Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

SamanthaFisher

Zamieszcza historie od: 12 lutego 2014 - 13:53
Ostatnio: 15 listopada 2017 - 16:55
O sobie:

Nikt nie zna mnie lepiej niż poczciwa tabliczka mlecznej czekolady.

  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 2781
  • Komentarzy: 114
  • Punktów za komentarze: 434
 

#79830

(PW) ·
| Do ulubionych
Szłam do auta przez osiedlowy parking.

Między rzędami samochodów jest na całej długości pas zieleni. Z daleka zobaczyłam matkę z córką, córka miała około 5 lat. Dziewczynka była przykucnięta. Aby dojść do swojego samochodu musiałam je minąć.

Co zobaczyłam, gdy podeszłam bliżej? Gó*no.

I to dosłownie, a także usłyszałam morze komplementów odnośnie defekacji i odchodów dziewczynki. Następnie matka wzięła woreczek, zebrała wydaliny, wytarła dziecku rzyć i dalej z uśmiechem cieszyła się na głos z pokaźnej wielkości stolca "zuch dziewczyny”.

Mimo głębokiego szoku, udało mi się odezwać.

Powiedziałam: "Przepraszam, czy ma pani dziecko, czy psa, bo jak dziecko, to wokół jest tyle toalet, z których można było skorzystać - w kościele, w barze, w hotelu…”.

Kobieta odpowiedziała mi krótko, z uśmiechem na twarzy, słowa, które można by przetłumaczyć jako: "idź hen daleko, niewiasto lekkich obyczajów".

Do każdej z tych toalet było mniej niż 100 metrów, nie uwierzę, że dziecko, a tym bardziej takie duże, nie wytrzymałoby.

Czy to ze mną jest coś nie tak, czy z tym światem?

Przecież dziecko też ma godność, a parking przy 4 wysokich blokach i ruchliwej ulicy wcale nie jest miejscem odosobnionym czy intymnym, kręci się tam mnóstwo ludzi. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem.

osiedlowy parking

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (149)

#79600

(PW) ·
| Do ulubionych
Wakacje - człowiek jedzie na nie, żeby odpocząć od padołu dnia codziennego, wyluzować i spędzić miłe chwile. No, ale tym razem nie wyszło. Ostrzegam, będzie tasiemiec.

Zarezerwowałam pokój na znanej stronie z pokojami do wynajęcia. Pozytywne opinie są, miejsce na zdjęciu również - zdaje się, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku.
Nadszedł dzień wyjazdu. Kot spakowany, żar leje się z nieba, adres sprawdzony i w nawigację wbity, wyruszamy w daleką drogę przez pół naszej pięknej ojczyzny, aby przyjechać w godzinach zameldowania zawartych na stronie.

Po paru godzinach jazdy dojeżdżamy na miejsce chwilę po początkowej godzinie zameldowania - ani żywej duszy. Odpalam komputer i sprawdzam ponownie adres - jak wół się zgadza. Dzwonimy do drzwi, ale im bardziej dzwonimy, tym bardziej nikogo tam nie ma. Obchodzimy dom w koło - pusto. Wyciągam telefon, dzwonię do gospodarza, ale nikt nie odbiera. Siadam i zaczynam myśleć co mam robić. W końcu wpadłam na pomysł, aby zadzwonić z telefonu partnera. Odebrane! Dostajemy nakaz wjechania na teren posesji, bo brama jest otwarta, ale gospodarza nie ma w domu, za to ktoś inny powinien być, mamy poczekać. No dobrze, w takim razie otworzyliśmy bramę, wjechaliśmy na podwórko, a że był ogromny upał, to transporter z kotem został umieszczony w cieniu, bramę zamknęliśmy.

