Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shineoff

Zamieszcza historie od: 8 czerwca 2012 - 1:42
Ostatnio: 10 grudnia 2017 - 1:58
  • Historii na głównej: 40 z 41
  • Punktów za historie: 20730
  • Komentarzy: 1008
  • Punktów za komentarze: 6393
 

#80476

(PW) ·
| Do ulubionych
I znowu o dzieciach. Nie żebym była jakimś dzieciofobem, ale...

Wyglądam niegroźnie. Nie jestem dużym dresiarzem, żadnych kolczyków ani tatuaży na twarzy, nie ubieram się wyzywająco. Ot, normalna dziewczyna. Być może z tego powodu pojawiło się ostatnie piekielne wydarzenie.

Siedziałam w poczekalni do lekarza. Poza mną była tylko mama z dzieckiem, na oko 3 lata. No i siedzę tak, gapię się w telefon i nagle podchodzi do mnie dziecko. Z zainteresowaniem obserwuje mój telefon, mówi coś do mnie. Odrywam wzrok od ekranu, patrzę na dziecko i ono mówi "mogłabyś mi pokazać bajkę?". Poczułam się niekomfortowo, nie lubię jak obce dzieci do mnie podchodzą, rozglądam się za rodzicami. Widzę matkę, więc odpowiedziałam malcowi "pewnie mama dla ciebie naszykowała jakieś zabawki, idź zapytać". A dziecko dalej stoi przy mnie i uporczywie gapi się na mój telefon. Postanowiłam nie drążyć tematu i olać dziecko. Matka nie zareagowała. W pewnym momencie dziecko łapie za telefon, bo CHCE BAJKĘ! Tłumaczę, że to nieładnie ruszać rzeczy obcych ludzi, że nie mam bajek, niech idzie do mamy.

Na co mama się oburzyła.

(M) - Dlaczego nie chcesz pokazać mu bajki?
(Ja) - Hmmm, no może dlatego, że jest to obce dziecko? I nie życzę sobie, żeby dotykało mojego telefonu?

Matka się oburzyła jeszcze bardziej i zapytała:
(M) - Rozumiem, że nie popilnujesz dziecka w czasie, kiedy będę w gabinecie lekarza?

Mowę mi odjęło. A dlaczego miałabym pilnować kompletnie obcego dziecka? A jak coś mu się stanie? W ogóle skąd ona wie, kim jestem, i że nie mam złych zamiarów wobec jej dziecka?!

(Ja) - Niestety, nie jestem darmową opiekunką do dzieci.

Nastąpiła obraza majestatu, ale na szczęście była jej kolej, więc weszła z dzieckiem. Jak wyszła, to zniesmaczona rzuciła mi mordercze spojrzenie i opuściła przychodnię.

Ręce mi opadły.

przychodnia

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (195)

#79873

(PW) ·
| Do ulubionych
Odezwała się do mnie dawna znajoma ze szkoły. Dziewczyna w moim wieku (czyli młoda, przed 30), obecnie ma czwórkę dzieci i męża. Utrzymujemy raczej luźny kontakt, głównie internetowy, czasem wpadamy na siebie gdzieś w mieście i ucinamy pogawędkę. Szkołę kończyłyśmy w tym samym czasie, obie poszłyśmy na studia, w tym samym mieście, na inne uczelnie. Nie pracowała nigdy, bo jeszcze w trakcie studiów zaszła w ciążę, urodziła pierwsze dziecko, potem drugie, potem wyszła za mąż, później kolejne, rozwiodła się, później znowu wyszła za mąż i tak dalej.... Generalnie scenariusz życiowy rodem z "trudnych spraw".

