Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Spaniel25

Zamieszcza historie od: 8 maja 2011 - 4:05
Ostatnio: 12 listopada 2017 - 2:12
  • Historii na głównej: 6 z 20
  • Punktów za historie: 2136
  • Komentarzy: 10
  • Punktów za komentarze: -34
 

#80668

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu: dziwne wymagania co do predyspozycji zawodowych.

Rekrutacja na stanowisko osoby zajmującej się telefoniczną obsługą klientów mieszkających za granicą, w dziedzinie ubezpieczeń i kredytów.

PRACA WYŁĄCZNIE PRZEZ TELEFON.

Wymagania na to stanowisko:

- prowadzenie zdrowego trybu życia - w ankiecie personalnej należało wypisać wszystkie formy aktywności, jakie tylko się uprawia, a gdyby miało się jakieś osiągnięcia w danej dziedzinie, również ich wypisanie;

- brak nałogu nikotynowego - ponieważ j.w., a także brak historii nadużywania innych substancji psychoaktywnych;

- posiadanie własnej rodziny - wymóg konieczny! - czyli posiadanie gospodarstwa domowego składającego się przynajmniej z 2 osób (w tym 1 dziecko) - wg tego, pracodawca będzie miał pewność, że potencjalny pracownik będzie chciał zachować stabilność, jak i zapewni firmie stabilność swoją niechęcią do jakichkolwiek zmian odnośnie miejsca pracy;

- dyspozycyjność 6 dni w tygodniu, pomiędzy 8 a 20.

Oceńcie sami.

*EDIT: Ponieważ wynikła mała burza w komentarzach, postanawiam wyjaśnić kilka kwestii.

1. Gospodarstwo domowe - chodziło o własne gospodarstwo domowe, ale nie jakiegoś dziadka/wujka/piąta-woda-po-kisielu - pytanie było sprecyzowane - ile osób, i czy jeżeli owe gospodarstwo liczy dwie osoby, czy jedną z nich jest dziecko w wieku do lat 16. Jeżeli tak, to punkt dla potencjalnego pracownika - j.w.
2. Dyspozycyjność - wiadomo, teoretycznie jest to praca zmianowa, od 8 do 16, lub 12-20. Natomiast, zostało mi też wyjaśnione, że jeżeli klient się kontaktuje i mówi, że może rozmawiać tylko po 18, mimo, że pracujesz do 16-tej, masz obowiązek zostać i z tym klientem odbyć rozmowę, niezależnie od tego, o której sobie zażyczy.
3. Wynagrodzenie - jest to około 4000 zł brutto. Natomiast wydaje mi się, że to ani dużo, ani mało, biorąc pod uwagę dwa czynniki - praca w Warszawie, i praca, która wymaga na co dzień biegłości mówienia w przynajmniej dwóch językach obcych (rozmowa z klientem to jedno, rozmowa z zagranicznymi bankami czy ubezpieczycielami - zupełnie inna bajka).

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (108)

#80605

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam wczoraj z ciekawości na rozmowie o pracę w jednej z nowych, jak sami o sobie piszą, "prężnie rozwijającej się firmie w branży IT".

Taka sytuacja:

Ja: Czyli rozumiem, że wynagrodzenie to podstawa plus prowizja? I rozumiem, że jest szkolenie wstępne?

Rekruter: Szkolenia nie ma, jest okres próbny, który trwa 2 miesiące. Podstawy nie ma, jest tylko prowizja. Zresztą ludzie u nas się uczą przez te 2 miesiące, my ich uczymy, jak mają pracować w tej branży, jesteśmy ich nauczycielami, więc czemu mielibyśmy im jeszcze za to płacić?

No cóż. Wyszłam w połowie spotkania.

Życzę firmie powodzenia. :-)

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (131)

#78152

(PW) ·
| Do ulubionych
W związku ze zmianą pracy, mam dostarczyć zaświadczenie o niekaralności, więc zamiast bawić się w listy polecone i całą pocztą, postanowiłam, że przejadę się do Krajowego Rejestru Karnego i załatwię wszystko na miejscu. Placówka przy Czerniakowskiej w stolicy, ważne dla tej historii jest to, że jest to budynek przyłączony do budynku sądu.

