Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RealHorrorshow

Zamieszcza historie od: 19 października 2016 - 18:26
Ostatnio: 3 lipca 2017 - 18:40
  • Historii na głównej: 13 z 13
  • Punktów za historie: 2431
  • Komentarzy: 55
  • Punktów za komentarze: 396
 

#78821

(PW) ·
| Do ulubionych
ZuMaPi mnie natchnęła.

Dzisiaj nie będzie pojedynczej historii, raczej obserwacja, która pewnie uczyni mnie niepopularną.

Robię biżuterię (nie, nie podam namiarów do sklepu). Jest to moje jedyne zajęcie, z tego się utrzymuję. Prowadzę firmę, płacę podatki. Jednak dla niektórych to nie jest "prawdziwa" praca. Dlaczego? Bo zarabiam na swoim hobby. I robię to w domu.

Tak. Jeżeli poniedziałki nie wywołują u ciebie odruchu wymiotnego, jeśli z przyjemnością opowiadasz o nowej technice, której się nauczyłaś rozwalając sobie tylko dwa palce i łapiesz się na tym że w wolnym czasie dłubiesz rzeczy do sklepu a nie gapisz się bezmyślnie w telewizor to znak że nie pracujesz.

"Ale czemu za to bierzesz pieniądze jak to jest twoje hobby?"
Bardzo popularne. No bo jakim prawem mam brać pieniądze za ten gigantyczny opal osadzony w srebrze? I kilkanaście godzin pracy?

"Noo, nieźle sobie liczysz za te twoje rzeczy."
Tu zależy czy chce mi się dyskutować czy nie. Jeśli nie, ucinam krótkim "To jest twoje zdanie." Jeśli mam ochotę postrzępić sobie język, to wyłuszczam że tyle za materiały, tyle za robociznę (tu następuje oburzenie dlaczego liczę za robociznę skoro siedzę wtedy na swojej własnej kanapie), tyle za ZUS, podatki, opłatę za prowadzenie sklepu, rachunki i inne. Rozmówca wtedy najczęściej płynnie zmienia temat, no bo przecież nie przyzna, że nie ma racji. Raz jeden usłyszałam "Kurczę, no nie wiedziałam... Tak właściwie to powinnaś podnieść ceny!"

"No fajnie, ale ja bym tak nie mógł. Ja muszę robić coś co ma znaczenie, wiesz, coś poważnego" Tu śmiechłam i padłam. Ok, może nie pracuję nad szczepionką na AIDS ale uważam, że to co robię ma znaczenie - sprawia innym radość. Mnie to wystarczy. I niesamowicie cieszy jak dostaję zdjęcie ślubne gdzie cały zastęp druhen ma na szyjach moje wisiorki. Albo gdy dostaję wiadomość, że film w którym "grał" mój naszyjnik został całkiem nieźle przyjęty na festiwalu. A ty jak zmieniasz świat wciskając telefonicznie emerytkom ciśnieniomierze?

"No fajnie, ale ja bym tak nie mogła, ja muszę mieć stabilne zatrudnienie."
Ok, tu się częściowo zgodzę. Prawda, nigdy nie wiem ile zarobię w danym miesiącu. Ba, nie wiem kiedy sprzedam następną rzecz. Tylko wytłumacz mi, co wspólnego ze stabilnym zatrudnieniem ma praca na umowę zlecenie w kebabie?

"A ty nic nie robisz tylko leżysz i pachniesz."
Jak już uda mi się wytłumaczyć, że to jest prawdziwa praca, wpadamy w drugą skrajność. Nic nie robię a pieniądze mi spadają z nieba. A no nie spadają. Bo to, że moja praca mi sprawia radość to nie znaczy, że nie pracuję ciężko. Bo ja jestem od wszystkiego. Od wyszukiwania i zamawiania materiałów, przygotowywania projektów, wykonywania rzeczy, fotografowania, czasami(o zgrozo!) pozowania do zdjęć, obróbki zdjęć, pisania opisów, wystawiania, pakowania, wysyłania, odpowiadania na maile, promowania na mediach społecznościowych, prowadzenia księgowości i miliona innych rzeczy które "wychodzą w praniu".

Małe wyjaśnienie: ja nie hejtuję telemarketingu i kebaba. Żadna praca nie hańbi. Ale hipokryzja już tak.

rękodzieło

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (300)

#78715

(PW) ·
| Do ulubionych
"Hameryka pępkiem świata" część kolejna.

Prowadzę sklep z ręcznie robioną biżuterią, a ostatnio do oferty wprowadziłam pierścionki robione na zamówienie. Kupujący wybiera rozmiar, kamień, ja oprawiam i wysyłam. Proste.

