Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

RudaRakieta

Zamieszcza historie od: 14 stycznia 2016 - 21:12
Ostatnio: 22 kwietnia 2018 - 14:13
  • Historii na głównej: 33 z 46
  • Punktów za historie: 6586
  • Komentarzy: 30
  • Punktów za komentarze: 155
 

#80046

(PW) ·
| Do ulubionych
"Madka" roku :D

W kawiarni mamy taki mini kącik dla dzieci, gdzie stoją dwa kosze z zabawkami i stoliczek z kredkami i kolorowankami. Cel wiadomy, coby dorośli w spokoju mogli się skupić na swoich sprawach.
Często gęsto jest tak, że zostawiają po dzieciach bałagan, a my, jako że musimy to sprzątać, zabawki z koszy znamy na wylot. Nie jest ich jakoś super dużo, ale są całkiem pokaźnych rozmiarów, minimum 30 cm i doskonale przez każdą z nas rozpoznawalne.

Dziś odwiedziła mnie mamusia z pociechą. Wypiła kawkę i jednocześnie cały czas aktywnie uczestniczyła w zabawianiu dziecka, aż mi się miło zrobiło. Do czasu, aż zauważyłam że mama wychodzi trzymając dziecko za rękę, a dziecko pod pachą dzierży jedną z kawiarnianych zabawek.

Po zwróceniu uwagi matka udawała głupią, że niby nie zauważyła, i kazała dziecku odnieść maskotkę, co na to dziecko?
- Mamo ale mówiłaś że mogę sobie wziąć...

Spaliła buraka i niemalże wybiegła ciągnąc za sobą latorośl, już bez próby tłumaczenia...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (181)

#79984

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakieś dwa tygodnie temu zapisałam się na siłownię. Generalnie dużo mnie kosztowało żeby przełamać swoją nieśmiałość i robić z siebie publicznego błazna, ale jako że wspieramy się nawzajem z przyjaciółką, to na tym etapie jestem szczęśliwym człowiekiem.

Zauważyłam kilka dni temu, że jakieś koksiki delikatnie podśmiechują się pod nosem z chłopca o figurze patyczaka, i przypomniało mi to historię mojej koleżanki.

Dziewczyna ma kilka kilogramów nadwagi, no ale w końcu stwierdziła że od tego chyba jest siłownia, żeby je zacząć zrzucać. Tak więc przełamała lody i ruszyła w bój. Pech chciał, że za chyba trzecim razem trafiła na dwie kopie Britney Spears, które ostentacyjnie wyśmiały dziewczynę... Przytaczać przykrych słów nie będę, bo nie do tego zmierzam. No koleżanka się zamknęła w sobie i nawet na taką parkową nie chce wychodzić.

Pewnie jest to rzadkie zjawisko, ale ciągle się gdzieś tam powtarza, jak już widzicie taką sytuację, reagujcie... jak "grubas" siedzi w domu i napierdziela w gry to źle, jak "grubas" wyjdzie z domu i próbuje coś z sobą zrobić to też źle bo "omfg, to takie nieestetyczne, że taka osoba trzęsie tłustymi wałkami na bieżni, no ja jestem taka zniesmaczona nie mogę na to "paczeć". Nie chcę tu wkładać wszystkich do jednego worka, podkreśliłam już wcześniej, że to pewnie nie zdarza się codziennie... Ale brońcie takich ludzi jak już widzicie coś takiego, dla nich to może być gwóźdź do trumny.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (180)

#80010

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyjdź do kawiarni ze stertą dokumentów i laptopem, rozsiądź się wygodnie w fotelu. Klikaj w klawiaturę i jednocześnie rozmawiaj przez telefon, a na koniec opierdziel wszystkich dookoła, że TY TU PRACUJESZ, i żeby rozmawiali szeptem, a baristki niech najlepiej przestaną wiercić wyciskarką do soku i ekspresem, bo TY SIĘ NIE MOŻESZ SKUPIĆ W TAKICH WARUNKACH, POTRZEBUJESZ CISZY I SPOKOJU I WSZYSCY MAJĄ TO USZANOWAĆ.

Tak że jeżeli potrzebujecie popracować w ciszy, spokoju i skupieniu, to nie ma nic lepszego niż kawiarnia pełna rozmawiających gości, krzyczących dzieci i głośnego ekspresu do kawy...

Zapraszam.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (211)

#79867

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie zaznaczę, że mój typ urody jakimś dziwnym cudem działa na wszelkiej maści ciemnoskórych panów niczym wabik.

O ile gwizdanie na ulicy, zagadywanie w autobusie albo zaczepianie w budkach z kebabem mogę jakoś przeżyć, tak tamta sytuacja na długo pozostawi niesmak.

