Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shineoff

Zamieszcza historie od: 8 czerwca 2012 - 1:42
Ostatnio: 24 lutego 2017 - 23:09
  • Historii na głównej: 29 z 31
  • Punktów za historie: 18923
  • Komentarzy: 850
  • Punktów za komentarze: 5483
 

#76591

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że zima, to sezon na przeziębienia, anginy czy inne choróbska i wiele osób musi raz na jakiś czas odwiedzić aptekę. Ja niestety też musiałam i poznałam nowy typ matki - Matka Polka Aptekowa (MPA).

Weszła z dwójką małych dzieci, jedno w wózku, jedno chodzące. Zamiast "dzień dobry" obwieściła, że ma pierwszeństwo, bo jest z dziećmi, nawet nie dała szansy ludziom zaproponować, że ją przepuszczą - zupełnie jak w historii z matką na poczcie (#72597), nawet nie wiem, czy to nie była ta sama pani (apteka i poczta są na osiedlu blisko siebie i głównie spotykam tam sąsiadów), niestety aż tak dobrej pamięci do twarzy nie mam.

MPA podchodzi do kasy i zaczyna opowiadać o chorobach jej dziecka. Tu go boli, tam go szczypie, i kaszel ma, i coś tam. Przytoczę dialog, który mniej więcej brzmiał tak:

Aptekarka (A): Czy była pani u lekarza z tym dzieckiem?
MPA: U lekarza? A po co?! Tam się tyyyyle czeka na wizytę, a dziecko potrzebuje taki lek najlepiej (i tu pada jakaś nazwa leku). Bo kiedyś synek kuzynki koleżanki szwagra to też miał podobne objawy i mu pomógł.
A: Nie mogę pani sprzedać tego leku, jest tylko na receptę.
MPA: Nie będę dziecka ciągać po lekarzach, przecież widać, że ten lek weźmie i będzie zdrowy.
A: Jednak powinna pani przejść się do lekarza.

W tym momencie MPA chyba stwierdziła, że Aptekarka ma rację (albo też odpuściła dla świętego spokoju) i zaczęła opowiadać o drugim dziecku.
MPA: Bo widzi pani, bo ona ma tutaj jakąś wysypkę, pani spojrzy - i rozbiera tego dzieciaka, żeby pokazać wysypkę. Aptekarka ogląda, proponuje jakąś maść i pójść do lekarza. Matka do lekarza nie pójdzie, bo nie.
MPA: No i jeszcze mojej siostry dziecko to ma zaparcia, i coś tam, i coś tam (nie będę przytaczała rozwodzenia się nad kałem, sorry) i pani mu coś zaproponuje.
A: Czy siostra nie może iść z dzieckiem do lekarza? Trudno ocenić na odległość co może mu dolegać, a ja nie jestem lekarzem.
MPA: Ale pani musi mi pomóc! Ona nie ma czasu po lekarzach chodzić!

Cała rozmowa trwała dobre 15 minut, mnie szlag trafiał, przyszłam po jedną rzecz, której kupno trwałoby może 30 sekund. Inni ludzie też już mieli dość. Może mi ktoś wyjaśnić co to za typ człowieka, że traktuje aptekę jak przychodnię, a lekarza się boi jak diabeł wody święconej?

apteka

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (Głosów: 277)

#74680

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio miałam okazję spędzić bardzo aktywny weekend na południu Polski, gdzie zwiedzaliśmy po kilka atrakcji/zabytków dziennie. Zabytki fantastyczne - głównie trasy podziemne, kopalnie, jaskinie etc. W każdym z tych miejsc mniej więcej 30% grupy zwiedzających stanowiły rodziny z dziećmi. I o nich będzie historia.

1. Kopalnia. W kopalni szyby są dość niskie, wąskie i niewygodnie się w nich poruszać. Ale to nie przeszkodziło radosnej parze rodziców wziąć wózka dziecięcego i ciągle utyskiwać, że schody, że niewygodnie, że zimno. Przed zwiedzaniem oczywiście ludzie są informowani jakie warunki panują pod ziemią, ale widać nie wszyscy zrozumieli. Dziecko darło się wniebogłosy - pewnie było mu zimno i duszno, mogło nawet źle się poczuć. Ale rodzice to najwidoczniej zapaleni turyści, więc przez całe zwiedzanie dzielnie ciągali ten wózek za sobą, non stop marudząc i przeszkadzając innym krzykami dziecka.