Najpierw zapytała czy mogę załatwić robotę jej obecemu konkubentowi. Akurat szukaliśmy pracowników na kilka stanowisk (od pracowników fizycznych po wykwalifikowanych inżynierów), więc pytam jakie ma facet kwalifikacje, a najlepiej niech sam przyśle do nas CV. Usłyszałam, że on nic wysyłać nie będzie, chciałaby go w końcu z domu wygonić, bo nic nie robi, a dzieci głodne. No ale ja dalej nie wiem, co facet potrafi, to się dowiedziałam - nic nie potrafi, chce lekkiej pracy żeby się nie przemęczać, tak najlepiej to z pół etatu, za minimum 3 tys. na rękę, bo inaczej to mu się nie opłaca wstawać sprzed TV. Super, mam nadzieję, że szybko pogoni tego nieroba.. Oczywiście żadnej pracy mu nie załatwiłam, bo w mojej firmie niestety trzeba pracować :(

Długo była cisza z jej strony, myślałam nawet, że się obraziła. Ale nie, po jakichś 2 tygodniach znów napisała do mnie z prośbą o pomoc. Tym razem chciała żebym jej dała tysiąc złotych, bo będą chrzciny jej kolejnego dziecka, a ona nie może nie wyprawić imprezy dla rodziny, a pieniędzy nie ma. Nie pożyczyła tysiąc złotych, tylko DAŁA. Dlaczego? Odpowiedź mnie zwaliła z nóg "nie masz dzieci, to nie masz takich wydatków, a przecież pracujesz, no weź mi daj, pewnie nie masz co robić z pieniędzmi!". Nie no jasne, śpię na pieniądzach, rzeczywiście mam ich takie ilości, że nie mam co z nimi robić, może niedługo kupię sobie prywatną wyspę? I to wszystko dlatego, że nie mam dzieci! Argument, że jednak mam na co wydawać i niestety nie jestem jeszcze milionerką nie trafił do niej. Spowodował kaskadę wiadomości, że jestem egoistką i generalnie pójdę do piekła. Kurczę, jeszcze jakby to była jakaś dramatyczna sytuacja, nie wiem, dziecko chore i nie ma na leki, to dałabym jej chociaż część kwoty. Ale na przyjęcie z okazji chrzcin? Serio?

Kolejna, ostatnia już rozmowa, która spowodowały, że ręce mi opadły i odechciało się utrzymywać jakikolwiek kontakt z tą osobą.
Odezwała się do mnie żeby się pochwalić, że ma nowego konkubenta (mam nadzieję, że troszkę bardziej zaradnego niż poprzedni) i jest z nim w ciąży, więc za chwilę powitają na świecie jej 5 dziecko! I niemalże jednym tchem pojazd w moją stronę - a ty jesteś taka beznadziejna, jeszcze żadnego dziecka nie macie, no jak tak można żyć?! Oczywiście wklepałam standardową formułkę "nie mam dziecka, bo nie mam na to warunków, nie stać mnie, na razie mam wiele rzeczy do zrobienia, za jakiś czas o tym pomyślimy". I dowiedziałam się, że "za jakiś czas" to już będzie ZA PÓŹNO i po co mi ajfon i inne bajery, lepiej te pieniądze wydać na dziecko! Tłumaczyłam, że ajfony i inne bajery jeść nie wołają, a w ostateczności można je sprzedać, że z dzieckiem to trochę jednak inaczej, że trzeba mieć na nie miejsce nie tylko w życiu, ale i w domu/mieszkaniu, a obecnie nie mam miejsca nawet na suszarkę do prania :/ Wszystko to jak grochem o ścianę. Odbijanie moich argumentów "my w szóstkę, a zaraz siódemkę mieszkamy na 50 metrach! Da się!". No da się, nie przeczę. A jak dzieci podrosną, to nie wiem jak się pomieszczą.

Kobieta non stop się żali, że konkubent zły, że pieniędzy brakuje, ale ma już piątkę dzieci. OK, jej sprawa. Najwyżej sąd jej te dzieci odbierze, jak będą chodziły głodne cały czas. Ale do jasnej cholery, po co innym wmawia, że powinni mieć dzieci? I jeszcze bezczelnie rozlicza ludzi z ich dochodów, aby pokazać, że "dziecko to żaden wydatek!". Co trzeba mieć w głowie, żeby być takim człowiekiem...

