Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shineoff

Zamieszcza historie od: 8 czerwca 2012 - 1:42
Ostatnio: 21 sierpnia 2017 - 10:12
  • Historii na głównej: 37 z 38
  • Punktów za historie: 20215
  • Komentarzy: 957
  • Punktów za komentarze: 6112
 

#79489

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam historię o mandatach od SM za źle zaparkowane samochody z powodu braku oznaczeń. U mnie na osiedlu jest podobny problem.

Pod blokami są podwórka, wyasfaltowane, do których prowadzi droga dojazdowa z ustawionym "potykaczem". Tuż po stworzeniu owej drogi (wcześniej był tylko rozpadający się chodnik w tym miejscu) zarząd spółdzielni oświadczył, że z drogi i podwórka mogą korzystać mieszkańcy, którzy chcą wnieść/wynieść ciężkie przedmioty z mieszkania, zapakować samochód na wyjazd itp. Chodzi o to, żeby parkować tam tylko na chwilę, a nie robić z tego regularny parking. Oczywiście powiedzieli, ale znaku nie postawili.

I tak oto zostałam uraczona mandatem za parkowanie w tym miejscu (dosłownie na 10 minut żeby załadować furę), ponieważ jakiś "życzliwy" sąsiad wezwał SM kilka godzin wcześniej do zaparkowanej na środku furgonetki, która dowiozła komuś meble i stała tam kilka godzin. Sprawę w straży wyjaśniłam, zostałam pouczona, mandatu nie było.

OK. Napisałam pismo do spółdzielni aby ustawili odpowiedni znak, na co oni mi piszą "no ale po co, przecież to jest teren prywatny i SM nie może sobie wlepiać tam mandatów". No jak widać jakoś mogą. Teren jest prywatny, ale nieogrodzony, więc SM z jakichś przyczyn potraktowała go jako drogę publiczną.

Dziś rano też widziałam jak biegali z aparatami, i coś czuję że znów dostanę mandat, tym razem za parkowanie w innym miejscu, które nie jest wyznaczone, ale ludzie tam stają, bo na osiedle, gdzie jest 800 mieszkań jest 20 miejsc parkingowych, z czego tylko 4 (!) leżące na terenie spółdzielni. Wcześniej miejsc było ok. 100, co sprawiało, że dało się zaparkować. Obecnie spółdzielnia sprzedała teren (długa historia) i 80 miejsc poszło się j... Alternatywą jest stawianie samochodu 10 ulic dalej (bo wszędzie są zakazy parkowania, tereny prywatne itp.).

Właściwie, może jest tu ktoś, kto ma jakiś patent jak wymusić stworzenie dodatkowych miejsc? Bo powiem szczerze, że ciężko się żyje, kiedy o miejsca jest wojna, a spółdzielnia choć posiada wolne tereny, woli je sprzedawać. Dodam, że na osiedlu następuje obecnie wymiana pokoleń, więc samochodów przybywa, ale i tak większość członków spółdzielni to osoby w wieku 70+, które nie chodzą na walne zgromadzenia, i w d... mają czy będzie gdzie zaparkować czy nie.

osiedle

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (81)

#79316

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam do marketu budowlanego celem zdobycia faktury za rzecz, którą kupił rano pracownik.

Pracownik nie pamiętał NIP-u firmy, więc wziął paragon, wrócił na bazę i mi go przekazał. Podjechałam do sklepu i myślę sobie: "fajnie, te sklepy mają fakturomaty, więc nie wystoję się godzinę w punkcie obsługi klienta, tylko wezmę szybko fakturkę i po sprawie".

I tu zderzyłam się z panem piekielnym. Jeden z fakturomatów jest popsuty, w związku z czym ustawiłam się w kolejce za starszym mężczyzną. Mężczyzna ten miał w ręku cały plik paragonów (nie skłamałabym, mówiąc, że miał ich ponad 50) i sobie te paragony liczył. Kiedy stanęłam za nim, oderwał się od tego zajęcia i pyta:

- Pani chce wziąć fakturę?
- Tak, po to właśnie tu stoję.
- O, to przykro mi, ale u mnie to trochę potrwa.

