Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tenzprzeciwkacomakotairower

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2015 - 15:46
Ostatnio: 16 listopada 2017 - 23:53
  • Historii na głównej: 29 z 38
  • Punktów za historie: 8426
  • Komentarzy: 215
  • Punktów za komentarze: 883
 
Kupiłem na e-bay kocyk w kształcie ogona syrenki. Miał być w wersji dla dorosłych, długość 180 cm...

Przyszedł długi na 133 cm z ogonem. Dziewczyna chciała kocyk w kształcie ogona syrenki a nie monopończochę, więc oczywiście wystąpiłem o zwrot.

Sprzedający najpierw mi wciskał, że źle mierzę, potem, że mam za grubą dziewczynę (nie-wprost, no ale jednak :D) i dlatego się źle układa i nie starcza, a na końcu stwierdził, że skoro kocyk jest krótszy o 1/4 to mi obniży cenę 25% i uważa sprawę za zakończoną...

Oczywiście będę eskalował, ale dość mnie to rozbawiło nawet :)

ebay

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (151)
Skoro moda na bierzmowanie, to się dopiszę w temacie i ja :)

Tylko że tym razem to ja bylem piekielny.

Bierzmowania żadnego nie chciałem, ale rodzice kazali. Wielkie dyskusje skończyły się na tym, że matka oznajmiła, że dopiero jak będę miał bierzmowanie, będę "dorosły duchowo" i będę mógł sam decydować o swoim życiu religijnym.

Postanowiłem więc dostać do niego niedopuszczonym, niestety ksiądz akurat był bardzo dobrym duszpasterzem i dbał o to, aby łaski sakramentu doświadczyli wszyscy - innymi słowy nic nie wymagał, nawet notoryczne wagarowanie z religii nie było przeszkodą.

Kiedy przyszła pora wyboru imienia, z kolegą w podobnej sytuacji wymyśliliśmy sobie, że chcemy przyjąć trzecie imię Adolf. Ksiądz powiedział, że nie można, i nawet przywoływanie świętego Adolfa z Osnabruck nie pomagało. Ksiądz tłumaczył, że to ważny sakrament, że to ważna decyzja i położył przed nami jakąś książkę o świętych. Moda wtedy była na Miliard w Rozumie, więc tak, jak Weiss z encyklopedii losował hasła, tak my wylosowaliśmy sobie imiona (chociaż koledze wyszła jakaś Kinga czy Katarzyna i musiał losować dwa razy). Ksiądz westchnął ciężko, zapytał, czy na pewno, i zapisał sobie w kajeciku. I tak zostałem Wiktorem.

Na świadka wybrałem sobie kolegę o rok starszego, ale znowu interweniowała mama, powiedziała, że to niepoważne, że świadek do bierzmowania ma być przewodnikiem duchowym i narzuciła mi wujka, męża chrzestnej. Mi to w sumie i tak wisiało, więc się zgodziłem. Wujek się przejął, więc mu lojalnie wyświetliłem sprawę, że jak dla mnie to jest pic i żadnego bierzmowania nie potrzebuję. Wujek jednak przyjął, że jest to przypadek młodzieńczego buntu i wciąż poważnie podszedł do sprawy, mając nadzieję, że kiedyś mnie naprostuje.

No i tak zostałem bierzmowany. Po powrocie z kościoła zasiedliśmy z rodziną przy uroczystym obiedzie przygotowanym przez mamę, która na początek walnęła przemowę o tym, jak to teraz jestem dorosły duchowo, sam mogę kierować swoim rozwojem religijnym i zapytała, co zamierzam robić w tym temacie dalej. Odpowiedziałem, że zdecydowałem, że dzisiaj był ostatni dzień, kiedy byłem w kościele. Atmosfera się trochę skwasiła, ale obiad i tak był dobry :)

Powziętego podówczas wydarzenia twardo się trzymałem, w kościele od tego czasu (nie licząc zwiedzania) byłem może z 10 razy, parę razy jako opiekun drużyny harcerskiej, ze dwa razy na pogrzebach, ze dwa na ślubach i raz z babcią, bo zamówiła mszę za dziadka i bardzo prosiła.

