Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RudaRakieta

Zamieszcza historie od: 14 stycznia 2016 - 21:12
Ostatnio: 19 maja 2017 - 16:46
  • Historii na głównej: 17 z 28
  • Punktów za historie: 3927
  • Komentarzy: 21
  • Punktów za komentarze: 58
 

#78161

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś opiszę Wam historię dotyczącą mojej byłej pracy. Dla tych co nie są wtajemniczeni, pracowałam w lumpie. Generalnie przez pierwsze półrocze studiów niestety było tak dziwnie, że zjazdy miałam co weekend a nie co dwa, PKA tak zarządziła. Akurat szukałam pracy, a biorąc pod uwagę brak dyspozycyjności 24 na 7, drukowanymi literami napisałam w cv, że niestety praca w weekendy odpada z takiego i takiego powodu, nie spamiłam również do miejsc, gdzie wyraźnie pisało o pracy weekendowej.

Dostałam pewnego dnia telefon, zaproszenie (bez rozmowy kwalifikacyjnej) na dzień próbny. Nikt nic ode mnie więcej nie chciał więc sama zaczęłam ciągnąć za język i pytać o podstawowe rzeczy. W momencie gdy okazało się, że praca jest 6 dni w tygodniu, plus co druga sobota obowiązkowe nadgodziny wspomniałam o powyższej sytuacji i o tym, że no ni cholery nie przeskoczę pewnych rzeczy wiec albo pracuję od pn. do pt. za niższą stawkę, albo niech szukają kogo innego. Usłyszałam że to nie jest problem i że po prostu nie będą mi płacić za te soboty. Dla mnie bomba.

Szefostwo poznałam po tygodniu (materiał na oddzielną historię), po jakichś dwóch zaczęła się gadka: "No ale jak to tak, skoro inni pracują w soboty to TY też musisz. To jest niesprawiedliwe wobec innych dziewczyn, dobrze się z tym czujesz ? To niemożliwe że masz zjazd co weekend." Walczyłam z systemem przez trzy miesiące. Argument "jak wam się nie podoba to mnie zwolnijcie" niewiele wnosił bo mało kto wytrzymał tam dłużej niż miesiąc.

Czarę goryczy przelała sytuacja w której miałam odebrać kasę za nadgodziny (nie raz było tak, że musiałam zostać godzinę lub dwie dłużej bo zapominali że trzeba mnie rozliczyć), usłyszałam wtedy "w sumie to ty żadnych pieniędzy nie dostaniesz bo nie pracujesz w weekendy i Ci się nie należy, powinnaś być wdzięczna że Cię tutaj trzymamy (wtf?!)", czy wspominałam już, że dostawałam mniejszą pensję i trąbiłam wszem i wobec od samego początku o zajętych weekendach?

Na koniec opierniczyli mnie na 100 zł z wypłaty i nawet się nikt ze mną nie pożegnał. Wyglądało to tak, że koleżanka dostała telefon od Wielebnej i przekazała mi "Masz dziś wziąć wypłatę z utargu i jutro już nie przychodzić".

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (Głosów: 161)

#78079

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodam dziś historię zainspirowaną codziennymi sytuacjami w sklepie. Często słyszymy o piekielnych klientach, którzy w najróżniejszy sposób uprzykrzają życie biednym sprzedawcom.

Opiszę jednak sytuację z perspektywy klienta. Pod blokiem mam niewielki sklepik, jestem tam praktycznie co drugi dzień po jakieś drobne zakupy. Mój ukochany personel się wykruszył, ale i ze świeżakami już jestem na "cześć". Jest jednak jeden mężczyzna, o którym właśnie będzie historia.

Ogólnie nie zaszedł mi jakoś bardzo za skórę, ale nie raczy odpowiedzieć na "dzień dobry" (czasem jest tak, że jesteśmy sami na sklepie, a jest on malutki, więc nie da się nie słyszeć) gdy o coś pytam, odburkuje coś gapiąc się w telefon, ogólnie na mój uśmiech odpowiada grobową miną, no wieje po prostu aurą pt. "weź daj mi spokój i najlepiej wyjdź". Kiedyś podeszłam do kasy i zapatrzona w jakiś towar obok poprosiłam o papierosy. Odpowiedziała mi cisza, więc spojrzałam na pana, a ten niespiesznie rozpakowywał jakieś żelki i nie uraczył mnie nawet spojrzeniem. Po jakichś dwóch minutach dostałam swoje papierosy, zapłaciłam, wyszłam, "do widzenia" nie usłyszałam.

