Profil użytkownika
Tarija
| Zamieszcza historie od: | 2 października 2011 - 12:48 |
| Ostatnio: | 22 lutego 2012 - 15:41 |
| O sobie: | Ja nie wiem, pan Profesor zawsze o mnie mówi "ta roztrzepana w miniówce". W sumie to niezły opis. A, jeszcze lubię historię i RPG. |
- Historii na głównej: 22 z 51
- Punktów za historie: 24550
- Komentarzy: 244
- Punktów za komentarze: 815
Dużo, dużo leków biorę. A przez zmianę listy leków refundowanych usiedliśmy z panem doktorem i część moich preparatów zmieniliśmy na inne, żeby mój miesięczny koszt leków nie wynosił 1300zł tylko połowę mniej. Oczywiście zmieniana medykamentów do których organizm był przyzwyczajony nie pozostał bez echa. W moim przypadku - zmieniłam się w pac-mana. Mniej więcej godzinę po pierwszej dawce łapał mnie niesamowity apetyt. Jadłam i piłam wszystko, dosłownie wszystko. Kebab przegryzałam czekoladą, masło wyjadałam łyżkami z maselnicy, i mimo faktu że żołądek bolał jakbym się ładowała kamieniami nie mogłam uspokoić łaknienia.
Doktor podumał, podumał, kazał brać dostępne bez recepty tabletki octowe i zmienił dawki jednego z przyjmowanych przeze mnie środków.
Ostatnio sesja mnie dopadła. I kilka dni w szpitalu się przez nią przewinęło. I pochorowałam się dość ostro... Słowem, dopiero dziś, po dwóch dniach snu, z wyregulowanymi brwiami, ostrymi obcasami, i ułożonymi włosami wyglądam jak człowiek. Ale jeszcze kilka dni temu byłam słaniającym się na skórzanych kozaczkach zombie, z siną twarzą, wiechciem siana na głowie i zapadniętym oczami.
W takim stanie wybrałam się do apteki. Pani aptekarka ustawia na ladzie stosik pudełeczek aż nagle wzrok jej spoczął na owym preparacie na łaknienie.
- Dziecko, w twoim stanie? Widziałaś się w lustrze ostatnio? Przecież ty się nie możesz odchudzać! Z taką chorobą?
- Co się dzieje? - zainteresowała się druga pani aptekarka
- No zobacz, dziewczyna jedną nogą w grobie i odchudzać się zachciało! Lekami!
- Anorektyczki jeb*ne! - prychnęła stojąca za mną starsza pani.
- Pewnie! Nie żrą gówniary i później płacić za szpital im trzeba! - dorzucił się inny lokator kolejki.
I tak, przez dobre kilka minut byłam ofiarą publicznego linczu. Robiło się coraz goręcej - padały oskarżenia pod adresem mnie, moich rodziców, nasłuchałam się o swoim stanie umysłu i cnoty. W końcu zabrałam siatę z lekami i chciałam zwiać z apteki, ale niestety. Jeden z bardziej aktywnych "antyproana" wyrwał mi reklamówkę z ręki i cisnął na podłogę, a potem kopnął w kąt. Przypominam - leki za ponad 600 zł, naprawdę bardzo mi potrzebne.
Postanowiłam rozsypane pudełka pozbierać, ale jaśnie wielmożne konsylium do sprawy odżywiania młodzieży, nie mogło mi na to pozwolić. Wyżej wspomniany pan zwyczajnie zasunął mi kopa w udo "ja cię gówniaro wychowam, ja cię nauczę nie żreć" i za kaptur wyrzucił z apteki.
NIKT NIE PROTESTOWAŁ.
Cóż, schowałam się w punkcie telefonii komórkowej obok i czekałam aż tłuszcza aptekę opuści, bo bez moich leków do domu iść nie mogłam. Ryczałam jak głupia - bałam się, że mogą mi moich zakupów nie oddać, że mogą je zniszczyć albo wyrzucić.
Kilka minut później koło drzwi mojej kryjówki przebiegła zaaferowana pani aptekarka - w rękach dzierżąc moją siatkę.
Cóż, farmaceutka potrafiła sobie chyba przełożyć że te preparaty są mi niezbędnie potrzebne. I faktycznie, zakupy mi oddała. Wszystko było na miejscu. Nawet "przepraszam" usłyszałam.
Końcowy komentarz pani aptekarki:
- Bo ja tak tylko na żarty chciałam, a te ludzie takie nienormalne.
Kurtyna.
Doktor podumał, podumał, kazał brać dostępne bez recepty tabletki octowe i zmienił dawki jednego z przyjmowanych przeze mnie środków.
Ostatnio sesja mnie dopadła. I kilka dni w szpitalu się przez nią przewinęło. I pochorowałam się dość ostro... Słowem, dopiero dziś, po dwóch dniach snu, z wyregulowanymi brwiami, ostrymi obcasami, i ułożonymi włosami wyglądam jak człowiek. Ale jeszcze kilka dni temu byłam słaniającym się na skórzanych kozaczkach zombie, z siną twarzą, wiechciem siana na głowie i zapadniętym oczami.
W takim stanie wybrałam się do apteki. Pani aptekarka ustawia na ladzie stosik pudełeczek aż nagle wzrok jej spoczął na owym preparacie na łaknienie.
- Dziecko, w twoim stanie? Widziałaś się w lustrze ostatnio? Przecież ty się nie możesz odchudzać! Z taką chorobą?