2. Muzeum. Rozumiem, że dzieci należy zabierać w różne miejsca i pokazywać im ciekawe ekspozycje, ale 3-latek na serio nie będzie się bawił dobrze w muzeum. Kilka rodzin koniecznie chciało "ukulturalnić" swoje pociechy i w całym muzeum biegały małe dzieci, niepilnowane przez nikogo. Najwyraźniej ich rodzice uznali, że reszta zwiedzających się dziećmi zajmie, a poza tym nie wpadli na to, że 3 letnie dziecko może się znudzić po 5 minutach zwiedzania, gdzie nic nie może dotknąć i trzeba "być cicho". Mam nadzieję, że nie zniszczyły żadnych eksponatów. Są muzea i wystawy przystosowane dla dzieci, gdzie eksponaty mogą sobie obejrzeć, wziąć do ręki, sprawdzić jak co działa, ale to muzeum nie było takie. To było standardowe, nudne dla dziecka muzeum z obrazami, przedmiotami codziennego użytku itp.

3. Jaskinia. Przepiękna, ze stalaktytami i naciekami i fantazyjnymi kompozycjami stworzonymi przez naturę. W jaskimi panuje absolutny zakaz poruszania się inaczej niż po wyznaczonych drogach (możliwość upadku w przepaść) i oczywiście dotykania form skalnych. Co robią rodzice? Puszczają dziecko samopas, które przeszło pod barierkami i maca sobie wszystkie stalagmity. Tylko patrzeć aż urwie kawałek.

Oczywiście było więcej sytuacji gdzie nie dało się usłyszeć przewodnika, bo dzieci krzyczały bądź płakały (jedna mama nawet tak krzyczała na swoje dziecko, że była 5 razy głośniejsza od niego, zwróciliśmy jej uwagę, bo szkoda było tego brzdąca), ale te są najbardziej piekielne.

Ja rozumiem, że rodzice chcą coś pozwiedzać i zobaczyć. Rozumiem, że chcą tam wziąć dzieci żeby im też pokazać. Ale małe dzieci nie zachwycą się przepięknym obrazem w muzeum! W takich miejscach jak wyżej opisane stają się udręką zarówno dla rodziców, jak i reszty zwiedzających. Rodzicielstwo wymaga czasem zrezygnowania z niektórych przyjemności na rzecz innych, należy się z tym pogodzić, a nie na siłę ciągnąć noworodka do kopalni, bo to już jest niebezpieczne dla takiego malucha! A tym bardziej niepilnowanie dzieci w miejscach, gdzie istnieją realne zagrożenia, a takie bieganie może skończyć się tragedią. Są atrakcje stworzone z myślą o dzieciach, niestety dopóki dziecko nie osiągnie odpowiedniego wieku to raczej należy kierować się w takie miejsca. Muzea Wam nie uciekną, a jak bardzo się nie możecie doczekać wizyty, to dziecko zawsze można zostawić pod troskliwą opieką kogoś innego, chyba, że jest spokojne i zniesie kilka godzin zwiedzania ;)

zabytki i atrakcje Polski

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (Głosów: 188)

#73839

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielne bankowe procedury.

Mam w pewnym banku konto od kilku lat. Nigdy nie brałam żadnego kredytu, nie miałam i nie mam nawet karty kredytowej. Obrót na koncie jakiś jest, więc ciągle wydzwaniają do mnie przedstawiciele tego banku z genialną, wspaniałą i jedyną w swoim rodzaju ofertą kredytu. Oczywiście ważną tylko do jutra, więc proszą o błyskawiczną decyzję. Limit, który chcą mi przyznać "bez żadnych formalności" jest przerażający, jestem przekonana, że ciężko byłoby mi to spłacić, o ile w ogóle. Dzwonią rano, wieczorem, w godzinach pracy i poza nimi - nawet w piątek po godzinie 20. Oczywiście dzwonią z różnych numerów, przez co metoda nieodbierania telefonu z banku nie skutkuje.

Któregoś dnia postanowiłam, że skoro tak chętnie chcą mi pożyczyć kasę, to spróbuję się dopytać o leasing samochodu, bo byłam tym zainteresowana. I zapytałam dzwoniącego natręta. Oczywiście powiedział, że nie ma pojęcia o leasingach i przekaże sprawę komuś kompetentnemu. Na telefon od osoby kompetentnej czekałam 2 tygodnie i się nie doczekałam, więc sama zadzwoniłam do banku i poprosiłam o kontakt z kimś od leasingów.

