Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RudaRakieta

Zamieszcza historie od: 14 stycznia 2016 - 21:12
Ostatnio: 23 sierpnia 2017 - 22:08
  • Historii na głównej: 21 z 33
  • Punktów za historie: 4657
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 51
 

#79157

(PW) ·
| Do ulubionych
Już dziś pisałam, ale mam historyjkę sprzed chwili.
Ciocia natura wpadła z comiesięczną wizytą, tak więc naszła mnie ochota na ziemniaczany przysmak.

Sklep mam pod blokiem, więc portfel w dłoń i biegnę. Na miejscu dokładnie oglądam półkę pełną chrupków, dokładnie opisanych, i widzę na przedostatniej niewielkie paczuszki lays'ów, a tuż pod nimi etykietki z logiem "lays" i cena 4,00. Na ostatniej półeczce były jeszcze cheetosy, ale nie miałam na nie ochoty.

Chwyciłam paczuszkę i podchodzę do kasy. Pan sprzedawca kasuje i słyszę... 4,90.

No chwila, zerkam jeszcze raz i cena jak byk na karteczce z logiem lays wynosi 4,00. Zahaczam więc o ten fakt i słyszę że: "no bo wie pani, to albo stara cena albo dotyczy cheetosów. No ja nie mogę nic z tym zrobić, nie ma opcji, że pani nabiję te chipsy za 4,00, bo z własnej kieszeni będę dokładał".

1. Już nie chodzi mi o to 90 groszy, ale pracowałam w handlu latami i wiem, że jak przy danym produkcie widnieje cena 5 zł, to klient MA PRAWO kupić to za 5 zł a nie za 6, mylić się rzeczą ludzką, osobiście po takich akcjach leciałam zmieniać cenę na prawidłową.

2. Jeśli cena widnieje na etykiecie dajmy na to mleka, to ostatnią rzeczą o jakiej pomyślę jest to, że dotyczy maślanki, w dodatku innej firmy. No kurka, jak mogłam się nie domyślić...

3. Dla tych co zarzucą mi, że pewnie jednorazowa sytuacja a ja się czepiam. Jestem w tym sklepie niemalże codziennie, i często zerkam na tą półkę, bo jestem na diecie i ze sobą walczę, paczuszki smakowe się zmieniają, cena nie.

Chipsów nie kupiłam.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (198)

#79152

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej, dawno nic nie pisałam ale po obserwacjach dotyczących mojej pracy naszła mnie pewna refleksja dotycząca szanowania cudzego i swojego czasu. Pewnie każdy z nas ma takie sytuacje, zwłaszcza w pracy, że godzina "zakończenia zmiany" jest tylko godziną wymowną, a nawet jeśli nie, to spotykają nas sytuacje wywołujące gula na gardle.

Do sedna. Pracuję w kawiarni. Ma ona swoje określone godziny otwarcia, dajmy na to 10-19. Jak każda branża zresztą.

Moja szefowa to kobieta do rany przyłóż, fajna, kontaktowa, wyrozumiała babeczka, do tego zawsze frontem i z uśmiechem do klienta. Tak się składa że jest nas 3. Ja, szefowa i jeszcze koleżanka.
Do czego zmierzam ? Otóż szefowa będzie siedzieć w tej kawiarni dopóki są ludzie (zazwyczaj pracujemy pojedynczo na popołudniowych zmianach bo ruch jest mniejszy)... ok, rozumiem że ktoś wejdzie na dłuższe posiedzenie o 18.45 i pozwala mu w spokoju dopić kawę, też tak robię, ale nagminnie, kiedy w tym czasie ktoś wejdzie po 19 obsługuje go, robi kawki i siedzi czasem do 20.30, do ostatniego klienta.