Czekamy dalej, mija 10 minut, 20, aż minęło ponad pół godziny i dalej nikt się nie pojawił. Wtedy coś mnie tknęło, żeby zadzwonić ponownie do gospodarza z pytaniem, czy ten adres jest właściwy. Okazało się, że jednak nie. Zapytałam więc z czystej ciekawości dlaczego, na to druga strona odpowiedziała mi krzykiem, że dlaczego miałaby podawać ten adres, skoro tam nie mieszka, że co ja sobie wymyślam. Pakujemy kota z powrotem do auta, otwieramy bramę, wyjeżdżamy i zamykamy bramę, kończąc tym samym włamanie, za które serdecznie przepraszam prawowitych właścicieli posesji.

Udajemy się pod właściwy adres. Bierzemy transporter i wchodzimy na teren posesji. Dostajemy zaproszenie do środka od mężczyzny, który od razu znika w otchłani garażu. Wchodzimy do budynku, stoimy i czekamy. Po kilku minutach stania zaczęliśmy wołać "halo", ale odpowiadało nam tylko echo. W końcu partner rzucił "to mamy sobie sami wybrać ten pokój?" i usłyszeliśmy kobiecy krzyk "<imię męskie>+<najbardziej pospolite polskie przekleństwo>", z pokoju na piętrze wybiegła kobieta z nagim dzieckiem na rękach i udając, że nas nie widzi, pobiegła na dwór. Stanęliśmy osłupieni nie wiedząc co robić. Doszliśmy do wniosku, że nasz pobyt się już tu przedłuża, zabraliśmy kota i postanowiliśmy wrócić do domu.

Przed tym jednak postanowiłam zadzwonić do gospodarza, aby poinformować o zaistniałej sytuacji i zażądać rekompensaty. Oto, co się dowiedziałam w rozmowie:

- błędny adres jest moją winą, bo mogłam zadzwonić przed przyjazdem i dopytać, a to, że wskazówki dojazdu pokazywały jak wół godziny przyjazdu i adres to się nie liczy, moja wina, bo nie zadzwoniłam,
- gospodarza nie ma w domu i nie odpowiada za ludzi w nim będących, którzy powinni mnie zameldować,
- to nie jest Hilton, żebym oczekiwała komitetu powitalnego, przyjechałam jak najtańszym kosztem (co nie było prawdą), to mam nie narzekać,
- że kłamię z tym powrotem do domu, bo na pewno jadąc kilka godzin nie będę wracać do domu, tylko będę szukać innego lokum na miejscu (tak, zdecydowanie pragnę jeździć od miejsca do miejsca w okrutnym skwarze w środku sezonu, gdzie nie dość, że miejsc za wiele nie ma, to jeszcze nie każdy chce przyjąć ludzi ze zwierzęciem),
- że jestem roszczeniowa, że zepsułam dzień (tak mi przykro).

Wyłączyłam się, wtedy przyszła wcześniej krzycząca kobieta z prośbą o pozostanie. Po tak "uprzejmym" przyjęciu nie chcieliśmy, ale zgodziliśmy się pojechać w proponowane przez nią miejsce u rodziny, żeby tam się zatrzymać. Niestety, tam również wszystko świeciło pustkami, więc kobieta zaczęła nas prosić, żebyśmy jednak zostali u nich. Mając na uwadze dobro kota, zmęczenie, temperaturę i finanse (nikt by nam za podróż nie zwrócił), zgodziliśmy się.

Pokój pozostawiał wiele do życzenia:

- syf był niemiłosierny, wyglądał jakby nikt nie posprzątał po poprzednich lokatorach, podłogi całe w piasku, kurzu, włosach i innych "cudach" niewiadomego pochodzenia, a na ścianach były pajęczyny (pościel była czysta na szczęście), po prośbie zostało odkurzone, ale "na okrągło", więc tylko ścieżki komunikacyjne oczyściły się na chwilę, żeby po niedługim czasie znów zostały obsypane brudem wypełzającym spod łóżek,
- gniazda elektryczne z wiszącymi kablami, w których podobno nie było prądu, ale z wiadomego powodu tego sprawdzać nie chciałam,
- oba łóżka w tragicznym stanie technicznym: jedno z ułamaną nogą, która co chwilę się przesuwała i powierzchnia spania leciała w jedną stronę, a drugie z połamanym stelażem.