Aż tu niedawno chrzestna, z którą nie utrzymuję kontaktu od dłuższego czasu (jest fanatyczną PiSówą, dla której jedynym tematem dyskusji było to, że będąc grubo po 30-tce i mając magisterkę ze studiów powiązanych z politologią naszego regionu jestem wciąż głupim gówniarzem nie rozumiejącym polityki i tylko dlatego nie rozumiem, że Jarosław Kaczyński Największym Mężem Stanu Jest i że powinienem dlatego z pokorą słuchać starszych (czyli jej i męża) - ale to temat na inną historię).

No więc owa ciotka zaczęła mnie e-mailowo molestować o to, że oni z wujkiem nie mogą przeżyć mojego odejścia od kościoła, że wujek świadkiem był do bierzmowania, a ja teraz nie chodzę i on się czuje odpowiedzialny i że jak ja tak mogę.

Odpowiedziałem, że wiedział jak jest, że mu szczerze powiedziałem, a poza tym jak się tak czuł odpowiedzialny, to gdzie był przez ostatnie dwadzieścia parę lat, skoro się czuł takim moim przewodnikiem.

Ciotka się wkurzyła i powiedziała mi, że najwyraźniej jestem gówniarzem, bo nie potrafię sprawy załatwić po męsku, że jak ktoś podejmuje jakieś decyzje, to powinien być konsekwentny. Miała na myśli, że jak się dałem bierzmować, to powinienem teraz być katolikiem do końca życia. Ale się przeliczyła, bo odpisałem jej, że skoro tak, to faktycznie, już wtedy zdecydowałem, że z kościołem nie chcę mieć nic wspólnego, to sprawę dokończę.

Poszedłem do kościoła, złożyłem oświadczenie woli i po pewnych perturbacjach, będących materiałem na jeszcze inną historię uzyskałem odpowiedni papier zaświadczający o moim wystąpieniu z Kościoła, więc mogłem wysłać ciotce odpis świadectwa chrztu z odpowiednią adnotacją, informując że niniejszym zarówno moja chrzestna jako i świadek do bierzmowania mogą się czuć zwolnieni z odpowiedzialności za mój "rozwój duchowy".

Nie odpisała już więcej.

Piekielny jestem i dobrze mi z tym.

bierzmowanie

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (236)
To taki spin-off mojej poprzedniej historii czyli o tym, jak występowałem z szeregów Kościoła Katolickiego.

Poczytawszy w mądrych internetach strasznych historii o tym, jak to katabasy robią trudności trochę mi mina zrzedła, ale religijni znajomi powiedzieli, że akurat w naszej parafii ksiądz jest bardzo fajny, nowoczesny i otwarty - taki bardziej z kościoła księdza Tischnera niż z kościoła księdza Rydzyka.

Postanowiłem więc zrobić to urzędowo. Napisałem oficjalne pismo - oświadczenie woli - że z takich to a takich powodów nie jestem zainteresowany tym, aby dłużej pozostawiać członkiem tego związku wyznaniowego i zgodnie z takim a takim tam paragrafem z dniem takim a takim, występuję.

Napisałem też, że zezwalam Kościołowi na dalsze przetwarzanie moich danych osobowych w zakresie historycznym (a niech sobie tam mają kiedy byłem ochrzczony, kiedy u komunii, kiedy u bierzmowania i ile kasy wyciągnąłem jak chodziłem po kolędzie jako ministrant, co mi szkodzi, to nie Orwell, nie będę zmieniał historii), ale proszę o dokonanie stosownego wpisu w księgach parafialnych.

Pismo podpisane zostało przez dwoje świadków, po czym z jednym z nich udałem się do kancelarii parafialnej. Akurat tak się złożyło, że nie było proboszcza, był tylko jakiś starszy ksiądz, jak się potem dowiedziałem, taki "emeryt na pół etatu" czy jak to tam się w Kościele nazywa. On trochę nie kumał o co biega, trzeba mu było tłumaczyć trzy razy - chyba w pale mu się nie mieściło, że ktoś się może chcieć wypisać, ale w końcu papier przyjął i obiecał przekazać proboszczowi.

Tymczasem moja babcia. Kobieta pobożna, ale o otwartym umyśle, ma problemy z chodzeniem, dlatego praktycznie nie wychodzi z domu i raz w miesiącu przychodzi do niej ksiądz z sakramentami. No i tak się składało, że parę dni później przyszedł właśnie ten starszy księżulo i wyskoczył do babci z tekstem o tym, że ja się wypisuję i że jak ona mnie wychowała, i że ma mnie ratować.

