Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Logowanie
X  
Login:
Hasło:
 
  Nie masz konta? Zarejestruj się
Zapomniałeś hasła? Odzyskaj hasło
Nie dostałeś linku aktywacyjnego? Wyślij go ponownie
 
Profil użytkownika

Pecorella

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2011 - 21:44
Ostatnio: 21 kwietnia 2012 - 18:22
O sobie:

kadra naukowa pewnego uniwerku

  • Historii na głównej: 36 z 42
  • Punktów za historie: 21543
  • Komentarzy: 105
  • Punktów za komentarze: 424
 
10 kwietnia 2012, 17:14 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Kuzynka pochodziła z "rozwiedzionej rodziny". Pod opieką została jej matka z problemami, a jej brat poszedł za ojcem. Niby nic nadzwyczajnego, ale kuzynka u ojca pracowała, w pracy ten traktował ją na równi ze wszystkimi pracownikami, jednak po rozpadzie związku małżeńskiego, bardzo się obraził, że ta z matką została. W pracy koszmar, ciągłe dogadywanie. Jako, że studia dobre skończyła, to niby o prace by się nie musiała martwić, gdyby nie dzidziuś co to w niej zamieszkał.

Kuzynka w trzecim miesiącu poszła na L4, ale tatuś nie odpuszczał, co chwila ją wzywał, żeby wyjaśniała różne wyimaginowane niejasności, ale dała radę, dziecię szczęśliwie powiła.

Gdy była jeszcze w połogu, tatuś ją zawezwał, bo znowu coś mu nie "pasowało". Wzięła dzieciaczka i poczłapała do firmy. Tatusia spotkała w konferencyjnej z kontrahentami. Jako, że ich wszystkich znała, nastąpiło żywe zainteresowanie maluchem i klepanie "Dziadzia" po ramieniu. Ten się prężył zadowolony, a żeby "wiochy" nie było, wyciągnął z portfela zwitek banknotów i wręczył młodej mamie "na pieluchy".
Kiedy ta coś wyjaśniła i wyszła, tatuś postanowił pożegnać wnusia. Przy wyjściu z firmy kiedy ich dogonił, złapał ją za ramię i do ucha, żeby nikt nie usłyszał rzekł:
- Nie ciesz się tak idiotko i tak ci z pensji odliczę. Bachora dotować nie zamierzam.

Ot, miłe powitanie wnuka na świecie. ;]