Dodatkowo dodam, iż wcześniej dzwoniłam, aby dopytać jak wygląda procedura wydania takiego dokumentu, a że przeszłość swoje odcisnęła, to chciałam się dowiedzieć, czy nadal u nich figuruje. Bardzo miła Pani wytłumaczyła mi, że wszystkiego dowiem się na miejscu w pokoju 41.

Okej, historia właściwa.

Już przy wejściu, zastałam karteczkę "KRK", a pod nim kartkę ze strzałką i informacją: "do budynku sądu". Okej, więc nawet nie weszłam, tylko skierowałam się od razu do tego przybytku.
Dialog między mną[J], a panem z ochrony [PO1]:

[J] - Dzień dobry, ja do pokoju 41 w KRK.
[PO1] - Proszę Pani, tu jest sąd, wejście jest od frontu!
[J] - No tak, byłam tam, ale jest wywieszona kartka z informacją, że do KRK to trzeba się kierować do budynku sądu.
[PO1] - Bzdura, nie ma żadnej kartki, proszę tam iść.

No okej, wracam do feralnego wejścia i jako, że gdy tylko przestąpiłam próg, zobaczyłam tylko kilkanaście okienek i zero informacji, postanowiłam zapytać się pana ochroniarza[PO2], co i jak.

[Ja] - Dzień dobry!
[PO2] - Czego?! - był to Pan starszy, który siedział sobie przy wejściu i rozwiązywał zawzięcie krzyżówkę. Pomyślałam, okej, może gorszy dzień, będę najbardziej miła, jak tylko się da.
[Ja] - Ja do pokoju 41, gdyby mi mógł Pan powiedzieć, gdzie to jest...
[PO2] - Nie ma żadnego pokoju 41 tutaj! Pani to do sądu chce, a tu nie tutaj.
[J] - Proszę Pana, wyraźnie mi powiedziano, że pokój 41 w KRK. Byłam w budynku sądu i odesłano mnie tutaj, bo tu jest KRK.
[PO2] - Tu nie ma żadnego KRK, tylko jest MINISTERSTWO SPRAWIEDLIWOŚCI!** Do budynku sądu niech Pani idzie, tu nic Pani nie załatwi, bo nie ma żadnego KRK! Tylko MINISTERSTWO, rozumie Pani?!

No, żesz k**wa... Rozumiem, ale sytuacja patowa, wracam do budynku sądu, już pewna, że będzie się działo.

[J] - Dzień dobry ponownie, odesłano mnie tutaj, bo Pan mówił, że KRK jest od frontu, ale Pan mnie odesłał tutaj, mówiąc, że tam żadnego KRK nie ma, tylko jest Ministerstwo.
[PO1] (patrzy na mnie jak na debila) - Jak to możliwe? Mówiłem Pani, wejść od frontu.
[J] - A myśli Pan, że gdzie ja byłam? Jest jedno wejście i tam mi PO powiedział, że żadnego KRK nie mają i muszę iść do budynku sądu.
[PO1] - trochę się facet wkurzył, zakasał rękawy i w akompaniamencie własnego lamentu, jaka to ja jestem nieogarnięta, poszedł ze mną do drzwi frontowych na konfrontację z PO2.
I taki dialog nastał*:

[J] - Dzień dobry ponownie, proszę mi powiedzieć, gdzie jest tu pokój 41..
[PO2] - Nie ma tu żadnego pokoju 41, tu jest ministerstwo, miała Pani iść do budynku sądu! (nie podnosząc wzroku znad krzyżówki).
[PO1] - Panie, tu jest KRK, co Pan pierdzieli?
[PO2] (wreszcie podnosi wzrok i jakby ożywa) - Dzień dobry! A tak, Pani o pokój 41 pytała? Do końca i ostatni pokój po lewej.
[J] - Cholera! Nie mógł Pan tak od razu?! (puściły mi nerwy).
[PO2] - Bo Pani weszła i pytała o pokój 41, a skąd ja mam wiedzieć, że o ten w KRK pani chodziło?

Padłam, po prostu padłam. Do tej pory zbieram szczękę z podłogi. Cała zabawa zajęła mi pół godziny. Wydanie dokumentu - 2 minuty.
Naprawdę, ale to naprawdę nie rozumiem, absurdu całej tej sytuacji.

