Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Satsu

Zamieszcza historie od: 11 września 2013 - 19:54
Ostatnio: 23 czerwca 2017 - 22:03
  • Historii na głównej: 49 z 55
  • Punktów za historie: 18992
  • Komentarzy: 167
  • Punktów za komentarze: 1121
 

#78808

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem wybitnym antytalentem jeśli chodzi o prowadzenie wszelakich pojazdów mechanicznych. Teraz wiedzą o tym wszyscy, kiedyś jednak było inaczej. Ojciec katował się tygodniami, próbując nauczyć mnie jeździć, wuja załamywał ręce, a kuzyni wręcz składali się ze śmiechu.

W końcu wybiła ta godzina i stuknęła mi osiemnastka na karku. Młody i głupi byłem, ale pod naporem argumentów wystosowanych przez rodzinkę, wykupiłem sobie kursy za ciężko zarobione "osiemnastkowe piniądze". Nic tam... Starałem się! Walczyłem! NEVER GIVE UP KUŹWA! Jednak przyszedł ten moment, w którym musiałem trzeźwo spojrzeć na sytuację i dać sobie spokój. Ja po prostu nie nadaję się do prowadzenia samochodu. Co prawda trochę krwi napsułem biednemu panu Mirkowi i ojciec nie dopuszcza mnie nawet do kosiarki, ale przynajmniej nikt mi nie smęci nad uchem na temat prawa jazdy. Nikt poza kochaną ciocią...

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że ciocia to osoba bardzo ambitna. Niestety swoje niezwykle wygórowane oczekiwania zamiast ku sobie, kieruje na Bogu ducha winną rodzinę. Każdemu wypomina jakąś niedoskonałość i potrafi być w tym wytrwała. Uwierzcie mi.

Jakiś rok temu miało miejsce spotkanie rodzinne. Ciocia sobie troszkę popiła i rozpoczęła polowanie na kozła ofiarnego. Oczywiście padło na mnie. Każdy poruszany temat w końcu, za jej sprawą, schodził na moją haniebną skazę. W pewnym momencie jej irytacja spowodowana moim defektem osiągnęła ekstremum i nastąpiła erupcja.

- Satsu ja ci nawet zapłacę za kursy i egzamin, ale idź na to piep**one prawko!

Cała rodzinka zgodnie odradzała cioci tą intratną inwestycję, ale rzeczywiście dwa dni później na moim koncie ukazał się przelew. Nie chcąc niepotrzebnie uszczuplać jej funduszy, całą kwotę odesłałem... I znowu odesłałem... I jeszcze raz... I jeszcze. I w końcu złożyłem broń. Zapisałem się na kurs. W tym miejscu bardzo serdecznie chciałbym przeprosić pana Pawła. Ten Citroen pojawił się znikąd...

Jak łatwo się domyślić do egzaminu nawet nie podchodziłem, cioci odesłałem pozostałą kwotę, która była na niego przeznaczona i zapomniałem o sprawie. Ciocia jednak nie zapomniała i jakieś pół roku później pojawiła się w moim rodzinnym domu z prawnikiem by odzyskać pieniądze.

Oddałem. Niech się udławi... Ale wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że na grilla już jej nie zaprosimy :)

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (183)

#78639

(PW) ·
| Do ulubionych
A tak mnie natchnęła historia #78633, że muszę kilka żali wyrzucić z siebie. Będzie wulgarnie (chociaż patrząc na dzisiejsze standardy internetu, to nie jestem taki pewien), osobiście i dobitnie. Jeśli komuś się nie spodoba to, cytując pewnego znanego w internetach pana, "Ja mam to w pi*dzie!" :)

Zawsze miałem dobry metabolizm. Nieważne ile zjadłem i tak byłem szkieletem (w podstawówce nawet miałem takie przezwisko). Poza tym uwielbiałem i nadal uwielbiam sport. Przynajmniej dwa razy w tygodniu basen. Do tego chociaż te półgodziny, godzinę dziennie jazdy na rowerze. Czasami siłownia, a jak nie ona to podstawowe ćwiczenia typu hantle, pompki, brzuszki i przysiady w domu. No i co sobotę piłka z kumplami. Mam jedynie 24 lata ale widzę, że mało kto z moich rówieśników jest tak "ruchliwy" jak ja.

Jeszcze trzy lata temu byłem szczupły, wysportowany, normalnie slim&fit radość współczesnych standardów. Wtedy przyszła diagnoza. Leczenie hormonalne. Zanim zacząłem terapię ważyłem około 60 kg przy wzroście 177 cm. Teraz mam równe 180 cm i ważę 89 kg. Jest to lekka nadwaga, ale większość osób po identycznej terapii potrafi w rok przytyć 70 kg. Poza tym przez leki tkanka tłuszczowa gromadzi się w określonych miejscach, a nie jak u zdrowej osoby gdzie tłuszcz rozchodzi się w miarę równomiernie po całym ciele. Moja lekarka nazywa to puchnięciem (wątpię by był to termin medyczny) i przez to gów*o wyglądam grubiej niż w rzeczywistości.

