Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RoseMadder

Zamieszcza historie od: 8 grudnia 2011 - 19:05
Ostatnio: 25 marca 2017 - 12:47
O sobie:

"Człowieku, niebo? Gardło zdarte od psalmów i alleluja, skrzydła zamiast jaj... Zapomnij."

  • Historii na głównej: 3 z 12
  • Punktów za historie: 2008
  • Komentarzy: 50
  • Punktów za komentarze: 157
 

#77582

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi dziadkowie wybrali się na zakupy. Wracając szli chodnikiem obok siebie.
Nagle jakiś gówniarz na rowerze postanowił, że nie będzie jechał ulicą, że nie powie grzecznie "przepraszam, chciałbym przejechać", tylko wjedzie od tyłu pomiędzy dwójkę staruszków.

Dziadek został popchnięty na skarpę z błotem, a babcia ma siniaka na ramieniu, który jest wielkości mojej dłoni i pozostawiła go kierownica roweru.

Gratulacje dla tego dzieciaka, poturbował parę staruszków. Na pewno może być teraz z siebie dumny!

rowerzyści

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (Głosów: 200)

#66314

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno podczas uczestniczenia w pewnej dyskusji przypomniałam sobie historię, jak prawie zostałam celowo potrącona na pasach.

W moim mieście jest taki specyficzny rejon, w którym prawdopodobieństwo spotkania idioty za kółkiem jest wyjątkowo wysokie w porównaniu do reszty miasta (nie mam pojęcia, czemu akurat tam, ale tak jest). Niestety obszar ten położony jest przy liceum, gdzie na pasach jest zwykle duży ruch.

Przy pasach przed liceum zebrała się spora grupka uczniów, ze mną na samym końcu. Przejechał ostatni samochód, droga pusta, nie widać żadnych innych pojazdów, więc przechodzimy. Kiedy początek grupy wchodził już na chodnik po drugiej stronie ulicy, ja dochodziłam do jej połowy i wtedy pojawił się ON.
ON prowadził pojazd czerwony (więc szybki). Początkowo jechał bardzo powoli, jednak przed samymi pasami rozpędził się. Powtarzam: na pasach byli ludzie! Poczułam jak jego lusterko musnęło moje plecy.
Gdybym na chwilę zawahała się, zwolniła, cokolwiek, pewnie leżałabym połamana w szpitalu, bo facet jechał naprawdę szybko.

Ludzie, tak bardzo chcecie kogoś zabić i iść siedzieć?

kierowcy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (Głosów: 279)

#65256

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się czasem, czy to ja jestem dziwna, czy jednak ludzie dzisiaj mają zupełnie inne podejście do wychowywania dzieci i wpajania im, co jest bezpieczne, a co nie.

Sytuacja nr 1:

Skrzyżowanie, przy którym mieszkam ma kształt odwróconej litery T, niedawno nawierzchnia z krzywej kostki została zmieniona na asfalt, więc kierowcy lubią sobie przycisnąć pedał gazu.
Siedziałam sobie spokojnie przy komputerze popijając herbatę, kiedy nagle usłyszałam dziecięcy pisk. Odruchowo spojrzałam przez okno.
Dzieciaczki (na oko 5-6 lat) urządziły sobie świetną zabawę. Jedno za drugim biegły chodnikiem wzdłuż "górnej" części drogi i bez rozglądania się przecinały tą "dolną" ulicę niemal sprintem.
Na szczęście nikt nie postanowił sobie w tym momencie umilić dnia szybką jazdą.

Sytuacja nr 2:

Mój sąsiad ma psa. Skrzyżowanie husky z jakąś wielką bestią, bo pies jest pokaźnych rozmiarów. Jest (chyba) łagodny, ale z obcym psem nigdy nie wiadomo i najlepiej się nie próbować zaprzyjaźniać ze zwierzem ważącym pewnie tyle, co mój ojciec. Co robią mądre mamy na spacerach z dziećmi? Pozwalają swoim pociechom wkładać całą rękę przez płot, tak, że jakby pręty były szerzej, to chyba dziecko wsadziłoby też głowę ku uciesze mamusi.
Nie wspominając już o przedszkolakach, którzy przychodzą z całego osiedla bez opieki dorosłego pobawić się z pieskiem przez ogrodzenie.