*W międzyczasie zwróciłam też uwagę pana na ową feralną kartkę na drzwiach, co skwitował tym, że może kiedyś tak było, ale od przynajmniej paru miesięcy to nie obowiązuje. Aha, dobrze wiedzieć.

**Faktycznie, przy wejściu frontowym na drzwiach jest tylko wydrukowana kartka z napisem Krajowy Rejestr Karny, natomiast do budynku jest przymocowana wielka czerwono-biała tabliczka z napisem Ministerstwo Sprawiedliwości, którego już dawno tam nie ma.

KRK Stolica

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (225)
zarchiwizowany
Może nie aż tak piekielnie,za to absurdalnie, choć to zależy od punktu widzenia.
Dla głównego bohatera piekielna na pewno, mimo, że w tej historii nie występuje.

Otóż godzina jakoś przed 23, za chwilę mały osiedlowy market ma zamykać. Jako, że była to ostatnia chwila, postanowiłam wyjść, zrobić jeszcze małe zakupy. Po wybraniu artykułów, udaję się do kasy, a przede mną chłopak, na oko +/- 20 lat i zaopatrzenie: 2 zgrzewki piwa, papierosy i karma dla kota.
Stoję i czekam, Pani skasowała Pana, Pan wychodzi i niby po sprawie. A jednak nie.

Nagle Pani Kasjerka zrywa się i biegnie do drzwi, dzierżąc ze sobą worek owej karmy. Coś tam krzyczy, ale, że Pan miał słuchawki w uszach, to Pani niestety nie słyszał. Za to szybko wsiadł do autobusu, dosłownie zatrzymującego się na przeciwko marketu (wszystko było widać przez szklane drzwi) i odjechał w swoją sobie znaną stronę.

Pani Kasjerka wraca i mówi, ni to do mnie, ni to siebie: No kurde i taki to miłośnik zwierząt. Piwo wziął, fajki wziął, ale o kocie zapomniał...


Ps. Pozdrawiam wszystkich kociarzy! Oby mniej takich historii:)

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (28)
zarchiwizowany

#77292

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od miesiąca męczy mnie...

W zasadzie to nawet nie wiem kto. Nauczona pewnymi wydarzeniami sprzed paru lat, aby nie odbierać podejrzanych numerów, tym bardziej z kierunkowym, którego nie znam, bo może się okazać, że to jakaś niebiańska firma dzwoni w wybrzeży Sierra Leone lub innego przyjemnego państwa, nie odbieram.

Ale telefony z numeru +32 2 XXX XX XX męczą mnie codziennie, od 7 rano do 22. Dzwonią, jak jestem w pracy, jak kontempluję podziwianie wrednych babsztyli w ztmie, nawet podczas mszy w kościele, na które nie chodzę, ale domyślam się, że tak by było również.

Początkowo po sprawdzeniu numerów kierunkowych wychodzi na to, że dzwonią do mnie z Belgii, konkretniej z Brukseli (10 cyferek to raczej nie polski numer, gdyby ktoś miał wątpliwości). I w sumie, gdybym nie skończyła studiów jakieś 2 lata wcześniej, to uwierzyłabym, że po stosunkach międzynarodowych, dzwonią na pewno do mnie, aby zaproponować mi miejsce w jakimś Europarlamencie.

Niestety, trochę czasu już minęło, jak i ja ze swoim powołaniem, więc pracuję sobie teraz w zupełnie innej branży.
Natomiast, jak nie mogły ustać te telefony, tak, nie ustają. Przećwiczyłam taktykę "blokuj kontakt" chyba z 10 razy, ale wciąż pojawia się nowy z tym samym kierunkowym, i resztą zupełnie inną.

Nie odbieram nadal z wiadomych powodów.

Pytanie, czy ktoś z was ma teraz może to samo?

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (83)
zarchiwizowany

#77152

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja dosłownie z przed chwili.

Skoro raz na jakiś czas można zaszaleć i zamówić jedzenie z dostawą do domu, tak zrobiłam i tym razem. Niestety, to dostawca był tym razem (P) Piekielny.
Dodam tylko, iż mieszkam pod numerem Bloku, który znajduję się na przeciwko bloku A i całej reszty ulicy, a owy adres przecina, jedna z największych ulic w stolicy. Tyle gwoli wstępu.