Ostatnio skontaktowała się ze mną klientka (ze Stanów właśnie) że jednak zły rozmiar sobie wybrała i chce oddać. Proszę bardzo, jej prawo. Podałam jej swój adres, poinstruowałam jak zapakować, żeby pierścionkowi się nic nie stało, odpisała że dziękuje i jutro wysyła i da znać że poszło. Kontakt się w tym momencie urwał ale nie było to dla mnie nic dziwnego - zazwyczaj kończy się na gadaniu a odsyłać im się nie chce albo idą na pocztę i okazuje się że za darmo się nie da.

Małe wyjaśnienie a propos adresu - mieszkam przy ulicy której nazwa to imię i nazwisko niezbyt znanego gościa, na potrzeby historii nazwijmy go Jerzym Piekielnym.

Jakie było moje zdziwienie gdy dzisiaj wyjęłam ze skrzynki kopertę zaadresowaną na: 25 George Hellish Street, Poland. Co dziwne miasto zostawiła po polsku, może nie znalazła tłumaczenia.

Aż jestem zdziwiona, że doszło :)

zagranica

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (221)

#78744

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzątam właśnie w papierach i natrafiłam na umowę z pierwszą szkołą językową z którą współpracowałam jeszcze będąc na studiach. Tak czytam i czytam i w głowie mi się nie mieści, jak mogłam coś takiego podpisać. Ale po kolei.

Pomijając już stawkę godzinową, która była głodowa (wtedy wydawała mi się górą pieniędzy) znalazłam takie oto kwiatki:

1. Na oddanie sprawozdań i list obecności były tylko pierwsze dwa dni robocze miesiąca. Należało dostarczyć je do biura, najlepiej osobiście. Biuro otwarte 10-14, nie licząc przerwy obiadowej pani sekretarki. Za spóźnienie ze sprawozdaniami potrącali z wypłaty 10% za każdy dzień zwłoki. Sami mieli czas do 20 każdego miesiąca z wysłaniem wypłat. Oczywiście nigdy na czas nie były.

2. Za uczenie "na boku" kursantów ze szkoły czterocyfrowa kara finansowa. To akurat normalne, zabezpieczają się żeby nikt im nie podkradał uczniów. Co nie było normalne to, że ta kara obowiązywała w przypadku uczenia rodziny i znajomych kursanta. Ciekawe jak to wyglądało w praktyce, sprawdzali znajomych na Facebooku?

3. Kolejna kara finansowa, też czterocyfrowa, nawet większa od poprzedniej, za wcześniejsze zerwanie umowy. Jedynym wyjątkiem była ciężka choroba lektora albo rodziny lektora. Oczywiście to szkoła decydowała, co jest "ciężką" chorobą.

4. Ksero? Proszę bardzo, limit 2 strony na jedną lekcję z kursantem. Chcesz skserować więcej, na zapas? Musisz zapłacić.

5. Właściwie to punkt 4 można pominąć, bo i tak nie było czego kserować. Biblioteczka zatrzymała się w latach dziewięćdziesiątych i nie chciała stamtąd ruszyć.

6. Obowiązek przyjęcia nowego kursanta jeżeli dojazd do niego to mniej niż 25km. Całe szczęście miałam wtedy auto na gaz.

7. Do obowiązku lektora należało sprawdzanie czy kursant zapłacił za lekcje. Jeśli nie zapłacił, nie dostajesz wypłaty.

I ostatnia piekielność, tym razem dla kursantów. Uczeń mógł poprosić o zmianę lektora tylko w ciągu pierwszych 2 tygodni. Później się nie dało. Oczywiście wcześniej zrezygnować z lekcji też nie.

Ach, jak dobrze być na swoim...

szkoła językowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (118)

#78661

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłam ostatnio zapanować trochę nad moją ciążą pokarmową i zaczęłam chodzić po górach z psem. Wokół mojego miasta jest zatrzęsienie szlaków turystycznych, więc kupiłam buty, Marian na smycz i chodzimy. I właśnie o szlakach turystycznych będzie.

Zdobywamy górę, tuptamy sobie głównym, czerwonym szlakiem i nagle jakoś przed oczami też mi się czerwono zrobiło. Nie, nie zasłabłam. Na odcinku 100 metrów (specjalnie policzyłam) oznaczenie było wymalowane 26 razy na drzewach i 3 razy na dużych kamieniach wystających z ziemi. A trasa prosta jak ogon zdechłego szczura, żadnych odnóg, żadnych skrzyżowań, nijak się nie da z niej zboczyć, chyba że udając szarleja i staczając się po zboczu góry.