Widzę, że on jeszcze nic w tej maszynie nie nacisnął, tylko stoi i liczy te paragony. Mówię:

- Wie pan co, ja mam tylko jedną fakturę do wzięcia, a skoro pan nie korzysta z urządzenia, to może mnie pan przepuści?
- Nie, bo byłem pierwszy.

I dalej liczy te kwitki, blokując maszynę.

Wściekłam się, bo mógł przecież je sobie dalej liczyć, kiedy ja skorzystałabym z urządzenia. Wypaliłam:

- Jak się żyje, będąc takim chamem?

Po tym poszłam i odstałam swoje 10 minut w punkcie obsługi klienta. Facet dalej liczył...

market budowlany

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (180)

#78969

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu skończyła mi się dwuletnia umowa z firmą (nazwijmy ją V) na dostawę Internetu + TV. Nie chciałam jej przedłużać (chociaż przyznam, że była bardzo korzystna), bo chcę zrezygnować z TV. W związku z powyższym umowa przeszła na czas nieokreślony, z miesięcznym okresem wypowiedzenia.

Szukam sobie teraz tańszej opcji z samym Internetem, a że nie dysponuję zbyt dużą ilością wolnego czasu, to szukam tego powoli. Konkretnie - już cały miesiąc. Oczywiście tuż po zakończeniu umowy wydzwaniali do mnie pracownicy V, żebym przedłużyła umowę, najlepiej dodając do niej platynowy czy tam diamentowy pakiet TV. Za każdym razem grzecznie odmawiałam i prosiłam o kontakt z handlowcem, który przedstawi mi oferty na sam Internet (myk polega na tym, że u handlowca można wynegocjować lepszą cenę i warunki niż u pani na infolinii). Po dziś dzień żaden handlowiec do mnie nie zadzwonił.

Zadzwonił natomiast pan kurier - "mam dla pani umowę". Moment. Jaką umowę? Nie podpiszę żadnej umowy. Nie zamawiałam jej. Nie chcę. A pan na to, że stoi pod drzwiami. Byłam wtedy w pracy, więc tak czy siak nie mogłabym go przyjąć, natomiast powiedziałam mu, w czym rzecz, że żadnej umowy nie podpiszę i niczego takiego nie zamawiałam. Kurierzy z firmy V dzwonili do mnie przez ten miesiąc jeszcze ok. 10 razy - czyli średnio co 3 dni ktoś musiał na darmo jechać do mnie do domu. Za każdym razem odmawiałam.

Dzisiaj zadzwonił do mnie inny pan, który rozłożył mnie na łopatki:
Pan: Musi pani podpisać aneks.
Ja: Jaki aneks?
Pan: Do umowy. To bardzo ważne, natychmiast musi pani podpisać.
Ja: Jakiej umowy?
Pan: Z firmą V. Ja nie mam czasu, proszę natychmiast przyjechać i podpisać.
Ja: Mówiłam państwu wiele razy, że nie podpiszę żadnej umowy ani aneksu, dopóki nie skontaktuje się ze mną handlowiec. Obecnie rozważam propozycję konkurencji.
Pan: Ale musi pani podpisać! Zamawiała pani kuriera dnia tego i tego (to był dzień, kiedy kolejny raz któregoś z kurierów odprawiłam z kwitkiem).
Ja: Nic nie muszę, do widzenia.

Dla mnie jest to wkurzające, dla pracowników V - podejrzewam, że również.

Rozumiem, że próbują na siłę przedłużyć umowę, ale bez przesady. Być może osoba starsza będzie skłonna ją podpisać, skoro kurier już do niej przyjechał. Ja nie zamierzam - ale szkoda mi czasu pracowników tej firmy. Przez tę politykę poważnie zastanawiam się nad zmianą dostawcy Internetu.

umowy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (191)

#78657

(PW) ·
| Do ulubionych
Obok mojego osiedla pełną parą ruszyły budowy 3 bloków naraz. Co za tym idzie w okolicy kręci się wielu robotników, zachodzą również do osiedlowego sklepiku. Co kupują? Od godziny 6 rano stoją w kolejce po piwo i wódkę. Zakładam, że raczej z konsumpcją nie czekają na fajrant.

Pozostaje mieć nadzieję, że żaden z nich nie jest operatorem dźwigu, albo innej maszyny potencjalnie zagrażającej innym ludziom...

budowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (178)

#78545

(PW) ·
| Do ulubionych
"Obrońcy" cudzych dzieci.