Czekam, czekam, aż w końcu telefon. Jestem na ulic Piekielnej 7A, a Pani nie otwiera. Tłumaczę, że przecież adres w dostawie to ulica Piekielna 7B. Na co Pan dostawca i taki oto dialog:

(Ja) - Ale gdzie Pan konkretnie jest, bo nie kojarzę..
(P) - To Pani nie wie, gdzie Pani jest?!
J - Przepraszam, ale proszę o odrobinę uprzejmości, a nie krzyczenia na mnie. Proszę mi wytłumaczyć, gdzie Pan jest.
P - To Pani nie wie?!
J - Niestety nie wiem. Proszę mi wytłumaczyć.
P - No k#@wa..

Po jakiś 2 minutach w końcu udało mi się wytłumaczyć drogę, jak dotrzeć do mojego bloku. Pan Piekielny podjechał, wręczył mi paczuszkę, na co ja, trochę poprzez ciekawość, a trochę poprzez wyprowadzenie mnie ze stanu równowagi, zapytałam:

J - Pan zawsze jest tak niemiły dla swoich klientów?
P - Ja niemiły? Pani jest chyba nienormalna i przewrażliwiona! Do widzenia!

Aha.

Tak że tak, skarga na dostawcę poszła, a że obiad zamawiałam poprzez portal p.pl, obiecano mi, że restauracja na pewno zadzwoni z przeprosinami. Cóż. Póki co, czekam już godzinę, a telefonu brak. Najwyraźniej chamstwo to chleb powszedni tutaj.

Warszawa restauracja bar: Bar u Wiki

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (29)

#75987

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/75872 przypomniała mi o moim wychowawcy. Było to w latach 2007-2010, więc całkiem dawno, ale jednak. Ale akurat to ja okazałam się piekielna. Chyba.

Dodam, że z wielkim entuzjazmem dostałam się do klasy humanistycznej w najlepszym liceum w mieście. Cóż więcej chcieć?

Otóż, problem zaczął się już na początku września, gdy okazało się, że wychowawcą naszej klasy jest matematyk. Świeżo po studiach, bardzo wymagający, ale nie dla wszystkich.

Już w połowie listopada 1 klasy liceum zaprosił mnie i moich rodziców na poważną rozmowę. Otóż, wg niego "nie nadaję się do liceum, mam cały czas 1 i 2 z matematyki i ON radzi, aby przeniosła się do technikum. Albo zawodówki." Zdumienie w moich oczach i rodziców, bo nigdy problemów z nauką nie miała, no cóż, nie do opisania.

Ale okej, 3 lata minęły, ja jakoś na 2 z matematyki leciałam przez całe liceum. Pan wychowawca ciągle porównywał mnie do swoich 5-kowych, czy tam 6-tkowych uczennic, niby jako przykład.

Nie to, że się nie uczyłam. Całe 3 lata zapierdzielałam na korepetycje. I tak ciągle było źle. 2 i przypadkowe 3 leciały jak trzeba. A wychowawca ciągle zachęcał do zmienienia liceum na technikum lub zawodówkę.

I nareszcie czas matur. Bałam się tego, bo pierwszy rocznik, matura obowiązkowa, etc. Jakoś poszło.

Nadszedł dzień wystawiania wyników matur. Wszystkie panny, które zdawały matematykę na poziomie podstawowym, zdały na jakieś 30-40%, mimo, że u niego miały ciągle same 5 i 6.
Nadeszła moja kolej, spojrzenie na mój wynik, spojrzenie Wychowawcy wręcz godne obrzydzenia, już myślę "oho, poniżej 30, jestem w dupie", a On łaskawie mi to oddaje, a tam piękny, jak nic, wynik 100%. Popatrzyłam na wychowawcę, powiedziałam "dziękuję" i wyszłam.

Nie miało dla mnie sensu wyzywanie, mówienie jakiś sarkazmów, czy nic takiego. Miałam nadzieję, że ON sam zrozumie, że czasem najbardziej niedoceniani ludzie, to Ci z największą wiedzą.

Ps. Wiem, że 100% z matematyki podstawowej to żaden wynik, ale na owe czasy był dla mnie naprawdę największym wyczynem :)

Liceum

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (249)
zarchiwizowany

#75981

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Buractwo moim mieście, cz. 3578.