Teraz spotykam się z wieloma obelgami, które kolokwialnie mówiąc mam głęboko w dupie. Co z tego, że jakaś laska w skąpym bikini wyzwie mnie od wieloryba skoro widzę, że po pokonaniu jednej długości basenu ma zadyszkę. Koło ch**a mi lata, że jakiś rower master wyposażony w sprzęt za grube tysiące nazwie mnie prosiakiem jeśli bez problemu wyprzedzam go na starym składaku. Jeb*e mnie to, że jakiś pochłaniacz stejków na siłowni wyśmieje mnie przed swoimi duperami. Mam to cholernie gdzieś, ale jest wielu takich co nie poradzi sobie psychicznie z tego typu obelgami.

Od czasu gdy dowiedziałem się o chorobie jem mniej i więcej czasu poświęcam na ćwiczenia. Jednak nie każdy zareaguje tak jak ja. To jest nowość dla człowieka. Jestem chory, o cholera, co teraz będzie?! Zanim ogarną sytuację przybędzie n kilogramów. I tu nie chodzi tylko o ludzi z terapią hormonalną. Przyrost wagi może być spowodowany wieloma czynnikami. Stres, problemy osobiste, lenistwo, głupota, wychowanie... Jednak gdy przychodzi taki moment i osoba otyła mówi sobie dość, czas wziąć się za siebie to jak dla mnie super! A co słyszy taki człowiek gdy przyjdzie na siłownie albo basen? Grubas, wieloryb, narwal ku**a błękitny. A spróbuj wyjść biegać na ulicę. Ludzie ku**a trzęsienie ziemi, ratunku! Śmieszne co? Wyszydzę se grubasa, a co, niech dzień będzie piękniejszy...

I błagam was nie próbujcie mi wmówić, że takie sytuacje nie mają miejsca, że to jakiś margines. Sam niezwykle często spotykam się z docinkami, które dotyczą mojej tuszy. Może znacie kogoś z otyłością, albo chociaż przy kości. Spytajcie go jak ludzie na niego patrzą gdy "ośmieli" się iść na ten głupi basen. Może otworzą wam się oczy.

I nie staram się tutaj negować tego, że otyłość to najczęściej wina osoby grubej. Tak zwykle jest. Ale nie znacie wszystkich, wszystkiego i każdego z osobna. Dlatego raczcie czasami rozruszać tą maszynkę, którą macie w głowach zanim otworzycie usta i skomentujecie kogoś kto waży więcej niż wy. A już tym bardziej gdy ten ktoś jednak poszedł na tą piep***ną siłownie i stara się wpasować w twój wyidealizowany ideał ciała. Dziękuję.

Ps. Jakoś tak mi ku**a ulżyło :D

narwal ku**a błękitny

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (273)

#78574

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że wojna pomiędzy taksówkarzami a Uberem to ostatnimi czasy bardzo gorący temat, to chciałbym wam przedstawić moją historię o piekielnej złotówie.

Jakiś czas temu udało mi się zdobyć całkiem fajne zlecenie. Jedyny minus był taki, że na kilka tygodniu musiałem się przenieść do Warszawy. Na szczęście według umowy firma zobowiązała się do sfinansowania mi lokum i dojazdów do miejsca pracy. I już na początku wszyscy kategorycznie odradzali mi korzystanie z taksówek. Jako alternatywę polecono mi właśnie Ubera i muszę przyznać, że byłem zadowolony. Aplikacja na telefon działała bez zarzutu, nie było drogo i chwilę przed przyjazdem transportu otrzymywałem powiadomienie, przez co nie musiałem sterczeć na dworze w oczekiwaniu na podwózkę. I tak sobie jeździłem...

Pewnego dnia jednak aktywowała się siedząca głęboko we mnie niezdara. Telefon upadł tak niefortunnie, że ekran dotykowy przestał reagować. Nie miałem już czasu żeby szukać innej formy kontaktu z Uberem, więc poszedłem na pobliski postój taksówek.

Podczas jazdy między mną, a taksówkarzem wywiązała się rozmowa i od słowa do słowa wyszło, że nie jestem z Warszawy. Ten chyba tylko czekał na te słowa, gdyż już po chwili skręcił w jakąś alejkę, której kompletnie nie znałem. W swej naiwności łudziłem się jednak, że to może jakiś ściśle tajny skrót lub taksówkarz wie o jakiś korkach i próbuje je ominąć. Ehe, pewnie...