Trochę dalej, wchodzimy na trasę zieloną, też wytapetowaną, a jakże. Ale tylko do skrzyżowania. Tam nie było ani jednego znaku. Dobra, idziemy w lewo. 100 metrów, 200, 300, nic... Wracamy, idziemy w prawo. Dalej nic. Dopiero za zakrętem, kawał drogi od skrzyżowania dojrzałam jedno, na wpół starte oznaczenie.

Innym razem dochodzimy do rozwidlenia, jedna odnoga odbija mocno w lewo, druga w prawo. Gdzie oznaczenie? No na drzewie, dokładnie na samym środeczku. Rzucaj monetą człowieku.

Widać znakowanie jakichkolwiek dróg nie jest naszą mocną stroną...

szlaki turystyczne

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (134)
Tak sobie czytam historie o poszukiwaniach mieszkania do wynajęcia i mnie natchnęło.

Ja nie szukam mieszkania, tylko działki budowlanej i wydaje mi się, że jakiś kosmicznych wymagań nie mam, zwłaszcza że pracuję w domu i nie muszę się ograniczać do jednego rejonu.

Na gazie i kanalizacji też mi jakoś strasznie nie zależy, mogę palić w kominku, a szambo to nie koniec świata. Myślałam, że dzięki temu będzie mi łatwiej coś znaleźć. No dobra, może i mam nieco ŁATWIEJ niż inni szukający, ale całkiem ŁATWO też na pewno nie jest. Ostatnio czuję się jakbym grała w wyjątkowo złośliwe Bingo.

Bardzo niska cena działki? Na 99% mogę się założyć, że to kiszka o szerokości 9m na której można najwyżej przyczepę postawić.

Działka jest w miarę kwadratowa? No ok, tyle że media trzeba ciągnąć 200 metrów.

Media w pobliżu? No to sąsiedzi też, dom wybudowany na płocie tak, że jakby się postarali, zaglądaliby mi do talerza.

Sąsiedzi w rozsądnej odległości? To dlatego, że nie ma dojazdu, nawet utwardzonego. 150 m drogi, do roboty!

Dojazd asfaltowy, działka nawet częściowo ogrodzona? Ta, tylko że ten dojazd jest o nachyleniu 45 stopni, powodzenia zimą.

Płaski dojazd, media przechodzą przez działkę? No super, tyle że nad nią przechodzi też linia wysokiego napięcia, po skosie, przez jej 2/3.

Wszystko wydaje się być w porządku, nigdzie w pobliżu nie ma słupów? Haha, za to są szkody górnicze.

Działka wydaje się idealna, zero szkód górniczych, widok taki, że w ładne dni pewnie Norwegię widać? No ale pani, ta działka nie jest jeszcze odrolniona (czyli nie jest przekształcona na budowlaną), za rok, dwa będzie. No góra pięć.

Działka budowlana, ogrodzona, kwadratowa, płaska, z mediami i na wsi? Ale pani, ta cena milion monet z ogłoszenia to tak na zachętę, żeby ludzie dzwonili! Ta działka kosztuje 3 miliony monet!

Oczywiście wszystkie działki w ogłoszeniach są z mediami w pobliżu, dobrym dojazdem, kwadratowe, idealne i za pół darmo.

Czy wy też tak mieliście, czy to ja jestem lebiodą i nie umiem szukać?

nieruchomości

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (179)
Napisała do mnie wczoraj klientka z pytaniem czy jeden z pierścionków w moim sklepie (zajmuję się rękodziełem) jest zrobiony ze złota.

Odpisuję że nie, to nie złoto, to miedź. Odpowiedź klientki zwaliła mnie z nóg:

- Miedź? A co to takiego? To jak aluminium?

Nie żartowała...

sklepy_internetowe

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (170)
Jak już wspominałam wcześniej prowadzę sklep internetowy z ręcznie robioną biżuterią.

Pomarudzę dzisiaj, bo to co chcę opisać nie jest jakąś wyjątkową piekielnością, bardziej chciałam podzielić się moim... a nawet nie wiem czym - zdziwieniem? Obserwacją?

Właśnie skończyłam odpisywać na wiadomości od potencjalnych kupujących i zauważyłam ciekawą rzecz. Z wielu pytań które mi zadano w wiadomościach odpowiedź tylko na jedno tak naprawdę miała sens.

Dlaczego? Bo wszystko inne o co pytano, a pytano o rozmiary naszyjnika, długość łańcuszka, z czego jest zrobiony, jaki to kamień, ile trwa wysyłka, czy mogę zapakować na prezent itp., itd., jest zawarte w opisie przedmiotu. Szczegółowo i przejrzyście opisane.