Dla jasności. Nie jestem jakąś paniusią hrabianką, która domaga się najwyższej uwagi i czerwonych dywanów w progu. Sama pracowałam w handlu, a i teraz mam kontakt z ludźmi i niestety taka praca do czegoś zobowiązuje. Każdy ma prawo do gorszego dnia, ale jak się jest na co dzień gburem to chyba pora pomyśleć nad zmianą pracy. Jesteś zajęty i chcesz coś skończyć, bo zostało kilka paczek do wyjęcia? Wystarczy powiedzieć: "chwileczkę, tylko skończę rozpakowywać" i po sprawie, mnie korona nie spadnie jak zaczekam te dwie minuty, a atmosfera jakaś taka lepsza się robi. Sorry, ale kiedy ktoś mnie perfidnie ignoruje, mówi do mnie gapiąc się w telefon albo memłając ostentacyjnie gumę do żucia, nie czuję się komfortowo i dobrze jako klient, nie mam ochoty wracać w takie miejsce.

Akurat oberwało się temu panu, ale nie raz się spotkałam z takimi ludźmi i wy pewnie też.
Jak uważasz się za męczennika i ludzie Cię denerwują, to idź i pracuj tam gdzie nikogo nie będziesz katował swoją negatywną energią.
Nie tak łatwo zmienić pracę? Nie każdy może sobie na to pozwolić? To naucz się zachowywać jak profesjonalista, bo czy jesteś kasjerem w supermarkecie czy biznesmenem, trzeba umieć zakładać maskę, jeśli nie, to w końcu i tak Ci podziękują za współpracę bo będą skargi.
Czy naprawdę przysłowiowe, zwykłe "dziękuję" i "do widzenia" w dzisiejszych czasach kosztuje tak wiele?

Małe edit coby wyjaśnić jedną kwestię. Nie oczekuję, że sprzedawca przywita mnie z ukłonem i będzie za mną latał z "dzień dobry, w czym mogę pomóc, może coś zaproponować?". Też współczuję osobom które muszą tak robić. Zazwyczaj pierwsza mówię to "dzień dobry", bo po prostu tak jestem nauczona i wychowana. A skoro wychodzę z tą małą inicjatywą, to chyba bolączki tyłka nikt nie dostanie jak mi odpowie?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (Głosów: 250)

#77886

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja: zamów herbatę, która w oryginalnym przepisie zawiera miód, jest on podany wśród listy składników które gapią się na ciebie z tablicy ofertowej.

Nie wspomnij baristce o tym, że życzysz sobie bez miodu. Zacznij pić swoją upragnioną herbatkę i wydrzyj ryja na baristkę, bo przecież Ty chciałaś bez miodu, w końcu jesteś tu już trzeci raz i wszyscy powinni o tym fakcie pamiętać.

Nie przyjmuj do wiadomości, że nie masz takiej informacji wypisanej na czole, takich "stałych" klientów przewija się dziennie 50, a obsługująca Cię osoba nie czyta w myślach.

Rzuć tą nieszczęsną herbatą i wyjdź dostojnym, oburzonym krokiem nie zapominając przy tym trzasnąć drzwiami.

Kolejny emocjonujący dzień w pracy...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (Głosów: 240)

#77769

(PW) ·
| Do ulubionych
Powiedzcie mi, o czym myślą ludzie przychodzący do kawiarni z częścią własnego prowiantu? Fakt, że odkąd pracuję w kawiarni, to takie perfidne przypadki w postaci panci z własnym soczkiem i sałatką były 2. Ale minimum raz dziennie przyjdzie osoba, która zamówi jakąś kawę czy herbatę, a po zajęciu miejsca wyciąga kanapeczki, rogaliczki, lunch itd. Nawet nie pytają o zgodę. Pomijam już fakt, że mija się to z polityką firmy, ale to już zajeżdża cebulą konkretną.

Czy idąc do kina zabieramy własny popcorn i film? Nie. Czy idąc do restauracji, zabieramy własny obiad? Nie. To dlaczego idąc do kawiarni ludzie wpieprzają rogale i ciastka kupione w spożywczym obok (mamy i kanapki i ciasta i lunch w kilku odsłonach)? A spróbuj zwrócić uwagę, to obraza majestatu...