Czas mijał a ja byłem coraz bardziej wkurzony. Czara się przelała gdy po 40 minutach (gdzie normalnie kurs trwał około 25-30 minut) wyjechaliśmy na ulicę, która znajduje się mniej więcej w połowie trasy jaką zwykle jeździłem Uberem.

[Ja]: Panie! Masz mnie Pan za debila?! Już dawno powinniśmy być na miejscu a my dopiero w połowie drogi!
[Złotówa]: Panie ja znam miasto i to najszybsza trasa. Się Pan nie kłóci z zawodowcem.
[J]: To proszę mi łaskawie wytłumaczyć jakim cudem korzystając z usług innego przewoźnika docierałem do tego miejsca w 15 minut.
[Z]: Hehe, to ten taksiarz jakiś motorek w dupie musi mieć. Hehe. Ja jeżdżę bezpiecznie i to najlepsza trasa.
[J]: No tak, Uber na pewno stosuje jakieś kosmiczne technologie i napędy z gwiezdnych wojen...

To jest ten moment, w którym miły do tej pory pan wpada w furię i zaczyna toczyć pianę z pyska.

[Z]: Ja żem wiedział, że z Pana konfident jego mać. Uber to sku***syny! SKU***SYNY PANIE! Nic tylko oszukują ciężko pracujących robotników... {dalsza część tyrady na temat czemu Uber to zło wcielone}.
[J]: Jak na razie jedyną osobą, która próbowała kogoś oszukać jest Pan. Jeśli za 10 minut nie będę na miejscu, to może Pan się pożegnać z zapłatą.

Taksówkarz umilkł, magicznym sposobem odnalazł prawidłową trasę i w około 10 minut byliśmy na miejscu. Na odchodne rzucił mi tylko jakąś astronomiczną kwotę do zapłaty, a ja rzuciłem mu tyle ile zwykle płaciłem jeżdżąc Uberem. Coś tam burczał jeszcze, ale szybko zgasiłem jego narzekania groźbą skargi.

Ps. Czemu tak późno zacząłem się wykłócać? Naprawdę nie znam Warszawy i istniała szansa, że jechaliśmy po prostu inną trasą. Nie miałem też telefonu żeby sprawdzić GPS. Dopiero gdy minęliśmy znajome mi miejsce upewniłem się, że złotówa bezczelnie robi mnie w jajo i urządza sobie przełajowy slalom gigant.

taksówka

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (264)

#78423

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod poprzednią historią o moich perypetiach z klientami w niecałe 24 godziny uzbierało się 207 ocen pozytywnych i 0 negatywnych. Normalnie poszedłem na rekord :D Mam nadzieję, że i ta anegdotka z życia webmastera przypadnie wam do gustu.

Zgłosiła się do mnie właścicielka prywatnego przedszkola z prośbą o zaprojektowanie i wykonanie strony internetowej. Jej pomysł na stylistykę uznałem za naprawdę świetny. W skrócie, całość miała wyglądać jakby była narysowana przez dzieci kredkami na kartce w grube linie. Poza tym zaproponowała żeby to dzieci same stworzyły grafikę na header strony. Przystałem na ten pomysł i kilka dni później pojawiłem się w przedszkolu.

Dzieci jeden po drugim podchodziły do laptopa i na płótnie o wielkości 1000px x 350px rysowały co im tylko przyszło na myśl. Ja jedynie wskazywałem im gdzie mniej więcej mają rysować, żeby zostało miejsce na nazwę przedszkola (napisaną oczywiście fontem a'la Comic_Sans, a jak! :D). I tak obrazek powoli wypełniał się ludzikami, drzewkami, słoneczkami, motylkami i wszelkimi innymi ami. Na koniec zostałem poczęstowany ciastkiem i szklanką mleka (poczułem się jak Św. Mikołaj :D) i już mogłem zabierać się do pracy. Mając gotowy header mogłem tworzyć resztę designu strony, dopasowując go do gotowej grafiki. Następnie tylko kodowanie oraz programowanie strony. Efekt końcowy został entuzjastycznie zaakceptowany i strona ruszyła.

Jakiś miesiąc później przeglądając skrzynkę mailową trafiłem na wiadomość, która pozwolę sobie zacytować w niezmienionej formie (serio to jest kopiuj wklej z mojej skrzynki odbiorczej):

"Co pan za eyesore zrobił. Ja sobie nie życze takich takich rzeczy w moim kindergarten. Raptem pół roku w polish nie byłam. A tu takie rzeczy się dzieją. Te buchomazy mają zniknąć now."

Prawdę mówiąc nie miałem pojęcia co myśleć o tej wiadomości, więc po prostu ją zignorowałem. Kilka dni później odebrałem telefon od kobiety, dla której robiłem stronę internetową. Okazało się, że jej mama w połowie sfinansowała to przedsięwzięcie i kategorycznie życzy sobie zmiany headeru na stronie. Najlepsze, że póki nie usłyszała, że ta grafika jest dziełem dzieciaków, to rozpływała się nad wyglądem strony...