Sklep, kolejka do kasy. Dziecko (4 lata) znajomej koniecznie chce dostać jakąś słodycz. Bierze towar z półki i biegnie do matki z krzykiem, że to chce i ona ma mu to kupić. Znajoma dziecku tłumaczy, że nie kupi mu tej słodyczy, bo w koszyku znajdują się 2 inne i że nie należy jeść tyle słodyczy i przecież ustalili, że kupują 2 opakowania słodyczy.

Dziecko oczywiście dalej swoje, że chce to, że tamtych już nie chce, tylko to i zaczyna ryczeć. Matka ze stoickim spokojem tłumaczy, że zgodnie z ustaleniami dziecko może sobie wybrać 2 rzeczy. Dzieciak wybiera wszystkie trzy. I ryczy.

Z boku przygląda się sytuacji obca kobieta i mówi do znajomej:
- Proszę kupić dziecku wszystkie trzy słodycze, przecież widzi pani, że on chce.
Znajoma ze spokojem (takim jak do dziecka, widać, że cierpliwość ma przeogromną).
- Proszę pani, przed wyjściem do sklepu ustaliłam z dzieckiem, że kupujemy 2 opakowania słodyczy. Nie mogę teraz zmienić zdania.

Kobieta nalega żeby dziecku kupić wszystkie 3. Głośno lamentuje jakie to matki są w tych czasach wyrodne, dziecku żałują cukierków, co to za dzieciństwo bez słodyczy itp. Zwraca się do dziecka:
- A ty chciałbyś te wszystkie 3 słodycze?
- Tak!
- To powiedz mamie, że chcesz.

I dziecko (które bardzo uważnie przyglądało się dyskusji) znów zaczyna histeryzować, że chce i mama ma natychmiast kupować. Znajoma zignorowała kobietę i ryki swojego dziecka, akurat była jej kolej w kasie i kupiła dziecku tylko 2 opakowania, a trzecie odłożyła. Kobieta dalej nie przestała lamentować.

I tu finał historii, który (jak dla mnie) jest bardzo dziwny - kobieta tak się uparła, że sama kupiła trzecie opakowanie, dogoniła moją znajomą przed sklepem i wręczyła dziecku słodycze.

Znajomej opadła szczęka. Kazała dziecku oddać pani słodycze (bo jest uczone, żeby od obcych ludzi nie brać żadnych prezentów). Kobieta się zbulwersowała, zaczęła krzyczeć na pół ulicy, wygrażała, że zadzwoni do MOPSu i innych instytucji. Dziecko rzecz jasna ponownie wpadło w histerię.

Powiedzcie mi proszę - czy ta kobieta postradała zmysły?

sklepy

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 336 (350)

#77893

(PW) ·
| Do ulubionych
Parking podziemny w markecie, oczywiście zapchany, bo święta, więc wszyscy ludzie się zbroją w jajka, mąkę i inne produkty. Cudem udało mi się znaleźć miejsce i idę po koszyk.

Przed koszykami kolejka, ludzie się mocują, żeby koszyk wydostać i jeszcze żeby w miarę działał, więc stoję grzecznie i czekam aż przyjdzie moja kolej szarpania się z żelastwem na kółkach.

Po parkingu chodzi mnóstwo ludzi we wszystkich kierunkach (nie ma tam wyznaczonych alejek dla pieszych jak w niektórych galeriach), więc potencjalnemu kierowcy pieszy może "wyskoczyć" dosłownie wszędzie. Aby zapewnić pieszym minimalną ochronę przed kierowcami pozbawionymi mózgu na parkingu są progi zwalniające. Niestety składają się one z takich metalowych elementów i oczywiście te dwa elementy, przez które przejeżdżają koła samochodu ktoś usunął. Z każdego, a na parkingu jest ich kilkadziesiąt!

