Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Poziomeczka

Zamieszcza historie od: 31 stycznia 2013 - 11:18
Ostatnio: 21 października 2017 - 21:16
O sobie:

W tygodniu wredna biurwa, w weekendy malująca lala. Wyrodna matka i okropna żona 24/7.

  • Historii na głównej: 53 z 53
  • Punktów za historie: 17745
  • Komentarzy: 237
  • Punktów za komentarze: 1288
 

#79916

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby przejść do historii właściwej, muszę opisać wydarzenia sprzed kilku lat. Mam koleżanki, Agnieszkę i Jolkę. Agnieszka miała męża już kiedy się poznałyśmy. Mąż niesympatyczny, burakowaty. Mieli ślub cywilny, tylko dlatego, że Agnieszka zaszła w ciążę. Podczas kiedy jej rósł brzuch, on chodził na imprezy, szalał ile się dało o czym dowiadywała się od znajomych. Ona sama siedziała w domu, ale była młoda, zakochana.

Po krótkim czasie naszej znajomości dowiedziałam się (na własne oczy), że mąż Agnieszki ją bije. Ich dziecko miało już wtedy ze dwa latka, a ona nie miała odwagi żeby od niego odejść. Zabronił jej pracować - bo przecież on pracuje. Nie dawał jej przy tym pieniędzy na nic. Żeby zrobić zakupy musiała się prosić, a on wtedy z wielką łaską rzucał jej 20 zł i to miało jej wystarczyć.

Kiedy tylko się zorientował, że nie pozwolimy na takie traktowanie przyjaciółki, zaczął ją od nas odcinać. Zabrał jej (siłą oczywiście) telefon. Warunkiem oddania było to, że nie będzie się z nami kontaktowała. Skutek tego był taki, że przestała się do nas odzywać, na prośby o spotkanie reagowała wymówkami. Odnosiło się wrażenie, że jej synek cały czas choruje, a ona nie ma czasu.

W końcu sytuacja zaczęła się poprawiać. Okazało się, że Mąż ma romans z inną. Nie zgadzał się na rozwód, bo przecież nie ma podstaw. Z naszą sporą pomocą Agnieszka jednak wywalczyła upragniony rozwód, znalazła porządnego faceta i jest z nim do dziś.

Jolka za to całe lata była sama.
Nikt jej się nie podobał, nikt nie spełniał wygórowanych oczekiwań.
Aż 1,5 roku temu wyznała nam, że poznała przez Facebooka faceta swoich marzeń. Krystian przedstawiany był przez nią jako największy przystojniak, ale kiedy poznałyśmy go (dopiero po pół roku) okazało się zupełnie inaczej. Niski, w za dużych spodniach ciągnących się po podłodze, niesamowicie butny.

Jola była świadkową na moim ślubie.
Odpicowany do błysku Krystian wyglądał jak kamerdyner. Zachowywał się przesadnie porządnie, jak gdyby połknął kij i... nikomu nie pozwalał dojść do Joli. Tylko on miał prawo z nią tańczyć, rozmawiać. Wszystkim działał na nerwy bo na pierwszy rzut oka ziało od niego fałszywą nutą. Kiedy ona złapała bukiet, on niemalże staranował innego łapiącego muszkę, żeby nikt nie mógł z nią tańczyć. Po weselu kiedy emocje opadły i rozmawialiśmy z gośćmi okazało się, że mieli o nim takie samo zdanie. „Biedna dziewczyna” to było główne hasło.

Po niecałym roku znajomości (było to może 10 miesięcy) Krystian się oświadczył.
Jola była zachwycona, a mi zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może nie jest za szybko na oświadczyny, ale ślub planowali na pół roku później. Bardzo szybko, po co się spieszyć? Nie, Jola nie była w ciąży. To Krystian był zdesperowany. Historia zaczęła zataczać koło, tyle że w tym przypadku z Jolą w roli głównej. Na prośby spotkania wymyślała wymówki takie jak: mam samochód w naprawie (3 razy w przeciągu 4 miesięcy), jestem chora, zapomniałam że Krystian ma urodziny, muszę mu wyprawić imprezę, zapomniałam że siostrzenica ma wtedy urodziny, pękła mi opona w aucie jak jechałam (!), mam wyjątkowo bolesny okres. Powiem tylko, że samochodem dzieli nas „odległość” 10 minut. Nie było mowy, żebym ja albo Agnieszka przyjechała do niej - z niewiadomych powodów.