Sytuacja nr 3:

Tutaj chyba facet zasłużył na tytuł Ojca Roku. Piątek wieczór, parking przed sklepem z owadem w kropki w logo. W moim mieście jest to czas, kiedy większość ludzi robi zakupy i jest dość tłoczno na parkingach, samochody ciągle wyjeżdżają, wycofują, wjeżdżają. Po prostu oblężenie.
No, ale do sedna. Serce podeszło mi do gardła, jak zobaczyłam, że po parkingu chodzi dziecko bez opieki, ledwo potrafiące dobrze stawiać kroki. Samochody wycofują obok i tak naprawdę kierowca nie ma szans zobaczyć 1,5 rocznego dziecka, kiedy ono drepcze tuż za jego samochodem.
Gdzie tatuś? Ano stoi 10m dalej i wzrusza ramionami wołając dzieciaczka, bo "co on ma teraz z nim zrobić"?!

Moim zdaniem podbiec i złapać synka, żeby nie stała mu się żadna krzywda.
Ale co ja tam wiem...

dzieci i rodzice

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 359 (Głosów: 447)
zarchiwizowany
O szukaniu mieszkania dla studenta (przepraszam z góry, że tak długo, ale to przeżycie zasługuje na głębsze opisanie)

Dostałam się na studia w pewnym mieście na Podlasiu. Miasto urokliwe, chociaż duże. W związku z tym, że od października muszę w nim zamieszkać, należało zacząć poszukiwanie mieszkania do wynajęcia. Przyjechałyśmy z mamą na miejsce po to, by złożyć ostatnie papiery na uczelni.
Korzystając z chwili czasu zaszłyśmy do pobliskiego kiosku żeby kupić gazetę lokalną, w której będzie dużo ogłoszeń (a nuż coś znajdziemy już na miejscu?). Pani w kiosku (swoją drogą przemiła kobieta) powiedziała, że ma kolegę, któremu zmarła mama, i który szuka kogoś, kto wynajmie mieszkanie, które dostał w spadku. Ucieszyłyśmy się bardzo, bo mieszkanie było dosłownie 300m os uniwersytetu. Nic, tylko brać! Pani podała nam numer do kolegi i zadzwoniłyśmy. Cena wspaniała, jak na centrum miasta, lokalizacja cudo, więc umawiamy się na oglądanie. Pan mieszka na co dzień w stolicy, więc mamy się kontaktować z jego koleżanką z kiosku, która jak się okazało ma klucze.
OK, następnego dnia jedziemy z Panią na miejsce. Blok typu Praga Północ (no trudno, da się przeżyć), drugie piętro, mieszkanie dwupokojowe w pełni umeblowane z kuchnią i toaletą. I teraz część piekielna...

Pan uprzedzał nas, że mieszkanie po starszej pani, urządzone na stary styl i nas to nie odstraszało. Opiszę po kolei każdy pokój.

- korytarz: wąski, ciasny prostokąt, odpadała tapeta, sypał się tynk, podłoga jakaś taka klejąca, czuć obecność starszej pani, mieszkanie całe przesiąknięte zapachem staruszki, pierwsze wrażenie bardzo nieprzyjemne, ale nie można się zrażać, bo to tylko korytarz.
- mniejszy pokój: niedomykające się szafki, w których nadal leżały ubrania starszej pani, klejąca się podłoga, stara fototapeta cała pożółkła, odchodząca płatami, zagrzybiony tapczan, potargane firanki
-kuchnia: znowu klejąca się podłoga, garnki nadal stojące na kuchence, drzwiczki szafek trzymające się "na słowo honoru", miało się wrażenie, że pani starsza zanim zmarła chciała sobie przygotować obiad, ale rzuciła to i poszła do większego pokoju żeby umrzeć
- łazienka (uwaga, hit!): plątanina zagrzybionych rur, dosłownie czarno od pleśni, na wannie warstwa brudu sprzed chyba trzech lat, czarne fugi, smród oddającej kanalizacji, klejąca się podłoga po raz kolejny!, odpadające kafelki
- większy pokój: strasznie nieprzyjemnie, czuło się wręcz obecność tej kobiety, pokój był przygnębiający, leżało tu jeszcze więcej osobistych rzeczy starszej pani, kolejny tapczan na którym bałabym się położyć, bo był jakiś taki brudny, stary, zakurzony dywan na ścianie, klejąca podłoga (jakiś standard chyba), bąble na suficie, żółte zacieki na ścianach, brud i syf.