Efekt jest taki, że w miejsce headera stworzonego przez dzieci, straszy słabo wykadrowane zdjęcie przedszkola ozdobione napisem dodanym w paintcie. Naprawdę szkoda zaangażowania podopiecznych przedszkola i mojej pracy.

A na dokładkę Pani Mama już po "edycji" strony wysłała mi kilkanaście maili grążąc prawnikiem i żądając zwrotu pieniędzy, gdyż to dzieci zrobiły stronę, a nie ja. Aha :)

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (287)

#78409

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam sobie jako grafik komputerowy oraz webmaster. Link do mojego portfolio i dane do kontaktu ze mną są umieszczone na wielu stronach internetowych związanych z tematyką. Z tego względu często jest tak, że klienci sami się do mnie zgłaszają. Tym razem było podobnie.

Otrzymałem wiadomość e-mail od managera pewnej firmy. Poprosił mnie on o wykonanie nowego sygnetu (grafiki wchodzącej w skład logo). Oczekiwania bardzo dokładnie sprecyzowane, kwota proponowana za wykonanie zlecenia bardzo kusząca, umowa jasna i pozbawiona miliona kruczków. Nic tylko brać! Zatrzymajmy się jednak przy tej umowie... W skrócie firma zobowiązała się wypłacić mi powiedzmy 2000 złotych za wykonanie sygnetu, który zostanie zaakceptowany przez managera. Jak to wyglądało to w rzeczywistości?

Po kilku poprawkach stworzona przeze mnie grafika została zaakceptowana. Zapytałem się więc, kiedy mogę spodziewać się zapłaty. W odpowiedzi otrzymałem wiadomość o treści:

"Pana grafika przeszła pomyślnie pierwszy etap eliminacji do konkursu. Wszystkie prace, które również przeszły eliminację, zostaną teraz sprawdzone i ocenione przez wyłonioną w tym celu komisję. Wyniki powinny pojawić w przeciągu miesiąca.".
Zaraz, zaraz, zaraz...? Jaki konkurs? Tak się nie będziemy bawić.

Na w/w wiadomość nie odpisałem, ale postanowiłem znaleźć inne osoby biorące udział w "konkursie". Nie było to zbyt trudne, gdyż na jednym z for poświęconych grafice już trwała zażarta dyskusja na ten temat. Okazało się, że firma oszukała trochę ponad 20 osób (przynajmniej taką liczbę udało nam się ustalić). Ostatecznie umówiliśmy się wszyscy jednego dnia w Warszawie i udaliśmy się do prawnika. Chcieliśmy złożyć wniosek zbiorowy, ale okazało się, że jest to niemożliwe i musimy składać wnioski osobno. Mimo to według prawnika mieliśmy wygraną w kieszeni, gdyż firma w żaden sposób nie poinformowała nas, że bierzemy udział w konkursie.

Kilka dni później wszystkie wnioski o pozew zostały złożone a na stronie głównej firmy i jej profilu na Facebooku pojawiła się informacja o konkursie na wykonanie sygnetu :) Sprawy sądowe ciągnęły się dość długo, jednak w ostateczności firma zmuszona była wypłacić nam wszystkim kwotę zamieszczoną w umowie plus ustawowe odsetki.

Reasumując, firma chciała być sprytna i móc wybierać wśród prac wielu uzdolnionych grafików, nie ponosząc przy tym większych kosztów. Wyszło na to, że za ponad 60 tysięcy złotych mają ponad 20 różnych sygnetów, które zgodnie z umową mogą wykorzystać tylko na potrzeby reklamowe swojej firmy. Nie wliczam w to oczywiście kosztów sądowych :D

Edytując stare polskie przysłowie: Chytry trzydzieści razy traci :D

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 312 (316)

#78397

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu wyszła historia o tym jak to niby policja brutalnie zatrzymała rodziców z dziećmi w Częstochowie. Po ujawnieniu filmu, który nagrywał "Pan Tata Co to nie ja", wyszło jak było naprawdę. Historia ta przypomniała mi pewien wypad na piwko w plenerze z kumplem.

Miałem wtedy osiemnaście lat. Ze znajomym wymyśliliśmy sobie, że warto skorzystać z dobrej pogody i wypić jakiś browarek nad pobliskim jeziorem. W trakcie opróżniania trzeciej puszki, zza drzew wyjechał radiowóz. Kumpel stwierdził, że "spoko on to załatwi". Policjant, który do nas podszedł skwitował nasz występek i nakazał nam się wylegitymować. Ja podszedłem do policjantki siedzącej w radiowozie i okazałem dowód osobisty, a kumpel [K] zaczął dyskutować z policjantem, który do nas podszedł: "Ale Panie tylko jedno piwko", "Bezprawie w tym państwie, żeby nie móc se piwka wypić", "Przecież cicho byliśmy", itp.