Ps. Nie wyjaśniłam Wam, o co chodzi z mężem i konkubentami. To jest rzeczywiście "trudna sprawa" i temat na osobną historię, ale w telegraficznym skrócie - mąż (któryś z kolei) jest jej partnerem. Raz na jakiś czas robi "skok w bok" do konkubentów, ale finalnie do niego wraca. Nie mam pojęcia dlaczego ten związek tak wygląda i chyba nie chcę tego wiedzieć. Z moich informacji wynika, że mąż jest ojcem co najmniej jednego z jej dzieciaków.

znajoma

Skomentuj (93) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (158)

#79863

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o sezonowaniu komputerów przypomniała mi się historia z przedszkola.

Działo się to bardzo dawno temu, kiedy moja grupa rozpoczynała ostatni rok edukacji przedszkolnej. Wróciliśmy po wakacjach do znajomej sali i znajomych zabawek - większość zabawek jakie mieliśmy do dyspozycji była już mocno zużyta, a że zabawek w sklepach nie było tyle co dziś i ich ceny były kosmiczne, to przez całe przedszkole bawiliśmy się pocerowanymi misiami, lalkami bez rąk, czy rozpadającymi się samochodzikami.

Co ciekawe, opiekunki nie pozwalały dzieciom przynosić własnych zabawek (podejrzewam, że bały się awantury gdyby zabawkę ktoś uszkodził - serio były drogie i mało osób było stać żeby kupować dziecku co tydzień nową lalkę), więc nasze zabawy opierały się głównie na dużej kreatywności i fantazji. No ale na początku wspomnianego roku moja grupa została zaproszona do specjalnego magazynku, zamykanego na klucz.

Naszym oczom ukazał się widok jak ze snu - caluteńki magazynek wypełniony był pachnącymi nowością super wypasionymi zabawkami, o jakich mogliśmy tylko pomarzyć. Były tam samochodziki, na których mogło się jeździć, nowe lalki Barbie, mini pralki, kuchenki, i inne dobra, wszystko z "nowoczesnego", kolorowego plastiku, piękne, błyszczące. Dzieciaki rzuciły się do zabawy, pani stała nad nami i pozwoliła bawić się tym przez jakieś 10 minut, przy czym nie wolno nam było wynosić ich z magazynku.

Później wyprosiła nas z pomieszczenia, zamknęła na klucz i powiedziała "te zabawki nie są dla was, będą się nimi bawić dzieci z kolejnych roczników, chciałam wam je pokazać, żebyście się cieszyli, jak młodsze dzieci będą miały fajnie!". Możecie sobie wyobrazić jak się poczuliśmy.

Do tej pory nie rozumiem po co ta kobieta nam to pokazywała, i dlaczego właściwie zabawki nie mogły od razu trafić w nasze ręce tylko właśnie były "sezonowane" przez co najmniej rok?

przedszkole

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (146)

#79489

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam historię o mandatach od SM za źle zaparkowane samochody z powodu braku oznaczeń. U mnie na osiedlu jest podobny problem.

Pod blokami są podwórka, wyasfaltowane, do których prowadzi droga dojazdowa z ustawionym "potykaczem". Tuż po stworzeniu owej drogi (wcześniej był tylko rozpadający się chodnik w tym miejscu) zarząd spółdzielni oświadczył, że z drogi i podwórka mogą korzystać mieszkańcy, którzy chcą wnieść/wynieść ciężkie przedmioty z mieszkania, zapakować samochód na wyjazd itp. Chodzi o to, żeby parkować tam tylko na chwilę, a nie robić z tego regularny parking. Oczywiście powiedzieli, ale znaku nie postawili.

I tak oto zostałam uraczona mandatem za parkowanie w tym miejscu (dosłownie na 10 minut żeby załadować furę), ponieważ jakiś "życzliwy" sąsiad wezwał SM kilka godzin wcześniej do zaparkowanej na środku furgonetki, która dowiozła komuś meble i stała tam kilka godzin. Sprawę w straży wyjaśniłam, zostałam pouczona, mandatu nie było.

OK. Napisałam pismo do spółdzielni aby ustawili odpowiedni znak, na co oni mi piszą "no ale po co, przecież to jest teren prywatny i SM nie może sobie wlepiać tam mandatów". No jak widać jakoś mogą. Teren jest prywatny, ale nieogrodzony, więc SM z jakichś przyczyn potraktowała go jako drogę publiczną.