- Co się dzieje? - zainteresowała się druga pani aptekarka
- No zobacz, dziewczyna jedną nogą w grobie i odchudzać się zachciało! Lekami!
- Anorektyczki jeb*ne! - prychnęła stojąca za mną starsza pani.
- Pewnie! Nie żrą gówniary i później płacić za szpital im trzeba! - dorzucił się inny lokator kolejki.
I tak, przez dobre kilka minut byłam ofiarą publicznego linczu. Robiło się coraz goręcej - padały oskarżenia pod adresem mnie, moich rodziców, nasłuchałam się o swoim stanie umysłu i cnoty. W końcu zabrałam siatę z lekami i chciałam zwiać z apteki, ale niestety. Jeden z bardziej aktywnych "antyproana" wyrwał mi reklamówkę z ręki i cisnął na podłogę, a potem kopnął w kąt. Przypominam - leki za ponad 600 zł, naprawdę bardzo mi potrzebne.
Postanowiłam rozsypane pudełka pozbierać, ale jaśnie wielmożne konsylium do sprawy odżywiania młodzieży, nie mogło mi na to pozwolić. Wyżej wspomniany pan zwyczajnie zasunął mi kopa w udo "ja cię gówniaro wychowam, ja cię nauczę nie żreć" i za kaptur wyrzucił z apteki.
NIKT NIE PROTESTOWAŁ.
Cóż, schowałam się w punkcie telefonii komórkowej obok i czekałam aż tłuszcza aptekę opuści, bo bez moich leków do domu iść nie mogłam. Ryczałam jak głupia - bałam się, że mogą mi moich zakupów nie oddać, że mogą je zniszczyć albo wyrzucić.
Kilka minut później koło drzwi mojej kryjówki przebiegła zaaferowana pani aptekarka - w rękach dzierżąc moją siatkę.
Cóż, farmaceutka potrafiła sobie chyba przełożyć że te preparaty są mi niezbędnie potrzebne. I faktycznie, zakupy mi oddała. Wszystko było na miejscu. Nawet "przepraszam" usłyszałam.
Końcowy komentarz pani aptekarki:
- Bo ja tak tylko na żarty chciałam, a te ludzie takie nienormalne.
Kurtyna.
Ocena:
575
(Głosów:
723)
poczekalnia
Skomentuj (29)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Chyba robię się jakaś anty - romska.
Pierwszego dnia mojej pracy, kiedy grupa romskich podrostków wygwizdywała mnie 6 razy dziennie, nawet mnie to nie irytowało.
Jak chwilę po umyciu podłogi wbiegali w zabłoconych butach też nie.
Ale kiedy zaczeli na ww. podłogę spluwać...
Jakoś czuję że zaczynam być faszystką.
Pierwszego dnia mojej pracy, kiedy grupa romskich podrostków wygwizdywała mnie 6 razy dziennie, nawet mnie to nie irytowało.
Jak chwilę po umyciu podłogi wbiegali w zabłoconych butach też nie.
Ale kiedy zaczeli na ww. podłogę spluwać...
Jakoś czuję że zaczynam być faszystką.
Brudasy
Ocena:
145
(Głosów:
207)
poczekalnia
Skomentuj (17)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ok.
Przyznaję.
W czasie 12 godzinnej zmiany czasem opuszczam rolety mojego szafowego buduaru i wywiesiwszy znaczek "Przepraszam, zaraz wracam" znikam.
Gdzie wtedy się szlajam? Ano w wc. Cóż poradzić, czasem człowiek musi.
Zastanawiam się, jak oddaje mocz niewiasta korzystająca wcześniej z kabiny którą otworzyłam. Prawdopodonie rozbryzguje z nosa i uszu. Ja rozumiem że mało kto chce siadać na publicznych wc, i swoje potrzeby załatwia się "na małysza", ale wtedy też trzeba pupę schylić w kierunku toalety. Nie wiem jaka artystka zafundowała mi dzieło w postaci zacieków uryny na ścianach, drzwiach i klamce.
Wróciłam więc do swoich drzwiczek gdzie powitała mnie starsza pani.
- A gdzi się szlajała? - zagaiła serdecznie
- Najmocniej panią przepraszam, byłam w toalecie. - odpysknełam chamsko
- Jak ja miałam sklyp, to sie szczoło do butylki. - pouczyła mnie Pani przyjaźnie
- Bardzo przepraszam jeszcze raz. To może pokażę pani ofertę? - wykłócałam się dalej
- Sperdalaj, ja nie do cebe. Szafy od zydów, phi! I zaszczańce żydowskie!
Ot i poszła.
Ci emeryci mają za mało problemów, skoro roją sobie takie.
Przyznaję.
W czasie 12 godzinnej zmiany czasem opuszczam rolety mojego szafowego buduaru i wywiesiwszy znaczek "Przepraszam, zaraz wracam" znikam.
Gdzie wtedy się szlajam? Ano w wc. Cóż poradzić, czasem człowiek musi.
Zastanawiam się, jak oddaje mocz niewiasta korzystająca wcześniej z kabiny którą otworzyłam. Prawdopodonie rozbryzguje z nosa i uszu. Ja rozumiem że mało kto chce siadać na publicznych wc, i swoje potrzeby załatwia się "na małysza", ale wtedy też trzeba pupę schylić w kierunku toalety. Nie wiem jaka artystka zafundowała mi dzieło w postaci zacieków uryny na ścianach, drzwiach i klamce.
Wróciłam więc do swoich drzwiczek gdzie powitała mnie starsza pani.