Zaproszenia na swój ślub nie dała nam do dnia wieczoru panieńskiego, kiedy to przyjechałyśmy po nią. I w sumie tu dzieje się historia właściwa.

Jak to przy takich okazjach bywa, były żarty typu: wolisz strażaka czy policjanta (przy czym wiadomo było, że wszystkie nas ten proceder brzydzi, to Jola nie wydawała się nieszczęśliwa ani zgorszona). Krystian jak się okazało, nie miał wieczoru kawalerskiego - zamierzał siedzieć sam w domu, popijając alkohol i jedząc pizzę. Aż buchał złością, że Jola wychodzi, ale ona utrzymywała, że on swojego wieczoru kawalerskiego nie chciał i jego świadek „go wystawił”. Nasze zdanie było odmienne - uważałyśmy że Krystian nie ma kolegów, którzy chcieliby z nim iść na taką imprezę i wcale nas to nie dziwiło.

Przed wyjściem z domu oświadczył jej, że tak strasznie się o nią martwi, że nie będzie pił i jeśli będą się działy rzeczy na które ona nie ma ochoty, on po nią przyjedzie.
Samo to wydało mi się okropnie sztuczne i miało (moim zdaniem) za zadanie wymusić na niej poczucie winy. Udało mu się. Dzwoniła do niego co pół godziny - niby żartem, ale zdawała relację. Bawiła się przy tym bardzo dobrze, cieszyła się że wzbudza zainteresowanie w klubie wśród męskiej części gości.
Rozmawiałam o Krystianie z podpitą siostrą Joli i okazało się, że jest porywczy i chciał pobić ich kuzyna za to, że rozmawiał na imprezie sylwestrowej z Jolą.
Impreza odbywała się jak to przy takich okazjach bywa - w sobotę.
Jako że nie były to moje klimaty, mąż zabrał mnie z imprezy na moją prośbę o 2 w nocy. Ze mną zabrała się również Agnieszka. Pisałam i próbowałam się dodzwonić do Joli następnego dnia ale bezskutecznie.

W końcu w poniedziałek dostałam od niej wiadomość. WIADOMOŚĆ na Facebooku. Nie miała odwagi cywilnej, aby ze mną porozmawiać. Wiadomość muszę ze względu na jej treść przytoczyć bezpośrednio:

„Rozmawiałam z Krystianem o tym co się działo przed panieńskim i uważam, że takie teksty to była ostra przeginka. Krystian wziął to na poważnie i bardzo się zdenerwował czemu się wcale nie dziwię. Szczerze mówiąc MAM DO CIEBIE ŻAL. Krystian miał spier**lony cały wieczór (to był jego kawalerski) i nie pił żeby być w gotowości jakbym dała znać że coś takiego jak mówiłyście się dzieje i przyjechać po mnie. Delikatnie mówiąc wkur**ił się i ja na jego miejscu też bym tak zareagowała. Z tym że nie chciał mi psuć imprezy i na końcu bardzo się powstrzymywał żeby czegoś za dużo nie powiedzieć. Tak między nami Agnieszka bardziej sobie nagrabiła - Krystian podjął decyzję że nie chce jej widzieć na naszym ślubie i wcale mu się nie dziwię. Ja też bym si e wkur*iła.”

Szok jaki mnie ogarnął po przeczytaniu wiadomości to rzecz nie do opisania. Nie byłam w stanie pojąć, co takiego zrobiła Agnieszka a czego nie zrobiłam ja, że jej zaproszenie zostało anulowane, a nasze nie. Szybko zrozumiałam. Chodziło o kopertę - na naszym ślubie byli, prezent dali, on się przecież musi zwrócić, nawet jeśli pan młody mnie nienawidzi.