Dziś rano też widziałam jak biegali z aparatami, i coś czuję że znów dostanę mandat, tym razem za parkowanie w innym miejscu, które nie jest wyznaczone, ale ludzie tam stają, bo na osiedle, gdzie jest 800 mieszkań jest 20 miejsc parkingowych, z czego tylko 4 (!) leżące na terenie spółdzielni. Wcześniej miejsc było ok. 100, co sprawiało, że dało się zaparkować. Obecnie spółdzielnia sprzedała teren (długa historia) i 80 miejsc poszło się j... Alternatywą jest stawianie samochodu 10 ulic dalej (bo wszędzie są zakazy parkowania, tereny prywatne itp.).

Właściwie, może jest tu ktoś, kto ma jakiś patent jak wymusić stworzenie dodatkowych miejsc? Bo powiem szczerze, że ciężko się żyje, kiedy o miejsca jest wojna, a spółdzielnia choć posiada wolne tereny, woli je sprzedawać. Dodam, że na osiedlu następuje obecnie wymiana pokoleń, więc samochodów przybywa, ale i tak większość członków spółdzielni to osoby w wieku 70+, które nie chodzą na walne zgromadzenia, i w d... mają czy będzie gdzie zaparkować czy nie.

osiedle

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (86)

#79316

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam do marketu budowlanego celem zdobycia faktury za rzecz, którą kupił rano pracownik.

Pracownik nie pamiętał NIP-u firmy, więc wziął paragon, wrócił na bazę i mi go przekazał. Podjechałam do sklepu i myślę sobie: "fajnie, te sklepy mają fakturomaty, więc nie wystoję się godzinę w punkcie obsługi klienta, tylko wezmę szybko fakturkę i po sprawie".

I tu zderzyłam się z panem piekielnym. Jeden z fakturomatów jest popsuty, w związku z czym ustawiłam się w kolejce za starszym mężczyzną. Mężczyzna ten miał w ręku cały plik paragonów (nie skłamałabym, mówiąc, że miał ich ponad 50) i sobie te paragony liczył. Kiedy stanęłam za nim, oderwał się od tego zajęcia i pyta:

- Pani chce wziąć fakturę?
- Tak, po to właśnie tu stoję.
- O, to przykro mi, ale u mnie to trochę potrwa.

Widzę, że on jeszcze nic w tej maszynie nie nacisnął, tylko stoi i liczy te paragony. Mówię:

- Wie pan co, ja mam tylko jedną fakturę do wzięcia, a skoro pan nie korzysta z urządzenia, to może mnie pan przepuści?
- Nie, bo byłem pierwszy.

I dalej liczy te kwitki, blokując maszynę.

Wściekłam się, bo mógł przecież je sobie dalej liczyć, kiedy ja skorzystałabym z urządzenia. Wypaliłam:

- Jak się żyje, będąc takim chamem?

Po tym poszłam i odstałam swoje 10 minut w punkcie obsługi klienta. Facet dalej liczył...

market budowlany

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (188)

#78969

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu skończyła mi się dwuletnia umowa z firmą (nazwijmy ją V) na dostawę Internetu + TV. Nie chciałam jej przedłużać (chociaż przyznam, że była bardzo korzystna), bo chcę zrezygnować z TV. W związku z powyższym umowa przeszła na czas nieokreślony, z miesięcznym okresem wypowiedzenia.

Szukam sobie teraz tańszej opcji z samym Internetem, a że nie dysponuję zbyt dużą ilością wolnego czasu, to szukam tego powoli. Konkretnie - już cały miesiąc. Oczywiście tuż po zakończeniu umowy wydzwaniali do mnie pracownicy V, żebym przedłużyła umowę, najlepiej dodając do niej platynowy czy tam diamentowy pakiet TV. Za każdym razem grzecznie odmawiałam i prosiłam o kontakt z handlowcem, który przedstawi mi oferty na sam Internet (myk polega na tym, że u handlowca można wynegocjować lepszą cenę i warunki niż u pani na infolinii). Po dziś dzień żaden handlowiec do mnie nie zadzwonił.

