Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tenzprzeciwkacomakotairower

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2015 - 15:46
Ostatnio: 16 czerwca 2017 - 19:36
  • Historii na głównej: 22 z 30
  • Punktów za historie: 7197
  • Komentarzy: 191
  • Punktów za komentarze: 764
 
Taka mi się historia przypomniała sprzed wielu, wielu lat.

Starszy pan miał stłuczkę z 18 latkiem, który właśnie zrobił prawo jazdy w kadecie rodziców. Auta stoją na środku skrzyżowania, obaj wyszli. Chłopak przerażony, starszy kierowca spokojny. Obejrzeli uszkodzenia, na szczęście nic poważnego, młodszy chłopak przerażony, przyznaje się do winy i pyta co teraz.

Starszy pan mówi "nie martw się, takie rzeczy się zdarzają. To co, zjeżdżamy?".

Chłopak pokiwał głową, wsiadł do swojego auta, z piskiem opon ruszył... i tyle go widziano.

Sytuacja piekielna, ale ja szczerze wierzę, że chłopaczek po prostu nie zrozumiał, że chodziło o zjazd na bok, żeby nie blokować ruchu :)

skrzyzowanie

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (158)
Skoro moda na taksówkarzy...

Parę lat temu wsiedliśmy z kuzynem w krakowska taksówkę przy Plantach, prosząc o kurs na Cichy Kącik.

Pan taksówkarz sympatycznie zagadał, skąd jesteśmy, czy pierwszy raz w Krakowie, a skoro nie, to czy często bywamy, a następnie usatysfakcjonowany obrał kurs na Nowa Hutę.

Tak się jednak sprawia, że nie byliśmy aż tak pijani jak mu się wydawało, do tego umiemy czytać drogowskazy, no i akurat drogę z centrum na Błonia znamy bardzo dobrze.

Poprosiłem więc, żeby zawrócił i zaczął jechać we właściwym kierunku. Pan się bardzo obruszył i powiedział, że nie będę go pouczać jak jeździć, bo on po Krakowie jeździ od 20 lat.

Odpowiedzieliśmy, że w takim razie niech dalej sobie jeździ "po Krakowie", a my sobie znajdziemy kogoś, kto nas zawiezie do celu, i korzystając z postoju na czerwonych światłach wysiedliśmy.


Pan cos tam krzyczał za nami, ale światła się zmieniły i klakson stojącego za nim TIRa zmusił go do odjazdu. Pewnie do Nowej Huty...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (247)
zarchiwizowany
Troszkę się  zastanawiałem, czy dodać ta historie, bo polityczne kwestie dzisiaj lepiej w tym kraju omijać, no ale wkurzyła mnie ostatnio ta piekielność, więc raz kozie śmierć. Sytuacja w dość bliskiej rodzinie a historia może być długawa.

Są dwie siostry. Pierwsza wyszła za mąż dość młodo, ma dwójkę już dorosłych dzieci, mieszka z mężem w dużej willi w mieście A.

Druga do ok. 45 roku życia mieszkała z rodzicami w ich dwupokojowym mieszkaniu w mieście A, potem wyszła za mąż i wyprowadziła się do miasta B.

Obie siostry wyszły, tak się złożyło, za zasłużonych działaczy podziemia za komuny. Maz pierwszej siostry w wolnej Polsce wycofał się z polityki, był nauczycielem. Maja poglądy umiarkowane, centrowe, kiedyś glosowali na PO, teraz, jak większość Polaków maja problem z tym, ze nie ma na kogo glosować. Maz drugiej siostry w wolnej Polsce został lokalnym działaczem Porozumienia Centrum a obecnie PiS.

No i teraz, jak to często bywa, owe dwie siostry maja matkę staruszkę. Jej mąż, a ojciec sióstr, zmarł niedługo po wyprowadzeniu się drugiej siostry. Starsza pani jeszcze przez pewien czas dawała sobie rade sama, z czasem jednak zaczęło być coraz gorzej, dodatkowo problemy z chodzeniem zaowocowały tym, ze starsza pani nie dawała już rady wspinać się do swojego mieszkania na drugie piętro bez windy.