Próbowałam się dodzwonić do Joli, porozmawiać z nią o co dokładnie chodzi. Nie odbierała. Nie miała odwagi. W końcu odpowiedziałam jej w takiej samej formie jak ona mi przekazała wiadomość, że jest mi przykro, nie rozumiem ich decyzji i uważam, że Krystian potrzebuje trochę dystansu do siebie bo chyba zna ją na tyle dobrze, aby jej zaufać.

Tak jak nie odbierała telefonu, na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Jej zdaniem Krystian jej ufa, a dystans nie ma nic wspólnego z sytuacją. Ma do mnie żal i tyle.
Myślałam nad tym długie dnie aż zdecydowaliśmy wspólnie z mężem, że nie pójdziemy na ten ślub. Znowu próby kontaktu telefonicznego się nie powiodły, nie czułam się na tyle pewnie, aby odwiedzić ich osobiście nie wiedząc, czy ją zastanę.
Osoba tak porywcza jak Krystian kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z mężem Agnieszki i bałam się żeby nie doszło do rękoczynów.

Poinformowałam Jolę o naszej WSPÓLNEJ decyzji na co ona odpowiedziała mi że Krystian mnie lubi, że nie rozumie dlaczego nie przyjdziemy itp. zmiana nastawienia całkowita.
Wszystko to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chodzi o włożoną zawartość koperty, którą dostaliśmy na nasze wesele.

Ślub już w tym miesiącu.
Nie pójdziemy na niego i jest mi przykro, że tak się dzieje. Tym bardziej, że sama Jola widziała jak to działało na przykładzie małżeństwa Agnieszki, a teraz idzie jak w dym dokładnie w taką samą sytuację.
Czekam tylko aż przejrzy na oczy. Wiem, że nie ma sensu tłumaczyć jej czegokolwiek, bo broni Krystiana jak lwica i tym samym jeszcze bardziej nastawia się przeciwko nam.

toksyczne związki

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (225)

#77760

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam znajomą, znajoma ma siostry i ojca. Sprawa nie jest taka jednak prosta, bo ojciec z matką się rozstał i płaci alimenty.
Jest ich trzy i wszystkie są pełnoletnie, jednak uczące się.
Historia będzie z perspektywy koleżanki i za jej przyzwoleniem.

Ojciec płaci więcej niż zasądził sąd - powiedzmy, że ma 400 na jedną, a płaci około 700. Nie spóźnia się z przelewami, nie uchyla się od obowiązku.
Oczywiście nie byłoby historii gdyby wszyscy byli zadowoleni.

Jedna z sióstr uznała, że jej mało.
Oczywiście do pracy pójść nie chce, nawet dorywczo. Co zrobiła? Zamiast poprosić ojca o dodatkowe pieniądze, napisała list. Ale JAKI list.
Oficjalny, w którym zwraca się do ojca per "pan" i wręcz żąda większych pieniędzy.
Jak się łatwo domyślić, ojciec się wkurzył. I nie dał większych pieniędzy - ba, zapłacił tyle, ile powinien czyli te 400 zł.

Dziewczyna oburzona, jak on śmiał. Ona to zgłosi.
Zgłosiła. Nie wiem, w którym momencie się zorientowała, że to był błąd. Zażądano od niej dokumentu, że się uczy. Okazało się, że studia rzuciła.
Została bez alimentów. Ojca nie przeprosiła.

Alimenciara

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (455)

#77666

(PW) ·
| Do ulubionych
Musiałam coś załatwić w niewielkiej miejscowości, niedaleko której mieszkają moi rodzice. Jest to raczej miasteczko. W samym jego centrum znajduje się kościółek. Nie mogłam pójść pieszo, ze względu na bardzo zaawansowaną ciążę - po kilku metrach krzyż dosłownie "wchodził w tyłek", a ja musiałam usiąść. Kościółek nie ma parkingu od "głównej" drogi, więc jeśli chce się do niego dojechać autem, trzeba przejechać około kilometra wąską drogą. O tej wąskiej drodze dzisiaj będzie.