Zaproponowano mi jedynie osobistą wizytę w banku, ponieważ na infolinii nie pracują osoby, które mogłyby mi udzielić jakichkolwiek, nawet najbardziej podstawowych informacji. Ręce mi opadły. Pojechałam do tej placówki, bo i tak miałam po drodze, umówiona byłam wcześniej z pracownikiem, który miał mi wszystko wyjaśnić. Zostałam potraktowana bardzo olewczo, być może nie byłam wystarczająco elegancka aby dostąpić zaszczytu zainteresowania ze strony pracownika banku. Człowiek ten również nie udzielił mi żadnych informacji, nawet tak prostych jak maksymalny wiek samochodu, który nadaje się do leasingu, prostych wyliczeń ile wyniesie rata, obowiązkowych ubezpieczeń, projektu umowy itp. Nie wiem jakim cudem dostał posadę specjalisty od leasingów.

Finalnie leasing został wzięty w innym banku, poszło sprawnie, szybko i przyjemnie. Z mojego "starego" banku dalej do mnie wydzwaniają i próbują wcisnąć kredyt, ostatnio jak powiedziałam, że jednak wolałam inną usługę (czy jak kto woli "produkt bankowy") w postaci leasingu, to pani mi powiedziała, że przecież to jest dokładnie to samo!
Czy ludzie, którzy tam pracują w ogóle mają pojęcie co mówią?

bank

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (Głosów: 231)

#72668

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiło się sporo historii i komentarzy o oddawaniu zwierząt, dorzucę zatem swoją opinię.

Pies, kot, królik czy chomik, którego się kupi/przygarnie to żywe stworzenie, za które w momencie decyzji o przygarnięciu bierze się całkowitą odpowiedzialność. Na portalach ogłoszeniowych i twarzoksiążce istnieje całe mnóstwo ogłoszeń "oddam psa/kota/rybkę/cokolwiek żywego, bo urodziło mi się/spodziewam się dziecka. Potrzebny dom na już!". Nie zamierzam nikogo oceniać. Chciałabym jedynie zrozumieć czym się kierują obecni/przyszli rodzice, którzy zdecydowali się na oddanie zwierzaka z powodu dziecka.

1. Ciąża u człowieka zazwyczaj trwa 9 miesięcy. To dość czasu, aby (jeżeli ktoś już koniecznie chce się pozbyć zwierzaka) znaleźć temu zwierzakowi dom. Czemu zatem takie ogłoszenia pojawiają się z dopiskiem "bo za tydzień rodzi się dziecko!". To wcześniej nikt o tym nie pomyślał?

2. Na forach przeznaczonych dla matek krąży jakiś miliard debilnych mitów o tym, że koty wysysają dusze niemowlakom, psy mogą nagle zwariować i zagryźć dziecko itp. Serio? Ktoś w to wierzy i jest to powodem do oddania zwierzaka? A jak ktoś wymyśli mit o tym, że noworodki wysysają duszę rodzicom, to też go oddadzą?

3. Bo dziecko może mieć alergię! Dopóki się nie urodzi, to nie wiadomo, czy będzie czy nie będzie miało tę alergię. Pozbywanie się zwierzaka "na wszelki wypadek" to nie jest najlepszy pomysł.

4. Psy się tresuje. Serio. Nawet jeśli ktoś się dziecka nie spodziewa, powinien trenować z psem posłuszeństwo - nieważne, czy to ratlerek czy rottweiler. Oczywiście wielu właścicieli małych piesków nie widzi takiej potrzeby, ale York też potrafi ugryźć i należy o tym pamiętać. A nie oddawać psa "bo agresywny". Najpierw wypadałoby skonsultować to z behawiorystą, a nie od razu się pozbywać. Co prawda kosztuje to czas i pieniądze, no ale zwierzak to odpowiedzialność. To samo tyczy się kotów - można je odpowiednio przygotować na przyjście na świat nowego członka rodziny. Są na to setki sposobów, nie trzeba od razu kota wyrzucać.

5. Jeżeli ktoś jest przekonany, że kiedy pojawi się dziecko to na pewno odda zwierzaka, a ma dziecko w planach, to po co bierze tego zwierza?

6. Chyba największy mit - kobieta w ciąży zarazi się od kota toksoplazmozą. Większe szanse na zarażenie tą chorobą ma obcując z nieumytym surowym mięsem. Czy to znaczy, że panie w ciąży nie przygotowują obiadu?