- A gdzi się szlajała? - zagaiła serdecznie
- Najmocniej panią przepraszam, byłam w toalecie. - odpysknełam chamsko
- Jak ja miałam sklyp, to sie szczoło do butylki. - pouczyła mnie Pani przyjaźnie
- Bardzo przepraszam jeszcze raz. To może pokażę pani ofertę? - wykłócałam się dalej
- Sperdalaj, ja nie do cebe. Szafy od zydów, phi! I zaszczańce żydowskie!
Ot i poszła.
Ci emeryci mają za mało problemów, skoro roją sobie takie.
sklepy
Ocena:
130
(Głosów:
180)
poczekalnia
Skomentuj (14)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Mój brat jest bardzo wierzący. Niektórzy jego znajomi również.
Jeden z nich postanowił zostać duszpasterzem - wybrał się do seminarium. Na ostatniej przepustce opowiedział nam historię pewnej pani.
Pani ta, była dziewicą poślubioną Jezusowi. Serio! Panie takie składają oficjalną przysięgę w kościele, i noszą obrączkę na znak swojego duchowego związku. (Ciekawe czy czyni to z Jezusa poligamistę?)
Enyłej, ta pani pracowała w biurze turystycznym. Siedziała sobie za biureczkiem i pykała pasjansa przez większość dnia.
Pewnego razu zawitała do niej kobieta, z wyglądu Romka, która pokazała jej płytę CD i oznajmiła.
- Na tej płycie są nagrania jak mąż panią zdradza.
- Co takiego? - Zdziwiła się Pani
- Normalnie. Za 500 złotych sprzedam. Jak mąż panią zdradza. Nie chce pani wiedzieć, z kim?
- Proszę pani - Odparła oblubienica - czy jest Pani na pewno pewna, że na tym filmie mój małżonek i jakaś kobieta uprawiają seks?
- Tak.
- Na pewno?
- TAK! Nie chce pani?
- Chcieć, chcę, ale jak ma pani taką płytę, to niech z tym pani do Watykanu leci, więcej zapłacą.
Ciekawy sposób na dorobienie sobie, prawda?
Jeden z nich postanowił zostać duszpasterzem - wybrał się do seminarium. Na ostatniej przepustce opowiedział nam historię pewnej pani.
Pani ta, była dziewicą poślubioną Jezusowi. Serio! Panie takie składają oficjalną przysięgę w kościele, i noszą obrączkę na znak swojego duchowego związku. (Ciekawe czy czyni to z Jezusa poligamistę?)
Enyłej, ta pani pracowała w biurze turystycznym. Siedziała sobie za biureczkiem i pykała pasjansa przez większość dnia.
Pewnego razu zawitała do niej kobieta, z wyglądu Romka, która pokazała jej płytę CD i oznajmiła.
- Na tej płycie są nagrania jak mąż panią zdradza.
- Co takiego? - Zdziwiła się Pani
- Normalnie. Za 500 złotych sprzedam. Jak mąż panią zdradza. Nie chce pani wiedzieć, z kim?
- Proszę pani - Odparła oblubienica - czy jest Pani na pewno pewna, że na tym filmie mój małżonek i jakaś kobieta uprawiają seks?
- Tak.
- Na pewno?
- TAK! Nie chce pani?
- Chcieć, chcę, ale jak ma pani taką płytę, to niech z tym pani do Watykanu leci, więcej zapłacą.
Ciekawy sposób na dorobienie sobie, prawda?
Ocena:
270
(Głosów:
296)
poczekalnia
Skomentuj (24)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Matki, matki, matki wszędzie! Katastrofa z tego będzie!
Na słowo "matka" przechodzą mnie dreszcze. Zwiastuje zło.
Dawno, dawno temu, organizowaliśmy w liceum koło teatralne. Koło teatralne rozrosło się do czegoś, co można by nazwać "kołem eventowym". Robiliśmy wszystko! Przedstawienia, imprezy, poczęstunki, recytacje, konkursy, bale...
Coroczną tradycją był "dzień bajkowy", urządzany w okolicy mikołajek. Zapraszaliśmy dzieci z miejskich przedszkoli i urządzaliśmy małe święto - gry, zabawy, a gdy dzieci trochę się zmęczyły - przedstawienie teatralne. Po przedstawieniu odbywał się "bal", czyli poczęstunek przy wielkim stole, i impreza taneczna, prowadzona przez aktorów grających księżniczkę i księcia. Gwiazdą wieczoru był Mikołaj, wręczający młodym widzom maleńkie upominki - czekoladę i małą zabaweczkę. Tylko na te upominki zbieraliśmy pieniążki od rodziców. Około 10-15 zł. Cała reszta - dekoracje, poczęstunek, kostiumy - była przez nas organizowana samodzielnie.
Miejscowy supermarket podarował nam kilka zgrzewek napojów, ciasta i desery szykowaliśmy samemu, urząd gminy wypożyczył nam scenografię, kostiumy szyliśmy samodzielnie. Ktoś miał znajomego w bractwie rycerskim, który zgodził się wpaść, pokazać dzieciom ekwipunek i nauczyć ich "walki na miecze". Gmina przekazała nam kolorowe worki do segregacji śmieci, bez nadruków - dziewczyny przy udziale taśmy dwustronnie klejącej wykorzystały to, jako materiały, z których dziewczynki mogły przygotować własne "suknie balowe". Miejscowy nauczyciel kółka tanecznego nauczył dzieci na balu podstawowego kroku walca... Słowem bawiliśmy się wspaniale!
Żeby nie matki...
