Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RudaRakieta

Zamieszcza historie od: 14 stycznia 2016 - 21:12
Ostatnio: 16 lutego 2017 - 20:52
  • Historii na głównej: 10 z 19
  • Punktów za historie: 2465
  • Komentarzy: 10
  • Punktów za komentarze: 25
 
zarchiwizowany

#76116

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielne są babcie idące o kulach z prędkością 0,5km/h ŚRODKIEM chodnika. W taki sposób, że ni to z lewej ni to z prawej wyminąć ich nie sposób. Ignorujące coraz to bardziej natarczywe "przepraszam" ze strony innych użytkowników kostki brukowej. Pomstujące na temat niewychowanej młodzieży w momencie gdy człowiek traci cierpliwość i manewrując lekko szturchnie takową w bok lub balkonik. A jak już idą w parach to bywa dużo ciekawiej. Nic tylko jeszcze czerwony dywanik rozłożyć...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (Głosów: 136)
zarchiwizowany

#74364

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witajcie.
Przypomniała mi się historia, kiedy wraz z drugą połówką postanowiliśmy zaadoptować zwierzaka. Już jakiś czas mieszkaliśmy razem, oboje zawsze wśród zwierząt chowani, to i postanowiliśmy pójść o krok dalej i sprawić sobie futerkową pociechę. Stanęło na kocie. Oboje wtedy pracowaliśmy na pełny etat, dodatkowo ja na różne zmiany więc doszliśmy do wniosku że pies się będzie męczył. Wszystkie szczegóły dogadane, transporter z kocem zabrany, transport załatwiony no to jazda. Przyjechaliśmy do schroniska, miła pani pokazała Nam śliczną, malutką czarną kotkę o wielkich zielonych oczach. Zakochałam się, na dodatek Młoda zaczęła włazić mi na ręce i się przymilać. W tym momencie juz było pozamiatane, a znając siebie nie chciałam iść do kolejnych boksów bo najchętniej to bym wszystkie koty zabrała. Luby się uparł i zaciągnął mnie do kolejnych boksów. W jednym z nich zastaliśmy Kokoska, wielki, 5-cio letni kocur ze smutną przeszłością o pięknym, dymnym, milusim futerku (stąd imię Kokos, z zewnątrz czarny, pod spodem bielutkie futerko). I w tym przypadku się zakochałam. Decyzja nie była łatwa do podjęcia, bo nastawiłam się na jednego kota. Luby natomiast chował się z trzema futrami całe życie i razem ze swoją mama przegadali mnie, że jednemu smutno będzie, żebyśmy wzięli oba itd. Miętka jestem więc się zgodziłam. Przyszło do podpisywania papierów, pobieżne badania itp. Wszystko załatwione (uprzedzaliśmy wcześniej, że mamy tylko jeden transporter bo przyjechaliśmy z myślą o jednym kotku, wszystko było ok, proszę się nie martwić, da się to załatwić), idziemy odebrać koty. Tutaj przejął nas (P)iekielny pan. Wyłuszczamy sprawę, podajemy papiery, o sytuacji z transportem mówimy i się zaczyna wjazd na moją drugą połówkę:
-(P) Pan jest chyba niepoważny, co pan sobie myśli, że ja koty do jednego transportera włożę (no chyba nie, ustalaliśmy to)? Mężczyzna się znalazł, ja kotów w takich warunkach nie oddam, co narzeczonej też pan każe na podłodze spać (???!!!)? W ogóle nie sprawdzają komu te biedne zwierzaki pod opiekę dają.
Byłam tak zmieszana tą sytuacją, że nawet się nie odezwałam bo brakło mi słów.
Transporter i dodatkowy kocyk się znalazł (schronisko jest w stanie takowe wypożyczyć w razie potrzeby). Sierście mieszkają z Nami już 1,5 roku i niczego im nie brakuje, są szczęśliwymi i bardzo zadbanymi kotami.
Nie wiem co piekielnym panem kierowało, rozumiem że chce dla zwierzaków jak najlepiej ale tego się nie spodziewałam. Przecież nie zrobiliśmy tego specjalnie. Zamiast się cieszyć, że zbiegiem okoliczności dwa zwierzaki mają szansę na kochający dom, to wyskakuje z chamskimi pretensjami że z jednym transporterem po koty przyjeżdżamy.
Uprzedzając pytania, jak wspomniałam wyżej, kiedy już padła decyzja, że bierzemy oba koty, od razu poinformowaliśmy o sytuacji z transporterem. Po 2. pan piekielny również został o tym poinformowany, choć ciężko było wejść mu w monolog jakimi to złymi i nieodpowiedzialnymi ludźmi jesteśmy.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -8 (Głosów: 28)
zarchiwizowany
Przypomniała mi się taka śmieszna historia :). Pewnej niedzieli wybrałam się z lubym na spacer. Jesteśmy dosyć charakterystyczni, zwłaszcza on, długie włosy, zarost, czarny kolor znakiem rozpoznawczym, takie metalowe klimaty. Mimo swego wyglądu jest tak spokojnym i łagodnym człowiekiem, że w życiu takiego nie spotkałam, ale jak trzeba to potrafi ripostą zarzucić, inteligentną. Tak więc, idziemy sobie pod rączkę, chyba akurat po mszy było bo co chwilę jakaś babcia z różańcem dreptała. W pewnym momencie jedna taka przystanęła, zlustrowała Nas od góry do dołu i w te tony (b-babcia, l-luby):
b: kto to widział ! Szatany jedne, czarne jak piekło ! Kto to widział żeby chłopak długie włosy nosił ! Wstydziłbyś się ! Obraza dla Boga !
Na to mój luby przystanął również, w oczy babci spojrzał i tak oto rzecze:
l: Babciu. A Jezus to jakie miał włosy ?
Takiego buraka i zmieszania na twarzy nigdy nie widziałam :D, babcia ruszyła w swoją stronę w zastraszającym tempie.
Kto Waszym zdaniem był piekielny ? Babcia, czy moja druga połówka :D ?