No i stojąc w tej kolejce najpierw usłyszałam, następnie zobaczyłam jakiegoś bardzo młodego (nawet nie wiem czy pełnoletniego) jegomościa o śniadej karnacji, za kierownicą mocno już zużytego Merola. Postanowił sobie potrenować na tym zapchanym parkingu szybką jazdę i coś, co miało imitować drift. Bardzo żałuję, że nie zdążyłam wyciągnąć telefonu i nagrać filmu z tej jego jazdy, bo chętnie zaniosłabym to nagranie na policję.
Nie pozdrawiam tego debila.
Uważajcie na parkingach.

sklep parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (143)

#77602

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do #77597, ale wyszedłby za długi.

Jeździć na nartach uczyłam się bardzo dawno temu, kiedy byłam małym dzieckiem. Wtedy jeszcze nie było pod każdym stokiem świetnie zaopatrzonej wypożyczalni nart, toteż sprzęt każdy miał skompletowany bardziej na zasadzie "załatwienia" niż kupienia.

W moim przypadku były to cholernie niewygodne buty, których jako czteroletnie dziecko nie byłam w stanie zapiąć (co więcej, nie wiem kto je zaprojektował, ale jedynie silny, dorosły mężczyzna mógł je zapiąć - w tym przypadku akurat instruktor lub mój tata).

Narty to były cienkie, proste dechy, za długie na mnie o jakieś 30 cm (taka moda), upiornie ciężkie. W pierwszym sezonie miałam zajęcia z piekielnym instruktorem, który - daję słowo! - próbował chyba zrobić wszystko abym do końca życia znienawidziła jazdę na nartach.

1. Podchodzenie pod górkę - nie było wtedy wyciągów dla dzieci, tzw. "urwiłapek" czy innych taśmociągów, były tylko wyciągi talerzykowe (i krzesełka, na dłuższych trasach oraz dwuosobowe orczyki, których akurat na tym stoku nie było).

Dla małego dziecka wjazd samodzielnie takim wyciągiem był bardzo trudny, czasem wręcz niemożliwy, szczególnie przez wysokość "talerzyka" - wtedy nie było to przystosowane do małych dzieci, jakaś regulacja była, ale ograniczona. Ale dało się wjechać razem z dzieckiem, co też czynili niektórzy instruktorzy. Ale nie mój! "Żebyś doceniła (wtf?!) zjeżdżanie, najpierw musisz podejść!"- i musiałam zapierdzielać pod górkę z nartami i kijami, w imię nie mam pojęcia czego.

Nie wiem ile te nieszczęsne narty ważyły, ale dla mnie wtedy były ledwo do udźwignięcia i stale się "rozjeżdżały" w rękach. I dodajmy do tego jeszcze kije. Po jednym dniu nienawidziłam jazdy na nartach, instruktora i gór.

2. Wywalanie się. Wiadomo, że jak się ktoś uczy to się wywali nie raz. Ale instruktor śmiał się ze mnie ilekroć się przewróciłam, nie próbował nawet podnosić (akurat podnoszenie opanowałam do perfekcji bardzo szybko), mówił, że inne dzieci, które uczył się tak nie wywalały. Generalnie wieczna krytyka, co sprawiło, że nauki jazdy na nartach mi się odechciało jeszcze bardziej.

3. Szybkość jazdy. Wywalałam się, więc bałam się jechać szybciej, to chyba logiczne. Nie, nie dla instruktora. Mógł mnie jakoś zachęcić do zwiększenia prędkości, prawda? Ale on wolał krzyczeć "Jedź szybciej, inne dzieci w twoim wieku to już śmigały, a ty co". Bałam się, nie chciałam jechać szybciej za nic na świecie.

4. RAZ pozwolił mi skorzystać z wyciągu, oczywiście talerzyk poderwał mnie do góry, przewróciłam się. Co zrobił instruktor? Powiedział "widzisz, jeszcze nie dorosłaś do wyciągu, więc będziesz podchodzić". Nie dał mi szansy, żeby nauczyć się jeździć wyciągiem. Raz się nie udało, to znaczy, że nigdy się nie uda.

5. Przed każdymi zajęciami wpadałam w histerię i ryk. Instruktor rodzicom tłumaczył, że dziecko sobie nie radzi i dlatego tak nie chce się uczyć, ale że nauka nie jest przecież przyjemnością i prędzej czy później polubię jazdę. Jednak po 4 albo 5 zajęciach (już nie pamiętam) uparłam się, że nie pójdę i kropka. Rodzice oczywiście wkurzeni, że dzieciak wybrzydza i marudzi, ale finalnie się zgodzili i tak uwolniłam się od zajęć z tych chamem.