I teraz część której nie rozumiem. Takiej osobie chce się znaleźć knefel do kontaktu ze mną (a strona jest tak skonstruowana, że łatwo go przegapić), wysmarować do mnie wiadomości i czekać na odpowiedź, ale nie chce się poświęcić 30 sekund na przejrzenie opisu?

Ktoś mi to wytłumaczy?

klienci

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (201)
Prześladuje mnie mBank. Dosłownie. Jeszcze do niedawna nie było dnia, żeby ktoś nie dzwonił do mnie ze wspaniałą ofertą kredytu/karty kredytowej/konta oszczędnościowego (niepotrzebne skreślić).

Prośba, groźba, rzucanie mięsem, rozłączanie się, grożenie przeniesieniem konta, udawanie własnej babci... Nic nie pomagało. W końcu pacnęłam się w głowę, że tak późno na to wpadłam i poblokowałam wszystkie numery, z których do mnie dzwonili. Nastała błoga cisza. Do dzisiaj.

Wczoraj mój telefon zupełnie ześwirował, więc dzisiaj postanowiłam zanieść go do serwisu i przełożyłam kartę SIM do starego telefonu marki "Telefon" z Biedronki. Kto zadzwonił dokładnie po 10 minutach od przełożenia karty?

Tak, zgadliście!

call_center

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (149)

#78054

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam do kupienia działki budowlanej.
Rozesłałam wici wśród znajomych, sąsiadów, rodzina mi trochę też próbuje pomóc coś znaleźć, a sama szukam gdzie się da.

Naszły mnie dwie refleksje. No dobra, więcej mam tych refleksji, ale większość z nich ma związek z tym jak zamordować paru agentów nieruchomości i nie pójść za to siedzieć :) więc skupmy się na tych dwóch.

1. Znajduję ogłoszenie, dzwonię. Gdy pytam o media, pan się oburza i jest bardzo zdziwiony, że takie dziwne pytania zadaję. On nie wie, no bo przecież to nie ma znaczenia, ważne żeby się działka podobała!
No tak, pewnie że nie ma. Woda w granicy działki czy kopanie studni głębinowej, faktycznie wsio ryba.

2. Zazwyczaj idzie w pakiecie z 1.
Kiedy można działkę obejrzeć? No w każdej chwili, ja pani podam namiary GPS, to pani sobie znajdzie. Na moje pytanie czy granice działki mi wskaże telepatycznie, nie doczekałam się odpowiedzi.

Ehhh...

działka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (192)
Właśnie wróciłam z pierwszej od 7 lat jazdy konnej (już czuję, że się jutro nie będę mogła ruszyć) i mi się przypomniało.

Miałam wtedy może 7-8 lat i właśnie skończyłam jazdę na ujeżdżalni. Szłam w kierunku wyjścia gdy nagle na wpadł przez nie bardzo dziki i niezajeżdżony ogierek (jak się potem dowiedziałam, uciekł stajennemu). Wpadł jak bomba (ogier, nie stajenny) i zaczął gonić klacz, z której właśnie zsiadłam. Ta wyrwała się instruktorce i zaczęła uciekać. Kilka okrążeń takiej szaleńczej gonitwy i klacz skierowała się w kierunku wyjścia.

Ja, przerażona, wcisnęłam się jak najbardziej się dało w belę siana, która stała przy wyjściu żeby o mnie nie zahaczyły albo stratowały. Konie wypadły przez wyjście aż się zatrzęsło, a ja na nogach jak z waty, wymontowałam się z siana i wtedy ktoś mnie zaczął szarpać.

Okazało się, że szarpie mnie instruktorka. Dlaczego? Bo przecież wołała do mnie (faktycznie, ktoś wrzeszczał, ale hałas był taki, że nic nie zrozumiałam), żebym zasłoniła sobą wyjście, to by wtedy nie uciekły! A tak to ten ogier ją teraz pokryje i ja będę za to płaciła! I w ogóle to jestem głupia i bezużyteczna. Bo przecież koń nie nadepnie człowieka!

Byłam dzieckiem bardzo nieśmiałym i zamiast jej odpyskować, po prostu się rozpłakałam. W tym momencie przyleciała moja mama. Uspokoiła mnie, wpakowała do samochodu, poszła porozmawiać z instruktorką. Ściany trzęsły się bardziej, niż podczas gonitwy na ujeżdżalni.

Tak, wiem że powinnam odpowiedzieć, że tu już nie chodziło o nadepnięcie tylko o stratowanie. Bo co ja mogłam, dzieciak 120cm w kapeluszu zdziałać? Nawet jakby jakimś cudem mnie zauważyły, nie było szansy, żeby wyhamowały na takim odcinku. Chyba że ktoś im ceramiczne klocki hamulcowe zamontował.

urocza stadnina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (217)