtym okresie miała w miarę nowe meble. 2 letnie łóżko i zabudowa, roczny komplet wypoczynkowy, więc standard był całkiem wysoki. Dodatkowo mieszkanie 2 lata wcześniej było po remoncie. Odnośnie zniszczeń.

- Meble, duże łoże 160/200 miało dwie dziury wielkości "pupy" w nogach, zaobserwowane dopiero po wyprowadzce studentów. Dlaczego? Łóżko było czas zasłane, nikt nie siadał i nie wiedział o tym.
Kanapa z kompletu wypoczynkowego została także uszkodzona. Też dowiedzieliśmy się po fakcie. Komplet ten użytkowałem jeszcze ja, do roku po ślubie. Kiedyś przyjechał znajomy z Gdańska, popiliśmy i trzeba było go położyć. Rozkładamy sofę i co się okazuje - że powierzchnia do spania jest złamana w pół. No i jeszcze zużyta guma leżała. Kolegę położyliśmy w drugim pokoju, a z żona spałem tam ja:) Ogólnie łóżek połamali 3.

- Pralka. To było ciekawe. Po jakimś czasie studenciaki zgłosili że siadła pralka. Pralka kilkuletnia, dobrej firmy, gwarancja minęła. Mama zawołała fachowca, fachowiec stwierdził że naprawa droga. Tyle co nowa pralka. Mama z tatą kupili nową pralkę, także dobrej niemieckiej firmy i tutaj powinno się to zakończyć. Jednak nie. Po pół roku znowu: "pralka zepsuta". Gwarancja jest, zawieźliśmy do autoryzowanego serwisu. Po godzinie diagnoza, gwarancja straciła ważność, bo ktoś grzebał przy pralce, zdjął jakieś zabezpieczenia i pralka siadła poprzez przeładowanie. Dziewczyny po awanturze zgodziły się kupić nową pralkę. W pralce grzebał ojciec jednej z dziewczyn.

- Okno. Jakim trzeba być człowiekiem żeby rozwalić zawiasy w oknie, zamknąć je, nic nie powiedzieć właścicielom i się nie martwić. Podczas generalnych porządków, otwieram okno i okno zostaje mi w ręce. Super.

- Reszta. Poobrywane szafki w kuchni, zerwana prowadnica z zabudowy stałej, czy deska sedesowa. To także miało miejsce. Czas na punkt 2.

2. Opłaty dodatkowe.
Ogólnie z opłatami nie było problemu, zawsze terminowo, pełne kwoty. Schody zaczynały się z opłatami dodatkowymi. Jako że mieszkanie wynajmowane, Mama utrzymywała niskie zaliczki w spółdzielni. Przyszło rozliczenie wody i ogrzewania i wyszło że dziewczyny grzały ciepłe środkowe mieszkanie na potęgę. Ogólnie do dopłaty jakieś 800. Mama przedstawiła rozliczenie. Tutaj jednak jedna z dziewczyn chciała żeby te rozliczenie zobaczył jej ojciec, który pracuje w spółdzielni w innym mieście. Rodziciel powiedział że według jego rozliczeń nie ma aż 800zł dopłaty tylko 400 czy 500. Mama jako pracownica spółdzielni która tym się zajmuje na innym osiedlu, tłumaczy wydruk, wylicza. Facet nie i koniec. Poszli do oddziału spółdzielni na osiedlu. Wyszło na mamy. Facet pracował w spółdzielni. Jako konserwator i to właśnie on był odpowiedzialny za zdjęcie zabezpieczeń w pralce.

1. Miss Koza.
Kto to była Miss Koza? Otóż przed samym ślubem wraz z lubą sprzątaliśmy mieszkanie żeby nadawała się do zamieszkania zaraz po wielkim dniu. Ja sprzątam jeden pokój, żona drugi i słyszę krzyk. Biegnę i słyszę: "Ty tu sprzątasz tu wszędzie są fluki". Na drugi dzień zacząłem batalie z kozami, w okularach ochronnych masce, rękawicach i ubraniu. To tak gdzie nasza Miss zostawiała swoją własność.
-pod blatem biurka
-pod szufladami
-pod kinkietem
-pod parapetem
-za telewizorem
-pod stołem
-w łóżku
-za szafkami
-pod lampką nocną.

Tyle pamiętam. A teraz jak już to wspomniałem uciekam, bo nie chce tego pamiętać. Tego ostatniego najbardziej.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (310)

#68242

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Jednak dzisiaj nie o tym.

Dzisiaj będzie o bankach i ich pomagierach.

Mieszkanie, w którym mieszkam obecnie, należy do moich rodziców. Kilka lat temu wyprowadziliśmy się z niego do domu za miastem, a mieszkanie zostało wynajęte studentkom. Tak się składało, że praktycznie co roku mieliśmy inną ekipę w mieszkaniu. Dlaczego? Dlatego że dziewczyny znajdowały w mieście chłopaków i przeprowadzały się do nich, bądź kończyły studia i wyjeżdżały z miasta.