Powinniśmy zawinąć się stamtąd tak szybko, jak to możliwe, ale stwierdziliśmy, że tylko do spania jakoś się przemęczymy. Podczas całego pobytu prawie każdy udawał, że nas nie widzi, nawet jak byliśmy obok, ale cóż, pal licho.

Wróciłam do domu, wystawiłam stosowną opinię, a w odwecie dostałam ulepek słów, który mnie, nie ukrywam, rozbawił:

- zarzucono nam, że mieliśmy pretensje, że nikt nas "nie wita" - takie słowa nawet nie padły,
- błędny adres był wynikiem błędu gospodarza, tak jak myślałam wcześniej, ale nikt nas za to nie przeprosił nawet za ten błąd,
- to, że mieliśmy problem z przyjazdem jest moją winą, bo mogłam dzwonić,
- to, że nikt nie przyszedł z nami porozmawiać o całym zajściu to również moja wina,
- że mój kot narobił bałaganu, tj. brudny żwirek był w pościeli - okej, to że żwirek był w pościeli to prawda, ale było go niewiele i był czysty, bo brudny się nie nosi poza kuwetę, poza tym zapłaciłam extra za sprzątanie po pobycie, więc nie wiem w czym problem,
- że kot pobrudził ściany - to mnie najbardziej rozśmieszyło, bo mam zrobione zdjęcia z drugiego dnia po przyjeździe, gdzie owszem, ślady kocich łap są, ale dużo mniejsze niż łapa mojego kocura, z pazurami (gdzie mój kot pazury ma obcięte do minimum) i w dodatku CZARNE. Niech mi ktoś wyjaśni, jak mój kot miałby pobrudzić ścianę na czarno, kiedy on nie wychodzi w ogóle na zewnątrz i jego łapy są czyste? Ściany jasne nie były, więc łapy zwierza, który te odciski zostawił musiały wyglądać jakby je kto w sadzy stemplował.

"Jedź na wakacje" mówili. "Będzie fajnie" mówili.

wakacje

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (133)

#78497

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam rasowego kota ze sprawdzonej i zarejestrowanej hodowli. Według mnie problemu żadnego z tym nie powinno być. Ale nie, jednak nie. Znalazło się paru pseudoznawców i zooterrorystów, którzy namiętnie od jakiegoś czasu próbują uprzykrzyć mnie i biednemu kotkowi życie.

1. „Dlaczego nie zaadoptowałaś kota?! Tyle zwierząt w schronisku czeka na dom, nie masz serca!”.
Tak, masz rację, powinnam zaadoptować kota, a najlepiej od razu dziesięć, założyć dom tymczasowy i stać się kocią mamą. Na pytanie, dlaczego ta osoba jeszcze kota nie zaadoptowała, odpowiedziała: „A co ja będę jakieś przechodzone i parchate (?) koty w domu trzymać".
Aby uściślić, nie mam nic przeciwko adopcji i kotom ze schroniska, nie uważam ich za gorsze od rasowych. Przy zakupie kota dla siebie kierowałam się wyglądem, cechami charakteru, zdrowiem (zarówno fizycznym, jak i psychicznym), które hodowla, sprzedając mi zwierzę, mogła w pewien sposób zagwarantować, a przynajmniej zmniejszyć ryzyko posiadania cech, których nie uważałabym za pożądane.

2. „Znajoma znajomej kuzynki brata córki siostry mojej koleżanki miała do SPRZEDANIA piękne rasowe kotki, bo jej kotka się okociła”.
Znając tę osobę wiedziałam, że miała kota w TYPIE rasy, ale bez papierów, więc kot jakże pospolitej, europejskiej rasy. Kupię od niej kota, zapłacę i sobie Grażynka uświadomi, że to niezły byznes jest. A dodam, że rozmnażanie i sprzedaż kotów poza zarejestrowanymi hodowlami są karalne.