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (Głosów: 298)

#77686

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wcześniej wspominałam, pracuję w eko kawiarni. Dziś przychodzi klientka, rozmawiając przez telefon (swoją drogą gardzę takimi ludźmi, zwłaszcza jak gadają w takich sytuacjach o niczym), zamawia flat White na mleku kokosowym NA WYNOS. Co to znaczy?

To znaczy, że po przygotowaniu takiej kawy nie podchodzimy z tacką i pełnym arsenałem do stolika, tylko stawiamy kawę na podajniku, gdzie klient doprawia sobie napój czym mu się podoba, zabiera i wychodzi. Rzecz jasna głośno komunikujemy że "proszę, taka i taka kawa". Tym razem też tak było. Postawiłam kawę na podajniku, wyrecytowałam regułkę, pani nadal miała mnie w dupie i paplała przez srajfona. Wróciłam więc do innych obowiązków, bo kolejny klient czeka. Za chwilę pani wyskakuje z mordą, że ile ona ma jeszcze czekać. No to mówię, że kawa czeka na nią od 10 minut i informowałam o tym. Pani tylko stwierdziła że jestem bezczelna i niewychowana... Kto jest ten jest.

Hasło: "klient nasz pan", też ma swoje granice. Szanujmy się nawzajem.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (Głosów: 219)

#77637

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie w kawiarni.
Na tle innych wyróżnia ją to, że wszystkie nasze produkty są bio, eko, certyfikowane no i w ogóle 100% zdrowia. Co za tym idzie, klienci zwykle są specyficzni, wymagający, ale nie mogę narzekać, bo większość z nich jest grzeczna i miła.
Nie o tym jednak do końca :)

Przychodzi dziś dziewczę młode, wymuskana, wymalowana, jak z obrazka, widać że "eko świrka" (bez obrazy, ja tak pieszczotliwie nazywam co niektóre przypadki), bo zasypuje mnie masą pytań na temat jakości produktów i ich składu itp., tłumacząc przy tym zawzięcie jaką ona ma wielką wiedzę na temat zdrowego żywienia i trybu życia. Po męczących 10 minutach, postanowiła zamówić świeży sok z pomarańczy. Kamień z serca, koniec mej udręki, tak przynajmniej mi się zdawało.

Kiedy zabrałam się za przygotowywanie owoców, dziewczę zabiło mnie pytaniem czy "aby na pewno te owoce nie zawierają glutenu i szkodliwego cukru".
Umarłam... tłumaczyłam kolejne 5 minut, że nie, nie mają.
Do końca chyba nie była przekonana i podejrzliwie na mnie zerkała, ale sok wypiła.

Piekielności tłumaczyć chyba nie muszę.
Pozerstwo samo w sobie jest piekielne...

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (Głosów: 288)

#77550

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej wszystkim.
Dawno nie zaglądałam, wiec postanowiłam opisać Wam sytuację z (byłej już) pracy na szmateksie, która przelała czarę goryczy i rozstałam się z szefową z hukiem (w sumie jej osoba to materiał na pierdyliard oddzielnych historii).

W każdym bądź razie pewnego dnia "stałam" z nią na sklepie. W praktyce wyglądało to tak że ja robiłam wszystko... stałam na kasie, ogarniałam sklep, pilnowałam i sprzątałam sale bo Wielebna siedziała na zapleczu 3/4 dnia i paplała z psiapsiółkami o manicure, odpowiednich kremach przeciwzmarszczkowych i tym, że na świecie nie ma miłości, jest tylko pożądanie (tak, darła ryja tak, że każdy te rozmowy słyszał).

W pewnym momencie pewna klientka kupowała spódniczkę za 8 zł, cenę nabijało się ręcznie na kasę. Mylić się rzeczą ludzką, chwila nieuwagi bo i ruch spory a ja sama i pizg... zamiast 8 wbiłam 80. No trudno, kolejna pani w kolejce, szefowa nadal na zapleczu, na sklepie trochę ludzi, więc opisałam szybciutko paragon z pomyłką i schowałam do kasy. Po 5 min Wielebna wróciła z zaplecza więc jej mówię, taka i taka sytuacja, 80 zamiast 8, nie opuściłam kasy bo klienci, bo ludzie na sklepie, trza pilnować. Wydawało mi się, że problem zażegnany, odliczy się od utargu, sprostuje i będzie cacy. Otóż nie.
Wielebna na mój pełen skruchy monolog o pomyłce rzekła:
(W)- No dobrze dobrze nic się nie stało... odejmiemy Ci to z wypłaty.
W tym momencie zakrztusiłam się łykiem wody a wyskakującymi oczyma z orbit niemal nie wybiłam jej zębów (80 zł to cała moja dniówka).