Rozumiem, że rodzice chcą jak najlepiej dla swojego potomstwa, ale bez przesady, nie należy słuchać głupich mitów o wysysaniu dusz (wiem, że już któryś raz o tym wspominam, ale to jest przezabawne, że ktoś w to wierzy), ani tym bardziej wyrzucać zwierzaka "na wszelki wypadek". Dzieci wychowujące się ze zwierzętami wykształcają szybko wrażliwość, uczą się szacunku do słabszych istot oraz rzadziej zapadają na alergie. Nie można wychowywać dziecka "w szklanej kuli".
Zwierzęta zazwyczaj wyczuwają, że ten mały człowiek jest nieco inny i wiedzą, że należy się z nim obchodzić delikatnie. Znam koty, które normalnie dorosłego podrapią, jak im coś nie pasuje, a do dzieci mają anielską cierpliwość.

Oczywiście to, czy oddać zwierzaka czy nie dalej pozostaje decyzją ich opiekunów, ale proszę, pomyślcie o tym, czy przypadkiem nie da się z tym zwierzakiem popracować, a nie od razu spisywać go na straty. Będzie wam za to wdzięczny, a dziecko zyska przyjaciela.

wszędzie

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (Głosów: 315)

#72597

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii Mihrimah #72590, ale wyszedłby za długi, więc piszę.

Istnieją matki normalne (myślę, że jest ich większość, tylko nie rzucają się w oczy, bo zachowują się kulturalnie), które jak chcą aby przepuszczono je ze względu na dzieci, to po prostu o to proszą. Sama jak widzę kogoś z dzieckiem, to nie widzę problemu aby mu ustąpić miejsca, przepuścić, pomóc.

Niestety istnieje drugi sort matek, czyli "jestem-centrum-wszechświata-służcie-mi-i-padajcie-na-kolana-bo-mam-dziecko". Takie panie widuje się może niezbyt często, ale zawsze takie spotkanie zapada w pamięć. Oto co spotkało mnie na poczcie.

Stoję w ok 10-osobowej kolejce, za mną i przede mną osoby młode, starsze, bardzo stare, z dziećmi i bez. Nagle wchodzi matka z dzieckiem, bez "dzień dobry" ani nic i ładuje się tuż za plecy osoby, która przy okienku załatwiała swoje sprawy. I się wepchnęła. Facet, przed którego się wepchnęła najpierw zbaraniał, a potem wywiązał się dialog:
(M)- matka
(F)- facet, przed którego się wepchnęła
(K)- chór. Tzn. kolejka.

(F)- Przepraszam, dlaczego pani się wepchnęła?
(M)- Nie widzi pan? MAM DZIECKO!
(F)- Trzeba było się zapytać, przecież wszyscy ludzie nie stoją tu dla przyjemności, może komuś się spieszy, nie można się tak bezczelnie wpychać.
(M)- Chyba pan zwariował, ja tu przyszłam z DZIECKIEM i ono nie będzie czekać! - rzeczone dziecko faktycznie do najcierpliwszych nie należało, darło sobie kwitki do poleconych i krzyczało, matka w tym czasie nawet na nie nie zerkała, tylko dyskutowała z facetem i kolejką. W międzyczasie osoba przy okienku odeszła, zwolniło się miejsce, a ta nadal stoi i wykłada swoje racje.
(K) - Niech już pani załatwia co ma załatwić i idzie, my tu nie chcemy czekać do jutra.
(M)- Ja mam DZIECKO i nie będę nigdzie stała w kolejkach. Państwo sobie mogą poczekać, bo dzieci nie mają. - kobieta 2 miejsca przede mną co prawda dzieci miała, nawet przy sobie, ale jakoś mamuśka nie zauważyła. Może dlatego, że były cicho.
(K) - Tu też jest pani z dziećmi, to może panią też przepuścimy.
(M) - Ja tu mam pierwszeństwo! - i ładuje się do okienka. OK, załatwi co trzeba i sobie pójdzie... A gdzie tam! Wzięła swoją latorośl na ręce i rzecze:
(M) - Oliwka, to które kredki ci się podobają? - proces decyzyjny przebiegał z 10 minut, pani z poczty pokazała wszystkie kredki jakie ma, w końcu jakieś zostały wybrane.
(M) - No dobrze, a Oliwka, a którą chcesz kolorowankę? Tę z pieskami, czy tę z domkami? A może o! Tę pani pokaże. Nie, nie tę, tę z księżniczkami. - I tak kolejne 10 minut. W końcu wybrała i kolorowankę, zapłaciła i poszła.