Ustalono, ze ponieważ starszy syn pierwszej siostry jest już na studiach, wyprowadzi się do mieszkania babci, a babcia przeprowadzi się  do willi i zajmie jego pokój. Babcia zdecydowała się  dalej oplacać za to mieszkanie czynsz a dla pokrycia pozostałych kosztów mieszkania (raty na jego wykup,potrzebne remonty, opłaty itp) drugi pokój wynajęto (za wiedza i aprobata babci) jego koleżance.

Dla siostry 2 okazało się  to wielkim problemem. Po pierwsze: kto to widział, żeby chłopak z obca dziewczyna mieszkał, to niemoralne. Po drugie: to jest "jej pokój" i nie można nim dysponować. Ten pokój powinien stać pusty do dyspozycji, aby miała gdzie spać kiedy przyjedzie do miasta A. Jednak dziwnym trafem partycypować w kosztach utrzymania mieszkania nie zamierzała a jego wykupywanie na własność uważa za wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo przecież Kaczyński i tak je da, bo jako patriotom i Polakom rodzinie się ono należy.

Siostra 2 do miasta wpada sporadycznie, zwykle przy okazji jakichś spędow PiS. Rodzinę odwiedza rzadko, a jeśli juz to robi, to przeważnie kończy się  to awantura.

Otóż siostra 2 nie może przeboleć, ze jej rodzina nie wspiera PiS, który według niej jest najlepsza partia na świecie, a Kaczyński jest mężem stanu na miarę co najmniej Piłsudskiego.

Młodsze pokolenie nie chce już w ogóle z nią rozmawiac, bo jej jedynym argumentem jest "Jesteś jeszcze za młody ze zrozumieć, ale jak dojrzejesz i zmądrzejesz to docenisz geniusz Kaczyńskiego i to, co robi dla naszej ojczyzny" (przy czym ona tak próbuje rozmawiać ze wszystkimi rodzinie, wiec i ze mną i pomimo, ze mi już bliżej do 40, ja wciaz także załapuje się  na ta argumentacje).

Ze swoja siostra dyskusji już nie prowadza, bo zawsze konczyly się  wielka awantura, tu wiec siostra 2 po prostu wzdycha ciezko mowiac "nie rozumiem, jak tacy inteligentni ludzie, moja własna rodzina, mogą nie być wyznawcami Kaczynskiemu. Bardzo mnie to boli" jakby próbowała w nich wzbudzić poczucie winy.

Co do ich matki natomiast, siostra 2 jest przekonana, ze matka od kiedy zamieszkała z siostra 1 i jej rodzina, jest poddawana regularnemu praniu mózgu i tylko dlatego nie lubi PiS. Staruszkę wkur*ia to niemiłosiernie, bo jest to inteligentna i wykształcona osoba, której zawsze bliżej było do księdza Tischnera niż do księdza Rydzyka i nie lubi, jak się  z niej robi idiotkę, odmawiając prawa do posiadania własnego zdania.

Od kiedy babcia zamieszkana z siostra 1, mieszkanie babci wciąż było kością niezgody. Siostra 2 uważa, ze "jej się  należy pol mieszkania" bo mieszkała w nim przez 45 lat, a siostra 2 tylko do ślubu 20 lat wcześniej. Nie bierze pod uwagę faktu, ze o ile mieszkając tam, dokładała się  do czynszu, to dopiero po jej wyprowadzce udało się  przekonać matkę do wykupienia mieszkania (wcześniej. argumentem przeciwnej temu siostry 2 było, ze jak Kaczyński dojdzie do władzy, to mieszkanie to miałoby jakoś przejsc na wlasnosc bez konieczności płacenia za nie w ramach jakiegoś programu uwłaszczeniowego czy coś). Aby zabezpieczyć się  przed zakusami siostry 2, mieszkanie (które de facto wykupywane jest za pieniądze siostry 1 i jej męża) zostało zapisane w spadku siostrze 1.

Siostra 2 uważa to za największa krzywdę, jaka wyrzadzila jej matka, pomimo faktu, ze sama posiada dwa mieszkania a z mezem nie maja dzieci (i raczej, z racji wieku, miec juz nie beda). Kiedy przyjezdzala do miasta A, żądała, aby ja gościć w mieszkaniu siostry 1 - potrafiła nawet zająć z mężem pokój swojej matki a następnie oznajmić, ze skoro siostra 1 przejela dwupokojowe mieszkanie, w którym mogla by spać i siostra 2 i matka, to teraz jest to jej problem jak wszystkich polozyc spać.