Droga jest wąska, ale z powodzeniem zmieszczą się na niej dwa auta. Problem pojawia się w momencie, kiedy samochody zaczynają wzdłuż tej drogi parkować. Nie ma takiego zakazu, więc jak się domyślacie - wzdłuż drogi, jednym kołem na chodniku, sznur aut. Na przeciwko kościoła, znajduje się cmentarz z niewielkim parkingiem. Jest więc szansa, żeby przeczekać jadący z przeciwka samochód.

Musiałam się dostać na koniec tej drogi, jednak na moje nieszczęście, trafiłam akurat w porze pogrzebu. Cmentarny parking zawalony, z mojej strony nie ma szansy "puścić" drugie auto.
Jadę, z przeciwka jedzie inne auto. Widzę, że ma miejsce, żeby zjechać. Ja go nie mam - za mną sznurek innych aut. Zatrzymałam się, aby dać szansę cofnięcia jegomościowi z przeciwka, a tym samym, przepuszczenia nas. Nie było fizycznie możliwości, żeby ludzie jadący w tym samym kierunku co ja mu ustąpili. Po prostu nie było gdzie. On za to jeden i przy lekkim cofnięciu, zrobi miejsce.

Co robi facet? Zatrzymuje się tuż przed moją maską i... wyłącza silnik.

Nie powiem, mam karpika do podłogi. Pokazuję panu na migi, żeby cofnął, bo chcemy jechać. Pan w ogóle nie patrzy, używam więc klaksonu. Zero reakcji. Przez moment myślałam nawet, że głuchy. Pan wyciąga parasolkę, wypuszcza małżonkę. Mój mąż wkurzony na maksa, wychodzi do faceta, inne auta za nami trąbią.
Mąż pyta, dlaczego pan starszy wyłączył auto, skoro widzi, słyszy klaksony, chcemy przejechać.
Odpowiedź pana dosłownie ścinająca z nóg. On wyłączył auto i "zaparkował" bo my stoimy.

No stoimy, bo jechać się nie da, mąż tłumaczy. Pan opornie kiwa głową, nie przekonują go nasze racje. No bo przecież - jak on ma jechać, skoro my stoimy!
Cofanie dla pana było najwyraźniej pojęciem abstrakcyjnym.
Ludzie trąbią a pan... zbiera się do odejścia, bo jemu się spieszy na pogrzeb.

Widzę że za mną stoi bmw, w środku "karczki". Wysiadają, zaglądają mi przez szybę. Myślę, będzie się działo. Ale mimo mojego stresu, panowie idą wprost do pana kierowcy.
Mój mąż nie potrafił powtórzyć, co panowie powiedzieli mistrzowi parkowania, ale okazało się, że umiał cofać i zrobił to bardzo sprawnie.
Ten sam karczek, który zaglądał mi przez szybę wracając, zapukał i pomachał, uśmiechając się.

Dla smaczku dodam, że "pan starszy" nie był typowym "kapelusznikiem", ale mężczyzną w wieku około 60 lat.

wąska droga

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (225)

#77570

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja taka, że nie wiedziałam czy mam być zniesmaczona, czy się śmiać.
Istnieje sobie grupa, do której należę. Spotykamy się raz na jakiś czas na kawę, ale też często na różnego typu szkoleniach. To grupa łącząca - nie zabrzmi to skromnie ale profesjonalistów - raczej zamknięta i nigdy nie było zgrzytów. Do wczoraj.

Po szkoleniu dosiadła się do nas Pani. Celowo przez wielkie P. Kobieta około 50-60 z bardzo męskim rysami, nieprzyjemnie i nieudolnie jeszcze podkreślonymi. Generalnie- właścicielka salonu która bawiła się w stylistkę, nie mając o tym pojęcia.