W czasie kiedy mieszkanie zostało wynajmowane, ja oświadczyłem się mojej dzisiejszej żonie i planowaliśmy ślub, w związku z tym rodzice wraz z końcem roku akademickiego wypowiedzieli umowę ostatniej ekipie i mieszkanie stało przez jakieś 8 miesięcy puste. Jednak miałem pisać o bankach, wiec wracamy na właściwe tory.

W ciągu kilku lat wynajmu przewinęło się przez mieszkanie jakieś 15 dziewczyn i jeden chłopak. Już w trakcie wynajmu, zaczęły przychodzić listy z banku Meritum czy coś podobnego na jedną z dziewczyn, które mieszkały wcześniej. Nie otwierałem go ja, ani nikt z rodziny, bo to jednak prywatna korespondencja. Próbowaliśmy się do tej dziewczyny dodzwonić jednak numer z umowy był już nieaktywny.

Czas mijał listy przychodziły. My pisaliśmy na kopertach, że adresat nie mieszka. Nic to nie dawało. Jakieś 3 miesiące przed ślubem, wkurzony ta sytuacją, złapałem jakoś listonosza i pytam co z tym fantem zrobić. Polecił zadzwonić, bądź odesłać list z wyjaśnieniem sytuacji. Najlepiej za potwierdzeniem odbioru, żeby mieć podkładkę na wszelki wypadek. Jak polecił tak zrobiłem. List doszedł do ich centrali. Jednak listy dalej przychodziły. Jak już to nie pomogło, postanowiłem te listy po prostu wyrzucać. Tutaj zaczyna się akcja właściwa.

Zaraz po weselu, trzeba było mieszkanie posprzątać i odkazić. W ciągu 20 lat jak mieszkałem tam z rodzicami nie mieliśmy nigdy grzyba, dziewczyny dorobiły się po kilku latach:). Trochę roboty było z tym. Na dodatek robiliśmy z żoną mały remont żeby nam się przyjemniej mieszkało.

Właśnie stoję na drabinie i maluję sufit. Kiedy ktoś wchodzi przez drzwi. Myślałem, że to brat, który skoczył do sklepu po coś do picia. Jednak to nie on. Wchodzi mi ktoś na pokoje, łapie za laptopa z którego leciała muzyka i mówi że on jest komornikiem i właśnie zajmuję tego laptopa. Myślę co jest. Ukryta kamera czy co? Schodzę z drabiny, pytam w czym rzecz. Facet pokazuje legitymacje czy coś takiego i mówi, że zajmuje laptopa.
[K]omornik - zajmuje tego laptopa na poczet wierzytelności dla banku X.
[J]a - A jakim pan prawem wszedł do prywatnego mieszkania bez pozwolenia. Jakim pan prawem chcesz go zabrać, skoro ja nawet nie mam i nie miałem z tym bankiem nic wspólnego.
[K] - Czy to mieszkanie na ulicy Piekielnej 6/666?
[J] - Tak i?
[K] - Został wzięty kredyt na (tutaj wam powiem że nie pamiętam na co) przez osobę która podała adres zamieszkania właśnie ten.
[J] - Jak ta osoba ma na imię, bo nie kojarzę żebym ja, czy moja rodzina brali ostatnio ten sprzęt na kredyt.
[K] - Anna Hell, tutaj mam zaznaczone że tu mieszka.
[J] - Panie te mieszkanie należy do rodziny Nyord. Ja nawet nie wiem kto to jest. Mieszkanie było wynajmowane, nie znam wszystkich którzy przez nie się przewinęli, może ktoś taki tutaj mieszkał. Nie wiem.
[K] - Nie obchodzi mnie to, ja już zrobiłem zajęcie sprzętu.
[J] - Panie! Ty poważny jesteś. Zajmujesz sprzęty niewinnym ludziom?!
[K] - Tutaj miałem wskazaną interwencje, to tutaj interweniuje. Zajmuje ten laptop.
[J] - Panie! Nic pan nie zajmujesz. To jest moja własność. Tej Anny to se pan szukaj. A od mojej własności wara.
[K] - On jest już zajęty.
[J] - Gówno mnie to obchodzi.

Tutaj wkracza mój brat, który wrócił ze sklepu. Facet przestraszył się dwóch postawnych i wysokich chłopaków i odpuścił. Co prawda jeszcze nas nachodził. Nawet z Policją. Jednak oni nic nie mogli wskórać, skoro ta Anna nawet nie była tutaj zameldowana. Nie wiem jak sprawa się zakończyła. Czy znalazł tą Annę. Mama przekazała mi kopie umowy wynajmu, którą ja przekazałem jemu. Tam były jej wszystkie dane. Z tego co wiem to ta dziewczyna mieszkała u nas tylko 3 miesiące.

Taka przygoda na początku wspólnej drogi życia, daje do sporo myślenia, która kosztowała nas sporo stresu. Co tydzień mieliśmy wizytę tegoż pana, który na chama próbował władować nam się do mieszkania i coś "zająć".

Banki i Komornicy

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 584 (626)