Babcia szału dostała, ale nie bójcie się, nie na mnie, tylko na księdza. Pojechała mu, że to jest naruszenie mojej prywatności, że może ja jej nie chciałem nic mówić (akurat jeszcze jej nie mówiłem, ale zamierzałem ją poinformować po fakcie), że ja jestem dorosły i mam prawo do swoich decyzji i że księdzu nic do tego. Ja potem podobnie potraktowałem proboszcza, który faktycznie okazał się człowiekiem wyjątkowo jak na księdza otwartym i tolerancyjnym, strasznie przepraszał, starszego księdza przy mnie zbeształ i w ogóle zachował się w porządku, dlatego stwierdziłem, że nie będę afery ciągnął, tym bardziej że papier od proboszcza dostałem prawie od ręki.

No ale ksiądz dziadzio piekielny był zdrowo. Gdyby moja babcia była moherem, to przecież na taką wieść mogłaby mu na miejscu na zawał zejść...

kościół

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (202)
Zasłyszane w branży.

Na północy Szkocji żyją ludzie bardzo ściśle przestrzegający religijnych zasad. Sam kiedyś na własne oczy widziałem na wyspie Lewis zamkniętą na kłódkę rowerową huśtawkę dla dzieci, żeby się nie huśtały w Szabat (czyli, paradoksalnie, w niedzielę).

Rolnik z tamtych okolic zamówił sobie pewne urządzenie. Firma pracuje 24/7, auto zajechało na miejsce w niedzielę. Kierowca zapukał do drzwi, nikt nie otworzył, więc stanął w zatoczce nieopodal farmy i położył się spać.

Rano obudził go jeżdżący traktor - rolnik już od piątej zasuwał, zwożąc z pola jakieś bele siana czy coś. Kierowca więc zebrał się z wyra i podszedł do rolnika mówiąc, że ma dla niego dostawę. Rolnik mówi, że "bardzo wcześnie pan przyjechał".

Kierowca na to zgodnie z prawdą, że był w tym miejscu już wczoraj, na co rolnik dostał szału i powiedział, że od kogoś, kto nie przestrzega szabatu, towaru nie przyjmie.

No i tak urządzenie musiało wrócić do Edynburga (jakieś 7 godzin jazdy do tego miejsca) i trzeba je było wysłać jeszcze raz, inną firmą transportową :)

szkocja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (187)
Rzecz dzieje sie w Wielkiej Brytanii. Jak pewnie wiecie, jest tu mnóstwo polskich sklepów, tak się składa, że jeden jest w miejscu przez które często przejeżdżam będąc w pracy, więc czasem się zatrzymam, żeby parę rzeczy kupić.

Niestety sklep ten oferuje nie tylko dobre towary w korzystnych cenach ale także, że tak to ujmę "ultimate Polish experience". To znaczy pani ekspedientki oszukują.

Przy kasowaniu trzeba im non stop patrzeć na ręce, bo od kiedy pierwszy raz na to zwróciłem uwagę byłem w tym sklepie bodajże 6 razy i za każdym razem coś było nie tak - a to z 1.09 zrobiło się 1.29, a to towar z metką 2.50 kosztował 3.40 i tak dalej i tak dalej.

Świeże wędliny np. mają ceny podane za 100 g, np. 0.69 albo 1.05 za sto gram. Jednak kiedy lądują na wadze, pani ekspedientka nabija ceny za kilogram. I tak z 0.69 za 100 g robi się 6.99 za kilogram, a z 1.05 robi się 10.59. No troszkę nie tak z tym zaokrąglaniem.

Za każdym razem oczywiście żądam, żeby ceny naprostować, padają różne głupawe wymówki. Ostatnio kupowałem sześć produktów, musiałem kazać im poprawić ceny trzech z nich i sarkastycznie prosiłem, żeby już mi nie tłumaczyły, że one takie biedne i że się nie mogą doprosić szefa żeby ceny w systemie poprawić. Oczywiście robiłem to bez żenady przy innych klientach, którzy też się na nie patrzyli z potępieniem, jedna z kobiet za mną nawet zrezygnowała z zakupów i wyszła.