3. „Tyle pieniędzy za sierściucha? Nie masz co z pieniędzmi robić? Toż to zwykły kot, nie wygląda na rasowego. Po cholerę wydawać tyle kasy na normalnego kota?”.
No, nie mam. Zamiast pierzem mam hajsem wypchaną poduszkę, a na spłuczce leży parę stówek do podcierki. I nie, nie podzielę się, więcej dla mnie. Geniusz zła w najczystszej postaci. Poza tym kto mówi, że jest niezwykły i nienormalny? Kot jak kot, tylko większy i bardziej puchaty. A, i z kilkoma jeszcze cechami charakteru typowymi dla tej rasy, ale to nic.

4. „8 miesięcy? Oszukali cię, jest za duży, ten kot jest wielkości mojej Pusi!”.
Mogę tłumaczyć dwie bite godziny, że kot jest jak najbardziej wielkości takiej, jakiej być powinien na swój wiek, że taka rasa, ale i tak nie dociera, oszuści i tyle.

5. „Jesteś debilką, że go kastrujesz. Mogłabyś na tym nieźle zarobić!”.
I tym samym naruszyć warunki umowy, przyczynić się do wzrostu populacji bezdomnych kotów i wspierać pseudohodowle. Już biegnę, zajmij mi miejsce w kolejce.

6. „Dlaczego karmisz kota szajsem?! Widziałam reklamę Whiskasa/Kitekata i mówili tam, że to najlepsza karma”.
Och tak, Animonda, Applaws i Feringa (oraz podobne) to bardzo złe karmy dla kota. Nie zawierają żadnych ulepszaczy, tylko samo mięso. Na pewno brak zboża w składzie kotu zaszkodzi. Co racja to racja, co ja się będę spierać. I nie, nie dam mojemu kotu Whiskasa jak przyniesiesz. Resztek z obiadu również nie.

7. „Kot musi wychodzić na zewnątrz, bo w domu się kisi! Sadystka!”.
Tak, wyrzucę go na siłę na zewnątrz, bo jeszcze trochę i przemieni się w korniszona. Nieważne, że kot nie chce w ogóle wychodzić, nawet na balkon. Ale specjalnie dla ciebie uszczęśliwię zwierzaka na siłę.

8. „Jesteś ułomna, nawet na wakacje nie pojedziesz, a ja się nim nie zaopiekuję, jak będziesz miała z nim problem”.
Ojej, cóż za strata! Cóż ja teraz pocznę? Biedny kot, na czas mojego wyjazdu będzie musiał się szlajać po śmietnikach, bo nic innego mi nie pozostanie jak na ten czas go tam porzucić.

Na koniec moje ulubione:
9. „Czy ty w ogóle myślisz, co będzie za 5 lat? Co zrobisz po tym czasie z kotem?”.
Uśpię chloroformem i podrzucę komuś przez płot. A niech się ktoś inny martwi, jak kot mi się znudzi. No w końcu jestem wyrośniętym, ale wciąż dzieckiem (swoich rodziców) i nie wiem, co to odpowiedzialność.

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 308 (348)
Odbieram telefon.
[Damski Głos]: Dzień dobry, czy z panią Samanthą można?
[Ja]: Tak, słucham.
[DG]: Dzwonię z fimy Generali. Mam dla pani świetną promocję na ubezpieczenie na życie, za jedyne 55 złotych miesięcznie będzie pani mieć... [i tu 5-min wywód na temat cudowności i wspaniałości oferty], proszę mi tylko powiedzieć gdzie pani mieszka, i kiedy ma pani czas, to przyjadę do pani i porozmawiamy o konkretach oferty.
[Ja]: Nie jestem zainteresowana. Proszę mi powiedzieć, skąd ma pani mój numer?
[DG]: Numer mamy z bazy numerów.
[Ja]; Doprawdy? A cóż to za baza?
[DG]: No, taka baza, odgórna.
[Ja]: Ale skąd?
[DG: Z OLX.
[Ja]: Proszę pani, jeśli podałam numer w ogłoszeniu to nie po to, żeby dzwonili do mnie natręci z ubezpieczalni, a po to, żeby sprzedać swoje nienoszone szmaty. Po co mi ubezpieczenie, za które mam płacić, jak ja chcę zdobyć pieniądze, nie je wydawać i nie chc..
[pani się rozłączyła]