ot rodzina

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 825 (Głosów: 931)
zarchiwizowany
21 kwietnia 2012, 17:56 przez Pecorella (PW) | było | Do ulubionych
Znajomi wyjechali na stałe za granicę i postanowili wynająć swoje mieszkanie (3 pokojowe), podzielili się tym zamiarem z zaprzyjaźnionym sąsiadem ( z innego bloku)na emeryturze, a ten zaproponował, że może im to zorganizować (znaleźć lokatorów, przypilnować wszelkich formalności), ale się nie zgodzili, nie chcieli "robić kłopotu".
I tak zaczęła się ich gehenna.
Dali ogłoszenie do prasy (nie było jeszcze tak powszechnego internetu), zgłosił się chętny mężczyzna, wszystko cacy. Mówi, że będą z małżonką i córką raj na ziemi. Umowa podpisana na 6 miesięcy, bez kaucji.
W rezultacie okazało się, że facet wynajął to mieszkanie dla robotników sprowadzonych zza wschodniej granicy, w ilości 17 osób. Mieszkanie po pół roku wyglądało tragicznie, śmierdziało i po sufit się lepiło.
O fakcie dowiedzieli się od zaprzyjaźnionego sąsiada już po tygodniu po sprowadzeniu się tych ludzi, ale nic sobie z tego nie robili (bo to pewnie kulturalni, dorośli ludzie). Stan mieszkania, po okresie wynajmu przekroczył jednak ich wyobrażenia. (I tak mieli szczęście, że nikt nie zgłosił do administracji, że tylu lokatorów tam mieszkało, podobno nie byli uciążliwi).
No ale nie zrazili się!
Drugim lokatorem był "znajomy znajomego znajomego", co to po rozwodzie nie miał się gdzie podziać. Wszystko fajnie, on będzie płacić za mieszkanie i media, a w ramach braku dopłaty za wynajem zrobi remont po poprzednich lokatorach.Nie podpisali umowy (bo w końcu "znajomy znajomego znajomego") ale przezornie, zaprzyjaźniony sąsiad ponawia propozycje i zachęca do zostawienia kluczy "na wszelki wypadek", mimo wszystko właściciele się nie zgadzają.
Lokator jak się okazało, był obrotnym człowiekiem, wyremontował owszem - przedpokój i pomalował ściany - na krwistą czerwień, jak pewnie się domyślacie, z nadmiaru podłogi (3 pokoje na jednego samca) zorganizował sobie burdelik. Proceder trwał 3 lata! Facet był dyskretny, bo dopiero po tym okresie właściciele przyjechali zobaczyć mieszkanie i dowiedzieli się zarówno o tym co się tam wyrabiało jak i o gigantycznym zadłużeniu w administracji (30 000). Okazali się na tyle głupi, że nie zostawili adresu do korespondencji i nie upoważnili nikogo do sprawdzania, czy lokator faktycznie płaci.
Teraz zmuszeni byli spłacić zadłużenie, zrobić generalny remont, a zamiast sprzedać mieszkanie, ponownie zdecydowali się je wynająć, ale tym razem skorzystali z propozycji przyjaciela i dali mu stosowne upoważnienia oraz klucze.
Kto tu jest piekielny? Właściciele i ich naiwność, bo jak bardzo głupim trzeba być, żeby nie zabezpieczyć się przed ludzką nieuczciwością.

wynajem

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 207)
22 marca 2012, 14:14 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Historia Sherlocka przypomniała mi moje przypadki na półrocznym "wygnaniu" we Włoszech.

Z okazji urlopu dziekańskiego i chęci dorobienia na
swe utrzymanie pracowałam w hotelu jako portier nocny. Ale z racji tego, że w nocy nic się nie działo, miałam za zadanie umyć wszystkie podłogi w restauracji, barze, przygotowywać na rano śniadania dla gości hotelowych, itd. No cóż z czasem obowiązków mi nie ubywało a przybywało, ot dodatkowo przychodzenie wcześniej i kelnerowanie, zmywak, tudzież razu pewnego obsługa wesela.

Sytuacja wyglądała generalnie tak, ze na parterze była restauracja i kuchnia, a na piętrze bar. Pracownicy mieli prawo do jednego posiłku. Raz jak przyjechałam wcześniej żeby pomóc na zmywaku, przyszła jedna z kelnerek z jakąś przystrojoną rybą i postawiła ją na zmywarce stojącej koło zlewu, gdzie czasem kładliśmy brudy jak nie było miejsca na blatach. Patrząc na to, myśląc jak ci wszyscy ludzie marnotrawią jedzenie, wzięłam talerz z rybą i wyrzuciłam do śmieci, umyłam go i tyle.

Za jakąś godzinę podbiega kelnerka i się drze, ze gdzie jej obiad, pytam gdzie był, a ona, ze przecież koło brudów na zmywarce położyła sobie talerz. Tak to była ta ryba. Przeprosiłam, wyjaśniłam, ,że raczej miejsce na pozostawienie obiadu było nie trafione. I tu mogłaby się sytuacja zakończyć, gdyby na dzień następny mnie nie zwolniono... bo ukradłam kelnerce Włoszce obiad... i bezczelnie na jej oczach go skonsumowałam, mówiąc, że w Polsce takiego jedzenia nie mamy.