Ojcowie, a było ich niewielu, postawili sobie za cel nie ruszać się z palarni i pokoju "rycerskiego". Nie sprawiali raczej problemów.
Za to matki! Po pierwsze, pani wyciągnęła dziewczynkę z "pokoju księżniczek", pomstując na to, że dziecko wora na śmieci nie będzie dotykać.
Po drugie, z pokoju rycerzy kilku chłopców zabrano, "żeby sobie krzywdy nie zrobili".
Po trzecie, o ile dzieci na przedstawieniu były cicho i grzecznie, o tyle ich Mamusie trajkotały sobie w najlepsze. Szczytem była pani drąca się z ostatniego rzędu "powtórzcie, co książę mówi, bo moje dziecko nie słyszy!!!" (Przed nią trzy puste rzędy). Oczywiście zdjęcia z fleszem i dzwonienie telefonów komórkowych, mimo że przed przedstawieniem prosiliśmy o wyłączenie ich, i uprzedziliśmy, że fotografie z aktorami Bedzie można zrobić po występie.
Po czwarte, jedna z matek potrafiła w czasie poczęstunku wyrwać innemu dziecku ciastko, „bo było ostatnie i mój Tomuś takie chciał". I to jak wyrwać! Pazurami! Inna obraziła się, że ciastka są kupione hurtowo, w TAGO, a nie na ten przykład delicje.
W czasie balu jedna z matek spoliczkowała jednego z chłopców, bo jej się do dziecka dobierał! Zboczeniec!
Wreszcie panie, które pokłóciły się w palarni (gdzie postawiono też telewizor) o serial, który będą oglądać. I oczywiście rzucały mięsem, mimo faktu, że przez cienkie drzwi było je świetnie słychać na sali teatralnej (echo w holu było niezłe).
Jedna z mam obraziła się, że "Tyle pieniędzy dała, a to takie nieprofesjonalne, i prezent do niczego! Dziecko chciało GRĘ."
Tyle pamiętam, ale było tego dużo więcej. Już nie chce mi się mówić o paniach zgarniających słodycze ze stołu do torebek. Co tam słodycze! Sterty jednorazowych talerzyków też ginęły.
W końcu, na "dzień bajkowy" przestano zapraszać rodziców. Więcej roboty dla pań opiekunek z przedszkoli, ale jaki spokój!
Na słowo "matka" przechodzą mnie dreszcze. Zwiastuje zło.
Dawno, dawno temu, organizowaliśmy w liceum koło teatralne. Koło teatralne rozrosło się do czegoś, co można by nazwać "kołem eventowym". Robiliśmy wszystko! Przedstawienia, imprezy, poczęstunki, recytacje, konkursy, bale...
Coroczną tradycją był "dzień bajkowy", urządzany w okolicy mikołajek. Zapraszaliśmy dzieci z miejskich przedszkoli i urządzaliśmy małe święto - gry, zabawy, a gdy dzieci trochę się zmęczyły - przedstawienie teatralne. Po przedstawieniu odbywał się "bal", czyli poczęstunek przy wielkim stole, i impreza taneczna, prowadzona przez aktorów grających księżniczkę i księcia. Gwiazdą wieczoru był Mikołaj, wręczający młodym widzom maleńkie upominki - czekoladę i małą zabaweczkę. Tylko na te upominki zbieraliśmy pieniążki od rodziców. Około 10-15 zł. Cała reszta - dekoracje, poczęstunek, kostiumy - była przez nas organizowana samodzielnie.
Miejscowy supermarket podarował nam kilka zgrzewek napojów, ciasta i desery szykowaliśmy samemu, urząd gminy wypożyczył nam scenografię, kostiumy szyliśmy samodzielnie. Ktoś miał znajomego w bractwie rycerskim, który zgodził się wpaść, pokazać dzieciom ekwipunek i nauczyć ich "walki na miecze". Gmina przekazała nam kolorowe worki do segregacji śmieci, bez nadruków - dziewczyny przy udziale taśmy dwustronnie klejącej wykorzystały to, jako materiały, z których dziewczynki mogły przygotować własne "suknie balowe". Miejscowy nauczyciel kółka tanecznego nauczył dzieci na balu podstawowego kroku walca... Słowem bawiliśmy się wspaniale!
Żeby nie matki...
Ojcowie, a było ich niewielu, postawili sobie za cel nie ruszać się z palarni i pokoju "rycerskiego". Nie sprawiali raczej problemów.
Za to matki! Po pierwsze, pani wyciągnęła dziewczynkę z "pokoju księżniczek", pomstując na to, że dziecko wora na śmieci nie będzie dotykać.
Po drugie, z pokoju rycerzy kilku chłopców zabrano, "żeby sobie krzywdy nie zrobili".
Po trzecie, o ile dzieci na przedstawieniu były cicho i grzecznie, o tyle ich Mamusie trajkotały sobie w najlepsze. Szczytem była pani drąca się z ostatniego rzędu "powtórzcie, co książę mówi, bo moje dziecko nie słyszy!!!" (Przed nią trzy puste rzędy). Oczywiście zdjęcia z fleszem i dzwonienie telefonów komórkowych, mimo że przed przedstawieniem prosiliśmy o wyłączenie ich, i uprzedziliśmy, że fotografie z aktorami Bedzie można zrobić po występie.
Po czwarte, jedna z matek potrafiła w czasie poczęstunku wyrwać innemu dziecku ciastko, „bo było ostatnie i mój Tomuś takie chciał". I to jak wyrwać! Pazurami! Inna obraziła się, że ciastka są kupione hurtowo, w TAGO, a nie na ten przykład delicje.