A więc tak, jak wiadomo jestem chora. I to nie jakaś grypa, tylko naprawdę poważne zapalenie oskrzeli. Akurat jechałam od lekarza autobusem, bo inaczej nie ma jak, w końcu tylko 3 przystanki.
Nie umieram, ale obłożona ubraniami a la Eskimos, obładowana toną chusteczek, porozpychane w kieszeniach, jakbym miała je zaraz wyciągać w ramach sztuczek, i w zasadzie nie odzywającą się, bo głosu od 2 dni nie mam. A jak już to głosem Frankenstein'a.

Wchodzę do tego jeb**ego 52 w kierunku na Poznańską i tu dziunia. Na samym środku, jakieś New balance czy inne takie, torba z bazaru a la Nike i coś tam gada. Generalnie gimbaza pełną klasą.

Pytam uprzejmie niewiastę – Przepraszam, czy mogła by się Pani na sekundkę przesunąć?

Spojrzenie bazyliszka to na mnie, to na resztę autobusu i odpowiedź w miarę głośno, jak i nie brakujące sarkazmu – A mało miejsca masz? Dupsko za grube? Bo ja to siłowania, dziś… I ku*wa historia swojego życia.

Nie chciałabym się z tym imbecylem wdawać we wszelakie dyskusje, więc odpowiedziałam tylko na tyle głosem, na ile potrafiłam – Nie, zasłania Pani kasownik.

Dziewczę, jakoś momentalnie czmychnęło na drugi koniec autobusu, i jakby jej tam nie było. Jedyne, co zauważyłam, to bekę dwóch kolesi, siedzących i przyglądających się całej sytuacji. Chyba nie ma u nich szans:)

Ps. Nie, kierowca autobus i inni nie bili brawa, a kierowca nie zatrzymał się i nie wywalił owej lali.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (25)
zarchiwizowany

#75841

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kilka słów o Iksińskim SORze i aptekach i buractwu i niedouczeniu, jakie tam pracuje.

Otóż. Parę dni temu, mój pies uznał, że fajnie by było zakosztować ludzkiego białka, a najlepszą do tego okazją było moje udo. No cóż, trudno, ugryzł, okej.

Paranoja numer jeden. Reakcja mojej matki – skoro pies był szczepiony, to na pewno nic się nie stanie. No psu, na pewno nie, w końcu ja się na niego nie rzucałam. W moim przypadku wdało się ostre zakażenie i potrzebny jest cały czas drenaż rany. To tak gwoli wstępu.

Paranoja numer dwa. Medicover. Zawsze byłam zadowolona z ich usług, wszystko fajnie, czerwony dywan, fanfary, jak przyjeżdżałam i całowanie po rączkach. Aż do wczoraj. Byłam w sobotę u chirurga na izbie przyjęć i mówię, że jest tak i tak i chirurg kazał mi się dziś zgłosić, na wymianę drenu. No to do internisty po skierowanie. Okej, godzina czekania, ale skierowanie dostałam… Do drugiego internisty w drugiej części szpitala. No fajnie. 1,5 h później weszłam, pokazałam ranę, a babka do mnie: „No pani od razu mogła wejść, to ja bym po chirurga zadzwoniła, bo ja nic tu nie zrobię”….
No serio? Powtarzałam o tym od 2,5 h, że mam się zgłosić do chirurga, ale okej… Da się przeboleć, bo jeszcze udało się to wszystko załatwić.

Paranoja numer trzy. Sytuacja w aptece w X. Kupić maść odkażającą z jodyną. Niby nic wielkiego, mówisz, i masz. No, chyba że nie ma tego na stanie. Wtedy Pani „wykształcona farmaceutka” mówi, że w sumie roztwór spirytusowy jodyny da ten sam efekt. Mówię, że rana jest otwarta, jest dren, czy to okej. Tak, tak, tak, zapewniała. No dobra, ja idiotka, uwierzyłam Pani, która pewnie skończyła to jedno z iksińskich szkół policealnych jako technik farmaceuta, gdzie nie wymagają nawet zdanej matury. No dobra, to jedziemy.