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (Głosów: 39)
zarchiwizowany
Będzie o panci i jej piesku. Około 7 rano obudziły mnie krzyki, wciąż te same, z różnym natężeniem decybeli, ale myślę, że całe osiedle je słyszało skoro nawet moja druga połówka o kamiennym śnie się zbudziła. Krzyki brzmiały "Puśka, chodź tu!!!" I w te tony, przez 15 min (specjalnie patrzyłam na zegarek). Otóż pancia wypuściła pieska, a piesek w treść zasady hulaj dusza piekła nie ma-zwiał. Pancię już znam, nie jest to pierwsza taka sytuacja, różnią się jedynie godziny. Piesek nie wygląda na groźnego, wręcz przeciwnie ale jest średniej wielkości, baaaardzo rozbrykany, bez kagańca. Osoby które psów się boją lub ich nie lubią mogłyby mieć spory problem w momencie kiedy rozpędzone psisko biegnie wprost na nie w celu okazania uczuć. Tudzież zawsze taki może wybiec na drogę nie patrząc czy nic nie jedzie na wprost. Opcji na nieszczęśliwe zakończenie takiej sytuacji jest wiele. Teraz moje pytanie. Skoro pancia nie umie zapanować nad pieskiem, to czemu spuszcza go ze smyczy ? Jak wyżej, byłam świadkiem o ile dobrze pamiętam już czwartej takiej sytuacji.15-20-to minutowa batalia, krzyki i zszargane nerwy. No nie wiem jak to skomentować...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (Głosów: 120)
zarchiwizowany
Dziś będzie krótko. Czasem wydaje mi się, że piekielnymi są sami piekielni. Nie są to sytuacje związane tylko i wyłącznie z tym portalem, ale też się zdarza, widziałam nie raz i nie dwa. Nie każda historia spotyka się z aprobatą, są słabsze, nie wstrzelają się w gusta jak np. znany i lubiany temat "kurierzy" (oklepany btw :)). Ale krytykować też trzeba umieć. Przytoczę przykład komentarza z pewnego portalu:
-"Dziwię się, że Twój facet Cię jeszcze nie kopnął w tyłek i nie wyprowadził się do innej kobiety. Tyle ich chodzi po ulicach, wolnych, zadbanych i bez stukniętej mamuśki na głowie."
Nie będę tutaj strzelać przykładami bo chyba każdy wie o co chodzi. A jak nie wie, to niech wejdzie gdziekolwiek w jakiekolwiek komentarze.