W czasie balu jedna z matek spoliczkowała jednego z chłopców, bo jej się do dziecka dobierał! Zboczeniec!
Wreszcie panie, które pokłóciły się w palarni (gdzie postawiono też telewizor) o serial, który będą oglądać. I oczywiście rzucały mięsem, mimo faktu, że przez cienkie drzwi było je świetnie słychać na sali teatralnej (echo w holu było niezłe).
Jedna z mam obraziła się, że "Tyle pieniędzy dała, a to takie nieprofesjonalne, i prezent do niczego! Dziecko chciało GRĘ."
Tyle pamiętam, ale było tego dużo więcej. Już nie chce mi się mówić o paniach zgarniających słodycze ze stołu do torebek. Co tam słodycze! Sterty jednorazowych talerzyków też ginęły.
W końcu, na "dzień bajkowy" przestano zapraszać rodziców. Więcej roboty dla pań opiekunek z przedszkoli, ale jaki spokój!
Ocena:
310
(Głosów:
324)
poczekalnia
Skomentuj (64)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Uwaga, będę się żalić!
Jak wszyscy wiedzą, lubię nosić krótkie spódniczki. I szorty. I wysokie obcasy. Nie ujmuje mi to zarówno intelektu jak i zdolności, więc zdarza mi się wpaść w takim stroju na uczelnię. Jasne, zwłaszcza lektorki języków obcych tego nie lubią, ale panom profesorom wybitnie to nie przeszkadza. Przykładowo, wykładowca meblarstwa, (który chyba jest gejem) uważa, że fizyka mojego obuwia i sylwetki jest niesamowicie inspirująca.
Dodatkowo studiuję dziennie i pracuję. Był taki przedmiot, prowadzony w postaci wykładów, który wybitnie wręcz kolidował z moim grafikiem, więc nie mogłam się na nim za często pojawiać. Niestety na ostatnich zajęciach wykładowca oznajmił, że egzamin będzie ustny, a "ilość i trudność pytań będzie uzależniona od obecności na wykładach - jak ktoś był na wszystkich to pytanie będzie tylko jedno, kontrolne.". Ups. Mam całe dwie obecności...
Przedmiot dość mocno pamięciowy - mam doświadczenie w pracy w teatrze i łatwo uczę się tekstu na pamięć. Przysiadłam ostro i w tydzień wykułam się użyczonych mi notatek, opracowania i ustawy o ochronie zabytków.
Na egzaminie okazało się, że większość osób jest posiadaczami idealnej frekwencji. Uważali, więc że padnie pytanie w rodzaju "imię i nazwisko". Reszta podchodziła do przedmiotu poważniej, ale były i osoby, które wybrały się na rozpoznanie przeciwnika bojem.
Egzamin trwał 5 godzin. Zaliczyło 80 osób z 500. 80! Najgorzej poobijani wyszli ci, którzy spodziewali się, że "pytanie kontrolne" będzie łatwe. No i w sumie było, tylko trzeba się było CZEGOŚ nauczyć.
Udało mi się zaliczyć na 4. Jedna z najwyższych ocen.
Tak, wiecie dlaczego. Jest przecież oczywiste dla wszystkich, że wyświadczyłam profesorowi usługę seksualną. Fakt, że odpowiadałam w grupie z trzema innymi studentkami nie ma tu nic do rzeczy.
Ot, zawiść.
Jak wszyscy wiedzą, lubię nosić krótkie spódniczki. I szorty. I wysokie obcasy. Nie ujmuje mi to zarówno intelektu jak i zdolności, więc zdarza mi się wpaść w takim stroju na uczelnię. Jasne, zwłaszcza lektorki języków obcych tego nie lubią, ale panom profesorom wybitnie to nie przeszkadza. Przykładowo, wykładowca meblarstwa, (który chyba jest gejem) uważa, że fizyka mojego obuwia i sylwetki jest niesamowicie inspirująca.
Dodatkowo studiuję dziennie i pracuję. Był taki przedmiot, prowadzony w postaci wykładów, który wybitnie wręcz kolidował z moim grafikiem, więc nie mogłam się na nim za często pojawiać. Niestety na ostatnich zajęciach wykładowca oznajmił, że egzamin będzie ustny, a "ilość i trudność pytań będzie uzależniona od obecności na wykładach - jak ktoś był na wszystkich to pytanie będzie tylko jedno, kontrolne.". Ups. Mam całe dwie obecności...
Przedmiot dość mocno pamięciowy - mam doświadczenie w pracy w teatrze i łatwo uczę się tekstu na pamięć. Przysiadłam ostro i w tydzień wykułam się użyczonych mi notatek, opracowania i ustawy o ochronie zabytków.
Na egzaminie okazało się, że większość osób jest posiadaczami idealnej frekwencji. Uważali, więc że padnie pytanie w rodzaju "imię i nazwisko". Reszta podchodziła do przedmiotu poważniej, ale były i osoby, które wybrały się na rozpoznanie przeciwnika bojem.
Egzamin trwał 5 godzin. Zaliczyło 80 osób z 500. 80! Najgorzej poobijani wyszli ci, którzy spodziewali się, że "pytanie kontrolne" będzie łatwe. No i w sumie było, tylko trzeba się było CZEGOŚ nauczyć.
Udało mi się zaliczyć na 4. Jedna z najwyższych ocen.