Postanowiłyśmy z koleżanką wybrać się pewnego wieczoru na piwko do jakiejś przytulnej spelunki. Jako iż miał to być swojski, babski wypad, przywdziałam zwykłe jeansy, glany, wyświechtaną koszulkę o dwa rozmiary za dużą i delikatnie się pomalowałam. Ostatnią rzeczą, jaką można by o mnie wtedy powiedzieć, to że wyglądam jak półnaga lafirynda.

Wieczór mijał nam miło i przyjemnie, do czasu aż stolik obok usiadł pewien Polak ze swym śniadym kumplem.

Zaczęło się niewinnie, gapił się intensywnie, puszczał oczko, uśmiechał się. Mój brak reakcji najwidoczniej uznał za zaproszenie do dalszego flirtu, bo w mig znalazł się obok, wychwalając moją urodę i nachalnie namawiając na spotkanie.

Wszelkie prośby, zapewnienia że jestem zajęta, ignorowanie i groźby ze strony mojej i koleżanki spływały po nim jak po kaczce, w pewnym momencie, po kolejnym "spier***" zaczął kłaść mi rękę na udzie lub próbował mnie objąć.

W akcie desperacji poprosiłyśmy Polaka, aby zajął się kolegą i go zabrał, bo sytuacja przestała być śmieszna. Usłyszałam, że "mój kolega jest wolnym człowiekiem i może robić to, na co ma ochotę". Barman również miał wszystko w dupie, wzruszył tylko ramionami i stwierdził, że nie jego sprawa.

W momencie, kiedy amant poszedł za mną do łazienki, dostał po mordzie i wściekłe opuściłyśmy lokal.

Puenty nie ma. Tylko ja teraz się boję gdziekolwiek wyjść bez jakiegoś faceta przy boku, czy to mój narzeczony, czy chłopak koleżanki, bo nie chcę przechodzić po raz kolejny takiej sytuacji.

Nigdy więcej tam nie pójdę...

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (176)

#79157

(PW) ·
| Do ulubionych
Już dziś pisałam, ale mam historyjkę sprzed chwili.
Ciocia natura wpadła z comiesięczną wizytą, tak więc naszła mnie ochota na ziemniaczany przysmak.

Sklep mam pod blokiem, więc portfel w dłoń i biegnę. Na miejscu dokładnie oglądam półkę pełną chrupków, dokładnie opisanych, i widzę na przedostatniej niewielkie paczuszki lays'ów, a tuż pod nimi etykietki z logiem "lays" i cena 4,00. Na ostatniej półeczce były jeszcze cheetosy, ale nie miałam na nie ochoty.

Chwyciłam paczuszkę i podchodzę do kasy. Pan sprzedawca kasuje i słyszę... 4,90.

No chwila, zerkam jeszcze raz i cena jak byk na karteczce z logiem lays wynosi 4,00. Zahaczam więc o ten fakt i słyszę że: "no bo wie pani, to albo stara cena albo dotyczy cheetosów. No ja nie mogę nic z tym zrobić, nie ma opcji, że pani nabiję te chipsy za 4,00, bo z własnej kieszeni będę dokładał".

1. Już nie chodzi mi o to 90 groszy, ale pracowałam w handlu latami i wiem, że jak przy danym produkcie widnieje cena 5 zł, to klient MA PRAWO kupić to za 5 zł a nie za 6, mylić się rzeczą ludzką, osobiście po takich akcjach leciałam zmieniać cenę na prawidłową.

2. Jeśli cena widnieje na etykiecie dajmy na to mleka, to ostatnią rzeczą o jakiej pomyślę jest to, że dotyczy maślanki, w dodatku innej firmy. No kurka, jak mogłam się nie domyślić...

3. Dla tych co zarzucą mi, że pewnie jednorazowa sytuacja a ja się czepiam. Jestem w tym sklepie niemalże codziennie, i często zerkam na tą półkę, bo jestem na diecie i ze sobą walczę, paczuszki smakowe się zmieniają, cena nie.

Chipsów nie kupiłam.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (205)

#79152

(PW) ·
| Do ulubionych
Hej, dawno nic nie pisałam ale po obserwacjach dotyczących mojej pracy naszła mnie pewna refleksja dotycząca szanowania cudzego i swojego czasu. Pewnie każdy z nas ma takie sytuacje, zwłaszcza w pracy, że godzina "zakończenia zmiany" jest tylko godziną wymowną, a nawet jeśli nie, to spotykają nas sytuacje wywołujące gula na gardle.

Do sedna. Pracuję w kawiarni. Ma ona swoje określone godziny otwarcia, dajmy na to 10-19. Jak każda branża zresztą.