Szkoda mi mojego czasu, ale bardziej mi szkoda Pani z kiosku, która była strasznie zawstydzona, kiedy oprowadzała nas po mieszkaniu i co chwile powtarzała, że dawno tu nie zaglądała.

Ja bym się wstydziła wynająć komuś takie mieszkanie. I jeszcze jedno pytanie na koniec: Panie, k**wa, SERIO?!

Miasto na B

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (Głosów: 36)
zarchiwizowany

#59204

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wracam sobie dzisiaj ze szkoły. Jestem już na mojej ulicy, asfaltowej, po obu stronach nowo położony szeroki chodnik z kostki i ścieżka rowerowa.
Idę chodnikiem po jednej stronie ulicy, po drugiej stronie pani z wózkiem (tak na oko 25 lat). Nagle pani ruszyła wprost na ulicę. Myślę sobie "będzie przechodzić na moją stronę". I tu się pomyliłam. Pani postanowiła urządzić sobie wycieczkę środkiem ulicy, co chwila oglądając się panicznie za siebie, czy aby nic jej nie rozjedzie.
I tylko chciałam się spytać "Dlaczego?"

mamuśka

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -8 (Głosów: 22)
zarchiwizowany

#51336

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O rodzicach tysiąclecia.

Jechałam z mamą samochodem po dość ruchliwej ulicy. Rozmawiałyśmy sobie o jakichś babskich bzdetach, kiedy nagle z lewej strony coś nam przemknęło.
Obejrzałyśmy się obie lekko do tyłu a tam...
Dziecko na oko 4-5 lat stoi na siedzeniu w samochodzie, okno jest otwarte do oporu, a ono jest przez nie przewieszone do połowy. Dzieciak macha sobie do przechodniów, do innych samochodów.
Mnie i mamę zamurowało. aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby to dziecko wypadło na ulicę.

Mam 18 lat, dzieci nie lubię i nie planuję mieć, ale LUDZIE... co się z wami dzieje? Dlaczego coraz więcej widuje się rodziców, którzy w nosie mają bezpieczeństwo swoich dzieci?

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (Głosów: 28)

#44126

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to wszem i wobec wiadomo, zbliżają się święta. Moi rodzice mają małą chrześniaczkę, na dodatek ma ona biednych rodziców (moje wujostwo), więc postanowili, że skoro mamy dość sporo pieniędzy, to zorganizujemy dla małej ogromną paczkę z ubraniami, książkami i zabawkami. Wydawało im się, że dziecko będzie z takiego prezentu bardzo szczęśliwe, a i odciąży to ciocię i wujka.
No, niestety...

Paczka wysłana bez najmniejszych problemów, ciocia zadzwoniła, że doszła, że mała zrobiła im już rewię mody w domu i bardzo się cieszy, że zabawki ciągle są przytulane i ściskane, a książki na pewno bardzo się przydadzą. Mama się ucieszyła, poplotkowały trochę i zakończyły rozmowę.

Jakąś godzinę temu zadzwonił wujek. WŚCIEKŁY. Krzyczał do słuchawki, że mama ma się wypchać tymi prezentami, że on nie chce łaski ani pomocy, że to spakuje w cholerę i odeśle na nasz koszt, bo on o nic nie prosił. Mówił, że to, że my jacyś "burżuje jesteśmy" to nie oznacza, że mamy jego dziecku jakieś szmaty dawać czy ochłapy (tymi ochłapami były markowe ciuchy i kilka moich sukienek w świetnym stanie oraz moje niepotrzebne, niezniszczone książeczki i zabawki). Potem, zaczął się żalić, że mieszkamy w pałacu świeżo wyremontowanym, a on nie ma na nic pieniędzy i że jakbyśmy byli prawdziwą rodziną, to nie traktowalibyśmy go jak biedaka skazanego na naszą łaskę, że nie wciskalibyśmy mu jakichś byle szpargałów tylko kupili coś porządnego. Tuż przed tym jak mama się rozłączyła, krzyczał coś o tym, że z jego dziecka chcemy zrobić kopciucha i że ona nie potrzebuje tego wszystkiego.