Temat był dla mnie luźny - ślubny - co już mam za sobą. Koleżanka miała wątpliwości, czy skorzystać z usług innej koleżanki "po fachu" czy też samodzielnie zadbać o swój makijaż.
Dziewczyny się wypowiadały różnie - w większości te, które miały to za sobą, malowały się same. Pani wielkiej to nie pasowało.

Wręcz z agresją narzucała swoje zdanie, że w dniu ślubu NIE WOLNO malować się samodzielnie. Bo stres, makijaż nie wyjdzie dobrze itp. Jak się nie chce ryzykować to trzeba iść na próbny.
Odpowiedziałam, że ja byłam na takim próbnym i jak wróciłam do domu, wszystko zmyłam, bo mimo moich sugestii, dziewczyna pomalowała mnie po swojemu- twierdząc że będzie fantastycznie.

Pani wielka uznała, że tamta miała na pewno rację, bo ja nie wiem w czym mi do twarzy.
Szczęka na podłodze, po komentarzu tego typu od pani z wyglądem... no cóż, mocno niedopasowanym.
Widziałam w jakim kierunku to wszystko zmierza więc postanowiłam zająć się czymś innym.
Skończyło się tak, że Pani wielka zrobiła "próbny makijaż ślubny" dziewczynie, która o to pytała. Nie wiem co skłoniło ją do takiego kroku, ale cóż...

Wyglądała aż śmiesznie- fioletowe usta jak u truposza, oczy jak podbite. Podkład za ciemny - w efekcie kilka lat więcej. Powiedziała, że jej się nie podoba.

Wywołała tym lament mniej więcej taki:
"Wy młode siksy się nie znacie, fiolet teraz w modzie, kocie oko zawsze na topie!!! Ostatnio pomalowałam tak dziewczynę i na początku też nie była pewna ale potem powiedziała że jednak super!!! Ty myślisz, że ślub to tylko kościół, otóż nie! To jest cała noc imprezy, musisz mieć zakryte podkładem (nie pytajcie nie wiem co), bo jak nie zakryjesz to będzie widać wszystko! Wy na pewno byście tylko konturowały, a to się już przejadło! Akysz!"
I sobie poszła. Używając tego "akysz" co mnie doprowadziło do takiej salwy śmiechu, że się mało nie udusiłam.

Mam nadzieję że nasze towarzystwo dla tej pani okaże się niegodne i nieprofesjonalne, oraz że już jej nie spotkam.

Makijaże

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (200)

#77512

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem administratorem dużego biurowca. Ludzie pracujący w tym miejscu powinni być uznawani za kulturalnych i ogólnie ogarniętych.

Dzisiaj panie sprzątające zgłosiły mi fakt, że z łazienek na jednym z pięter ukradziono... odświeżacze powietrza. Wiem że to nie one, bo to ich firma dostarcza takie rzeczy.

Gdyby jeszcze te odświeżacze były jakieś wypasione... ale nie. Zwykłe, najtańsze "grzybki".

Korpo

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (158)

#76962

(PW) ·
| Do ulubionych
Koszmarnie głupia i niebezpieczna moda.

To, że panie na forach dla matek często nie grzeszą inteligencją to norma, niestety. Ale ostatnio zaczęła się wśród tych pań nowa moda. Otóż handlują między sobą lekami. I to nie byle rutinoscorbinem. Poważne, ciężkie leki, często antybiotyki, sterydy ale nie tylko. Panie handlują również receptami.

To, że to jest niepoważne, to jedno. To, że nielegalne, to drugie. Ale te panie często "leczą" swoje dzieci same i doradzają jeszcze innym co powinny dać i w jakiej ilości.

Zainteresowała się tym jedna moja znajoma, która ma dziecko bardzo chore (na szczęście ma tyle rozumu, że nie daje nic bez nadzoru lekarza).
Zaczęła zgłaszać posty dotyczące sprzedaży leków właśnie. Przy tym została zjechana z góry do dołu, głównie tekstami, że widać że jej dziecko nie choruje, skoro ona z nimi walczy.