Zadzwonił natomiast pan kurier - "mam dla pani umowę". Moment. Jaką umowę? Nie podpiszę żadnej umowy. Nie zamawiałam jej. Nie chcę. A pan na to, że stoi pod drzwiami. Byłam wtedy w pracy, więc tak czy siak nie mogłabym go przyjąć, natomiast powiedziałam mu, w czym rzecz, że żadnej umowy nie podpiszę i niczego takiego nie zamawiałam. Kurierzy z firmy V dzwonili do mnie przez ten miesiąc jeszcze ok. 10 razy - czyli średnio co 3 dni ktoś musiał na darmo jechać do mnie do domu. Za każdym razem odmawiałam.

Dzisiaj zadzwonił do mnie inny pan, który rozłożył mnie na łopatki:
Pan: Musi pani podpisać aneks.
Ja: Jaki aneks?
Pan: Do umowy. To bardzo ważne, natychmiast musi pani podpisać.
Ja: Jakiej umowy?
Pan: Z firmą V. Ja nie mam czasu, proszę natychmiast przyjechać i podpisać.
Ja: Mówiłam państwu wiele razy, że nie podpiszę żadnej umowy ani aneksu, dopóki nie skontaktuje się ze mną handlowiec. Obecnie rozważam propozycję konkurencji.
Pan: Ale musi pani podpisać! Zamawiała pani kuriera dnia tego i tego (to był dzień, kiedy kolejny raz któregoś z kurierów odprawiłam z kwitkiem).
Ja: Nic nie muszę, do widzenia.

Dla mnie jest to wkurzające, dla pracowników V - podejrzewam, że również.

Rozumiem, że próbują na siłę przedłużyć umowę, ale bez przesady. Być może osoba starsza będzie skłonna ją podpisać, skoro kurier już do niej przyjechał. Ja nie zamierzam - ale szkoda mi czasu pracowników tej firmy. Przez tę politykę poważnie zastanawiam się nad zmianą dostawcy Internetu.

umowy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (194)

#78657

(PW) ·
| Do ulubionych
Obok mojego osiedla pełną parą ruszyły budowy 3 bloków naraz. Co za tym idzie w okolicy kręci się wielu robotników, zachodzą również do osiedlowego sklepiku. Co kupują? Od godziny 6 rano stoją w kolejce po piwo i wódkę. Zakładam, że raczej z konsumpcją nie czekają na fajrant.

Pozostaje mieć nadzieję, że żaden z nich nie jest operatorem dźwigu, albo innej maszyny potencjalnie zagrażającej innym ludziom...

budowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (180)

#78545

(PW) ·
| Do ulubionych
"Obrońcy" cudzych dzieci.

Sklep, kolejka do kasy. Dziecko (4 lata) znajomej koniecznie chce dostać jakąś słodycz. Bierze towar z półki i biegnie do matki z krzykiem, że to chce i ona ma mu to kupić. Znajoma dziecku tłumaczy, że nie kupi mu tej słodyczy, bo w koszyku znajdują się 2 inne i że nie należy jeść tyle słodyczy i przecież ustalili, że kupują 2 opakowania słodyczy.

Dziecko oczywiście dalej swoje, że chce to, że tamtych już nie chce, tylko to i zaczyna ryczeć. Matka ze stoickim spokojem tłumaczy, że zgodnie z ustaleniami dziecko może sobie wybrać 2 rzeczy. Dzieciak wybiera wszystkie trzy. I ryczy.

Z boku przygląda się sytuacji obca kobieta i mówi do znajomej:
- Proszę kupić dziecku wszystkie trzy słodycze, przecież widzi pani, że on chce.
Znajoma ze spokojem (takim jak do dziecka, widać, że cierpliwość ma przeogromną).
- Proszę pani, przed wyjściem do sklepu ustaliłam z dzieckiem, że kupujemy 2 opakowania słodyczy. Nie mogę teraz zmienić zdania.