Jej sprawa, szefuje to może. Gorzej kiedy trafi na mnie i na koleżankę. Godzina 19.02, ekspres wyłączony, kasa się rozlicza, sprzątanie rozgardiaszu itp., dosyć często wchodzą ludzie i chcą kawę, ciastko, cokolwiek. Po informacji że jest już po 19-stej i kawiarnia jest zamknięta spotykamy się z bulwersem,"no ale jak to?! jak jest koleżanka taka i taka to jest otwarte! Ja tu przyszłam na kawę! Mam pieniądze i żądam kawy!".
No sorry, kawy nie dostanie bo moje życie prywatne nie ogranicza się do mojej pracy zwłaszcza, że za siedzenie do 20-stej nikt mi nie zapłaci.

Nie powinno nas to interesować bo my nie musimy robić nadgodzin, 19, wyłączamy ekspres i możemy mieć w dupie wszystko, ale jest to męczące i funduje mega nerwy na koniec dnia. Jest to nagminna sytuacja.

W poprzednich pracach też się tak zdarzało, ja rozumiem, że polska mentalność jest nastawiona na wchodzenie w kakao za najniższą krajową, że uśmiech i czerwone dywany ponad wszystko, ale sorry, jeśli cokolwiek czego potrzebuję nie jest chlebem bez którego nie przetrwam poranka to nie wpierniczam się do lokalu w godzinie zamknięcia czy chociażby 5 min przed.

A później szefowa przychodzi i narzeka że późno wyszła, że wszystko ją boli, że się nie wyspała.

Jak mamy szanować czas innych skoro oni sami go nie szanują?

A często jest tak że za te dodatkowe pół godziny lub godzinę nikt Ci nie wypłaci, "no bo wyjątkowa sytuacja", luj, że trzeci raz w tym tygodniu... A stwierdzenie "że powinnam tu siedzieć do ostatniego klienta, bo ZA TO MI PŁACĄ" pozostawię bez komentarza..

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (166)

#79223

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi drodzy, hit. Normalnie hit...
Dziś jest sobota, kawiarnia czynna do 17. O 17.02 (specjalnie spojrzałam na zegarek) wpada babeczka z dzieckiem, nie więcej niż 30 lat z wyglądu.
- Dzień dobry, chcę kawę.
- Przepraszam bardzo, ale kawiarnia jest czynna do 17, niestety nie sprzedam pani kawy.
- Ale powinnaś pracować do ostatniego klienta! Dzięki takim jak ja masz wypłatę!
- Niekoniecznie, poza tym ja też mam życie prywatne i też muszę jechać do dziecka (dla zobrazowania sytuacji, obiecałam zająć się wieczorem synkiem koleżanki bo miała jakieś ważne wyjście rodzinne, poza tym mam ponad 20 lat i zdecydowanie nie wyglądam na gówniarę).
- To trzeba się było nie puszczać, miałabyś czas pracować uczciwie jak człowiek !!

I wyszła...
Wiem jak to brzmi, sama się zbierałam z pół godziny, ale sytuacja autentyczna...
Serio, myślałam że takie rzeczy to tylko w wyobraźni się dzieją...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (222)

#78754

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś opowiem Wam o typie klientów/klientek którzy doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Małżeństwa z dziećmi, koleżanki z dziećmi, mamusie z dziećmi. Często bywa tak, że ludzie po otrzymaniu zamówienia zajmują się sobą, a o dzieciach totalnie zapominają. Dzieci, jak to dzieci, biegają, marudzą, wysypują cukier, rozwalają zabawki po całej kawiarni. Zwracanie uwagi oczywiście nie pomaga, jednak była jedna taka sytuacja która zapadła mi głęboko w pamięć.

Przyszły dwie panie z trójką dzieci, zamówiły kawkę, ciasteczka itp. Swoje zrobiłam, akurat tak się złożyło, że byłam na zmianie sama i ruch był całkiem spory. Nie zwracałam specjalnej uwagi na klientki dopóki dzieciaki nie zaczęły marudzić i nie usłyszałam "idźcie pobawić się z panią, mamusia chce porozmawiać". I cyrk się zaczął.