Policjant z pełnym spokojem na każdy tekst kumpla odpowiadał krótkim: "Proszę się wylegitymować". Znajomy widząc, że nic nie ugra, zrobił szybki w tył zwrot i pobiegł w krzaki. Długo nie trwało gdy policjant go dopadł i wtedy wywiązała się mała bójka.

Po chwili bijatyka ucichła, a kumpel wyszedł z krzaków w kajdankach prowadzony przez policjanta. Ten spojrzał najpierw na mnie, a potem na koleżankę i spytał tylko: "Pełnoletni?". Po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi, odwrócił się do mnie i powiedział: "Następnym razem piwko lepiej w ogródku wypić. Niech Pan dopije, posprząta i idzie do domu. Proszę się spodziewać wezwania w charakterze świadka". A gdy wpakował znajomego do radiowozu rzucił jeszcze: "I polecam zmienić znajomych".

Co w tym piekielnego? Ano, że od kiedy znajomy za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, niewylegitymowanie się funkcjonariuszowi policji, obrazę funkcjonariusza policji, ucieczkę przed funkcjonariuszem policji i czynną napaść na funkcjonariusza policji dostał wyrok w zawieszeniu, uznawany jestem przez niego i kilkunastu naszych BYŁYCH znajomych za kapusia numer jeden w mieście. Przy czym on sam uchodzi za biednego poszkodowanego i ofiarę bestialskiej napaści policjanta.

Na rozprawie sądowej musiałem się pojawić w charakterze świadka i powiedzieć prawdę. Natomiast cała obrona mojego znajomego opierała się na tym, że ja również tam byłem i też piłem piwo. I pytanie kto tutaj tak naprawdę jest kapusiem... A wystarczyło się wylegitymować i przeprosić tak jak ja.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (242)

#78336

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam sobie jako webmaster. Oczywiście każde zlecenie podparte jest umową pisemną, która aktualnie zajmuje dwie strony A4 i ze zlecenia na zlecenie wydłuża się.

Wypisane jest w niej pełny cennik, lista czynności, które podlegają dopłacie (np. duże zmiany w kodzie/grafice), uwzględniona jest wzmianka o opłacie za użycie płatnej grafiki czy fonta i dużo, dużo więcej. Ludzie, z którymi pracuje jednak bardzo często okazują się bardzo kreatywnymi Januszami Byznesu, więc umowa poszerza się z czasem o coraz bardziej absurdalne punkty. A oto kilka najczęstszych piekielności z jakimi się spotykam.

1. Bardzo częsta sytuacja, którą opiszę na przykładzie z zeszłego miesiąca. Zwróciła się do mnie pewna pani zarządzająca zakładem fryzjerskim. Chciała abym zaimplementował plugin facebooka do ich strony internetowej.

Sprawa szybko załatwiona, pieniądze zainkasowane, koniec tematu. Po tygodniu dostaję wiadomość email od tej samej pani [P]:

[P]: "Witam. Chciałabym zmienić wygląd strony. Czy możemy na pana liczyć?"

[Ja]: "Oczywiście, jutro przyjdę, zobaczę co trzeba zrobić i mniej więcej wycenię."

[P]: "Ale jak to wycenię? Pan mi robił tego facebooka, więc powinno być za darmo."

[J]: "A jak pani zatrudnia hydraulika żeby wymienił pani uszczelkę w zlewie, to za tydzień wymaga pani od niego żeby wymienił za darmo całą instalację wodną w domu?"

[P]: "To nie to samo..."

Właśnie to jest ku**wa dokładnie to samo...

2. Druga sprawa, kolorystyka strony. Siedzę w tej branży już dobre osiem lat i chcąc nie chcąc mam dość dobre wyczucie kolorów. W tej kwestii z facetami nie mam problemów. Zwykle słyszę coś w stylu: "Łe panie jakieś niebieskie, byle do logo pasowało i było ładne."

Dopiero z kobietami zaczyna się problem. Na wstępie najczęściej słyszę tak niestworzone kolory jak "piaski oceanu" czy "burgund wchodzący w niebieski z domieszką zielonego". W takim wypadku wysyłam im link do prostego generatora kolorów RGB. A gdy tylko po wielu mękach wytłumaczę im jak on działa otrzymuję najdziwniejsze połączenia jakie możecie sobie wyobrazić.