Tak, wiecie dlaczego. Jest przecież oczywiste dla wszystkich, że wyświadczyłam profesorowi usługę seksualną. Fakt, że odpowiadałam w grupie z trzema innymi studentkami nie ma tu nic do rzeczy.
Ot, zawiść.
Ocena:
159
(Głosów:
261)
Najgorszy dzień w życiu pewnego kuriera.
W studenckim mieszkanku w gdańsku mieszka Ptyś. Znany też jako Azorek, Kubuś, Bubuś, Misiaczek i Zgroza. Jest Pytonem. Ptysia właściciel, będący równocześnie właścicielem mieszkania przeprowadził się do swojej ukochanej, pozostawiając Ptysia pod czułą opieką swoich byłych współlokatorów.
Jak to gad, Ptyś lubi ciepłe miejsca. W zimie, najchętniej leży w koszu na pranie, który stoi przy rurze od CO. Leży tam zazwyczaj na kupie szmat, przytulony do ściany.
Pewnego razu do mieszkanie zawitał kurier. Otworzyła mu Agatka. Kurier miał przesyłkę do Eryka. W związku z tym Agatka zapukała do drzwi Eryka, powiedziała że kurier do niego przyszedł i poszła do siebie. Zanim zniknęła w swoim pokoju, doręczyciel poprosił o możliwość skorzystania z WC. Gusia wskazała mu drzwi i więcej się sprawą nie interesowała.
Wyobraźcie sobie że siadacie sobie spokojnie na WC, przygotowując się w skupieniu do załatwienia swoich spraw i nagle uzmysławiacie sobie, że pół metra od was leży żywy kłąb węża.
Eryk zdążył wyjść z pokoju akurat na czas, żeby zobaczyć jak brzuchaty kurier z wrzaskiem i spodniami zawiniętymi wkoło kostek, ewakuuje się z ich mieszkania. Widok ponoć był nieziemski.
Paczkę musiał odebrać w centrali.
W studenckim mieszkanku w gdańsku mieszka Ptyś. Znany też jako Azorek, Kubuś, Bubuś, Misiaczek i Zgroza. Jest Pytonem. Ptysia właściciel, będący równocześnie właścicielem mieszkania przeprowadził się do swojej ukochanej, pozostawiając Ptysia pod czułą opieką swoich byłych współlokatorów.
Jak to gad, Ptyś lubi ciepłe miejsca. W zimie, najchętniej leży w koszu na pranie, który stoi przy rurze od CO. Leży tam zazwyczaj na kupie szmat, przytulony do ściany.
Pewnego razu do mieszkanie zawitał kurier. Otworzyła mu Agatka. Kurier miał przesyłkę do Eryka. W związku z tym Agatka zapukała do drzwi Eryka, powiedziała że kurier do niego przyszedł i poszła do siebie. Zanim zniknęła w swoim pokoju, doręczyciel poprosił o możliwość skorzystania z WC. Gusia wskazała mu drzwi i więcej się sprawą nie interesowała.
Wyobraźcie sobie że siadacie sobie spokojnie na WC, przygotowując się w skupieniu do załatwienia swoich spraw i nagle uzmysławiacie sobie, że pół metra od was leży żywy kłąb węża.
Eryk zdążył wyjść z pokoju akurat na czas, żeby zobaczyć jak brzuchaty kurier z wrzaskiem i spodniami zawiniętymi wkoło kostek, ewakuuje się z ich mieszkania. Widok ponoć był nieziemski.
Paczkę musiał odebrać w centrali.
Ocena:
631
(Głosów:
749)
poczekalnia
Skomentuj (20)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Pracuję w sklepie zajmującym się sprzedażą szaf i zabudowy kuchennej (raczej szaf). Sklep znajduje się w galerii handlowej, co za tym idzie wiele osób zagląda tylko po to żeby nanieść błota i wyjść. Nie przeszkadza mi to, nawet fajnie jest sprzątać, bo w innym wypadku prawie cały dzień siedzę przy komputerze.
Mamy akurat wyprzedaż, więc przed samym wejściem stoi pokazowa kuchnia, z naklejoną ceną. Baaardzo przeceniona.
Siedzę sobie spokojnie, układam pasjansa, poprawiam się w lustrze. I nagle do mojej klatki wchodzi pani z niemowlakiem.
Rozglądają się po sklepie, wchodzą głębiej... BINGO! Wstaję z fotela, może uda mi się zaprezentować pani ofertę albo przynajmniej porozmawiać z drugim człowiekiem.
Jednak w tym momencie pani zrobiła coś, co sprawiło, że obcasy mi z pod pięt uciekły i klapnęłam tyłkiem z powrotem na miejsce - otóż piekielna wyłożyła niemowlaka na kuchnię, a obok położyła paczkę pieluch - ani chybi bierze się do przewijania.
Ciśnienie mi skoczyło - podbiegłam do piekielnej piszcząc - Proszę pani, tu nie wolno! Na dole jest pokój dla matki z dzieckiem!
- Ale tam śmierdzi, nie będzie Maksiu gówna wdychał!
- Ale nie może pani przewijać dziecka na blacie kuchennym!
- Umyje pani sobie. Pani tu jest od sprzątania jak dupa od srania.
- Proszę pani, ja nie mogę sprzedać komuś takiej zabudowy!
I stoję jak palma na rondzie w grudniową noc - nie wyrwę przecież babie niemowlaka z rąk. Tymczasem ona zaczęła już wyłuskiwać bachora z zimowych betów.