Ale wiecie co jest dla mnie najpiekielniejsze: one ceny poprawiają na żądanie klienta, ale nie czują żadnej żenady. Nie pada żadne przepraszam, jest po prostu bezczelny uśmiech mówiący "z tobą się nie udało, ale 20 innych osób nie sprawdzi i co nam zrobisz". Mi by było głupio nawet, jeśli zła cena była faktycznie błędem w systemie...

polski sklep

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)
Pewna amerykańska firma prawnicza wisi mi 30 funtów, zwrot poniesionych kosztów, nieważne za co w kontekście sprawy.

Wysłali mi czek z błędem - zamiast nazwiska wpisali mój adres e-mailowy i dodali czyjś rachunek na kolejne 110 funtów.

Zamejlowalem, wyprostowałem.

Przysłali mi kolejny czek - tym razem suma prawidłowa, ale nazwisko dalej źle.

Obiecali wysłać kolejny.

Co jest piekielne? Wysyłają ekspresem, Fed Exem (choć powiedziałem, że mi się nie spieszy i mogą mi zwykłym listem wysłać). Jedna przesyłka kosztuje ich 38 funtów.

prawnicy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)
Na fali historii policyjnych.

Dawno, dawno temu, kiedy pięknym i młodym będąc podróżowałem po Europie autostopem zawitałem do Szwajcarii. Kierowca wysadził nas późnym wieczorem w jakimś małym miasteczku, korzystając z tego, że i tak zatrzymano nas do kontroli - była akurat jakaś obława, policja z długą bronią i tak dalej. Wygramoliliśmy się z auta i zaczęliśmy analizować mapę na przystanku autobusowym. Po chwili podszedł do nas jeden z policjantów, zapytał co i jak, po czym powiedział, że tu nie ma gdzie namiotu rozbić i że nie będziemy łazić po nocach sami, bo jacyś tam przestępcy są na wolności i jest niebezpiecznie, więc oni nas zawiozą.

Załadowali nas do radiowozu i powieźli na opłotki miasteczka, gdzie nad jeziorem było kilka kempingów. Minęliśmy kilka i dojechaliśmy do ostatniego, gdzie policjant w taktowny sposób wyjaśnił, że kempingi w Szwajcarii są drogie nawet dla Szwajcarów, dlatego wysadzili nas przy tym najdalszym, bo jakbyśmy woleli na dziko, to niedaleko jest sympatyczny lasek, w którym, o ile się zwiniemy o świcie, nikt nie powinien nas niepokoić.

A teraz, dla kontrastu, Polska.

Wysiedliśmy z TIRa w Wałbrzychu, który nie był naszym miastem docelowym. Znów późny wieczór, więc poszliśmy na dworzec PKP zobaczyć, czy nie będzie jakichś pociągów do Wrocławia. Do Wrocławia nie było, za to zaraz miał przyjechać z Wrocławia. Pełen kiboli.

Pani w kasie poradziła nam, żebyśmy lepiej zwiewali, bo może być rozróba. Kiedy odeszliśmy na jakieś 100 metrów od dworca, wysypała się z niego wataha kiboli. Szli ulicą, kopiąc w samochody, przewracając kosze na śmieci, drąc ryje, zaczepiając zabłąkanych przechodniów i rzucając butelkami po piwie wokół siebie (Dzisiaj to się chyba nazywa "walka z lewactwem"). My jeszcze większego dyla, na ile się dało z plecakami, ale miasto jest nam nieznane, jedyne co wiemy, to że idziemy główną ulicą w stronę Szczawienka, zapuszczanie się w jakieś boczne uliczki nie wydawało się dobrym pomysłem... Liczyliśmy na jakąś otwartą knajpę, sklep, cokolwiek, no ale to Wałbrzych sprzed 20 lat, tam wtedy psy dupami szczekały i w dzień powszedni po 23 to można było na głównej ulicy filmy post apokaliptyczne kręcić.

W końcu kiedy już ledwo zipiemy z przeciwka nadjeżdża radiowóz i zatrzymuje się niepewnie. Podchodzę i zagajam, że jest taka sprawa, że kilkuset kibiców, że agresywni, że z dziewczyną jestem, że ona się boi, że może by nas mogli podwieźć na wylotówkę czy w jakieś bezpieczne miejsce. Policjant na to "nie, bo my tam nie jedziemy". No to ja pytam, czy mogliby nas podwieźć gdziekolwiek, gdzie nie byłoby kibiców. "My nie jesteśmy TAXI". No to jeszcze raz tłumaczę, ze kibice są zaraz za zakrętem, że się boimy, że obce miasto, noc. Policjant na to ze śmiechem do kolegi "no patrz na nich, w nocy, piechotą przez Wałbrzych, po meczu, no nie zazdroszczę" po czym bez słowa odjechał.