Kobieta nalega żeby dziecku kupić wszystkie 3. Głośno lamentuje jakie to matki są w tych czasach wyrodne, dziecku żałują cukierków, co to za dzieciństwo bez słodyczy itp. Zwraca się do dziecka:
- A ty chciałbyś te wszystkie 3 słodycze?
- Tak!
- To powiedz mamie, że chcesz.

I dziecko (które bardzo uważnie przyglądało się dyskusji) znów zaczyna histeryzować, że chce i mama ma natychmiast kupować. Znajoma zignorowała kobietę i ryki swojego dziecka, akurat była jej kolej w kasie i kupiła dziecku tylko 2 opakowania, a trzecie odłożyła. Kobieta dalej nie przestała lamentować.

I tu finał historii, który (jak dla mnie) jest bardzo dziwny - kobieta tak się uparła, że sama kupiła trzecie opakowanie, dogoniła moją znajomą przed sklepem i wręczyła dziecku słodycze.

Znajomej opadła szczęka. Kazała dziecku oddać pani słodycze (bo jest uczone, żeby od obcych ludzi nie brać żadnych prezentów). Kobieta się zbulwersowała, zaczęła krzyczeć na pół ulicy, wygrażała, że zadzwoni do MOPSu i innych instytucji. Dziecko rzecz jasna ponownie wpadło w histerię.

Powiedzcie mi proszę - czy ta kobieta postradała zmysły?

sklepy

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 339 (353)

#77893

(PW) ·
| Do ulubionych
Parking podziemny w markecie, oczywiście zapchany, bo święta, więc wszyscy ludzie się zbroją w jajka, mąkę i inne produkty. Cudem udało mi się znaleźć miejsce i idę po koszyk.

Przed koszykami kolejka, ludzie się mocują, żeby koszyk wydostać i jeszcze żeby w miarę działał, więc stoję grzecznie i czekam aż przyjdzie moja kolej szarpania się z żelastwem na kółkach.

Po parkingu chodzi mnóstwo ludzi we wszystkich kierunkach (nie ma tam wyznaczonych alejek dla pieszych jak w niektórych galeriach), więc potencjalnemu kierowcy pieszy może "wyskoczyć" dosłownie wszędzie. Aby zapewnić pieszym minimalną ochronę przed kierowcami pozbawionymi mózgu na parkingu są progi zwalniające. Niestety składają się one z takich metalowych elementów i oczywiście te dwa elementy, przez które przejeżdżają koła samochodu ktoś usunął. Z każdego, a na parkingu jest ich kilkadziesiąt!

No i stojąc w tej kolejce najpierw usłyszałam, następnie zobaczyłam jakiegoś bardzo młodego (nawet nie wiem czy pełnoletniego) jegomościa o śniadej karnacji, za kierownicą mocno już zużytego Merola. Postanowił sobie potrenować na tym zapchanym parkingu szybką jazdę i coś, co miało imitować drift. Bardzo żałuję, że nie zdążyłam wyciągnąć telefonu i nagrać filmu z tej jego jazdy, bo chętnie zaniosłabym to nagranie na policję.
Nie pozdrawiam tego debila.
Uważajcie na parkingach.

sklep parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (144)

#77602

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do #77597, ale wyszedłby za długi.

Jeździć na nartach uczyłam się bardzo dawno temu, kiedy byłam małym dzieckiem. Wtedy jeszcze nie było pod każdym stokiem świetnie zaopatrzonej wypożyczalni nart, toteż sprzęt każdy miał skompletowany bardziej na zasadzie "załatwienia" niż kupienia.

W moim przypadku były to cholernie niewygodne buty, których jako czteroletnie dziecko nie byłam w stanie zapiąć (co więcej, nie wiem kto je zaprojektował, ale jedynie silny, dorosły mężczyzna mógł je zapiąć - w tym przypadku akurat instruktor lub mój tata).

Narty to były cienkie, proste dechy, za długie na mnie o jakieś 30 cm (taka moda), upiornie ciężkie. W pierwszym sezonie miałam zajęcia z piekielnym instruktorem, który - daję słowo! - próbował chyba zrobić wszystko abym do końca życia znienawidziła jazdę na nartach.