I weź tu człowieku chciej zrobić coś dobrego dla kogoś. Ja rozumiem, duma, ale oni naprawdę nie mogą sobie pozwolić na nic. Chcieliśmy sprawić małej radość i tylko tyle...

Rodzina

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 661 (Głosów: 775)
zarchiwizowany

#28912

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Święta, święta...i po. Tegoroczna Wielkanoc zakończyła się dość drastycznie i szybko.
Mieliście już okazję zapoznać się z moją prababcią http://piekielni.pl/27412. Zawsze przywozimy ją do siebie na święta, a tak, żeby nie była samotna. Tak też się stało i w tym roku. Jednak była dziwnie zamyślona, nieobecna, prawie nie dało się wyczuć jej obecności. Nikomu nie zawadzała, z nikim się nie kłóciła. Sielanka, prawda?
O my naiwni!
Prababcia siedzi na fotelu, duma nad czymś wyjątkowo intensywnie, prawie widać jak obracają się jej trybiki w mózgu. Nagle zrywa się i krzyczy:
- Mój syn to złodziej! Ukradł mi 400złotych! Tylko ty miałeś klucze do mojego domu! Gdzie są moje pieniądze!?
Wszyscy byliśmy w szoku. Babcia została odtransportowana do domu w trybie natychmiastowym.

Epilog:
Prababcia zadzwoniła
- Macie szczęście! Znalazły się! - wysyczała i rozłączyła się.
Żadnego "przepraszam". Nic. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby oskarżyć własnego syna o kradzież pieniędzy. Syna, który żyły sobie wypruwa dla mamusi.

Rodzinne święta

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (Głosów: 119)
zarchiwizowany
Witam :) Pisałam już wcześniej o piekielnej prababci (http://piekielni.pl/21691). Teraz chciałabym dodać o niej kolejną historyjkę: przykrą, smutną i mega piekielną.

Sytuacja miała miejsce nie tak dawno, ale nie pamiętam dokładnie kiedy, nie jest to jakoś specjalnie istotne. Wróciłam pewnego dnia ze szkoły do domu i już od progu mi coś nie pasowało. Było dziwnie cicho. Zwykle od razu witał mnie dziadek, pytał czy chcę herbatkę i takie tam "dziadkowe" gadki. Poszłam do kuchni i zastałam dziadka siedzącego na krześle i płaczącego. Od razu spytałam się, co się takiego stało. I oto co usłyszałam:

- Zadzwoniła jakaś kobieta. Powiedziała, że jest sąsiadką z góry mojej prababci. Rozpaczliwym tonem oznajmiła "pana matka umiera, niech pan szybko przyjeżdża!", po czym się rozłączyła.

Dziadek niestety jest już bardzo chory i nie może iść do swojej matki, więc jedyne co mu pozostało to siedzieć i czekać. Więc tak siedział i czekał i tak go zastałam. Rozpaczał aż do powrotu babci (jego żony). Znałyśmy już numery babuleńki, więc jakoś specjalnie nas to nie ruszyło, ot jej kolejny wybryk, ale dziadek jako jej syn przeraził się nie na żarty. Babcia postanowiła zadzwonić do prababci. Odebrała radosna jak zawsze i już ci gadać o "hemoroidach". Dostała opierdziel z góry na dół, że jest poje***** i powinna się leczyć najlepiej to na nogi, bo na głowę za późno. Ma zakaz przychodzenia do nas, dziadek ma zakaz chodzenia do niej (chyba nawet sam by już nie chciał).

Rozwiązanie:
- Prababcia wraz z sąsiadeczką z góry uknuły plan. Plan iście piekielny. Do prababci nie chciała już jeździć karetka, więc pomyślały, że jak powiedzą mojemu dziadkowi, że umiera, to on wezwie pogotowie i przyjadą, a ona opowie im o swoich grudkach w brwiach (poważnie!).