Tak, jestem pewna, że ta osoba dzwoniła rzeczywiście z ubezpieczalni, bo skontaktowałam się w tej sprawie. Nie rozumiem praktyki firm ubezpieczeniowych i tego, kto wpadł na tak genialny pomysł. Nie wiedzą do kogo dzwonią, jaki status materialny ma dana osoba. Nie mam pretensji do osoby dzwoniącej, ale nie podoba mi się polityka firmy. I jedno jest pewne - z usług firmy Generali za takie pozyskiwanie klienta na pewno nie skorzystam.

Generali i OLX

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (206)
Co można zastać zmieniając miejsce zamieszkania na blok z wielkiej płyty?

1. Rozsmarowane psie odchody na domofonie. Na wszystkich guzikach, na głośniku i wyświetlaczu. Po co? Tego nie wie nikt, w każdym razie unikam dotykania domofonu i innych części wspólnych jak mogę.

2. Windy w bloku są dwie - jedna większa i druga mniejsza. Większa znajduje się od strony wejścia, jest tam kamera, dlatego w większej zazwyczaj nic się nie dzieje. Za to mała winda jest siedliskiem wszelkiego syfu. Standardem jest postawiona na podłodze butelka po piwie napełniona moczem, standardem są również wyrzucone śmieci do windy - od typowych odpadów domowych po zniszczone biustonosze. Obok małej windy znajduje się działający zsyp na śmieci.

3. Blokowanie zamka w drzwiach do budynku tak, że każdy może wejść do środka bez użycia domofonu. Może to nie jest do końca piekielne, ale...

4. ...drzwi wejściowe do piwnicy nie są zamykane i nie widać wejścia do piwnicy w kamerze, dlatego zalęgli się tam bezdomni, alkoholicy i bezdomni alkoholicy. Wchodząc do środka smród jest nieziemski, piwnica jest zadymiona od tytoniu, pełno plam od moczu, wszędzie leżą ludzkie odchody i odpady. Wyłamują zamki z drzwi do boksów piwnicowych i sobie siedzą w ciepłym.

5. Wypuszczanie zwierząt domowych na klatkę schodową. Zwierzę sobie pochodzi, poniucha i załatwi potrzebę, a potem na klatce idzie się zaczadzić. Parę razy powiedzieliśmy głośno "Co tu tak je.. pachnie", paru sąsiadom ponarzekaliśmy, że jacyś popaprańcy smrodzą na klatce, także teraz przynajmniej idzie tam oddychać. Płytko, bo płytko, ale lepsze to niż bezdech.

6. Panie sprzątające. Spółdzielnia zatrudniła parę starszych kobiet do sprzątania klatek i wind, bo podobno lokatorzy się nie wywiązywali z obowiązków. Panie sprzątające mają opracowany swój "super" system - wylewają wiadro wody na podłogę, przecierają mopem i voila, czysto, po czym powtarzają czynność na każdym kolejnym piętrze. Tym samym mopem myją każde piętro i windy, mopa nie wypłukują, także wszystkie brudy z niższych pięter przenoszą się na wyższe. Mniej więcej do 3-4 piętra jest największy syf i smród, im wyżej tym mniej, ale po każdym sprzątaniu na każdym piętrze później śmierdzi tak samo. Rozmowa z panią sprzątającą nic nie daje, bo "jej się nie opłaca jechać na parter do pomieszczenia gospodarczego, bo nie ma czasu". No tak, nie ma czasu należycie wykonywać swoich obowiązków, ale ma już czas siedzieć na schodach z drugą panią sprzątającą i plotkować.