A walczy głównie z takiego powodu, że często ta samowolka się kończy w szpitalu. Myślicie że wtedy te mamusie się przyznają że dawały dziecku leki? Nie. Mają pretensje do lekarzy, że na ich dziecko coś nie działa.
Jeśli widzicie, zgłaszajcie. Kilka kliknięć może uratować dziecko przed matką debilką.

Fora dla matek

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (332)

#76807

(PW) ·
| Do ulubionych
Lata temu prowadziłam zajęcia plastyczne w szkołach. Było to robienie odlewów z gipsu. Rzecz prosta, dla dzieciaków mnóstwo zabawy. Gips i sprzęt dostarczałam ja, sprzątanie i zabezpieczenie klasy było w cenie usługi. Każdy kto pracował z gipsem ma świadomość jak to potrafi brudzić, dlatego prosiłam aby klasa w której zajęcia mają się odbyć posiadała kran z bieżącą wodą albo znajdowała się blisko łazienki. Do zajęć wystarczała zimna woda, bo w ciepłej gips za szybko gęstnieje.

Dodatkowo worki z gipsem po 20 kg a zajęcia prowadziły głównie studentki.
1. Stara szkoła, klasa w której odbywały się zajęcia na piętrze. Brak kranu, toalety piętro niżej. I dylaj człowieku z wiadrami po stromych schodach. Klasy na poziomie toalet były, ale panie "uczycielki" nie mogły się ze sobą zamienić.

2. Zajęcia na czwartym piętrze. Dzieciaków chętnych multum. 80 kg gipsu wnieść trzeba było po schodach. Pan woźny odmówił pomocy bo "zajęty bardzo". Przy drugiej rundzie z góry na dół widzimy go pijącego kawkę ze sprzątaczkami. Drugi raz w tej szkole odbył się już na parterze.

3. Nauczycielki notorycznie podważały wiedzę osób prowadzących zajęcia. Oczywiście wiedziały lepiej. Kończyło się zwykle zniszczoną pracą dziecka. (W takim wypadku dziecko dostawało od nas gotowy komplet aby nie zostało z niczym).

4. Zdarzało się że cała klasa uczestniczyła w zajęciach a było jedno czy dwoje dzieci których na nie nie było stać. Jeśli taka sytuacja się zdarzała to była z naszej strony zgoda na uczestnictwo za darmo tego dziecka. Tych kilka złotych nas nie zbawiało a dzieciak nie czuł się gorszy. Wystarczyło żeby nauczycielka przedstawiła sytuację. Była jednak taka gnida która kazała dziecku siedzieć i patrzeć jak inni pracują a jej nie było wolno "bo nie przyniosło pieniędzy". Dałam dziewczynce komplet do plecaka. To były prezenty na dzień mamy i taty.

5. Panie zamówiły zajęcia do przedszkola. Skłamały z grupą wiekową. Okazało się że dzieciaki były za małe i nie radziły sobie albo wcale nie chciały uczestniczyć. Panie porobiły zdjęcia i... my miałyśmy skoczyć za dzieci. 50 dzieciaków, po 5 sztuk odlewów. A była możliwość zamówić TANIEJ gotowe. Tyle że zdjęć by nie było.

6. Klasy za małe na ilość dzieciaków w grupie. Totalny standard. Zdarzały się też zajęcia na korytarzu, na którym normalnie były przerwy. Syf po całej szkole, białe ślady wszędzie.

7. Zajęcia w klasach z... dywanem albo wykładziną. Na szczęście dla nas woziłam ze sobą folię malarską.

8. Prośby o zrealizowanie zajęć dla kilku grup więcej w trakcie trwania warsztatów. Na jedną więcej byłyśmy przygotowane. Pani miała chętnych sześć. Nic nie dała informacja że nie mam takiej ilości gipsu. Mam cudownie jak Jezus na pustyni rozmnażać.