Dodam, że rodzice nie wiedzieli jak wyglądają zajęcia na prośbę instruktora, który był jakimś znajomym (dlatego nie bali się mnie z nim zostawić), bo dzieci przy rodzicach się stresują i generalnie nauka słabo idzie. Oczywiście podzielam tę opinię, ale mimo wszystko powinni zobaczyć jak wyglądają te zajęcia po pierwszym ataku mojej histerii, a nie wierzyć facetowi, że dziecku źle idzie więc zanosi się rykiem.

Rok później miałam już normalną instruktorkę, która pozwalała mi jeździć wyciągiem, uczyła bardzo dobrze, a ja na luzie załapałam o co chodzi w tych nartach i polubiłam jazdę. Na jej zajęciach również moi rodzice nie byli obecni, ale bawiłam się z nią doskonale, nie ryczałam, a z upadków się śmiałam i nikt nie robił z tego tragedii.

Później jeszcze jeździłam w klubie narciarskim, ale to jest temat na oddzielną historię. Obecnie jeżdżę bardzo dużo, bardzo to lubię, ale kiedy wspominam tego pierwszego instruktora to ciarki mnie przechodzą.

narty

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (137)

#77293

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat może i kontrowersyjny, wałkowany tysiąc razy, ale muszę Wam wylać swoje żale.

Portal społecznościowy. Większość z nas ma tam bliższych i dalszych znajomych, a dodatkowo należy do rozmaitych grup - o jedzeniu, o zwierzętach, o dzieciach, dietach itp. Na wielu z tych grup (nawet o tematyce zupełnie innej niż macierzyństwo) bardzo często mamusie chwalą się tym, że karmią piersią. Wstawiają zdjęcia w wielu miejscach i są bardzo dumne, że nie skorzystały z pokoju do karmienia czy ogólnie miejsca ustronnego, spokojnego, tylko karmią na przykład na środku sklepu, nie zasłaniają piersi ani dziecka niczym i robią sobie selfie, aby się pochwalić. Mam wrażenie, że prowadzą ze sobą rywalizację, która nakarmi dziecko w miejscu bardziej dziwnym i jeszcze bardziej do tego nieprzeznaczonym.

Oczywiście na komentarze, że dla dziecka byłoby lepiej i wygodniej, żeby chociaż usiadła i je przykryła, aby nie miało nadmiaru bodźców, odpowiadają karczemną awanturą z wyzwiskami. Mi osobiście takie karmienie nie przeszkadza, niech sobie karmią, ale szkoda dzieci, które nie mogą spokojnie zjeść, bo mamusia musi się innym pochwalić jaka to ona nie jest fajna.

Kolejna rywalizacja toczy się między nimi, która karmi dziecko najdłużej - i wrzucają zdjęcia pięciolatków karmionych piersią, chwalą się tym i zapowiadają, że zamierzają to robić jak najdłużej. Tu już mnie krew zalewa, jak oglądam takie zdjęcia - po pierwsze te kobiety nie wrzucają tego anonimowo, po drugie ich galerie zazwyczaj są otwarte dla wszystkich i każdy może sobie obejrzeć zdjęcia jej dziecka (karmionego piersią, czy w innych, często wstydliwych sytuacjach), a po trzecie ich dzieci już nie są niemowlakami. Mają 5,6 lat, więc za moment pójdą do szkoły, gdzie inne dzieci prędzej czy później te zdjęcia wygrzebią - jak bardzo będą tego dzieciaka gnębić, to zależy już od ich inwencji. A gnębić będą na pewno, bo dzieci potrafią być okrutne i śmiać się z kolegów z byle powodu. Karmienie piersią pięciolatka oczywiście z wielu względów jest bez sensu, ale jeżeli już matki koniecznie tego chcą, to niech to robią, proszę bardzo, tylko po co się tym publicznie chwalą? Nie sądzę, żeby przed wrzuceniem takiej "słit foci" pytały się dziecka, czy sobie tego życzy.