Jednak los był dla mnie łaskawy. Napatoczył się pan ochroniarz supermarketu piętro wyżej. Chłop jak dąb. Zauważył awanturkę i zatrzymał się niezdecydowany przed wejściem. Krew wróciła mi do głowy.
- Jak pani widzi ochrona jest na miejscu, i jak mu pani ściągnie dziecku tą kurtkę, to będzie pani musiała zapłacić za tą zabudowę. Tu jest monitoring.
Piekielna najwyraźniej chciała coś mi odpowiedzieć, ale w tym momencie jej oczy zetknęły się z kartką, na której dumnie prężyła się czterocyfrowa sumka. Popatrzyła na ochroniarza, potem na mnie, potem znowu na cenę...
I zdecydowała się poprzestać na wymaszerowaniu ze sklepu obrzucając nas inwektywami.
Szok poporodowy? Pociążowe zapalenie mózgu?
Mamy akurat wyprzedaż, więc przed samym wejściem stoi pokazowa kuchnia, z naklejoną ceną. Baaardzo przeceniona.
Siedzę sobie spokojnie, układam pasjansa, poprawiam się w lustrze. I nagle do mojej klatki wchodzi pani z niemowlakiem.
Rozglądają się po sklepie, wchodzą głębiej... BINGO! Wstaję z fotela, może uda mi się zaprezentować pani ofertę albo przynajmniej porozmawiać z drugim człowiekiem.
Jednak w tym momencie pani zrobiła coś, co sprawiło, że obcasy mi z pod pięt uciekły i klapnęłam tyłkiem z powrotem na miejsce - otóż piekielna wyłożyła niemowlaka na kuchnię, a obok położyła paczkę pieluch - ani chybi bierze się do przewijania.
Ciśnienie mi skoczyło - podbiegłam do piekielnej piszcząc - Proszę pani, tu nie wolno! Na dole jest pokój dla matki z dzieckiem!
- Ale tam śmierdzi, nie będzie Maksiu gówna wdychał!
- Ale nie może pani przewijać dziecka na blacie kuchennym!
- Umyje pani sobie. Pani tu jest od sprzątania jak dupa od srania.
- Proszę pani, ja nie mogę sprzedać komuś takiej zabudowy!
I stoję jak palma na rondzie w grudniową noc - nie wyrwę przecież babie niemowlaka z rąk. Tymczasem ona zaczęła już wyłuskiwać bachora z zimowych betów.
Jednak los był dla mnie łaskawy. Napatoczył się pan ochroniarz supermarketu piętro wyżej. Chłop jak dąb. Zauważył awanturkę i zatrzymał się niezdecydowany przed wejściem. Krew wróciła mi do głowy.
- Jak pani widzi ochrona jest na miejscu, i jak mu pani ściągnie dziecku tą kurtkę, to będzie pani musiała zapłacić za tą zabudowę. Tu jest monitoring.
Piekielna najwyraźniej chciała coś mi odpowiedzieć, ale w tym momencie jej oczy zetknęły się z kartką, na której dumnie prężyła się czterocyfrowa sumka. Popatrzyła na ochroniarza, potem na mnie, potem znowu na cenę...
I zdecydowała się poprzestać na wymaszerowaniu ze sklepu obrzucając nas inwektywami.
Szok poporodowy? Pociążowe zapalenie mózgu?
Matki matki wszędzie katastrofa jakaś będzie.
Ocena:
346
(Głosów:
366)
poczekalnia
Skomentuj (6)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Sporo choruję. Głównie problemy sprawia mi tarczyca, która, nieleczona przez wiele lat rozwalała systematycznie inne narządy. Jak wiadomo tarczyca bardzo wpływa na wagę.
Jako dziecko byłam bardzo chuda. Na fotografiach z tamtego okresu widać buzie małego elfiątka - ostro zarysowane kości policzkowe, wielkie oczy z czarnymi długimi rzęsami i zapadnięte policzki. W zwiąku z tym Mamusia była wielokrotnie nazywana wyrodną matką, która dziecko głodzi. Zwłaszcza że dziecko na widok ciastka dostawało ślinotoku i wielokrotnie zdarzało się że sunełam za moją Mamą po sklepie pochlipując "Mamo, kup batonik, proszę ja jestem taaaaaka głodna, Mamo, Mamo, ja jestem głooodna". Cwaniara byłam, wiedziałam że to najlepiej zadziała.
Wiadomo, każda sąsiadka widziała w mojej ukochanej Rodzicielce Matkę Roku, która dziecko głodzi i maluje (nienaturalnie ciemna oprawa oczu i wypieki).
Mamusia zdenerwowała się w końcu i zaciągneła mnie do lekarza. Jednego, drugiego, trzeciego. KAŻDEMU zgłaszała że ma chorą tarczycę a jej Mama umarła na raka tego narządu. Lekarze uprcie przepisywali leki na poprawę apetytu.
Nie w tym rzecz, ja jadłam jak głupia!
W końcu któryś lekarz przeanalizował przypadek i doszedł do wniosku że... Za dużo się ruszam! No jasne, jak to 3latek byłam wulkanem energii. Zalecenia?
- Pani jej weźmie, zawiąże ręce w swoją bluzę nogi w jedną nogawkę swoich spodni i niech ona tak leży ze 4 godziny dziennie.