9. Absolutny hit. Pan dyrektor placówki był oburzony że nie mamy ze sobą własnej wody. Kazał nam iść kupić wodę w baniakach albo... dać mu rabat za zużycie wody. Na informację o tym że zwijamy w takim razie manatki i zajęć nie będzie, zmienił zdanie. Z wielkim fochem oczywiście.

W trakcie całej mojej pracy tylko dwie szkoły były zorganizowane i przyjazne. I do nich chciało się wracać. Reszta to w większości porażka, w głównej mierze związana z kompletnym brakiem myślenia kadry nauczycielskiej.

Szkoły

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 269 (295)

#76664

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby było wszystko jasne, muszę zacząć od początku.

Moi rodzice mają dom. w którym razem z nimi na umowie tzw. dożywocia mieszka matka Taty. Jest to kobieta kłótliwa, czerpiąca radość z nieszczęścia innych (w tym swoich własnych dzieci). Ale żeby być sprawiedliwą w osądzie muszę dodać że ta kobieta ma problemy natury psychicznej. Niestety, nie można jej wbrew jej woli zdiagnozować, ani w żaden sposób ubezwłasnowolnić, bo jej działania są za mało szkodliwe. Tu bym się spierała, bo zostawianie garów na gazie i wychodzenie na ploteczki dla mnie jest niebezpieczne i zdarzyło się częściej niż raz. Do tego zagrożenie dla zdrowia, bo kobieta się nie myje, nie sprząta wcale (do WC dokłada kostki zamiast umyć muszlę), zużyte zasikane podpaski wkłada gdzie popadnie. Jest sprawna fizycznie, zupełnie samodzielna, tylko że stuknięta. Ma wydzielony pokój, łazienkę i kuchnię, tylko dla siebie i tylko ona z nich korzysta. Taka była umowa i tak jest.

Któregoś razu rozdała córkom to co miała. Dosłownie wszystko, włącznie ze zlewozmywakiem czy stołem z kuchni. Została tylko lodówka, bo była za duża do wyniesienia. I do córki się przeprowadziła. Dopóki oddawała grzecznie rentę, nie było problemu i mogła się nawet nie myć. Tak to trwało dwa lata. Ale druga córka też chciała coś skubnąć i matkę pokłóciła z drugą siostrą.

Matka wróciła do domu. Do moich rodziców. Gdzie nie było właściwie nic, bo przecież wszystko rozdała. Jedyne co się udało odzyskać to telewizor. Resztę jej mój Tata jakoś załatwił.
Ale to jej było za mało. Poszła do MOPSu jak to ona ma źle i że ona jak pies żyje w takich warunkach! I o to się ta historia rozbija.

MOPS jeszcze tego samego dnia był u moich rodziców. Dwie osoby, w tym sama kierowniczka. Popatrzyły, uznały, że nic się nie dzieje. Bo takie warunki to dla innych ich podopiecznych marzenie. Dwa łóżka, ogrzewanie, za które nic nie płaci. To samo z wodą. Jedyny wydatek to jedzenie.
Sprawa się rozeszła po kościach, matka Taty niezadowolona.

Tydzień temu na tej samej wiosce umiera kobieta. Umiera w skrajnie nieludzkich warunkach, nogę do połowy jeszcze żywej zaczynają zjadać jej robaki. Kobieta była "pod opieką" MOPSu. Nikt się nią nie interesował. W mieszkaniu warunki gorsze niż w kurniku, smród nieludzki. Toaleta nieczynna, mimo to używana. No barłóg.
Kilka dni po kobiecie na zawał serca umiera jej syn. Syn który się wyrwał z tej patologii, założył swoją małą firmę. Jego żona leczyła się psychiatrycznie wcześniej, mieli małe dziecko. Została sama.

Sprawę do MOPSu zgłosiły dwie osoby. Obie zostały totalnie spławione. Bo "nie ma samochodu żeby przyjechać i ocenić sytuację".
I wiecie co mnie wkur#@a?
Żeby przyjechać do fanaberii matki mojego Taty, które są już znane wszystkim, miały czas i możliwości tego samego dnia. Bo WIEDZIAŁY że nie dzieje się nic złego.
A kiedy realnie trzeba człowiekowi pomóc, znaleźć jakieś środki, to nie ma możliwości?
Czuję że polecą łby.