Ujechał może z 50 metrów, zza zakrętu wyszła awangarda fali kibiców i na radiowóz posypały się butelki i kamienie. W tym momencie kierowca radiowozu pobił chyba światowy rekord w sprincie polonezem na wstecznym, o mało nie potrącając mojej towarzyszki która właśnie przechodziła przez jezdnię.

Na szczęście całą sytuację zobaczył cieć z pobliskiego parkingu, który nas zaprosił do swojej kanciapy, gdzie zgasiwszy światło w ciszy przeczekaliśmy nawałnicę. Zdaje się, że i jemu się pewniej zrobiło na duszy...

Ot, dwa światy.

policja

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (271)
zarchiwizowany
Zapewne kojarzycie standardowego policjanta -tajniaka z amerykańskiego serialu, co to siedzi w samochodzie po nocy obserwując podejrzany lokal a na desce rozdzielczej walają się jednorazowe kubki po kawie...

Współczesne samochody nie bez powodu mają wypukłe deski rozdzielcze na których nic się nie da położyć - chodzi o to, że odbijające się w szybie przedmioty mogą rozpraszać kierowcę.

W wielu autach dostawczych jednak deska rozdzielcza obniża się w kierunku szyby, więc można tam wozić takie graty. Dziś widziałem rekordzistę który chyba był tajniakiem, który obserwował podejrzany lokal non-stop przez kilka miesięcy -
miał pewnie ze sto kubków do kawy, powkładanych jeden w drugi i ułożonych w równych rządkach do połowy wysokości przedniej szyby. Zresztą, jeden obraz wart tysiąca słów: http://imgur.com/a/CiBAY

Gratulacje dla pana tak bardzo mającego na sercu bezpieczeństwo swoje i innych podczas jazdy tym pojazdem po drodze publicznej....

zagranica

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (78)
Taka mi się historia przypomniała sprzed wielu, wielu lat.

Starszy pan miał stłuczkę z 18 latkiem, który właśnie zrobił prawo jazdy w kadecie rodziców. Auta stoją na środku skrzyżowania, obaj wyszli. Chłopak przerażony, starszy kierowca spokojny. Obejrzeli uszkodzenia, na szczęście nic poważnego, młodszy chłopak przerażony, przyznaje się do winy i pyta co teraz.

Starszy pan mówi "nie martw się, takie rzeczy się zdarzają. To co, zjeżdżamy?".

Chłopak pokiwał głową, wsiadł do swojego auta, z piskiem opon ruszył... i tyle go widziano.

Sytuacja piekielna, ale ja szczerze wierzę, że chłopaczek po prostu nie zrozumiał, że chodziło o zjazd na bok, żeby nie blokować ruchu :)

skrzyzowanie

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (166)
Skoro moda na taksówkarzy...

Parę lat temu wsiedliśmy z kuzynem w krakowska taksówkę przy Plantach, prosząc o kurs na Cichy Kącik.

Pan taksówkarz sympatycznie zagadał, skąd jesteśmy, czy pierwszy raz w Krakowie, a skoro nie, to czy często bywamy, a następnie usatysfakcjonowany obrał kurs na Nowa Hutę.

Tak się jednak sprawia, że nie byliśmy aż tak pijani jak mu się wydawało, do tego umiemy czytać drogowskazy, no i akurat drogę z centrum na Błonia znamy bardzo dobrze.

Poprosiłem więc, żeby zawrócił i zaczął jechać we właściwym kierunku. Pan się bardzo obruszył i powiedział, że nie będę go pouczać jak jeździć, bo on po Krakowie jeździ od 20 lat.

Odpowiedzieliśmy, że w takim razie niech dalej sobie jeździ "po Krakowie", a my sobie znajdziemy kogoś, kto nas zawiezie do celu, i korzystając z postoju na czerwonych światłach wysiedliśmy.


Pan cos tam krzyczał za nami, ale światła się zmieniły i klakson stojącego za nim TIRa zmusił go do odjazdu. Pewnie do Nowej Huty...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (254)