Na moje w rezultacie nieszczęście, do pracy mnie przywrócono po kilku dniach po wyjaśnieniu sytuacji właścicielowi, ale to już materiał na inną historię.

zagranica

Skomentuj (0) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 578 (Głosów: 646)
20 marca 2012, 14:46 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Znajoma prowadziła zajęcia na dietetyce na 3 roku studiów zaocznych z żywienia człowieka (czy coś w ten deseń). W pewnym momencie wstaje studentka ze skargą:
- Czy my qr** musimy na każdych zajęciach o jedzeniu gadać? Ja się odchudzam!

studia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 551 (Głosów: 613)
5 marca 2012, 20:19 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Izba przyjęć - krótko i na temat.

Zatrułam się dość poważnie, dostałam krwawienia z układu pokarmowego. Generalnie głównie "drugą stroną".
Jako, że na pogotowie niedaleko, dawaj samochodem.
Izba przyjęć nawet nie oblężona, w gabinecie młoda lekarka [ML] i Wielki Pan Dochtór [WPD].
ML mnie przyjęła, zapytała co dolega, powiedziałam co się dzieje, zbadała, zrobiła wywiad, pobrała krew, powiedziała jakie mogą być możliwe przyczyny i że jeśli ubytek krwi był znaczny, lub coś innego niepokojącego w badaniach, to muszę nastawić się na przyjęcie na oddział. No ok.

Wyszłam, drzwi za mną się nie domknęły i usłyszałam taki oto słodki monolog
[WPD]: Ty kretynko, ta gówniara albo się w du*sko rżnęła, albo nie wie z której strony ma ci*e i po prostu okresu dostała....

No tak... Pan WPD na pewno wiedział to wszystko lepiej ode mnie.

lekarz na usługach NFZ

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 625 (Głosów: 655)
15 lutego 2012, 13:42 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Chłopak w ferworze kłótni o drobiazg, uderzył moją koleżankę. Ona z nim automatycznie zerwała.

Dość długo informację o rozstaniu trawił.
Umówili się na spotkanie w neutralnym miejscu, coby oddać sobie wzajemnie rzeczy pozostawione w swoich domach.
Chłopak pyta: - Czy jesteś pewna, że chcesz się rozstać?
Ona odpowiada: - Tak, tu twoje rzeczy. - Podaje mu.
On: - Tak nagle przestałaś mnie kochać?
Ona: - Po tym co zrobiłeś, nic do ciebie nie czuję.
On: - A co niby takiego zrobiłem?
Ona: - Uderzyłeś mnie, a ja nie dam się tak traktować.
On: - WIEDZIAŁEM, ŻE MI TO MI WYPOMNISZ!! Nie spodziewałem się, że będziesz taka pamiętliwa! Poza tym zasłużyłaś.

Po tych słowach odwróciła się na pięcie i sobie poszła, a on dalej uważał, że przemoc to zbyt błahy powód do rozstania.

życie

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 709 (Głosów: 833)
11 lutego 2012, 17:01 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Przedślubnych wspomnień część dalsza.
Było o kupnie sukni ślubnej, dziś będzie o kwiatach ;]
Z jeszcze Narzeczonym mieszkaliśmy na pewnym osiedlu,
gdzie pośrodku blokowiska był blaszak, w którym między innymi mieściła się kwiaciarnia. Jako, że na różne uroczystości nabywaliśmy tam wiązanki i byliśmy zadowoleni, chcieliśmy im zlecić przystrojenie samochodu i zrobienie bukietu ślubnego.

Kwiaciarka podeszła do sprawy dość profesjonalnie, pokazała coś na wzór portfolio - było w czym wybierać. Pozostała kwestia wyceny. Okazało się, że takimi zleceniami zajmuje się koleżanka, ale ona będzie we wtorek (był czwartek), oczywiście najlepiej od razu z samochodem, który chcemy przystroić. Umówiliśmy się na rzeczony wtorek, w sobotę jeszcze raz potwierdziłam termin, a w razie czego podałam nr telefonu, bo do ślubu miał nas wieźć kolega, to po co go bez sensu fatygować.