Dla mnie na pierwszym miejscu jest pani, która zażyczyła sobie stronę w kolorach fioletowym (#BE00E5) i różowym (#FF94F1) z białą czcionką. Oczywiście nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek zmianie, a gdy zobaczyła już gotową stronę była załamana. Oczywiście cała wina spadła na mnie i pani nie chciała słyszeć o dopłacie za zmianę kolorystyki.

3. Dalej reklamacje. Jestem tylko człowiekiem, więc zawsze mogę popełnić błąd przez który strona może się całkiem posypać. Dlatego zawarłem w umowie punkt, który mówi, że w takim przypadku dokonuję naprawy za darmo.

Na całe szczęście rozwinąłem ten punkt o stwierdzenie: "Jeśli kod nie był modyfikowany przez osobę trzecią". Zwykle gdy ktoś dzwoni z reklamacją słyszę: "Łe panie. Syn w technikum informatycznym jest i mi chciał bajerancki kursor na stronie ustawić i jakąś muzyczkę w tle.

A tu strona nie działa. Pan MUSI to naprawić.". Aż się dziwię, że ci ludzie sami się przyznają, że ktoś w kodzie grzebał...

4. Pan se w "siwi" wpisze. W tym przypadku są dwa typy ludzi. Pierwsi gdy tylko usłyszą o zapłacie za usługę, której wykonanie zajmuje mi w zależności od złożenia projektu od 30 do 100 lub więcej godzin, stwierdzają, że mnie powaliło iż za taką pierdołę ŻĄDAM zapłaty, od razu zrywają kontakt lub zaczynają gadkę o CV.

Druga grupa jest bardziej niepozorna. Każdą wzmiankę o zapłacie kwitują krótkim "Yhy, tak, tak...". Problem zaczyna się gdy praca jest skończona i należy zapłacić. Na szczęście umowa podpisana i nie ma zmiłuj.

5. Panie mi się nie podoba. Poprawiaj pan! Wspomniałem, że w umowie zawarte są punkty dotyczące dopłat za duże zmiany w projekcie. Bardzo często jest tak, że zleceniodawcy tak jakby mieli w dupie co robię. W trakcie pracy wysyłam im postępy moich prac z pytaniem czy wszystko jest dobrze.

Zwykle albo nie dostaję na nie odpowiedzi, albo sprowadzają się one do: "Jest dobrze." Na koniec jednak taki typ wyskakuje z krzykiem i oskarża mnie o to, że spieprzyłem i mam za darmo zrobić to od nowa. Wtedy pokazuję mu umowę i historię maili, w których aprobował moją pracę.

Wypisałem tutaj najczęściej występujące sytuacje w mojej pracy w kontakcie z klientami. Jeśli historia się spodoba to przybliżę wam kilka co ciekawszych historii jakie mnie spotkały. A nazbierało się tego dużo :)

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (340)

#77972

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów gdy uczęszczałem do gimnazjum, czyli sprzed dobrych trzynastu lat.

Ogólnie moja klasa była dość dobrze ze sobą zgrana. Jednak kilka osób pochodzących z bogatszych rodzin postanowiło wyrwać się z otoczenia "plebsu" i żyło sobie w swoim małym szkolnym świecie nasączonym wzajemną adoracją. I nie byłoby nic w tym złego, gdyby na każdym kroku nie próbowali pokazać swojej wyższości nad biedniejszą częścią klasy. Sam nie miałem z nimi większych problemów, gdyż również pochodziłem z bogatszej rodziny. Uważali mnie po prostu za dziwaka, który lubi zadawać się z biedakami. Inni nie mieli jednak tyle szczęścia i ich pozycja majątkowa sprowadziła na nich codzienne wiązanki szyderstw.

Wszelkie próby interwencji u nauczycieli nie zdawały egzaminu, gdyż ci po prostu nie wierzyli, że te "wspaniałe" i "niewinne" dzieci, których rodzice tak ochoczo wspierają szkołę, są zdolne do opisywanych przez nas czynów. Ingerencje naszych rodziców również nie przynosiły rezultatów.

Ogólnie nasza grupka bogaczy traktowała wszystkich biedniejszych od siebie jednakowo, nikomu nie szczędząc wyzwisk i szyderstw. Nikt raczej nie brał ich docinków na serio i tak jak je wpuścił jednym uchem tak drugim wypuścił. Jednak na jednej z wycieczek doszło do incydentu, który sprowadził na mojego przyjaciela piekło.

Głupek był szaleńczo zakochany w jednej dziewczyn z grupki lepszych i właśnie na w/w wycieczce, zachęcony alkoholem, postanowił jej wyznać swe uczucia. Oczywiście dziewczyna go wyśmiała i od tego czasu atakowano go ze zdwojoną siłą. Na początku po prostu częściej słuchał jaki to z niego biedak, ale z czasem docinki stały się bardziej wyrafinowane. Z czasem do agresji słownej dołączyły poszturchiwanie i żarty typu kupa podrzucona do buta w czasie trwania lekcji wf. Warto zaznaczyć, że męska część agresorów w pewien sposób bała się mojego przyjaciela (do dziś jest wielki i nadal ćwiczy sztuki walki), dlatego jawna agresja typu poszturchiwania czy w późniejszym okresie po prostu bicie, była głównie stosowana przez dziewczyny. Czuły się bezpieczne gdyż wiedziały, że znajomy im nie odda. I nie oddawał do czasu...