I nic z tym wszystkim nie idzie za bardzo zrobić. W bloku jest ponad 100 mieszkań, mieszkają różni ludzie. Pisma do spółdzielni nic nie dają, a do dzikich lokatorów w piwnicy była wzywana policja - bez większego efektu. Chyba czas przywyknąć, a może macie jakiś pomysł co z tym zrobić? :)

bloki z wielkiej płyty

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (145)
Ludzie narzekają na kolej. W pewnym sensie im się nie dziwię, ale w większości to oni stwarzają wokół komunikacji szynowej nieciekawą aurę.

1. Toalety w pociągu. Plamy na majestacie. Tylko czy to jest aż tak wina przewoźnika, że wchodząc tam zastajemy istne pobojowisko? Wiele rzeczy można tam zobaczyć, m.in:
- porozrzucane ręczniki papierowe
- papier toaletowy wrzucony do muszli
- zasikane podłogi (swoją drogą ludzie mają naprawdę słaby celownik, bo nie tylko spotyka się mocz w bezpośrednim towarzystwie muszli klozetowej, ale też przy zlewie czy drzwiach; i tu nie mam pewności, czy ktoś po prostu nie zrobił tego na podłogę, czy chociaż starał się trafić do środka sedesu)
- błoto na pękniętej desce (zapewne jakiś bystrzak butami stawał, no i pękło, chociaż nad sedesem był pojemnik z jednorazowymi papierowymi nakładkami na deskę)
- otwarte cały czas na oścież okno przy minus 15 stopniach
- zużyte tampony/podpaski w muszli/zlewie/naklejone na ścianę Rozumiem, że w WC w wagonie Wersalu nie ma, ale to nie jest wyczynem olimpijskim, by zrobić po sobie choć względny porządek.

Jakby ktoś pytał dlaczego nie ma papieru w WC:
- pewna miła, starsza pani bez żadnych ceregieli po prostu go wyniosła, na pytanie dlaczego to robi, odpowiada, że nie po to płaci za bilet, żeby na tym nie skorzystać
- z niewiadomych przyczyn teleportował się do wnętrza muszli
- został rozwinięty po całym pomieszczeniu toalety

2. Chłód w przedziałach zimą. O ile można zrozumieć zimno z powodu awarii ogrzewania wagonu, to zimna z głupoty ludzkiej już nie idzie tak łatwo zrozumieć.
- pijanej grupie jest "cholerrrrrnie k... gorąco", więc otwierają zimą okna w korytarzu, a na prośby o zamknięcie nie reagują, bo jest "cholerrrrrnie k... gorąco"
- niezamknięte okno w WC. Rozumiem, że czasem trzeba przewietrzyć, ale wietrzenie przez 6 godzin jazdy już podchodzi pod znęcanie.

3. Oczekiwanie na skomunikowany pociąg. O ileż to biadolenia wtedy! Jakby spisano znormalizowaną czcionką każde słowo krzykacza-narzekacza, to wyszłoby spokojnie z osiem stron A4. Poczynając od określeń własnego pośpiechu i każdej cennej minuty zamieniającej się w złoto, kończąc na wykonywanym zawodzie/częściach ciała ludzi przesiadających się. Jakież to zło, że trzeba poczekać. Tylko ciekawe czy krzykacz-narzekacz śpiewałby tak samo, gdyby to on był w ich sytuacji, gdzie byłby to jego ostatni pociąg w kierunku domu tego dnia (była 18), kolejny miałby około 5 rano. Nie sądzę, że byłoby mu tak radośnie czekać ponad 10 godzin na dworcu w niedużym, nieznanym sobie mieście. A pociąg, w którym krzykacz-narzekacz siedział, nadrobił bez problemu opóźnienie na trasie tak, że dojechał o planowym czasie przyjazdu do swojej stacji docelowej.