Hitem była mama karmiąca pięciolatkę, której logopeda zasugerował, żeby przestała to robić, bo dziecku się źle rozwija aparat mowy i ma przez to trudności z wypowiadaniem niektórych liter - mamusia oczywiście olała zalecenia logopedy, bo przecież ona najlepiej wie co jest dobre dla jej dziecka, a dobre jest karmienie, najlepiej jak najdłużej (ciekawe jak matka przeżyje, jak jej dziecko wyjedzie na studia do innego miasta).

Zawsze, kiedy ktoś rozsądny sugeruje matkom, żeby jednak nie wrzucały takich zdjęć, rozpoczyna się jedna wielka awantura. Oczywiście zagrożenia są dużo bardziej poważne niż to, że dziecko będzie wyśmiewane w szkole. Te zagrożenie wynikają z samego faktu wrzucania zdjęć dziecka, nie tylko w krępujących momentach życia - istnieją pedofile (wg matek to jakieś mityczne stwory, niczym jednorożce) i porywacze czy złodzieje. Jeśli mamusia chwali się na fejsie nowym telewizorem, nowym samochodem, nowym czymś-bardzo-drogim, a poniżej wrzuca zdjęcie dziecka i dorzuca do tego swoją lokalizację - niech się nie zdziwi, jak ktoś bardzo zły to wykorzysta.
Wybaczcie, że tak długo, pozdrawiam cieplutko ;)

portal społecznościowy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (281)

#76591

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że zima, to sezon na przeziębienia, anginy czy inne choróbska i wiele osób musi raz na jakiś czas odwiedzić aptekę. Ja niestety też musiałam i poznałam nowy typ matki - Matka Polka Aptekowa (MPA).

Weszła z dwójką małych dzieci, jedno w wózku, jedno chodzące. Zamiast "dzień dobry" obwieściła, że ma pierwszeństwo, bo jest z dziećmi, nawet nie dała szansy ludziom zaproponować, że ją przepuszczą - zupełnie jak w historii z matką na poczcie (#72597), nawet nie wiem, czy to nie była ta sama pani (apteka i poczta są na osiedlu blisko siebie i głównie spotykam tam sąsiadów), niestety aż tak dobrej pamięci do twarzy nie mam.

MPA podchodzi do kasy i zaczyna opowiadać o chorobach jej dziecka. Tu go boli, tam go szczypie, i kaszel ma, i coś tam. Przytoczę dialog, który mniej więcej brzmiał tak:

Aptekarka (A): Czy była pani u lekarza z tym dzieckiem?
MPA: U lekarza? A po co?! Tam się tyyyyle czeka na wizytę, a dziecko potrzebuje taki lek najlepiej (i tu pada jakaś nazwa leku). Bo kiedyś synek kuzynki koleżanki szwagra to też miał podobne objawy i mu pomógł.
A: Nie mogę pani sprzedać tego leku, jest tylko na receptę.
MPA: Nie będę dziecka ciągać po lekarzach, przecież widać, że ten lek weźmie i będzie zdrowy.
A: Jednak powinna pani przejść się do lekarza.

W tym momencie MPA chyba stwierdziła, że Aptekarka ma rację (albo też odpuściła dla świętego spokoju) i zaczęła opowiadać o drugim dziecku.
MPA: Bo widzi pani, bo ona ma tutaj jakąś wysypkę, pani spojrzy - i rozbiera tego dzieciaka, żeby pokazać wysypkę. Aptekarka ogląda, proponuje jakąś maść i pójść do lekarza. Matka do lekarza nie pójdzie, bo nie.
MPA: No i jeszcze mojej siostry dziecko to ma zaparcia, i coś tam, i coś tam (nie będę przytaczała rozwodzenia się nad kałem, sorry) i pani mu coś zaproponuje.
A: Czy siostra nie może iść z dzieckiem do lekarza? Trudno ocenić na odległość co może mu dolegać, a ja nie jestem lekarzem.
MPA: Ale pani musi mi pomóc! Ona nie ma czasu po lekarzach chodzić!