No niestety takie kobiety robią czarny PR innym mamom, nie da się ukryć. A Poczta Polska mogłaby sobie podarować sprzedawanie kolorowanek, zabawek i innych gadżetów.

poczta

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (Głosów: 335)

#70731

(PW) ·
| Do ulubionych
Z racji działalności firmy, dość często muszę załatwiać przeróżne sprawy w urzędach. Tym razem mam do załatwienia pewną sprawę w urzędzie Y. Sprawa ta wymaga złożenia kilku kilogramów papierów (i oczywiście płyt CD, bo wszystko musi być w wersji elektronicznej) w jednym urzędzie (Y), następnie udanie się do kolejnego urzędu (X) po inne papiery, powrót do urzędu Y celem ich złożenia i tak w kółko.

Zmarnowałam już kilka dni na dystrybuowanie dokumentów między urzędami - niestety nie wszystkie dokumenty można wysłać/zdobyć pocztą, a przy okazji czas załatwiania sprawy się przedłuża. Dla mnie jest to absolutnie piekielne, że dokumenty, które leżą w urzędzie X, a potrzebuje ich urząd Y nie mogą zostać przez nich przetransferowane. To ja muszę jechać do X, złożyć podanie o wydanie dokumentów, poczekać ok. 2 tygodni (!) na nie, a następnie udać się do Y celem złożenia. Dodam, że urząd X zajmuje się wyłącznie jednym rodzajem dokumentów, więc nie rozumiem jak to możliwe w XXI wieku czekać dwa tygodnie na wydrukowane 3 kartki papieru z pieczątkami. Ponadto, mimo, iż nic się w dokumentach nie zmieniło od roku, to nadal urząd Y wymaga dokumentów aktualnych. Bo tak i już. Czyli te sprzed roku, mimo, że odpowiadają stanowi faktycznemu są złe i muszę jechać po nowe.

Mało piekielne? Wydanie dokumentów w urzędzie X kosztuje ok. 300 zł. Za, przypominam, wydrukowanie 3 kartek i opieczętowanie ich. Złożenie dokumentów w urzędzie Y kosztuje 200 zł (chyba za to, że ktoś je łaskawie przyjmie i może przeczyta). Upoważnienie kogoś do kontaktu w mojej sprawie kosztuje 17 zł (tego już absolutnie nie pojmuję - za co?).

Do tego standardowa procedura - urząd ma 30 dni na odpowiedź na moje pismo (zazwyczaj po 30 dniach przysyła pismo, że ma tyle spraw do przeczytania, że niestety moja sprawa zostanie rozpatrzona być może za kolejne 30 dni), ja oczywiście mam 7 dni. Urząd w swojej mądrości wysyła mi również pisma aby uzupełnić wniosek o pewne dane, które w tym wniosku zostały zawarte - po prostu ktoś go nie przeczytał zbyt uważnie. No ale oni wysłali pismo, ja muszę opowiedzieć, że dane są, oni na to pismo "o, faktycznie", a czas leci.

Moje pytanie brzmi - czy urzędnicy nie zarabiają pieniędzy, że muszą na każdym kroku pobierać opłaty skarbowe za każdy złożony/odebrany świstek? Czy nie wystarczy, że firma płaci niemałe podatki? I w końcu, czy przeciętny polski przedsiębiorca ma za mało na głowie, żeby jeszcze latać po urzędach przez tydzień w celu załatwienia jednej sprawy, którą w XXI wieku przy takiej ilości urzędników powinno się załatwiać w góra kilka dni?

urząd

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (Głosów: 268)

#63973

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje perypetie w szwedzkim sklepie z meblami.

Zaczęło się już na parkingu, kiedy to rozpędzone małe dziecko prawie wbiegło mi pod koła. Zahamowałam praktycznie w miejscu i nie potrąciłam go, jednak kto normalny puszcza wolno dzieciaka na słabo oświetlonym parkingu po zmroku? Ja toczyłam się jakieś 5 km/h szukając miejsca, ale wiem, że inni kierowcy potrafią tam jechać o wiele szybciej. Najwyraźniej jednak opiekunka malucha była bardziej zainteresowana rozmową przez telefon i tylko zerkała, czy dziecko nie uciekło. Brawo.