4. Brud w przedziałach.
- zasada "jak spadło to spadło, niech leży, bo ktoś przyjdzie i posprząta"
- standardem jest trzymanie obuwia (czy to klapek, czy uwalony łajnem glan) na siedzeniach
- pani przewijała dziecko na stoliku (!) przy oknie, no i pampers jak kanapka wg. prawa Murphy'ego spadł "posmarowanym w dół"
- rozlało się picie, którego nie trzeba w żaden sposób ścierać, a rozetrzeć butem po całej podłodze zostawiając przy tym radośnie kleistą plamę
- pani w makijażu tak pełnym, że gdyby go zmyła byłaby o jakieś 3 kilo lżejsza, ocierała się twarzą o szybę tworząc wielobarwne arcydzieło sztuki abstrakcyjnej, które nazwałabym "wschód fluidu o eyelinerowym poranku"
- pan sobie kichnął "z niespodzianką" w zasłonkę

5. Brudne dworce
- roznoszący się wszędzie zapach moczu, czego chyba nie muszę wyjaśniać
- dokarmianie gołębi na peronach (głównie w Poznaniu) jest dla dużej grupy ludności stałym punktem programu wielu oczekiwań między połączeniami, bo gołębie takie biedne i to nic, że okolice peronów aż świecą gołębimi odchodami
- ekipa młodzieży okołogimnazjalnej jadącej z obozu przejeżdża przez dworzec centralny w Warszawie. Czy spożywają dany przez panie opiekunki prowiant? Nie! Wyciągają z niego pomidory (w całości) i rzucają na dworzec, a niech ci z Warszawki wiedzą, że miasto do nich przyjechało!

I jak tu potem się dziwić, że podróże koleją są tak niewątpliwie radosnym przeżyciem dla wielu stałych i nowych pasażerów?

kolej

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (510)

#58116

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę lat temu pojechałam na koniu w teren. Wzdłuż Warty znajdowała się długa, prosta i piaszczysta ścieżka - wprost idealne miejsce na zagalopowanie. Jednakże zadzwonił telefon i się rozmyśliłam.

I całe szczęście, że zadzwonił.

Paręnaście metrów dalej, w poprzek drogi, został rozciągnięty stalowy drut. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy ruszyły galopem i w pełnym pędzie wpadły na tą pułapkę.
Poranienie, połamane kości czy śmierć na miejscu? A to tylko dlatego, że sąsiadowi wchodziły dzikie zwierzęta na pole i postanowił się odgrodzić w tak nietypowy sposób. Stalowym, dość grubym drutem na mało uczęszczanej, ale jednak publicznej drodze, gdzie jeżdżą ludzie motorynkami na ryby, rowerzyści i jeźdźcy. Sprawa została zgłoszona, jednakże zanim jakiekolwiek służby zdążyły zadziałać, drutu już nie było.

droga nad Wartą

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 495 (597)

#58097

(PW) ·
| Do ulubionych
Wystawiłam w internecie ogłoszenie dotyczące czasowej opieki nad moim koniem (tzw. współdzierżawy). Zaznaczyłam wyraźnie, iż proszę o kontakt wyłącznie osoby pełnoletnie z doświadczeniem licząc, że jakimś sposobem uniknę nieprzyjemności. Niestety, nie udało się.

1. Notorycznie zgłaszały się dziewczyny 12-16 lat "ale ja mam doświadczenie i umiem!". Dobrze, że umiesz, ale to nie jest szkółka i nikt nie będzie cię pilnował jak będziesz się zajmować koniem. Spadniesz i co ja twojej matce powiem? Pełnoletność świadczy o tym, że sam odpowiadasz za swoje czyny - a koń to tylko zwierzę i nigdy nie wiesz jak może zareagować w danej sytuacji.