Niestety, jakoś im do głowy nie przyszło, że dziadek przypłaci to zdrowiem. Ot i kochająca matka :)

dom

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (Głosów: 249)
zarchiwizowany

#22810

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tym razem chciałabym opisać sytuację, która przydarzyła mi się w listopadzie. Opowieść dotyczyć będzie pechowej mnie, pani od wf-u, i chirurga.

Tak się złożyło że przy dość prozaicznej czynności uszkodziłam sobie kolano. Rzepka się przemieściła i już. Nie spanikowałam bo w końcu to nie pierwszy raz, wiedziałam co zrobić, kolano nastawiłam sobie sama. Poprosiłam jednak koleżankę żeby zawołała nauczycielkę wf-u bo może jakiś altacet by mi dała czy inny specyfik. [B]abka przychodzi, rozgląda się.
[B]: To gdzie ta dziewczynka?
[J]: Tutaj siedzę.
I macham jej ręką z poziomu podłogi.
[B]: Ale tobie nic nie jest!
[J]: Przed chwilą zwichnęłam sobie rzepkę. Już nastawione.
[B]: Ale jak to?! Sama sobie nastawiłaś?!
[J]: Tak.
[B]: Trzeba było kogoś zawołać!
Tak, akurat. Kogo? Pielęgniarki nie było w szkole a wuefistka byłaby chyba ostatnią osobą, której dałabym nastawiać sobie cokolwiek.
[J]: Po co? Sama umiem.
[B]: Aha.
I oddaliła się pospiesznie. Zadzwoniłam po mamę, zabrała mnie do domu i miałam kilka dni wolnego.

Koleżanka poleciła mamie wspaniałego chirurga. Po kilku dniach jak już tylko troszkę kulałam pojechałyśmy do przychodni. Pominę fakt, że lekarz spóźnił się około 1,5h. W końcu dojeżdża, pogoda deszczowa więc nie ma co wymagać. Mógł chociaż przeprosić. No nic. Siedzimy sobie w poczekalni, przede mną jakieś 15 osób. Czekam grzecznie, chociaż nawet ciężko mi się siedzi, bo krzesła złej wysokości i kolano boli, mówi się trudno.

Nasz czas. Wchodzimy. [L]ekarz się na mnie patrzy, ja mówię co się stało, że mogę zginać, że trochę kiepsko się chodzi, że przyszłam żeby zobaczył czy nic tam się nie zepsuło poważnie. Nagle przerwał mi.
[L]: To troczki! Ściąga na bok! Usztywnić na kilka tygodni!
Z mamą wytrzeszczyłyśmy oczy bo taki geniusz, że bez badania wie, co mi dolega.
[M]: Ma pan tu USG, może można zrobić?
[L]: Nie ma potrzeby! Ja wiem, że to troczki! Jak się powtórzy to operacja! Uwolnimy!
[M]przerażona: Moja koleżanka z pracy mi mówiła, że jej syn miał coś nie tak z barkiem i potem było za późno na operację taką co się mało nacina, więc musieli mu wszystko rozciąć.
[L]: A pani koleżanka gdzie pracuje?
[M]: Jest nauczycielką w szkole.
[L]: To niech się lepiej dziećmi zajmie! A nie! Autorytet sobie pani znalazła!
Mamie już gul chodzi, bo jak tak można, ale na ogół jest osobą pokojowo nastawioną do życia. Ja przetrawiam właśnie to, co się stało i jaki z niego specjalista.
[M]: Ile płacę?
[L]: 100 biorę ZA WIZYTĘ!
Podkreślił, że za wizytę. Pewnie za badanie brałby więcej niż za samo siedzenie i filozofowanie.

Gwoli podsumowania:
1. Operacji tego rodzaju nie wykonuje się u osób w moim wieku, kiedy mój wzrost i inne "parametry" mogą ulec zmianie.
2. To nie troczki. Genetycznie mam za płytkie stawy. Może lekarz by to odkrył gdyby mnie zbadał, a ja nie straciłabym pieniędzy i czasu.

mała mieścina na mazowszu

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (Głosów: 189)