W samym sklepie istnieje fantastyczny plac zabaw dla dzieci. Wiem, że jest fantastyczny, bo kilkanaście lat temu uwielbiałam tam zostawać, a obecnie dzieci moich koleżanek również bardzo go lubią ;) Jest tam duży "małpi gaj", basen z piłkami, zabawki, kreskówki i inne atrakcje dla najmłodszych.
Z jakichś przyczyn wiele rodziców nie decyduje się jednak na zostawienie w nim swoich pociech. Wydaje mi się to dziwne, bo wiem jaką "atrakcją" są zakupy z kilkulatkiem i raczej większość moich dzieciatych znajomych błogosławi miejsca, gdzie mogą zostawić latorośl pod opieką na czas zakupów.

No ale może rodzice odczuwają lęk separacyjny, czy coś w tym rodzaju, bo po sklepie kręciło się i biegało mnóstwo dzieciaków.
Poszłam do stoiska z kanapami, bowiem był to mój główny cel zakupów. Na dwóch oglądanych przeze mnie kanapach radośnie podskakiwały sobie brzdące, oczywiście w butach. Rodziców w pobliżu brak, obsługa ma to gdzieś. Tym samym przestrzegam wszystkich potencjalnych nabywców kanap z wystawy (ten sklep meble powystawowe wyprzedaje po niższych cenach). Zanim usiądziecie na takiej kanapie, polecam zamówić pranie!

Przejście przez dział artykułów kuchennych to był prawdziwy koszmar - wszystko tam jest takie kolorowe i ładne, to chyba oczywiste, że przykuwa uwagę każdego malca, więc średnio co dwa metry stał gdzieś dzieciak i ryczał wniebogłosy BO ON CHCE TEN KUBEK! I mamusia odwrócona tyłem, ze spokojem oglądająca inne artykuły. Niebezpiecznie się zrobiło, kiedy rzeczony kubek znalazł się na podłodze, bo rozwścieczone dziecko nim rzuciło. Na szczęście się nie rozbił. Reakcja mamy? Nawet się nie odwróciła. A co ją to obchodzi, najwyżej go stłucze i się pokaleczy.

I ostatnia scenka - na magazynie. Aby dojść do kas, trzeba przejść przez magazyn, a żeby nie marnować powierzchni handlowej, umieszczono tam kosze z rozmaitymi drobnymi przedmiotami - kapcie, szczotki kuchenne i cały kosz pluszaków. Dwóch chłopców okładało się pluszakami, po czym zaczęli wyrzucać je na podłogę i kopać je gdzie popadnie. Ich mama nawet nie spojrzała w ich stronę, tylko kiedy już wybrała odpowiednie części z magazynu zawołała ich do siebie.
Nie wytrzymałam i podeszłam do niej z pytaniem, czy w ten sposób uczy dzieci kultury i poszanowania mienia? Zgadnijcie co odpowiedziała? NIC. Odwróciła się bezceremonialnie i popędziła dalej. Nie będę przecież jej gonić, i tak niczego się nie nauczy.

Podsumowując - ludzie, bardzo was proszę nie pozwalajcie dzieciom na wszystko, bo po pierwsze nie jesteście sami na świecie, a po drugie nauka podstawowego zachowania w przestrzeni publicznej nie jest taka straszna i niemożliwa do zrealizowania.

sklep meblowy

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 315 (Głosów: 519)

#63200

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj rano przeczytałam artykuł, który spowodował, że nieomalże udławiłam się kawą.
Poniżej link do artykułu:

http://biznes.onet.pl/wiadomosci/kraj/ciezarne-na-celowniku-zus/x6t85

W skrócie chodzi o to, że kobiety, które będąc w ciąży podpisały umowę o pracę, lub też założyły działalność gospodarczą, tym samym płacąc co najmniej jedną składkę ZUS, są przez ZUS traktowane jako oszustki, wyłudzaczki i generalnie złodziejki. Chodzi oczywiście o zasiłek macierzyński.

Jak można tak potraktować kobietę w ciąży?! Co jest nieuczciwego w tym, że ktoś akurat cudem dostał umowę o pracę? A nawet jeśli celowo taka umowa została podpisana - są przepisy, które dotyczą obywateli, są też takie, które dotyczą ZUSu. Nie ma nic złego w tym, że ktoś te przepisy wykorzystuje, aby zapewnić sobie jakieś minimalne wynagrodzenie w czasie, kiedy pracować nie może - bo na przykład ciąża jest zagrożona, albo jest się matką noworodka i fizycznie jest niemożliwym iść do pracy.