We wtorek podjeżdżamy pod kwiaciarnie, idę po panią, która miała wycenić strojenie, z tu niespodzianka! Nie ma jej będzie w czwartek!
[ja]- Jak to w czwartek? Wariatkę pani ze mnie robi? Umawiałam się na dzisiaj.
[kwiaciara]- No ale zamieniłyśmy się zmianami.
[ja] - To dlaczego nikt mnie nie powiadomił? Przekazał ktoś w ogóle koleżance, że ma dzisiaj spotkanie w sprawie strojenia samochodu?
[k] - No nie mówiłam jej, po co miała się dziewczyna stresować. A w ogóle o co pani chodzi? Przyjdzie pani w czwartek i po sprawie.
[ja] - Proszę pani, pani jest chyba niepoważna. Fatyguję kolegę, z samochodem, bo umówiłam się na spotkanie, zamierzałam tutaj kupić niejedną wiązankę za 30zł, tylko kwiatów za dużo więcej pieniędzy. Ale jak macie takie podejście do klienta, to ja dziękuję. Do widzenia.
Kobieta chyba nie zakumała, że rezygnuję, bo na do widzenia usłyszałam:
[k] - Ale przyjdzie pani w czwartek?

Na szczęście ten kolega polecił nam inną kwiaciarnię, gdzie sam zaopatrywał swoje wesele i byliśmy bardzo zadowoleni.

branża ślubna

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 483 (Głosów: 531)
18 lutego 2012, 11:07 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Na trzecim roku studiów A (jednolite magisterskie) postanowiłam rozpocząć drugi kierunek zaocznie B.
Na kierunku B większość osób była młodsza
ode mnie, zwykle świeżo po maturze, ale jedna niewiasta była naprawdę wyjątkowa.

Otóż kiedy w pierwszym semestrze jeden przedmiot zaliczyła na 3, zaczęła się wydzierać, że "nie po to qrwa po PRYWATNYM LO poszła na PRYWATNE studia, żeby dostawać tróje. ONA ZAWSZE DOSTAWAŁA SAME PIĄTKI".
Ale to było nic.
Panienka prezentowała styl EMO i była z tego dumna.
Na języku obcym raz zasiadła sobie z tyłu i puściła muzykę z komórki, balansując przy niej górną częścią ciała. [P]rowadząca się nieco wkurzyła i nawiązał się taki oto dialog:

[P]: Pani X, proszę wyłączyć muzykę.
[X]: (Ze skwaszoną miną) Że co??
[P]: Proszę wyłączyć muzykę i wyjść z sali.
[X]: Ale ja za studia zapłaciłam, ja mogę. (Przynajmniej wyłączyła muzykę)
[P]: Proszę wyjść z zajęć, reprezentuje pani poziom roszczeniowego gimnazjalisty. Na przyszłość nie życzę sobie tego typu zachowań na moich zajęciach.
[X] (wstając, zbierając manele): Co wy wszyscy do mnie qrwa z tym gimnazjum? Już rozumiem poziom LICEUM.

Wyszła, a cała grupa dławiła się ze śmiechu wraz z prowadzącą.

studia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 747 (Głosów: 787)
9 lutego 2012, 10:27 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
O poszukiwaniu sukni ślubnej.
Trzy lata temu szykując się do Tego Wielkiego Dnia, wybrałam się z rodzicielką w poszukiwaniu sukni
ślubnej.
Piekielna krawcowa mnie wystawiła - pobrała miarę, zaliczkę, a w dniu przymiarki zastałam zamknięte drzwi i zwinięty interes.
Dwa miesiące zostały, więc zdecydowałam się skorzystać z sezonowych wyprzedaży.

Sklep pierwszy: Bogata wystawa, wchodzimy do środka, mnóstwo ubranych manekinów - myślę sobie, że coś dla siebie znajdę. Staję koło tej którą bym chciała przymierzyć, mama szuka sprzedawczyni, mija 5min, 10 min... Okazało się, że mama przerwała dwom paniom w ploteczkach, jedna do nas podchodzi i mówi:
[P]: Pełny wybór znajdzie sobie pani na naszej stronie internetowej
[ja]: Ale bym chciała sobie tą przymierzyć.
[P]: Ale nie można jej przymierzyć, w internecie sobie zajdzie pani co się podoba, a u nas zamówi.
[ja]: Ale ja nie wiem, czy na mnie będzie pasowała i czyja sobie się będę w niej podobać.
[P]: U nas można patrzeć, ale nie przymierzać
Cóż... wyszłam.