Jako dziecko byłam bardzo chuda. Na fotografiach z tamtego okresu widać buzie małego elfiątka - ostro zarysowane kości policzkowe, wielkie oczy z czarnymi długimi rzęsami i zapadnięte policzki. W zwiąku z tym Mamusia była wielokrotnie nazywana wyrodną matką, która dziecko głodzi. Zwłaszcza że dziecko na widok ciastka dostawało ślinotoku i wielokrotnie zdarzało się że sunełam za moją Mamą po sklepie pochlipując "Mamo, kup batonik, proszę ja jestem taaaaaka głodna, Mamo, Mamo, ja jestem głooodna". Cwaniara byłam, wiedziałam że to najlepiej zadziała.
Wiadomo, każda sąsiadka widziała w mojej ukochanej Rodzicielce Matkę Roku, która dziecko głodzi i maluje (nienaturalnie ciemna oprawa oczu i wypieki).
Mamusia zdenerwowała się w końcu i zaciągneła mnie do lekarza. Jednego, drugiego, trzeciego. KAŻDEMU zgłaszała że ma chorą tarczycę a jej Mama umarła na raka tego narządu. Lekarze uprcie przepisywali leki na poprawę apetytu.
Nie w tym rzecz, ja jadłam jak głupia!
W końcu któryś lekarz przeanalizował przypadek i doszedł do wniosku że... Za dużo się ruszam! No jasne, jak to 3latek byłam wulkanem energii. Zalecenia?
- Pani jej weźmie, zawiąże ręce w swoją bluzę nogi w jedną nogawkę swoich spodni i niech ona tak leży ze 4 godziny dziennie.
służba_zdrowia
Ocena:
207
(Głosów:
239)
poczekalnia
Skomentuj (11)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Mam ci ja dwóch młodszych braci. O ile pierwszy urodził się szybko i sprawnie, o tyle drugi maił problemy, a po urodzeniu chorował. W szpitalu w nowym dworze mazowieckim nie tylko zarażono go gronkowcem, ale też... No właśnie.
Młody miał po urodzeniu żółtaczkę, jak większość dzieci. Zaordynowano tedy naświetlanie w inkubatorze specjalną lampą. Moja Mama miała wkładać maluszka do tej solarki na kilka godzin między karmieniami.
No i wsadziła Matula dziecko swoje do pudełka. Ale niemowlak szybko się obudził i zaczął wrzeszczeć. Wyginał się i kopał nóżkami, a krzyczał tak okropnie że Mama wiedziała że coś jest nie tak.
Wyciągnęła dzieciaka z inkubatora, przytuliła, ukołysała i schowała się z nim pod kołdrę. Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i nawrzeszczała na Mamę że mały ma leżeć pod lampą, bo tylko prąd leci. Mama protestowała że dziecko krzyczy, ale pielęgniarka wyjaśniła jej że pokrzyczy, zmęczy się i zaśnie.
Druga próba przebiegła podobne. Mama starała się ignorować wrzaski pociechy ale wiadomo, jak to Matka nie dała rady. Zdecydowała się kłamać.
Kiedy przyszedł lekarz, obejrzał buczącą maszynkę i zapytał Mamę czy wkłada tam noworodka powiedziała że tak, tylko właśnie go karmi. Lekarz zapowietrzył się niesamowicie i pogonił do dyżurki pielęgniarek. Wyciągnął z stamtąd za kitelek panią która na Mamusię krzyczała i nie bacząc na fakt że babka trzyma kubek kawy zatargał ją do inkubatora. Dlaczego?
Do inkubatora nie nalano wody. Kazano trzymać chore dziecko w piekarniku. W piekarniku, bo lampy bardzo grzeją.
To było trzecie dziecko mojej Mamy. Potrafiła poznać czemu płacze, że coś jest nie tak. Ale co by było gdyby trafiło na pierworódkę? Gdyby posłuchała się pielęgniarki?
Młody miał po urodzeniu żółtaczkę, jak większość dzieci. Zaordynowano tedy naświetlanie w inkubatorze specjalną lampą. Moja Mama miała wkładać maluszka do tej solarki na kilka godzin między karmieniami.
No i wsadziła Matula dziecko swoje do pudełka. Ale niemowlak szybko się obudził i zaczął wrzeszczeć. Wyginał się i kopał nóżkami, a krzyczał tak okropnie że Mama wiedziała że coś jest nie tak.
Wyciągnęła dzieciaka z inkubatora, przytuliła, ukołysała i schowała się z nim pod kołdrę. Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i nawrzeszczała na Mamę że mały ma leżeć pod lampą, bo tylko prąd leci. Mama protestowała że dziecko krzyczy, ale pielęgniarka wyjaśniła jej że pokrzyczy, zmęczy się i zaśnie.
Druga próba przebiegła podobne. Mama starała się ignorować wrzaski pociechy ale wiadomo, jak to Matka nie dała rady. Zdecydowała się kłamać.
Kiedy przyszedł lekarz, obejrzał buczącą maszynkę i zapytał Mamę czy wkłada tam noworodka powiedziała że tak, tylko właśnie go karmi. Lekarz zapowietrzył się niesamowicie i pogonił do dyżurki pielęgniarek. Wyciągnął z stamtąd za kitelek panią która na Mamusię krzyczała i nie bacząc na fakt że babka trzyma kubek kawy zatargał ją do inkubatora. Dlaczego?
Do inkubatora nie nalano wody. Kazano trzymać chore dziecko w piekarniku. W piekarniku, bo lampy bardzo grzeją.
To było trzecie dziecko mojej Mamy. Potrafiła poznać czemu płacze, że coś jest nie tak. Ale co by było gdyby trafiło na pierworódkę? Gdyby posłuchała się pielęgniarki?
Szpital w nowym dworze mazowieckim.
Ocena:
311
(Głosów:
347)