Cała rozmowa trwała dobre 15 minut, mnie szlag trafiał, przyszłam po jedną rzecz, której kupno trwałoby może 30 sekund. Inni ludzie też już mieli dość. Może mi ktoś wyjaśnić co to za typ człowieka, że traktuje aptekę jak przychodnię, a lekarza się boi jak diabeł wody święconej?

apteka

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 257 (279)

#74680

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio miałam okazję spędzić bardzo aktywny weekend na południu Polski, gdzie zwiedzaliśmy po kilka atrakcji/zabytków dziennie. Zabytki fantastyczne - głównie trasy podziemne, kopalnie, jaskinie etc. W każdym z tych miejsc mniej więcej 30% grupy zwiedzających stanowiły rodziny z dziećmi. I o nich będzie historia.

1. Kopalnia. W kopalni szyby są dość niskie, wąskie i niewygodnie się w nich poruszać. Ale to nie przeszkodziło radosnej parze rodziców wziąć wózka dziecięcego i ciągle utyskiwać, że schody, że niewygodnie, że zimno. Przed zwiedzaniem oczywiście ludzie są informowani jakie warunki panują pod ziemią, ale widać nie wszyscy zrozumieli. Dziecko darło się wniebogłosy - pewnie było mu zimno i duszno, mogło nawet źle się poczuć. Ale rodzice to najwidoczniej zapaleni turyści, więc przez całe zwiedzanie dzielnie ciągali ten wózek za sobą, non stop marudząc i przeszkadzając innym krzykami dziecka.

2. Muzeum. Rozumiem, że dzieci należy zabierać w różne miejsca i pokazywać im ciekawe ekspozycje, ale 3-latek na serio nie będzie się bawił dobrze w muzeum. Kilka rodzin koniecznie chciało "ukulturalnić" swoje pociechy i w całym muzeum biegały małe dzieci, niepilnowane przez nikogo. Najwyraźniej ich rodzice uznali, że reszta zwiedzających się dziećmi zajmie, a poza tym nie wpadli na to, że 3 letnie dziecko może się znudzić po 5 minutach zwiedzania, gdzie nic nie może dotknąć i trzeba "być cicho". Mam nadzieję, że nie zniszczyły żadnych eksponatów. Są muzea i wystawy przystosowane dla dzieci, gdzie eksponaty mogą sobie obejrzeć, wziąć do ręki, sprawdzić jak co działa, ale to muzeum nie było takie. To było standardowe, nudne dla dziecka muzeum z obrazami, przedmiotami codziennego użytku itp.

3. Jaskinia. Przepiękna, ze stalaktytami i naciekami i fantazyjnymi kompozycjami stworzonymi przez naturę. W jaskimi panuje absolutny zakaz poruszania się inaczej niż po wyznaczonych drogach (możliwość upadku w przepaść) i oczywiście dotykania form skalnych. Co robią rodzice? Puszczają dziecko samopas, które przeszło pod barierkami i maca sobie wszystkie stalagmity. Tylko patrzeć aż urwie kawałek.

Oczywiście było więcej sytuacji gdzie nie dało się usłyszeć przewodnika, bo dzieci krzyczały bądź płakały (jedna mama nawet tak krzyczała na swoje dziecko, że była 5 razy głośniejsza od niego, zwróciliśmy jej uwagę, bo szkoda było tego brzdąca), ale te są najbardziej piekielne.

Ja rozumiem, że rodzice chcą coś pozwiedzać i zobaczyć. Rozumiem, że chcą tam wziąć dzieci żeby im też pokazać. Ale małe dzieci nie zachwycą się przepięknym obrazem w muzeum! W takich miejscach jak wyżej opisane stają się udręką zarówno dla rodziców, jak i reszty zwiedzających. Rodzicielstwo wymaga czasem zrezygnowania z niektórych przyjemności na rzecz innych, należy się z tym pogodzić, a nie na siłę ciągnąć noworodka do kopalni, bo to już jest niebezpieczne dla takiego malucha! A tym bardziej niepilnowanie dzieci w miejscach, gdzie istnieją realne zagrożenia, a takie bieganie może skończyć się tragedią. Są atrakcje stworzone z myślą o dzieciach, niestety dopóki dziecko nie osiągnie odpowiedniego wieku to raczej należy kierować się w takie miejsca. Muzea Wam nie uciekną, a jak bardzo się nie możecie doczekać wizyty, to dziecko zawsze można zostawić pod troskliwą opieką kogoś innego, chyba, że jest spokojne i zniesie kilka godzin zwiedzania ;)

zabytki i atrakcje Polski

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (191)