Sklep drugi:
Znalazłam dwie suknie w moim typie - za przymiarkę ekspedientka zażyczyła sobie 50zł od sukni ;]
Nie przymierzyłam.

Sklep trzeci:
Suknia przymierzona. miała kosztować w promocji 900zł - pięknie zdobiona, trzeba było tylko ją tylko o 2cm poszerzyć w górnej części. Przy płaceniu okazało sie, ze 900zł kosztuje suknia soute - bez naszywanych ozdób, a samo poszerzenie góry - 500zł, łączny koszt sukienki miał wynieść ok 2500zł

W czwartym salonie pustki, panie piją kawę, czy można coś przymierzyć? Owszem, ale po umówieniu się, a czy mają teraz jakieś przymiarki? Akurat nie, ale trzeba się umówić telefonicznie. To jak zadzwonię teraz to będę mogła przymierzyć tę suknię? Nie bo one się umawiają 3 dni na przód. :D

W piątym salonie mogłam dopiero przymierzać do woli, pani sprzedająca dobrała suknię do sylwetki, policzyła cenę chyba z wszystkimi promocjami, przeróbkami plus niektórymi dodatkami gratis i tak nagle cena zamknęła się w 1200zł. Do dzisiaj jak się przejdzie obok, to panie się nie nudzą przez natłok klientek. W końcu poczta pantoflowa to najlepsza reklama.

branża ślubna

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 852 (Głosów: 880)
2 lutego 2012, 14:00 przez Pecorella (PW) | Do ulubionych
Działając w Samorządzie Studenckim, w porozumieniu z inną uczelnią i okolicznym Domem Dziecka zorganizowaliśmy świąteczną zbiórkę zabawek, ubrań i środków czystości na rzecz dzieciaków z tegoż Domu Dziecka.
Studenci, wykładowcy i pracownicy administracyjni byli bardzo hojni. Zebrało się rzeczy dla dzieciaczków w każdym wieku, mnóstwo słodyczy, ubrań, zabawek, książek i kosmetyków różnej maści. Generalnie było tego tyle, że ojciec jednej z koleżanek zabrał wszystko na pakę Transita i w dwa auta pojechaliśmy do bidula. Zadowolone, że tak fajnie wszystko poszło, zapukałyśmy do dyrektorki i nastąpił taki oto dialog:

[K]oleżanka: Dzień dobry, my z uczelni piekielnej, tak jak się umawialiśmy przywozimy zebrane na zbiórce na waszą rzecz dary. Chcielibyśmy je wypakować.
[D]yrektorka: Ale jakie rzeczy o czym pani mówi? Owszem miała być zbiórka, ale ja myślałam, że pieniędzy!

Potem nastąpiło nic nie wnoszące wyjaśnianie sprawy. Ostatecznie Dyrektorka zeszła z nami na dół zobaczyć dary. Stwierdziła, że takich śmieci nie chce, a od ubrań i słodyczy ma sponsorów i kazała nam się wynosić.
Szczękę zbierałyśmy bardzo długo z podłogi, bo wśród zebranych rzeczy były naprawdę porządne ubrania, niektóre jeszcze z metkami, same zadbane lub nowe zabawki, fajne książki z bajkami też praktycznie nie używane. Zaś kilka dziewczyn, które były przedstawicielkami firm kosmetycznych załatwiło mnóstwo firmowych kosmetyków.

Chwilę się zastanawiałyśmy co z tym fantem zrobić, ostatecznie rzeczy oddałyśmy do jednej z przykościelnych ochronek, gdzie dary zostały przyjęte z radością, a jeszcze prowadząca zakonnica wystosowała do rektora list dziękczynny.

dom dziecka

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 959 (Głosów: 987)