Próbuje ogarnąć wszystkie zamówienia a pod nogami plączą mi się trzy wypierdki w wieku 4-6 lat, padła seria pytań "a co pani robiiii, a do czego to służy, a jak ma pani na imię, a mogę zjeść to ciastkoooo, a ja się chcę tym pobawić", do tego doszło wchodzenie za ladę, dobieranie się do ciastek wystawionych na witrynie i próba przechwycenia noża leżącego na blacie... W pewnym momencie niemalże musiałam nogą odganiać dzieciarnię, bo ręce miałam zajęte. Po zwróceniu uwagi, panie mnie obfukały bo przecież one sobie chcą w spokoju porozmawiać, a mi korona z głowy nie spadnie jak poświęcę chwilkę uwagi ich pociechom.

Póki co bycia niańką i animatorem w umowie nie mam. Jak już się ludzie decydują na rodzinne wyjścia w miejsca publiczne to niech swoich gówniarzy pilnują, kawiarnia tak samo jak sklep czy restauracja to nie przedszkole, zamawiając kawę nie dostajesz w gratisie opiekunki do dzieciaka. Naprawdę często się spotykam z podobnym zachowaniem, skąd to się bierze?

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (239)
Dziś opiszę Wam historię dotyczącą mojej byłej pracy. Dla tych co nie są wtajemniczeni, pracowałam w lumpie. Generalnie przez pierwsze półrocze studiów niestety było tak dziwnie, że zjazdy miałam co weekend a nie co dwa, PKA tak zarządziła. Akurat szukałam pracy, a biorąc pod uwagę brak dyspozycyjności 24 na 7, drukowanymi literami napisałam w cv, że niestety praca w weekendy odpada z takiego i takiego powodu, nie spamiłam również do miejsc, gdzie wyraźnie pisało o pracy weekendowej.

Dostałam pewnego dnia telefon, zaproszenie (bez rozmowy kwalifikacyjnej) na dzień próbny. Nikt nic ode mnie więcej nie chciał więc sama zaczęłam ciągnąć za język i pytać o podstawowe rzeczy. W momencie gdy okazało się, że praca jest 6 dni w tygodniu, plus co druga sobota obowiązkowe nadgodziny wspomniałam o powyższej sytuacji i o tym, że no ni cholery nie przeskoczę pewnych rzeczy wiec albo pracuję od pn. do pt. za niższą stawkę, albo niech szukają kogo innego. Usłyszałam że to nie jest problem i że po prostu nie będą mi płacić za te soboty. Dla mnie bomba.

Szefostwo poznałam po tygodniu (materiał na oddzielną historię), po jakichś dwóch zaczęła się gadka: "No ale jak to tak, skoro inni pracują w soboty to TY też musisz. To jest niesprawiedliwe wobec innych dziewczyn, dobrze się z tym czujesz ? To niemożliwe że masz zjazd co weekend." Walczyłam z systemem przez trzy miesiące. Argument "jak wam się nie podoba to mnie zwolnijcie" niewiele wnosił bo mało kto wytrzymał tam dłużej niż miesiąc.

Czarę goryczy przelała sytuacja w której miałam odebrać kasę za nadgodziny (nie raz było tak, że musiałam zostać godzinę lub dwie dłużej bo zapominali że trzeba mnie rozliczyć), usłyszałam wtedy "w sumie to ty żadnych pieniędzy nie dostaniesz bo nie pracujesz w weekendy i Ci się nie należy, powinnaś być wdzięczna że Cię tutaj trzymamy (wtf?!)", czy wspominałam już, że dostawałam mniejszą pensję i trąbiłam wszem i wobec od samego początku o zajętych weekendach?

Na koniec opierniczyli mnie na 100 zł z wypłaty i nawet się nikt ze mną nie pożegnał. Wyglądało to tak, że koleżanka dostała telefon od Wielebnej i przekazała mi "Masz dziś wziąć wypłatę z utargu i jutro już nie przychodzić".

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (164)

#78079

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodam dziś historię zainspirowaną codziennymi sytuacjami w sklepie. Często słyszymy o piekielnych klientach, którzy w najróżniejszy sposób uprzykrzają życie biednym sprzedawcom.