1. Podchodzenie pod górkę - nie było wtedy wyciągów dla dzieci, tzw. "urwiłapek" czy innych taśmociągów, były tylko wyciągi talerzykowe (i krzesełka, na dłuższych trasach oraz dwuosobowe orczyki, których akurat na tym stoku nie było).

Dla małego dziecka wjazd samodzielnie takim wyciągiem był bardzo trudny, czasem wręcz niemożliwy, szczególnie przez wysokość "talerzyka" - wtedy nie było to przystosowane do małych dzieci, jakaś regulacja była, ale ograniczona. Ale dało się wjechać razem z dzieckiem, co też czynili niektórzy instruktorzy. Ale nie mój! "Żebyś doceniła (wtf?!) zjeżdżanie, najpierw musisz podejść!"- i musiałam zapierdzielać pod górkę z nartami i kijami, w imię nie mam pojęcia czego.

Nie wiem ile te nieszczęsne narty ważyły, ale dla mnie wtedy były ledwo do udźwignięcia i stale się "rozjeżdżały" w rękach. I dodajmy do tego jeszcze kije. Po jednym dniu nienawidziłam jazdy na nartach, instruktora i gór.

2. Wywalanie się. Wiadomo, że jak się ktoś uczy to się wywali nie raz. Ale instruktor śmiał się ze mnie ilekroć się przewróciłam, nie próbował nawet podnosić (akurat podnoszenie opanowałam do perfekcji bardzo szybko), mówił, że inne dzieci, które uczył się tak nie wywalały. Generalnie wieczna krytyka, co sprawiło, że nauki jazdy na nartach mi się odechciało jeszcze bardziej.

3. Szybkość jazdy. Wywalałam się, więc bałam się jechać szybciej, to chyba logiczne. Nie, nie dla instruktora. Mógł mnie jakoś zachęcić do zwiększenia prędkości, prawda? Ale on wolał krzyczeć "Jedź szybciej, inne dzieci w twoim wieku to już śmigały, a ty co". Bałam się, nie chciałam jechać szybciej za nic na świecie.

4. RAZ pozwolił mi skorzystać z wyciągu, oczywiście talerzyk poderwał mnie do góry, przewróciłam się. Co zrobił instruktor? Powiedział "widzisz, jeszcze nie dorosłaś do wyciągu, więc będziesz podchodzić". Nie dał mi szansy, żeby nauczyć się jeździć wyciągiem. Raz się nie udało, to znaczy, że nigdy się nie uda.

5. Przed każdymi zajęciami wpadałam w histerię i ryk. Instruktor rodzicom tłumaczył, że dziecko sobie nie radzi i dlatego tak nie chce się uczyć, ale że nauka nie jest przecież przyjemnością i prędzej czy później polubię jazdę. Jednak po 4 albo 5 zajęciach (już nie pamiętam) uparłam się, że nie pójdę i kropka. Rodzice oczywiście wkurzeni, że dzieciak wybrzydza i marudzi, ale finalnie się zgodzili i tak uwolniłam się od zajęć z tych chamem.

Dodam, że rodzice nie wiedzieli jak wyglądają zajęcia na prośbę instruktora, który był jakimś znajomym (dlatego nie bali się mnie z nim zostawić), bo dzieci przy rodzicach się stresują i generalnie nauka słabo idzie. Oczywiście podzielam tę opinię, ale mimo wszystko powinni zobaczyć jak wyglądają te zajęcia po pierwszym ataku mojej histerii, a nie wierzyć facetowi, że dziecku źle idzie więc zanosi się rykiem.

Rok później miałam już normalną instruktorkę, która pozwalała mi jeździć wyciągiem, uczyła bardzo dobrze, a ja na luzie załapałam o co chodzi w tych nartach i polubiłam jazdę. Na jej zajęciach również moi rodzice nie byli obecni, ale bawiłam się z nią doskonale, nie ryczałam, a z upadków się śmiałam i nikt nie robił z tego tragedii.

Później jeszcze jeździłam w klubie narciarskim, ale to jest temat na oddzielną historię. Obecnie jeżdżę bardzo dużo, bardzo to lubię, ale kiedy wspominam tego pierwszego instruktora to ciarki mnie przechodzą.

narty

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (139)