Paranoja numer cztery. Trafiłam na SOR w X. Przedstawiłam sytuację, jak wygląda, i fakt, że czarna skóra wokół rany ze srebrną poświatą, raczej nie świadczy dobrze o stanie skóry dookoła, a już nie mówiąc, co się może dziać w środku. No to Pani w rejestracji skierowała mnie do lekarza, aby tą ranę obejrzał i zdecydował, czy mnie przyjmie (wtf?).
No okej, wchodzę, mówię, jaka sytuacja, no ale przepraszamy, nie ma pani wypisu z recepcji no to aloha, i won z powrotem po kartę pacjenta, bo bez tego, ani rusz. Wróciłam do rejestracji, mówię o co kaman, po raz dziesiąty już, a babki, no proszę do doktora, bo możliwe, że pani nic nie jest (zapewne dren w udzie i otwarta rana polana spirytusem z jodyną, która, jak wiadomo powoduje poparzenia, to nic), to okej, poczekam, jeszcze chwilę. I czekam tą chwilę upierdliwie, na glorię chwały, jak lekarz odklei opatrunek, rzuci okiem i powie, że trzeba się zarejestrować i czekać w kolejce tyle, ile się czekało za komuny na kilogram pomarańczy na święta.
I fajnie, zaczekałabym.
Ale jak weszłam, i pytam, czy pan doktor ma dla mnie dosłownie 30 sekund, aby to zobaczyć, usłyszałam tylko „CHWILĘ!”. No to jedna chwila.
Wchodzi babka z dzieckiem, przejęte, że dziecko sobie nogę roztrzaskało, bo spadło z jednego stopnia schodów. Cóż, 15 minut czekałam, żeby zobaczyć, jak wychodzi z zabandażowaną kostką i doktorem mówiącym, no tydzień i będzie w porządku. No to się uprzejmie pytam, czy już mogę wejść. „CHWILA!”.
No dobra, wchodzi chłopaczek, w sumie nie wiem, co mu było, bo jak wszedł, tak i wyszedł po 15 minutach. Więc pytam znów, czy mogę, czy naprawdę mogę wejść. „CHWILA!”. No k*rwa, tutaj w X, pojęcie „chwila”, jak widać, nabiera zupełnie innego znaczenia.
Okej, weszła babka, która się skarżyła na ostre bóle w klatce piersiowej i, że to na pewno zawał (ale, jak zdążyłam zauważyć, w oczekiwaniu, 2 puszki coli zdążyła wyżłopać).

I w tym momencie moja cierpliwość się skończyła. Czekać prawie godzinę, żeby doktor łaskawie obejrzał ranę i zdecydował, że mogę pójść do rejestracji, zarejestrować się i spokojnie czekać aż do świąt Wielkiej Nocy, że może mnie przyjmie po raz drugi już tak "jak na normalnej wizycie".

Więc, powiedziałam wszystkim bardzo kulturalnie „P**rdolcie się buraki” i wyszłam.

Także takie jedno podsumowanie. Mam wrażenie, że im mniej Ci coś dolega, tym bardziej ludzie są Ci skłonni pomóc. Jak coś naprawdę złego jest z Tobą nie tak, to sobie poczekaj, może akurat padniesz, a może coś innego złego Ci się przytrafi i nie będziemy musieli się martwić. W Warszawie, mimo, że czekasz, to jednak pomoc zawsze uzyskasz. Tutaj, to najlepiej powiedzieć: „won wszyscy do domów”, p**rdolnąć wszystko i pojechać w Bieszczady.

Redit: Dziś byłam u chirurga na normalnej wizycie. Stwierdził poparzenia niezbyt groźne, ale jednak na tyle, aby opatrzyć je w specjalny sposób. Na moje pytanie, dlaczego, wczoraj nie byłam z tym w szpitalu, na skróconą wersję owej historii, stwierdził, że wcale się nie dziwi. W X było już tyle pozwów o błędy lekarskie, że teraz nawet boją się pacjenta dotknąć.

No to moje pytanie - po kiego tacy ludzie tam jeszcze pracują?!

X ale jak wszyscy wiedzą Konin

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (148)

#75456

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę o NFZet kochanym, naszym polskim, a i moim najgorszym koszmarem.