A moje najulubieńsze zachowanie komentujących jest w momencie, kiedy ktoś pisząc tekst, i różnych przyczyn (stres, pośpiech, zwykłe przeoczenie)zrobi błąd, literówka tudzież przecinek nie tam gdzie trzeba, to zaraz się pojawia fala hejtów żeby przysłowiowo "wypierdzielał do podstawówki uczyć się pisać", albo "przestudiował słownik poprawnej polszczyzny". Nie raz komentarze dotyczące głupiego "ż/rz" sypią się słupkami, nieważne że 10 osób wzwyż napisało to samo.
Serio tacy święci jesteście i niezależnie od sytuacji czy wkurzył was facet/kobieta, czy płonie dom, każde słowo wpisujecie z odpowiednim namaszczeniem i nie zdarza wam się zrobić błędu?
Może i mało piekielne, dla mnie natomiast irytujące.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (Głosów: 63)
zarchiwizowany
Witam wszystkich. Dziś będzie o bezdomnych przy sklepach. Nieopodal mojego bloku znajduje się sklep. Często do niego chodzę po jakieś drobne zakupy, to i wszystkie panie kasjerki mnie znają, nawet się czasem pogawędzić Nam uda. Równie częstym gościem jest pewien jak mniemam, bezdomny, siedzący przy drzwiach i proszący o jedzenie. Dobre serce mam, to raz mu coś tam kupiłam, ale jak zaczęłam go widywać z browarem w ręku w towarzystwie równie imponująco wyglądających i zachowujących się "Sebków", to dzień dobroci dla zwierząt z mojej strony się skończył.
Przejdźmy do sedna sprawy. Podczas jednej z wizyt w sklepie, stojąc już przy kasie i rozmawiając o pogodzie z kasjerką, wchodzi sobie klient i od razu pretensje do pani zza lady, że jak to tak, że bezdomny siedzi i ludzi przy wejściu zaczepia, że ona MA COŚ Z TYM ZROBIĆ, po czym ruszył między regały. Wtedy nieco zasmucona pani (nazwijmy ją roboczo) Kasia takim oto monologiem zarzuciła: "Pani Rakietko, my już nie wiemy co w tej sytuacji robić. Proszę się nie nabierać, że on o jedzenie prosi, bo nie raz któraś z Nas widziała jak wyrzuca w krzaki obok dopiero co podarowaną przez kogoś bułkę czy sałatkę. On już sobie taki system wyrobił, że niby o jedzenie prosi, a ludzie zabiegani to częściej pieniążkiem zarzucą. Jednym klientom to lata, a innym przeszkadza i nam robią awantury, że oni sobie nie życzą, żeby jakiś menel pod Naszymi drzwiami ich zaczepiał. Raz mu wyszłam zwrócić uwagę to mnie zwyzywał. I co by człowiek nie zrobił, to ten wraca jak bumerang".
Żal mi pani Kasi i innych pań ze sklepu. Przecież to nie ich wina, że przyjdzie taki i się pod nogami plącze. Jak dla mnie cała sytuacja jest piekielna, a kto po ile od siebie dokłada, oceńcie sami.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (Głosów: 35)
zarchiwizowany