Tego dnia dorwały go cztery dziewczyny z grupki bogatych. Otoczyły go przy szatni i upewniwszy się, że nikt ich nie widzi rozpoczęły festiwal nienawiści. Trzy z nich przytrzymały go przy ścianie, a trzecia, niedoszła miłość przyjaciela, zaczęła wyzywać go od pe*ała, wykrzykując raz po raz jakim prawem on w ogóle śmiał na nią patrzeć w taki sposób. Wszystko to doprawione było dość mocnymi ciosami z otwartej dłoni.

W końcu ofierze puściły nerwy. Znajomy wyrwał się z uścisku i uderzył agresorkę w taki sam sposób jak ona jego (oczywiście nie z pełną siłą). Dziewczyny uciekły, a sprawa obiła się o dyrekcję. Znajomy miał dość duże nieprzyjemności i przez niewtajemniczonych i wszystkich nauczycieli widziany był jako damski bokser. Jednak od tego czasu miał spokój z wyzwiskami.

Wczoraj spotkaliśmy się po kilku latach i wyszedł ten temat. Przyjaciel stwierdził, że nie ma pojęcia co musiał mieć w głowie żeby cokolwiek czuć do takiej dziewczyny. Mimo, że oboje nie pochwalamy bicia kobiet, to bez wahania stwierdziliśmy, że po prostu jej się należało i nie było innego wyjścia z sytuacji.

gimnazjum

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (216)

#77569

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy z narzeczoną grupkę znajomych, z którymi spotykamy się średnio dwa razy w miesiącu na jakieś piwo i pogaduchy. Ostatnio parka przyjaciół kolokwialnie mówiąc zaliczyła wpadkę. Narzekanie na ciążę stało się chlebem powszednim na naszych spotkaniach. Jednak już po poczęciu ich stosunek do dziecka zmienił się o 180 stopni. Ba! Można powiedzieć, że zachorowali na ciężkie pieluszkowe zapalenie mózgu. Non stop namawiali wszystkich do spłodzenia sobie potomka. A gdy ktoś śmiał odmówić, w grę wchodziły argumenty pokroju "Kto ci na starość wodę poda?". Powoli wszyscy zaczynali mieć ich serdecznie dość.

I żeby nie było, wraz z narzeczoną nie mamy nic przeciwko dzieciom. Jednak w wieku 24 lat nie czujemy się gotowi na taką odpowiedzialność. Uważamy, że teraz jest moment w naszym życiu, w którym wszystkie nasze środki i czas chcemy przeznaczyć na samorozwój. Dzięki temu w przyszłości nasze pociechy będą miały zagwarantowany w miarę dobry byt.

Wracając do parki rodziców. Ostatnio zaprosili nas wszystkich na pierwsze urodziny córeczki. Zjawiliśmy się z drobnymi prezentami, zjedliśmy ciasto, wypiliśmy kawę i po kilku godzinach zebraliśmy się do wyjścia. Na sam koniec każdy dostał drobny upominek. W domu okazało się, że w pudełeczkach było kilka cukierków i trzy prezerwatywy firmy "cholera wie co". Nie ufając marce postanowiłem, ku uciesze dziewczyny, zrobić z gumek urocze baloniki. Jednak nie ważne jak mocno bym się nie starał, prezerwatyw nie dało się nadmuchać...

Ludzie których uważałem za przyjaciół chcieli nam zrobić takie świństwo, podrzucają przebite gumki pod postacią upominku.

Od razu zadzwoniłem do wszystkich przyjaciół by ich ostrzec przed prezentem z defektem. Winowajcy natomiast skonfrontowani z zaistniałą sytuacją nie wyrazili skruchy. Wręcz przeciwnie, byli dumni ze swojego pomysłu. Bo dzieci są wspaniałe i jak my mamy to wszyscy będziecie mieli...

Jak możecie się domyślić nasza grupka całkowicie odcięła się od dwójki rodziców. Z tego co wiem do dzisiaj uważają swój pomysł za świetny i nie rozumieją czemu zerwaliśmy z nimi kontakty. Bo próba spieprzenia życia swoim przyjaciołom to na prawdę genialny pomysł...

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 297 (357)

#76942

(PW) ·
| Do ulubionych
Orange, ach ten Orange...