Moja szefowa to kobieta do rany przyłóż, fajna, kontaktowa, wyrozumiała babeczka, do tego zawsze frontem i z uśmiechem do klienta. Tak się składa że jest nas 3. Ja, szefowa i jeszcze koleżanka.
Do czego zmierzam ? Otóż szefowa będzie siedzieć w tej kawiarni dopóki są ludzie (zazwyczaj pracujemy pojedynczo na popołudniowych zmianach bo ruch jest mniejszy)... ok, rozumiem że ktoś wejdzie na dłuższe posiedzenie o 18.45 i pozwala mu w spokoju dopić kawę, też tak robię, ale nagminnie, kiedy w tym czasie ktoś wejdzie po 19 obsługuje go, robi kawki i siedzi czasem do 20.30, do ostatniego klienta.

Jej sprawa, szefuje to może. Gorzej kiedy trafi na mnie i na koleżankę. Godzina 19.02, ekspres wyłączony, kasa się rozlicza, sprzątanie rozgardiaszu itp., dosyć często wchodzą ludzie i chcą kawę, ciastko, cokolwiek. Po informacji że jest już po 19-stej i kawiarnia jest zamknięta spotykamy się z bulwersem,"no ale jak to?! jak jest koleżanka taka i taka to jest otwarte! Ja tu przyszłam na kawę! Mam pieniądze i żądam kawy!".
No sorry, kawy nie dostanie bo moje życie prywatne nie ogranicza się do mojej pracy zwłaszcza, że za siedzenie do 20-stej nikt mi nie zapłaci.

Nie powinno nas to interesować bo my nie musimy robić nadgodzin, 19, wyłączamy ekspres i możemy mieć w dupie wszystko, ale jest to męczące i funduje mega nerwy na koniec dnia. Jest to nagminna sytuacja.

W poprzednich pracach też się tak zdarzało, ja rozumiem, że polska mentalność jest nastawiona na wchodzenie w kakao za najniższą krajową, że uśmiech i czerwone dywany ponad wszystko, ale sorry, jeśli cokolwiek czego potrzebuję nie jest chlebem bez którego nie przetrwam poranka to nie wpierniczam się do lokalu w godzinie zamknięcia czy chociażby 5 min przed.

A później szefowa przychodzi i narzeka że późno wyszła, że wszystko ją boli, że się nie wyspała.

Jak mamy szanować czas innych skoro oni sami go nie szanują?

A często jest tak że za te dodatkowe pół godziny lub godzinę nikt Ci nie wypłaci, "no bo wyjątkowa sytuacja", luj, że trzeci raz w tym tygodniu... A stwierdzenie "że powinnam tu siedzieć do ostatniego klienta, bo ZA TO MI PŁACĄ" pozostawię bez komentarza..

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (171)

#79223

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi drodzy, hit. Normalnie hit...
Dziś jest sobota, kawiarnia czynna do 17. O 17.02 (specjalnie spojrzałam na zegarek) wpada babeczka z dzieckiem, nie więcej niż 30 lat z wyglądu.
- Dzień dobry, chcę kawę.
- Przepraszam bardzo, ale kawiarnia jest czynna do 17, niestety nie sprzedam pani kawy.
- Ale powinnaś pracować do ostatniego klienta! Dzięki takim jak ja masz wypłatę!
- Niekoniecznie, poza tym ja też mam życie prywatne i też muszę jechać do dziecka (dla zobrazowania sytuacji, obiecałam zająć się wieczorem synkiem koleżanki bo miała jakieś ważne wyjście rodzinne, poza tym mam ponad 20 lat i zdecydowanie nie wyglądam na gówniarę).
- To trzeba się było nie puszczać, miałabyś czas pracować uczciwie jak człowiek !!

I wyszła...
Wiem jak to brzmi, sama się zbierałam z pół godziny, ale sytuacja autentyczna...
Serio, myślałam że takie rzeczy to tylko w wyobraźni się dzieją...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (226)

#78754

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś opowiem Wam o typie klientów/klientek którzy doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Małżeństwa z dziećmi, koleżanki z dziećmi, mamusie z dziećmi. Często bywa tak, że ludzie po otrzymaniu zamówienia zajmują się sobą, a o dzieciach totalnie zapominają. Dzieci, jak to dzieci, biegają, marudzą, wysypują cukier, rozwalają zabawki po całej kawiarni. Zwracanie uwagi oczywiście nie pomaga, jednak była jedna taka sytuacja która zapadła mi głęboko w pamięć.

Przyszły dwie panie z trójką dzieci, zamówiły kawkę, ciasteczka itp. Swoje zrobiłam, akurat tak się złożyło, że byłam na zmianie sama i ruch był całkiem spory. Nie zwracałam specjalnej uwagi na klientki dopóki dzieciaki nie zaczęły marudzić i nie usłyszałam "idźcie pobawić się z panią, mamusia chce porozmawiać". I cyrk się zaczął.