Opiszę jednak sytuację z perspektywy klienta. Pod blokiem mam niewielki sklepik, jestem tam praktycznie co drugi dzień po jakieś drobne zakupy. Mój ukochany personel się wykruszył, ale i ze świeżakami już jestem na "cześć". Jest jednak jeden mężczyzna, o którym właśnie będzie historia.

Ogólnie nie zaszedł mi jakoś bardzo za skórę, ale nie raczy odpowiedzieć na "dzień dobry" (czasem jest tak, że jesteśmy sami na sklepie, a jest on malutki, więc nie da się nie słyszeć) gdy o coś pytam, odburkuje coś gapiąc się w telefon, ogólnie na mój uśmiech odpowiada grobową miną, no wieje po prostu aurą pt. "weź daj mi spokój i najlepiej wyjdź". Kiedyś podeszłam do kasy i zapatrzona w jakiś towar obok poprosiłam o papierosy. Odpowiedziała mi cisza, więc spojrzałam na pana, a ten niespiesznie rozpakowywał jakieś żelki i nie uraczył mnie nawet spojrzeniem. Po jakichś dwóch minutach dostałam swoje papierosy, zapłaciłam, wyszłam, "do widzenia" nie usłyszałam.

Dla jasności. Nie jestem jakąś paniusią hrabianką, która domaga się najwyższej uwagi i czerwonych dywanów w progu. Sama pracowałam w handlu, a i teraz mam kontakt z ludźmi i niestety taka praca do czegoś zobowiązuje. Każdy ma prawo do gorszego dnia, ale jak się jest na co dzień gburem to chyba pora pomyśleć nad zmianą pracy. Jesteś zajęty i chcesz coś skończyć, bo zostało kilka paczek do wyjęcia? Wystarczy powiedzieć: "chwileczkę, tylko skończę rozpakowywać" i po sprawie, mnie korona nie spadnie jak zaczekam te dwie minuty, a atmosfera jakaś taka lepsza się robi. Sorry, ale kiedy ktoś mnie perfidnie ignoruje, mówi do mnie gapiąc się w telefon albo memłając ostentacyjnie gumę do żucia, nie czuję się komfortowo i dobrze jako klient, nie mam ochoty wracać w takie miejsce.

Akurat oberwało się temu panu, ale nie raz się spotkałam z takimi ludźmi i wy pewnie też.
Jak uważasz się za męczennika i ludzie Cię denerwują, to idź i pracuj tam gdzie nikogo nie będziesz katował swoją negatywną energią.
Nie tak łatwo zmienić pracę? Nie każdy może sobie na to pozwolić? To naucz się zachowywać jak profesjonalista, bo czy jesteś kasjerem w supermarkecie czy biznesmenem, trzeba umieć zakładać maskę, jeśli nie, to w końcu i tak Ci podziękują za współpracę bo będą skargi.
Czy naprawdę przysłowiowe, zwykłe "dziękuję" i "do widzenia" w dzisiejszych czasach kosztuje tak wiele?

Małe edit coby wyjaśnić jedną kwestię. Nie oczekuję, że sprzedawca przywita mnie z ukłonem i będzie za mną latał z "dzień dobry, w czym mogę pomóc, może coś zaproponować?". Też współczuję osobom które muszą tak robić. Zazwyczaj pierwsza mówię to "dzień dobry", bo po prostu tak jestem nauczona i wychowana. A skoro wychodzę z tą małą inicjatywą, to chyba bolączki tyłka nikt nie dostanie jak mi odpowie?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (252)

#77886

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja: zamów herbatę, która w oryginalnym przepisie zawiera miód, jest on podany wśród listy składników które gapią się na ciebie z tablicy ofertowej.

Nie wspomnij baristce o tym, że życzysz sobie bez miodu. Zacznij pić swoją upragnioną herbatkę i wydrzyj ryja na baristkę, bo przecież Ty chciałaś bez miodu, w końcu jesteś tu już trzeci raz i wszyscy powinni o tym fakcie pamiętać.

Nie przyjmuj do wiadomości, że nie masz takiej informacji wypisanej na czole, takich "stałych" klientów przewija się dziennie 50, a obsługująca Cię osoba nie czyta w myślach.