#73553

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witajcie !
Ta oto historia będzie dotyczyć... odchudzania.
Należę do tego typu osób które nie są fit, nie brzydzą się chipsów, pizzy czy czekolady. Prostując jeszcze daną wypowiedź-nie jem tego na okrągło, gotuję zazwyczaj sama a słodkiego raczej nie tykam. Ale lubię sobie od czasu do czasu zaszaleć i zamówić kfc czy zjeść inny "szit" typu paluszki, popcorn itp.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że chyba jednak powinnam ograniczyć w znacznym stopniu, bo zmierza to w złym kierunku. Niestety u mnie w rodzinie od strony ojca nie ma szczupłych osób (cukrzyca,tarczyca), a że wdałam się do tatusia to pączkowatość wrodzoną miałam od początku. Nie jestem też osobą jakąś bardzo grubą, nie zajmuję dwóch miejsc w siedzących, ani nikt nie myli mnie z kobietą w ciąży w komunikacji miejskiej, jednak nie oszukując ani siebie, ani nikogo dookoła przez swoje głupie zachcianki przytyłam i nie czuję się z tym faktem dobrze, zwłaszcza, że w taką porę roku nie bardzo mam jak sie ukryć pod swetrem za dużym o dwa rozmiary.
Ok, krótka piłka, przechodzimy na dietkę. Super, świetnie, 5 posiłków dziennie, owoce, warzywa i jogurty naturalne w ruch, tylko obiad gotuję taki bardziej "tradycyjny" gdyż mój przyszły mąż nie tknie niczego co jest bez mięsa, a zupy 2 dni pod rząd nie zdzierży.
Zaczęło się naprawdę fajnie, motywację miałam, organizm zaczynał się powoli przyzwyczajać, ale jestem osobą o słabej woli i często słomianym zapale, więc trzeba mnie mocno wspierać i pchać do przodu. Gdzie więc piekielność ? Ano, po pierwsze pewnie we mnie samej, że za szybko się poddaję, a po drugie w moim wybranku serca. Jak tylko wspomnę zdesperowana, jak wiele bym dała za jeden kęs takiego kurczaka, albo chipsa, to dostaje opiernicz i odsyła mnie do sałaty. Za to on nie ma problemu żeby w kółko gadać o tym, że zjadłby burgery, pizzę itp. (tak btw, on nauczył mnie jeść śmieciowe żarcie, a jak już zaczniesz to ciężko całkiem zrezygnować), nie wspominając już o jedzeniu przy mnie chipsów, które nie raz znalazłam na jego biurku, ciasteczkach stojących obok mojego suchego chleba dla konia (czytaj wasa), orzeszki itp. Ja mu nie bronię.... niech sobie je aż mu uszami wylezie, ale dlaczego robi to przy mnie skoro wie, że ciężko mi na to patrzeć i się wściekam. Rozmawiałam z nim kilka razy na ten temat, poza tą jedną uciążliwą dla mnie wadą złoty z niego chłop.
Nie każdemu łatwo przychodzi przestawienie się na bycie fit, jeżeli macie wokół siebie takie osoby, to wspierajcie je i nie zagryzajcie przy nich słodkości, czy innych niezdrowych przekąsek, nawet nie wiecie jak to demotywuje.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -17 (Głosów: 41)
zarchiwizowany