2. Wiadomości typu "ile bierzesz za lekcję". Wyraźnie było napisane, że chodzi o opiekę, a ja nie prowadzę szkółki jeździeckiej. Chodziło o opiekę w dni, kiedy sama nie miałabym czasu i możliwości się nim zająć, więc przeprowadzanie jazd nie wchodziło w rachubę.

3. Standardem były pytania "za ile sprzedasz?". Kolejny raz uświadomiło mi to, że ludzie nie potrafią czytać ze zrozumieniem.

4. Zdarzały się pytania o sprzęt, który był na zdjęciach. Po moich odpowiedziach, w których otrzymywali linki do IDENTYCZNEGO sprzętu w sklepie jeździeckim, był wielki foch. Dlaczego? Bo on/ona chciał/a właśnie TEN, nie może być taki sam, musi być koniecznie TEN. No niestety, nie musi.

5. Osoby, które umawiały się na spotkanie, aby zobaczyć konia i się nie pojawiały były standardem. Zrozumiałabym, gdyby zadzwonili wcześniej i odwołali wizytę, tym bardziej, że często musiałam zrezygnować ze swoich wcześniejszych planów, "bo my tylko dzisiaj możemy".

6. Osoby, które były zdecydowane, aby się zająć koniem, ale gdy słyszeli magiczne słowo "umowa", uciekali w te pędy do RPA. Oczywiście, powierzę obcemu człowiekowi wartościowe zwierzę bez żadnego prawnego zabezpieczenia, urodziłam się wczoraj.

7. Dziewczyny piszące "hej, udostępnisz mi konia do sesyjki?". Zdarzyła się pani, której zamarzyła się sesja na koniu... nad morzem. Oczywiście według niej ja powinnam pokryć wszelkie koszta, w tym transportu (który wyniósłby ponad 600 zł), nie otrzymując przy tym nic, bo w końcu jestem organizacją charytatywną.

8. Szczytem był pan, który jak zobaczył okazyjną cenę zaczął pytać o przyjmowane leki (w tym odrobaczające) i szacowaną wagę konia. A cóż to za pan? Pan chciał pod osłoną nocy "pożyczyć" sobie mojego konia do rzeźni. Na szczęście nie pozwoliły mu na to dwa dumnie biegające na posesji owczarki.

Po tym wszystkim zrezygnowałam. Wolałam żeby koń stał i bezczynnie jadł trawę.

internet i własne podwórko

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 693 (747)

#58087

(PW) ·
| Do ulubionych
Wraz z powolnym zbliżaniem się przedwiośnia, następuje odwilż jeździeckiej głupoty.

Hobbystycznie zajmuję się treningiem koni. Przyjechał w związku z tym pan, który był zainteresowany przyuczeniem do siodła "swojej klaczki". Zanim się zgodziłam, zadałam kilka rutynowych pytań. Co się okazało? Pan chciał rozpocząć trening z rocznym (!) koniem. Gdy mu powiedziałam, że to niemożliwe, usłyszałam długą jak rzeka Nil wiązankę o moim braku profesjonalizmu i bezczelności. W końcu on płaci - on wymaga.

Gwoli wyjaśnienia - konie do minimum 3 lat należy pozostawić w spokoju, aby mogły dorosnąć i dojrzeć do rozpoczęcia jakiejkolwiek pracy, czy to w bryczce czy pod siodłem. Za wczesne użytkowanie może doprowadzić do tego, że układ kostny konia już w wieku 10 lat będzie w krytycznym stanie. To tak samo, jakby przedszkolakowi dać motykę i kazać iść pracować na polu.

Najsmutniejsze jest to, że ktoś skuszony wizją pieniądza zrobi to, nie zważając na bezpieczeństwo, komfort i zdrowie zwierzęcia. Bo w końcu "koń musi na siebie pracować".

prywatne

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 470 (554)

1