Gwoli wprowadzenia - ugryzł mnie pies. Mój własny, podczas zabawy, nieszczęśliwie zahaczył swoim kłem o moje udo. Wiadomo pies szczepiony, krew się polała, ale temat na 3 dni olałam, no bo co się może stać...?

A owszem stało się, wdało się zakażenie, od 2 tygodni lekarze chirurdzy wymieniali mi sączki w rani, aby powstały ropień odsączyć. Tony antybiotyków, etc. Po prostu tragedia. Wreszcie trafiłam na jakiegoś ogarniętego lekarza, który najpierw zapytał, czy był robiony posiew na bakterie?
Ja na niego oczy, jak 5 złotych, w ogóle o czym on mówi, ale dobra, zrobimy usg w takim razie, żeby zobaczyć co się dzieje.

Przyjechałam do wojewódzkiego szpitala zespolonego w Koninie, święcie przekonana, że jadę na owe USG. Powitała mnie babka, gdzieś pod 60tkę, a co się stało?
Fakt widzi mnie pierwszy raz u niej, więc tłumaczę sytuację, i że powinnam mieć KONIECZNIE USG zrobione.
Ona do mnie: A czy ja pani wyglądam na radiologa? Nie będę nic robić, sama ocenię.
Pierwsze światełko. Coś jest nie halo, skoro, nic nie przyswaja do siebie, ale okej, proszę się położyć i pokazać ranę.
I tak zrobiłam.

Pani bez pytania, bez niczego, szybkie spojrzenie i wyrok: ja tą ranę muszę powiększyć i z drugiej strony zrobić kontr-nacięcie,jakieś 5 cm. Ja na nią oczy, już poważnie wystraszona, ale, że co, że kroimy, bez pytania o wywiad, o badania, o cokolwiek? Pani doktor Mengele, bo tak ją zaczęłam nazywać, mówi do mnie:
- No przecież widzę, co się dzieje. Pani P., proszę mi dać znieczulenie!
I tu następuję kulminacyjny moment:
Pani G. odciąga panią Mengele na bok, (ja tego nie słyszałam, na szczęście mój ojciec tak): - Pani doktor, znieczulenia nie mamy, mam iść na operacyjny, po trochę?
P.M.: -A po co? Damy radę z solą. (roztwór soli fizjologicznej - placebo).

Pani doktor Mengele powiedziała mi, więc, że mogę poczuć się niekomfortowo, ale podaje znieczulenie, i będzie dobrze. I zaczęła: Darłam się niesamowicie, wbiegła mój ojciec, że co one w ogóle wyprawiają?! Pani zawołała, tylko ochronę, żeby go wyprowadzili, ona ma tu pilny zabieg i proszę się nie wtrącać.
Ja półprzytomna z bólu, po nacięciach, myślałam, że to koniec, ale to był dopiero początek. Całej historii, nie zrelacjonuje, bo co chwilę mdlałam z bólu i za każdym ocknięciem, słyszałam, coraz ciekawsze urywki Pani Doktor Mengele: Pani G., pani oszalała?
P.M. - Proszę Mi podać narzędzia!
P.G. - Nie mamy, wszystkie są w sterylizacji...
Mengele: - Pani ma mniejsze palce..
Mengele - ...niech pani palcem tam upycha...
I tym podobne...

Ostatnie, co pamiętam, to moje błaganie o śmierć, i zapytanie Pani doktor Mengele, czy po takim zabiegu mogę dostać coś przeciwbólowego. Pani doktor odpowiedziała, że proszę wrócić do domu i zaparzyć sobie melisy...

Po czym, po całym swoim zabiegu, ranę zakleiła ranę plastrem i wysłała do domu. Niestety, Pani doktor nie zrobiła podstawowego wywiadu, i jak się okazało, leki, które biorę powodują problemy z krzepnięciem krwi. Tak więc w ciągu 20-minutowego powrotu do domu, mało nie wykrwawiłam się w samochodzie. Trafiłam na SOR, oddział obserwacyjny i inne wymyślne rzeczy. Opowiedziałam całą historię.
Od tamtej pory Pani doktor Mengele, odpoczywa podobno na wakacjach, a do mnie nie zbliża się nawet w poradni, w której niestety nadal praktykuje.

Wszystko to, na oddziale chirurgii urazowej i ogólnej w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Koninie.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (336)