(Ja)- No ale jak to? Za co ?!
(W)- No bo mnie nie było przy tym, skąd ja mam wiedzieć że Ty jakichś machlojek na niekorzyść firmy nie robisz za plecami? Tej klientki już nie ma to ja skąd mam wiedzieć jak to było?!
(Ja)- No ale jest kamera nad kasą, wszystko można sprawdzić przecież.
(W)- Kamera jest dla kierownika (WTF?!) a nie dla Ciebie, jak będę chciała to sprawdzę, ale to nieważne i tak Ci obetnę to 80 zł.
(Ja)- Ale ja pracowałam w kilku sklepach i nawet jak się kasjer pomylił i zgłosił pomyłkę to nie był za to obciążany żadnymi kosztami ! A co w momencie gdyby np. klientka już po nabiciu się rozmyśliła i zrezygnowała z zakupu?
(W)- Też byś płaciła bo to Twoja wina. Za błędy się płaci.

Kurtyna.

Wybaczcie za ewentualną chaotyczność pisarską, natomiast sama historia jest tak chaotyczna i absurdalna, że mnie wzdryga na samo wspomnienie i nie potrafię składnie tego przedstawić.

Dla ciekawskich:
Po rozpętaniu gównoburzy i rozmowie z synusiem (współwłaściciel) która niewiele dała, wynegocjowałam że mi obetną połowę kwoty, pracę rzuciłam dwa dni później...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 197)

#76623

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie z innej beczki.
Wojna internetowa między "grubasami" i "wieszakami" trwa w najlepsze i nigdy nie podąży ku końcowi.
Nie wtrącam się, mam ważniejsze sprawy na głowie, ale kilka razy zauważyłam pewne ironiczne zachowanie wśród naszego narodu.

Mianowicie jakieś tam grubsonki źle używające czegoś do ćwiczeń, ruszają się w tańcu niczym słoń w stroju baletnicy, otyłe babeczki na rurce zestawiane z kurczakiem z rożna. No i w sumie zgodzę się z tym, że to wygląda nieraz całkiem komicznie na zdjęciach. Ale bardzo dużo ludzi perfidnie robi sobie z tego podśmiec*ujki.
Jak grubas nic nie robi to go hejtujecie, jak zacznie coś robić to się nabijacie. To co taki człowiek ma niby zrobić? Zamknąć się w pokoju i z niego nie wychodzić żeby nie prowokować ludzi swoim wyglądem, bez znaczenia czy biegając i trzęsąc wałkami, czy wcinając maca?

Uprzedzając Wasze komentarze... nie jestem grubaską próbującą podnieść swoje poczucie własnej wartości. Ktoś mi bliski walczy z nadwagą, dlatego tego typu zachowania, zarówno w sieci jak i w życiu codziennym są po prostu obrzydliwe i bezduszne. I wiem jak bardzo wpływają demotywująco na otyłych ludzi, którzy zaczynają wierzyć, że cokolwiek nie zrobią będzie źle, więc najlepiej nie robić nic.

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (Głosów: 246)

#76496

(PW) ·
| Do ulubionych
Z tego co zauważyłam podobają się Wam smaczki z mojej pracy :) Dorzucę więc kolejny.

Jakiś czas temu siedzę sobie, czytam gazetę, no ale że za siedzenie mi nie płacą, to wyszłam zza biureczka, na którym stoi waga i zaczęłam porządkować trzepak stojący metr dalej. Tego dnia miałam na sobie biało-czarne ponczo, coby nie marznąć przy mniejszej aktywności ruchowej. Akurat wtedy było mi nieco za ciepło, więc odłożyłam owe ponczo. Układam sobie ten trzepak i woła mnie klientka:

- Zważ mi to. (Po kolei podaje mi różne ubrania z racji, żeby indywidualne ceny podać).
No to ważę wszystko po kolei. Dochodzimy do ostatniej rzeczy i w tym momencie baba wręcza mi moje ponczo....
- Yyy pani wybaczy, ale to akurat jest moja własność.
- Jak to TWOJA własność?! (od kiedy jesteśmy na ty?) To sobie leżało i ja mam prawo to kupić, a Ty masz obowiązek mi to sprzedać bez dyskusji!