Czemu ZUS krzyczy, że na zasiłek trzeba sobie "zapracować"?
Jeżeli pierwszego dnia w pracy ktoś ma wypadek, to też mają go nie leczyć w szpitalu, bo jeszcze sobie na to leczenie nie "zapracował" i pracodawca odprowadził za niego zbyt mało składek?

Zus jest za przeproszeniem jak dupa od srania żeby taki zasiłek wypłacić, nie wnikając kto, kiedy i za jaką stawkę zatrudnił daną osobę.

Jestem absolutnie zbulwersowana takim działaniem. A najbardziej faktem, iż kobiety wymienione w artykule (jak zapewne większość, których takie sytuacje dotykają) nie mają odwagi, czasu i pieniędzy aby w sądzie walczyć o to, co im się należy.

Owszem, jestem wielkim przeciwnikiem wszelkich zasiłków i dodatków dla osób, którym się nie chce pracować, jednak nie mogę się pogodzić z takimi absurdami. Niby w jaki sposób matka noworodka ma zarobić na swoje i dziecka utrzymanie? Chyba mamy prawo dostać coś za wszystkie te pieniądze, które co miesiąc oddajemy ZUSowi, z pełną świadomością, że emerytury albo wcale nie zobaczymy, albo będzie żałośnie niska.

Dla mnie jest to ogromna piekielność i niestety może spotkać zarówno mnie, jak i miliony innych kobiet.

A potem się dziwią, że w Polsce jest taki mały przyrost naturalny...

ZUS

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (Głosów: 782)

#62573

(PW) ·
| Do ulubionych
Odkąd przetarg na dostarczanie przesyłek z sądów wygrała firma inpost, porobiło się sporo problemów. Słyszałam już o tym, że kioski, w których leżą przesyłki bywają zamknięte na kilka dni, albo w niektórych lokalizacjach trzeba odbierać je w sklepach monopolowych bądź sexshopach (?), jednak moja historia była na tyle absurdalna, że postanowiłam się nią z Wami podzielić.

Niestety nie było danego dnia nikogo w firmie, w związku z czym zostawiono awizo. Poleciałam więc dnia następnego do kiosku ruchu celem odebrania przesyłki. Przy sobie miałam dowód osobisty oraz wydruk z KRS, potwierdzający iż jestem upoważniona do odbierania wszelkiej korespondencji.

Szanowna pani kioskara niestety od samego początku nie miała ochoty wydać mi przesyłki.
Najpierw orzekła, iż niemożliwym jest wydanie przesyłki "wie pani, z SĄDU! To są ważne rzeczy!!!", ponieważ nazwisko na kopercie nie zgadza się z tym w moim dowodzie osobistym. No ciężko żeby się zgadzało, niestety nie mam na nazwisko tak samo jak nazwa firmy...
Wytłumaczyłam zatem, iż nie chodzi o osobę fizyczną, tylko o firmę.

Tu się zaczęły schody. Pani zażądała upoważnienia z pieczątką firmy. Ja jej na to pokazuję wydruk z KRS i oznajmiam, że sama sobie nie zamierzam pisać żadnych upoważnień, a firma nie posiada pieczątki, bo nie ma takiego obowiązku.
Pani na wydruk nawet nie raczyła spojrzeć, tylko zaczęła na mnie krzyczeć, że TO DLA NIEJ NIE JEST ŻADEN DOKUMENT! CO TO ZA FIRMA BEZ PIECZĄTKI? TAKIE FIRMY NIE ISTNIEJĄ! Ręce mi opadły. Zapytałam, co zatem jest dla niej dokumentem? Odpowiedź była oczywista - muszę mieć pieczątkę. Bez pieczątki ona mi tego nie wyda, bo to są "ważne rzeczy z sądu" i ona się boi kontroli, która na pewno ją nawiedzi jeśli wyda mi przesyłkę wyłącznie na podstawie wydruku z KRS, który jak już wiemy, dla pani kioskary nie jest żadnym dokumentem...