Rok temu zmieniłem miejsce zamieszkania i okazało się, że do nowej lokalizacji albo nie ma możliwości podłączenia do linii albo musiałbym wyłożyć z własnej kieszeni od 1500 do 3000 złotych w zależności od firmy. Nie specjalnie mi się to opłacało, więc postanowiłem zainteresować się ofertami na internet mobilny LTE.

Po długiej analizie padło na ten nieszczęsny Orange. Co prawda na początku nic nie zapowiadało katastrofy. Ba! Warunki były idealne. Według map byłem w zasięgu LTE (i to nie gdzieś na granicach). Nadajnik niecałe dwa kilometry od domu, skierowany idealnie w moją stronę a pomiędzy nami szczere pole. Do tego cenowo też super, plus możliwość dokupienia dodatkowego transferu. Jedynym mankamentem mógłby być sprzęt, gdyż Orange proponował tylko malutki routerek (Airbox 2, wersja bez wyjścia antenowego). Na szczęście nie był to problem gdyż po rodzicach odziedziczyłem modem, router i oraz dualną antenę zewnętrzną, których już nie potrzebowali.

Poszedłem jednak do salonu by upewnić się jak to na prawdę jest z tym zasięgiem. Miła pani stwierdziła, że problemów nie będę miał żadnych bo kilka osób w tamtej lokalizacji korzysta i nie ma żadnych problemów (a jedzie mi tu czołg?). Mimo to poprosiłem o przesłanie umowy i sprzętu kurierem gdyż tylko w taki sposób mam możliwość uzyskania czternastodniowego okresu próbnego (z tego co wiem w innych sieciach nawet jak się podpisze umowę w salonie to taki okres przysługuje). Poza tym poprosiłem na piśmie zapewnienie, że będę miał internet LTE. I to ostatnie mnie uratowało.

Już po pierwszym podłączeniu było coś jest nie tak. Zarówno na moim sprzęcie jak na Airbox'ie maksymalnie jedna kreska zasięgu 3G. Od czasu do czasu wskakiwało na 3G+. Na początku próbowałem manewrować anteną w każdą możliwą stronę. Zmieniałem też jej lokalizację. Gdy to nie pomogło zadzwoniłem do Orange. Niby coś konfigurowali, włączałem i wyłączałem router, cuda na kiju mi przez ten telefon gadali. I tak zleciał pierwszy tydzień.

W końcu się wkurzyłem bo internet jeśli już łaskawie działał to nie osiągałem nawet 0,5 Mbps pobierania, ale głównie go nie było. Wysłałem więc formularz rezygnacji. Po tygodniu odpowiedź: Odmowa rezygnacji z umowy z powodu zawarcia umowy w salonie. Szlag mnie trafił. Następnego dnia pojawiłem się w salonie. Pomimo twardych argumentów i umowy w ręce jedyne co udało mi się wycisnąć z pani mnie obsługującej to:
"Ale Pan podpisał umowę w salonie."
"Ale w systemie jest w salonie."
"...salon..."
"...system..."

Podejście drugie, tym razem w innym salonie. Tutaj pani cały czas na okrągło opowiadała o kontakcie z pomocą techniczną i jakiejś aplikacji BOK na androida... Zacząłem wysyłać wiadomości email, męczyłem wszelkie formy kontaktu z Orange, telefony do BOK trzy razy dziennie. Nikt nie umie mi pomóc, a w ogóle to mamy to w dupie siedź se dziadzie z prehistorycznym internetem przez dwa lata a my dokończymy kawę...

W końcu się wkur... Bardzo zdenerwowałem. Zabrałem umowę, zapewnienie o sile zasięgu od pani z salonu oraz składającą się z kilkuset screenów dokumentację działania internetu (gui routera gdzie widać aktualny zasięg, speed testy z różnych stron oraz momenty kiedy internet w ogóle nie działał) i udałem się rzecznika praw konsumenta. Ten stwierdził, że na podstawie posiadanych dowodów bez problemu mogę zrezygnować z umowy a wcześniejsza odmowa była bezpodstawna. Wytoczył do Orange pismo w mojej sprawie i jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki wszystko co było do tej pory niemożliwe załatwiłem w raptem 20 minut. Aktualnie posiadam internet mobilny od Cyfrowego Polsatu. Co prawda płacę 10 złotych więcej i nadajnik jest 4 kilometry dalej. Ale zasięg LTE na co najmniej 4 kreskach mam zawsze, plus dostałem porządny router i antenę.

Czemu natomiast opisuję to tak późno. Ano wczoraj na maila przyszły mi wszystkie "zaległe" faktury od czasu rezygnacji i ponaglenia do zapłaty. Jutro idę do Salonu Orange. Czekajcie na kolejną dawkę bezsensu, matactwa i bredni w wykonaniu tej firmy.

Orange

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (246)