Próbuje ogarnąć wszystkie zamówienia a pod nogami plączą mi się trzy wypierdki w wieku 4-6 lat, padła seria pytań "a co pani robiiii, a do czego to służy, a jak ma pani na imię, a mogę zjeść to ciastkoooo, a ja się chcę tym pobawić", do tego doszło wchodzenie za ladę, dobieranie się do ciastek wystawionych na witrynie i próba przechwycenia noża leżącego na blacie... W pewnym momencie niemalże musiałam nogą odganiać dzieciarnię, bo ręce miałam zajęte. Po zwróceniu uwagi, panie mnie obfukały bo przecież one sobie chcą w spokoju porozmawiać, a mi korona z głowy nie spadnie jak poświęcę chwilkę uwagi ich pociechom.

Póki co bycia niańką i animatorem w umowie nie mam. Jak już się ludzie decydują na rodzinne wyjścia w miejsca publiczne to niech swoich gówniarzy pilnują, kawiarnia tak samo jak sklep czy restauracja to nie przedszkole, zamawiając kawę nie dostajesz w gratisie opiekunki do dzieciaka. Naprawdę często się spotykam z podobnym zachowaniem, skąd to się bierze?

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (245)
zarchiwizowany
Krótko i na temat. Nie wiem czy Wy również się z tym spotykacie i czy Was to drażni, ale... Dlaczego ***** minimum 5 osób dziennie w mojej kawiarni po skorzystaniu z łazienki to nie gasi za sobą światła i zostawia otwarte drzwi na oścież ? Te drzwi przeszkadzają generalnie w poruszaniu się i klientom i pracownikom, bo kawiarenka mała, a prąd nie działa na powietrze. Dodatkowo z tych 5 osób przynajmniej 2 nie spuszczają za sobą wody :/. Co jest nie tak z tym społeczeństwem ? :/

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (132)
Dziś opiszę Wam historię dotyczącą mojej byłej pracy. Dla tych co nie są wtajemniczeni, pracowałam w lumpie. Generalnie przez pierwsze półrocze studiów niestety było tak dziwnie, że zjazdy miałam co weekend a nie co dwa, PKA tak zarządziła. Akurat szukałam pracy, a biorąc pod uwagę brak dyspozycyjności 24 na 7, drukowanymi literami napisałam w cv, że niestety praca w weekendy odpada z takiego i takiego powodu, nie spamiłam również do miejsc, gdzie wyraźnie pisało o pracy weekendowej.

Dostałam pewnego dnia telefon, zaproszenie (bez rozmowy kwalifikacyjnej) na dzień próbny. Nikt nic ode mnie więcej nie chciał więc sama zaczęłam ciągnąć za język i pytać o podstawowe rzeczy. W momencie gdy okazało się, że praca jest 6 dni w tygodniu, plus co druga sobota obowiązkowe nadgodziny wspomniałam o powyższej sytuacji i o tym, że no ni cholery nie przeskoczę pewnych rzeczy wiec albo pracuję od pn. do pt. za niższą stawkę, albo niech szukają kogo innego. Usłyszałam że to nie jest problem i że po prostu nie będą mi płacić za te soboty. Dla mnie bomba.

Szefostwo poznałam po tygodniu (materiał na oddzielną historię), po jakichś dwóch zaczęła się gadka: "No ale jak to tak, skoro inni pracują w soboty to TY też musisz. To jest niesprawiedliwe wobec innych dziewczyn, dobrze się z tym czujesz ? To niemożliwe że masz zjazd co weekend." Walczyłam z systemem przez trzy miesiące. Argument "jak wam się nie podoba to mnie zwolnijcie" niewiele wnosił bo mało kto wytrzymał tam dłużej niż miesiąc.

Czarę goryczy przelała sytuacja w której miałam odebrać kasę za nadgodziny (nie raz było tak, że musiałam zostać godzinę lub dwie dłużej bo zapominali że trzeba mnie rozliczyć), usłyszałam wtedy "w sumie to ty żadnych pieniędzy nie dostaniesz bo nie pracujesz w weekendy i Ci się nie należy, powinnaś być wdzięczna że Cię tutaj trzymamy (wtf?!)", czy wspominałam już, że dostawałam mniejszą pensję i trąbiłam wszem i wobec od samego początku o zajętych weekendach?

Na koniec opierniczyli mnie na 100 zł z wypłaty i nawet się nikt ze mną nie pożegnał. Wyglądało to tak, że koleżanka dostała telefon od Wielebnej i przekazała mi "Masz dziś wziąć wypłatę z utargu i jutro już nie przychodzić".

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (164)