Później akcja się potoczyła szybko, po burzliwej dyskusji odzyskałam ponczo, a babę wywaliłam ze sklepu, ot co.

Pewnie posypią się komentarze, że skąd ona miała wiedzieć, powinnam pilnować itp, i to moja wina, że ją w błąd wprowadziłam.
Zgodziłabym się z Wami w 100%, gdyby nie drobny szczegół. Ponczo było za ladą kasjerską, przewieszone przez oparcie krzesła. To już chyba ewidentnie wskazuje, że jest to czyjaś własność, bądź ktoś to sobie odłożył. Nie zauważyłam, że po nie sięgnęła gdyż byłam odwrócona plecami do kasy, a jego zniknięcia nie zarejestrowałam przez zwykłe rozkojarzenie.
Zadziwia mnie ludzka pazerność...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 300 (Głosów: 326)

#76433

(PW) ·
| Do ulubionych
Witajcie Piekielni.
Dziś będzie historia o pewnym biednym, niewidomym człowieku i o mnie... kto okazał się piekielny, oceńcie sami.

Siedzę sobie w pracy przy kasie i rozmyślam o świętach. Wtem do sklepu przy wsparciu uczynnego przechodnia wkracza pan z laską niewidomego. Generalnie cała sytuacja mało ważna, wybierałam mu koszulę na święta. Pomijając fakt, że był tupeciarzem (no bo przecież skoro jest niewidomy to każdy ma wokół niego skakać), to jeszcze potwornie śmierdział i miał okrutnie brudne ubranie na które mierzył ową koszulę. Jakoś wytrwałam, starałam się być uczynną i życzliwą osobą, latałam wokół śmierdziela dobre 30 min przy czym minimum 2 razy zbierało mi się na wymioty.

Po tych 30 minutach udało się, wybrał koszulę, zapłacone, zapakowane. Prosi mnie jeszcze żebym mu pomogła wyjść ze sklepu. Ok, pomogłam, bierze mnie pod rękę i wyprowadzam go na zewnątrz. Wracam na stanowisko pracy ale odświeżacz powietrza nie może sobie poradzić z fetorem pozostawionym przez owego pana. Mówię więc kumpeli, że muszę wyjść na świeże powietrze, przy okazji skoczę do sklepiku obok bo nie miałam nic do jedzenia. Nawet kapci nie zmieniłam, zarzuciłam palto i wychodzę.
Przed sklepem stoi owy pan i mówi żeby go na przystanek odprowadzić.

Myślę - ok, to w końcu 20 metrów na wprost. Pan łapie mnie pod rękę i dreptamy z prędkością 1km/h na autobus. Dochodzimy, a ten do mnie że on na tramwaj chciał w taką a taką stronę i żeby z nim poczekać bo nie wie kiedy wsiąść. Ja oczy jak 5 zł i zgodnie z prawdą mówię mu, że jestem w pracy i wyskoczyłam tylko na 5 min po coś do jedzenia i nie jestem w stanie go odprowadzać i z nim czekać (zwłaszcza, że średnio ogarniam okolicę, a na oko licząc dojście do przystanku i wsadzenie w tramwaj jegomościa to około 20 min roboty).

Co zrobił biedny niewidomy pan ? Zaczął mnie szarpać za te nieszczęsne przedramię, wyzywać od egoistycznych gówniar, narzekać na znieczulicę polskiego narodu, że każdemu się zawsze śpieszy i najlepiej to żeby "matka mi zdechła w te święta" bo na więcej nie zasługuję skoro się zobowiązałam pomóc a teraz odmawiam.

Ludzie na tym przystanku patrzyli na mnie z mordem w oczach, ale nikt pomocy nie zaoferował... Jak zazwyczaj staram się podchodzić z dystansem do różnych sytuacji, tak teraz łzy mi pociekły.
W końcu wracając z tą nieszczęsną bułką, zawyta i zasmarkana widziałam jak ktoś pana w stronę tramwajów prowadzi.
Kto piekielny... ja? Niewidomy? Czy ludzie którzy pozwalają takim niesamodzielnym osobom poruszać się samemu po mieście? A potem oni mają pretensję do obcych, że są egoistyczni i znieczuleni...
Chciałam dobrze, wyszło jak zwykle...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (Głosów: 261)