Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ogryzkowa

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2018 - 12:53
Ostatnio: 18 czerwca 2018 - 12:02
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 260
  • Komentarzy: 14
  • Punktów za komentarze: 59
 

#82335

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał to być komentarz do #82320, ale uznałam, że długich komentarzy nikt nie czyta, więc jest historyjka :)
Piekielna nietolerancja.

Swego czasu miałam około 10 kg niedowagi. Nie byłam z tego zadowolona, ale akceptowałam to jako swoją cechę genetyczną, bo jadłam normalnie. Komentarze koleżanek zwykle wyglądały podobnie: "Chciałabym być taka chuda jak ty". Śmiałam się z tego, bo jak można dążyć do nieprawidłowej wagi? Nieważne, w którą stronę.
Rodzina lekko się ze mnie podśmiewała. Szczypiorek, dziura na brzuch itp.

Niedawno, po wystąpieniu problemów zdrowotnych, przez które jeszcze bardziej schudłam, postanowiłam zrobić coś i przytyć. Zapewne w realizacji mojego planu "pomogły" mi też leki, które zaczęłam brać, a które odstawię, więc pewnie waga jeszcze mi spadnie.
Ale do rzeczy. Miało być 60 kg, obecnie utrzymuję się na około 63, ale mam prawidłową wagę i lekką oponkę, ot przeciętna kobieta. Czuję się dobrze (niedowaga to problemy hormonalne u kobiety).

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie komentarze. Kuzyn spytał moją mamę, czy jestem w ciąży, bo mam brzuszek. Mama zabroniła mi już tyć, bo nie chce mieć GRUBEGO dziecka. W pracy przypominają mi często, że JUŻ NIE JESTEM TAKA SZCZUPŁA. Serio ludzie? To ja poproszę o podanie w jaki mam trafić przedział wagowy, którego nie trzeba koniecznie komentować.

waga

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (190)

#82034

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia będzie dotyczyć współlokatorki ze studiów [W]. Mieszkanie wynajmowałam z nią oraz jeszcze jedną koleżanką [K].

Na początku wydawało się, że będzie fajnie, w końcu wszystkie się znałyśmy. Z czasem jednak okazało się, że jedna z trójki stała się mocno piekielna, a przynajmniej tak uważałyśmy.

1. Kuchnia
Kuchnia była oczywiście wspólna. Nie muszę mówić, że W po sobie nie zmywała? W tym naszych prywatnych naczyń, które wraz z K przywiozłyśmy z domu. Trzeba było prosić o łaskawe pozmywanie, chcąc użyć garnka czy patelni. Ale to już doskonale znacie.

2. Goście
W uznała, że na święta zaprosi swoją rodzinę. Ok, czemu nie, my wyjeżdżałyśmy do domów, więc miała mieszkanie dla siebie. Ustalone było, że goście będą spać w pokoju jej i K (miały wspólny), a z mojego nie będą korzystać. Miała im także dać swoją pościel. Nie muszę chyba mówić, czyja pościel została użyta? Pościel K. Nie muszę mówić, czyje śmieci i brudne naczynia znalazłam po powrocie w swoim pokoju? Oczywiście gości W. Myślicie, że chociaż zapłacili coś za pobyt we wspólnym mieszkaniu? Pff.

3. Karpik
Wiecie już, że W była w mieszkaniu na święta. Postanowiła z tej okazji kupić karpia - żywego. Albo dwa, nie pamiętam już. Był moment, w którym okazało się, że goście mogą jednak nie przyjechać i... nie będzie nikogo, kto zabije i oprawi rybę, bo ona tego nie zrobi. Wpadła więc na GENIALNY pomysł poproszenia o to właściciela mieszkania - który na pewno nie miał nic innego do roboty w święta.
Inną sprawą był fakt, że ryby mieszkały w wannie i nie można było się w niej kąpać. Na prośbę o zabranie "zwierzątek" W zareagowała gniewem i choć przełożyła je do miednicy, to kazała się nam pośpieszyć, bo ryby się męczą. Nie przeczę, ale powiedziała to tak, jakby w wannie były na rajskich wakacjach...

4. Foch
Tak naprawdę to przed Fochem jako tako się dogadywałyśmy. Po Fochu wspólne mieszkanie było jedną wielką, milczącą batalią.
W ramach wstępu powiem, że mieszkałyśmy w podmiejskiej dzielnicy, jednak niemal pod nasz blok (a dokładnie pod sąsiedni) podjeżdżał autobus bezpośrednio z dworca (istotny jest fakt, że nie był to Dworzec Główny). Dojazd był zatem bardzo prosty i wygodny.
W wracając pewnego razu z rodzinnego domu, zażyczyła sobie, żebyśmy odebrały ją z dworca i to nie z "naszego", ale z Dworca Głównego, bo nie chce jechać 1 przystanek dalej. Odmówiłam, ponieważ przede wszystkim nie miałam jeszcze wymienionych opon, a była już zima. Zasugerowałyśmy jej, że przecież ma wygodny dojazd komunikacją miejską i... nastąpił Foch.
Dostałyśmy zakaz używania jej rzeczy, a atmosfera w mieszkaniu stała się bardzo kwaśna. Może to moja wina i powinnam jechać po nią na letnich oponach na "szklance"? Nie wiem. Było, minęło.

studia mieszkanie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (158)

1