Rzuć tą nieszczęsną herbatą i wyjdź dostojnym, oburzonym krokiem nie zapominając przy tym trzasnąć drzwiami.

Kolejny emocjonujący dzień w pracy...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (243)

#77769

(PW) ·
| Do ulubionych
Powiedzcie mi, o czym myślą ludzie przychodzący do kawiarni z częścią własnego prowiantu? Fakt, że odkąd pracuję w kawiarni, to takie perfidne przypadki w postaci panci z własnym soczkiem i sałatką były 2. Ale minimum raz dziennie przyjdzie osoba, która zamówi jakąś kawę czy herbatę, a po zajęciu miejsca wyciąga kanapeczki, rogaliczki, lunch itd. Nawet nie pytają o zgodę. Pomijam już fakt, że mija się to z polityką firmy, ale to już zajeżdża cebulą konkretną.

Czy idąc do kina zabieramy własny popcorn i film? Nie. Czy idąc do restauracji, zabieramy własny obiad? Nie. To dlaczego idąc do kawiarni ludzie wpieprzają rogale i ciastka kupione w spożywczym obok (mamy i kanapki i ciasta i lunch w kilku odsłonach)? A spróbuj zwrócić uwagę, to obraza majestatu...

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (300)

#77686

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wcześniej wspominałam, pracuję w eko kawiarni. Dziś przychodzi klientka, rozmawiając przez telefon (swoją drogą gardzę takimi ludźmi, zwłaszcza jak gadają w takich sytuacjach o niczym), zamawia flat White na mleku kokosowym NA WYNOS. Co to znaczy?

To znaczy, że po przygotowaniu takiej kawy nie podchodzimy z tacką i pełnym arsenałem do stolika, tylko stawiamy kawę na podajniku, gdzie klient doprawia sobie napój czym mu się podoba, zabiera i wychodzi. Rzecz jasna głośno komunikujemy że "proszę, taka i taka kawa". Tym razem też tak było. Postawiłam kawę na podajniku, wyrecytowałam regułkę, pani nadal miała mnie w dupie i paplała przez srajfona. Wróciłam więc do innych obowiązków, bo kolejny klient czeka. Za chwilę pani wyskakuje z mordą, że ile ona ma jeszcze czekać. No to mówię, że kawa czeka na nią od 10 minut i informowałam o tym. Pani tylko stwierdziła że jestem bezczelna i niewychowana... Kto jest ten jest.

Hasło: "klient nasz pan", też ma swoje granice. Szanujmy się nawzajem.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (222)

#77637

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie w kawiarni.
Na tle innych wyróżnia ją to, że wszystkie nasze produkty są bio, eko, certyfikowane no i w ogóle 100% zdrowia. Co za tym idzie, klienci zwykle są specyficzni, wymagający, ale nie mogę narzekać, bo większość z nich jest grzeczna i miła.
Nie o tym jednak do końca :)

Przychodzi dziś dziewczę młode, wymuskana, wymalowana, jak z obrazka, widać że "eko świrka" (bez obrazy, ja tak pieszczotliwie nazywam co niektóre przypadki), bo zasypuje mnie masą pytań na temat jakości produktów i ich składu itp., tłumacząc przy tym zawzięcie jaką ona ma wielką wiedzę na temat zdrowego żywienia i trybu życia. Po męczących 10 minutach, postanowiła zamówić świeży sok z pomarańczy. Kamień z serca, koniec mej udręki, tak przynajmniej mi się zdawało.

Kiedy zabrałam się za przygotowywanie owoców, dziewczę zabiło mnie pytaniem czy "aby na pewno te owoce nie zawierają glutenu i szkodliwego cukru".
Umarłam... tłumaczyłam kolejne 5 minut, że nie, nie mają.
Do końca chyba nie była przekonana i podejrzliwie na mnie zerkała, ale sok wypiła.

Piekielności tłumaczyć chyba nie muszę.
Pozerstwo samo w sobie jest piekielne...

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (291)