Czara goryczy się przelała, zadzwoniłam do biura firmy dostarczającej przesyłki. Po rzeczowej rozmowie z kierownikiem, dowiedziałam się oczywistości - pani ma obowiązek wydać mi przesyłkę na podstawie okazanych dokumentów. Ale niestety, pani kioskary nie przekonał głos kierownika (rozmawiałam przy niej na głośnomówiącym). Kierownik powiedział, że skoro nie wierzy, że z nim właśnie rozmawiam, to zadzwoni do niej. Pani to akurat słysząc szyderczo się zaśmiała i oznajmiła z rozbrajającą szczerością, że ona akurat nie wzięła ze sobą telefonu. Kierownik słysząc to zaproponował, że porozmawia z panią przez mój telefon. Usłyszeliśmy jednak wzburzoną już kioskarę, krzyczącą "ja pani nie wierzę, że rozmawia pani z moim kierownikiem!!! Skąd mam wiedzieć do kogo pani zadzwoniła?!".

Rzeczony kierownik uznał, że nic w tej materii już nie zdziała. Obiecał mi jedynie, że nazajutrz w kiosku będzie obsługiwała normalna kobieta i wyda mi tę nieszczęsną przesyłkę.

Na szczęście faktycznie, następnego dnia przywitała mnie inna pani z kiosku. Rzuciła jedynie kąśliwą uwagę, iż jestem "tą która się tak awanturuje", ale bez szemrania wydała mi super-ważną przesyłkę.

Ja naprawdę rozumiem, że kobieta siedząca w kiosku nie musi być alfą i omegą jeśli chodzi o dokumenty firmowe. Ale do jasnej cholery, skoro zobowiązała się dystrybuować przesyłki sądowe, to może warto byłoby ją przeszkolić w temacie podstawowych zagadnień z rodzaju - komu można, a komu nie można wydać danej przesyłki?!

kiosk ruchu - przesyłka

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 563 (Głosów: 605)

#54547

(PW) ·
| Do ulubionych
Było mnóstwo historii o szukaniu pracy. Teraz ja dodam coś zza drugiej strony barykady - czyli o poszukiwaniu pracowników.
Daliśmy ogłoszenia na kilku popularnych portalach. W ogłoszeniu wymieniona stawka za pracę (nienawidzimy ściem pt. zgrany zespół, miła atmosfera itp) , konkretny opis stanowiska, godziny pracy, link do strony firmy. Jako namiary na firmę podaliśmy adres, telefon i maila.
Poniżej piekielności potencjalnych pracowników:

- Kilkanaście telefonów dziennie z pytaniem o stawkę (podana w ogłoszeniu).
- Telefony z pytaniem o maila, na którego wysłać CV (podany w ogłoszeniu).
- Telefony z pytaniem o adres i dokładne wskazówki dojazdu (podane w ogłoszeniu).
- Telefony o godzinie 22, w weekendy, oraz o 5 rano (mimo, że po godzinach pracy i profilu działalności można się zorientować, że firma działa od 9 do 17). Oczywiście 99% telefonów dotyczyło pytania o stawkę i godziny lub miejsce pracy.
- Załatwianie pracy córce/znajomej/sąsiadce/koledze/szwagrowi itp. Wypytywanie o każdy szczegół, po czym uznanie "i tak osoba zainteresowana musi się skontaktować". Po kontakcie z osobą ubiegającą się o dane stanowisko, kolejna rozmowa na temat każdego szczegółu dotyczącego miejsca pracy. Przepraszam, na serio zdrowa na umyśle, dorosła osoba, nie potrafi sama od razu zadzwonić i zapytać o wszystkie rzeczy, które ją interesują?

Wszystko przebił pan, który prosił o dokładne wskazówki dojazdu. Po czym umówiony na rozmowę kilka godzin przed dzwonił jakieś kilkadziesiąt razy z pytaniami jak dojechać do firmy samochodem, pociągiem, tramwajem, autobusem i metrem. Mimo rzetelnie (i z wielkim już zmęczeniem) udzielanych 100 razy wskazówek, finalnie nie dotarł.

Dodatkowo setki CV napisane z błędami ortograficznymi, ściągnięte bezczelnie z szablonów dostępnych w internecie, szablonów uzupełnionych w 20%, albo ze zdjęciami, o których lepiej nie będę wspominać.

Mówi się, że pracodawcy nie szanują pracowników. A czy ktoś, kto dzwoni do potencjalnego pracodawcy w niedzielę, o godzinie 22 i jedyne co umie powiedzieć "dzień dobry, bo ja o pracę, jaka stawka?" szanuje go?

praca

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 642 (Głosów: 690)