#72588

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam. Moja historia związana z rabunkiem i mordobiciem za pomocą kostki masła nie przyjęła się (dla ciekawskich #70613), aczkolwiek tutaj następuje jej ciąg dalszy...
Sprawa potoczyła się o tyle szczęśliwie, że złodziejkę złapano, część rzeczy odzyskano, co prawda telefon uszkodzony, portfel zepsuty. Mniejsza, odzyskałam te rzeczy, ale zanim do tego doszło, biegiem do banku i urzędu zablokować kartę i dowód. Pismo odpowiednie w urzędzie dostałam, zdjęcia dostarczyłam, no to czekamy na nowy dokumencik. Po tygodniu, jest, nowy dowód w rączce, potwierdzenie unieważnienia poprzedniego, karta przyszła jakiś czas później.
Jakoś się psychicznie po tym wszystkim pozbierałam, o sprawie zapomniałam niemal całkowicie. Zaznaczyć muszę, że przy odbiorze fantów z komendy brakowało mojej karty kredytowej i dowodu osobistego, reszta się zgadzała. Nie przejęłam się tym zbytnio bo po 1. wszystko już i tak było zastrzeżone, 2. miły pan policjant powiedział, że pewnie im się gdzieś zawieruszył wśród masy innych dowodów rozsypanych na biurku.
Historia właściwa, wczoraj wieczorem dostaję telefon od (b)rata (ja mieszkam w stolicy, on na Podkarpaciu, gdzie jestem zameldowana i skąd pochodzę):
(b) Hej, RudaRakieta pismo do Ciebie przyszło, wezwanie do zapłaty, przyznaj się co narozrabiałaś ?
(ja) WTF? Jakie wezwanie, skąd, dlaczego, kiedy ?? Weź to otwórz i przeczytaj mi co tam jest napisane.
(b) Wzywa się panią RudąRakietę do zapłaty mandatu w wysokości 200 zł z kawałkiem, za przejazd kolejami mazowieckimi bez biletu w dniu 29.02.2016 o godzinie tej i tej. (mniej więcej tak to brzmiało)
Mój WTF osiągną rozmiary przeogromne. Nigdy nie jeżdżę bez biletu, nawet gdybym dostała ten mandat to w nowych dowodach nie ma miejsca zameldowania ani zamieszkania, więc podałabym aktualny adres, bo po co sobie roboty dokładać, no i jeszcze te koleje mazowieckie których nigdy na oczy nie widziałam.
Jestem osobą dość wrażliwą i panikującą. Cholernie boję się, że dostanę więcej takich niespodzianek Na mój adres zameldowania.
Co w takiej sytuacji powinnam zrobić ? Kto jest tutaj piekielny ?
System blokowania dokumentów, który można sobie o du*ę potłuc ? Bo i tak ktoś się moimi danymi posługuje jak chce ?
Pan jaśnie kanar który nawet nie raczył przyglądnąć się zdjęciu ?
Czy może policja która olała sprawę kiedy jeszcze była w toku ?
Poradźcie mi co w takiej sytuacji powinnam zrobić, bo jestem załamana i powoli przestaję myśleć rozsądnie...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (Głosów: 95)
zarchiwizowany

#70613

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zawsze byłam świadkiem wielu piekielności, niejedna dotknęła mnie samą, ale to co wydarzyło się wczoraj przebiło wszystko i straciłam wiarę w ludzi. Po kłótni z mym lubym, pod wpływem nieco, wybrałam się do parku na spacer, coby ochłonąć. W parku tym spotkałam dziewczynę. Od słowa do słowa opowiedziała mi nieco o swoim życiu, jaka to biedna, smutna i jak jej źle. Ja jako osoba o miękkim sercu (głupia i naiwna...), postanowiłam pocieszyć nieco dziewczę. Mimo, że mój luby przyszedł po mnie i chciał mnie zgarnąć do domu odmówiłam, bo ja w takim stanie nie zostawię kobiety. No i zostałam, o mój Boże... Siedziałyśmy na ławce w tym nieszczęsnym parku, rozmawiając o życiu i śmierci. Nagle poczułam że coś mi chyba w torbie się rusza. Zajrzałam, i o zgrozo... portfela i telefonu brak. Mówię więc grzecznie aby oddała mi to co zabrała. Delikwentka wypierała się wszystkiego, po czym (uwaga), rzuciła we mnie KOSTKĄ MASŁA i zaczęła uciekać. Niestety, mimo iż ruszyłam w pogoń skończyło się to niefortunnym upadkiem. Skończyłam z kilkoma siniakami i wybitym palcem. Nikt mi nie pomógł.
Chciałam być dobrym i pomocnym człowiekiem, a skończyłam bez telefonu, portfela (nie miałam tam gotówki, same dokumenty i kartę) i bez godności.
Wiem, że nie powinnam się po nocach szlajać pod wpływem alkoholu bez względu na to ile wypiłam (a nie było to jakoś wybitnie dużo) i po części sama sobie jestem winna. Ale już chyba wolałabym zostać okradziona przez fanów ortalionu niż przez osobę, której okazałam serce i współczucie. A mówią, że głupota nie boli...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (Głosów: 189)

1