MOPS

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (282)

#76217

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam taką dalszą rodzinę, totalne ameby w praktycznie każdej dziedzinie, przy czym uważają się za kogoś dużo lepszego niż są.
Nie przesadzam, do wróżki jeżdżą co najmniej trzy razy w miesiącu, za wizytę płacąc 400 zł.

Chciałabym napisać o ich stosunku do zwierząt. Empatii zero, bo zwierzę to dla nich przedmiot.

Akt 1. 19 lat temu oszczeniła im się sunia. Małe to było, dwa szczeniaki miała. Jeden padł. Zeżarły go pchły. Drugiego mój tata wyrwał im niemal siłą. Żyje do dziś (tak, ślepy i głuchy, ale żyje). Sunia padła niedługo potem z głodu.
Akt 2. Mieli dużego psa w typie owczarka. Dla nich pies musi być zły i agresywny - inaczej ląduje metr pod ziemią "bo się nie nadaje". Pies wyrósł jak go wychowali. Szczekał, gryzł. Czułości nie znał. W końcu ugryzł właściciela. W tajemniczych okolicznościach zniknął (niestety pies, nie właściciel).
Akt 3. Szukali psa. Moja ciotka, która nie wiedziała jacy są, dała im jamnika. Fajny, ładny piesek. Oni się będą opiekować. Mama miała przeczucie, że jednak nie będzie tak kolorowo. Pojechała - jamnik na łańcuchu. Ważącym więcej niż sam piesek, przy budzie z betonu, bez niczego w środku. Zabrała im tego psa. Ile się nasłuchała jaka jest, to dla trojga ludzi wystarczy.
Akt 4. Pies rodziców ma bardzo silny instynkt łowiecki. Zdarzyło mu się w ramach "zabawy" zabić 20 kurcząt. Naraz. W ciągu zaledwie kilku-kilkunastu minut. Rada ameby? Zabić. Tak, mieli zabić psa. Nie posłuchali, mimo że zdarzyło się to potem jeszcze raz. Nie wspominając o innych szkodach. Tata mu powiedział, że pies jest jak dziecko i liczy się ze szkodami, dopóki go porządnie nie wychowa.

Dlaczego o tym piszę? Nie utrzymujemy z tymi ludźmi już kontaktu. Z wielu powodów. Ale dzisiaj ich córka na Facebooku zamieściła informację, że... poszukuje osoby, która ma szczeniaka amstafa do oddania.

Ameby umysłowe

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (252)

#75844

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w instytucji która udziela kredytów. Również tych "na chwilę". Często słyszy się jak to ludzie zostali oszukani itp. To ja wam powiem jak to wygląda z drugiej strony biurka.

1. Klienci nie czytają umów. O to się wszystko opiera. Na dziesięciu, może jeden zerknie na warunki. Mimo że podkreślam kolorowym pisakiem koszty i terminy, mają to głęboko w... wiadomo gdzie.

2. Nie spłacę. Przedłużę. Raz, drugi, trzydziesty. A że łącznie te koszty wyniosą pięciokrotnie tyle co pożyczka? No zostali oszukani!

3. Windykacja przyszła do zakładu pracy. Wstyd, hańba i my będziemy płacić za naruszenie dobrego imienia! A że w umowie klient zgodę na to wyraził? Nawet nie wie. Czcionka 12, wytłuszczone. I nie, zanim przyjdzie z awanturą, w domu też nie przeczyta.

4. Bo miałam oddać 400 a muszę 600! Owszem, kiedy się płaci pół roku po terminie...

I to nie jest tak, że nie mam dla klienta czasu. ZAWSZE pytam, czy rozumie. Zakreślam kolorem ile bierze, ile odda i kiedy musi oddać. Nie interesuje ich to. Byle dostać, już, natychmiast. I żeby ta baba przestała gadać.

Pożyczki

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 326 (360)