Dopiero kiedy siostra 1 zaczela jej po prostu wykupywać pokój w pobliskim hotelu zrozumiała aluzje i przestała domagać się  noclegów. Jednak nie poddała się  w kwestii prób przeciągnięcia matki na swoja strone.

W tym celu zapraszała do siebie mame, która jednak po dwóch-trzech dniach dzwoniła do siostry 1 lub jej męża czy któregoś z dzieci i niemal placzac żądała, żeby ja od siostry 2 zabrać, ponieważ nie może juz wytrzymać - otoz siostra 2 na przemian maltretowała matkę o "krzywdę" jaka wyrządza jej "wydziedziczając ja" z mieszkania albo silą pprobowala nawracać na PiS.

Po kilku takich wizytach matka kategorycznie odmawia wizyt u siostry 2 oraz rozmów z nia na tematy polityczne. Siostra 2 mimo tego probowala podczas swoich wizyt w mieście A, jednak po tym, jak przyprawiła matkę o palpitacje serca, ogranicza się  jedynie do rozmów telefonicznych (podejrzewam ze dlatego, ze wtedy nie musi widzieć jak się  matka denerwuje, bo ta najwyżej rzuci słuchawka).

W sumie jednak wizyty siostry 2 w mieście A stały się  sporadyczne, noclegi ogarnia sobie sama w hotelach, kontakty rodzinne ograniczone sa jedynie do symbolicznych wizyt na herbatkę u matki. W rezultacie cały obowiązek opieki nad staruszką, która wymaga coraz więcej pomocy, spada na siostrę 1. Jej mąż z racji problemów z kręgosłupem nie jest w stanie pomagać przy dzwiganiu staruszki (która do niedawna jeszcze chodziła z balkonikiem, ale bywało, że potrafiła się przewrócić), jego pomoc jest więc głównie finansowa. Podobnie dzieci, które mieszkają już na swoim, nie mogą być przy babci 24/7, w rezultacie siostra 1 od lat nie miała wakacji (jeśli nie liczyć wyjazdów z matką do sanatorium).

Siostra 2 natomiast również przeszła na emeryturę, dodatkowo skapnęły jej tam jakieś fuchy z dobrej zmiany, wywalczyła także (choc może bardziej pasowałoby "wycwaniakowała" jakieś dodatkowe dodatki i przywileje dla swojego męza-kombatanta) i tak pielęgnuje swoje zainteresowania, od czasu do czasu wyjeżdzając na kilkutygodniowe wakacje i cieszy się zasłużoną emeryturą.

Tymczasem stan zdrowia matki, która jest juz w bardzo podeszłym wieku, bardzo się  pogarsza. Choć mentalnie wciaz bardzo sprawna, potrzebuje specjalistycznej opieki - praktycznie nie wstaje juz z łózka.

Siostra 1 jest juz od kilku lat na emeryturze, jednak koszty specjalistycznej opieki nad matka (pielęgniarka, pieluchy, sprzęt rehabilitacyjny, leki itd) zmuszają ja do zasuwania jak dziki osioł jako osoba samozatrudniona. Siostry 2 nawet nie prosi się  o wsparcie finansowe, ponieważ juz wiele lat wcześniej. oznajmiła, ze ponieważ siostra 1 dostanie w spadku mieszkanie, to finansowe kwestie opieki nad matka to jej problem. Tymczasem koszta opieki wciąż rosną i tak siostra 1, pomimo, ze jej emerytura jest dosc wysoka, zmuszona jest ciągle do brania nowych zleceń, a ze jej branża jest dosc sezonowa, oznacza to, ze czasami pracuje po kilkanaście godzin dziennie, a potem jeszcze opiekuje się  matka.

I teraz dlaczego zdecydowałem się  o tym wszystkim napisać.

Niedawno z niezapowiedziana wizyta wpadła siostra 2. Siostra 1 zasuwała w pracy, jej maz był u lekarza, do mieszkania wpuscila ja, po konsultacji ze staruszką, opiekunka matki. Ta posiedziała chwile, pocmokała, pochwaliła wysokiej klasy specjalistyczne lozko, opiekunkę, po czym oznajmiła ze od razu widać rezultaty dobrej zmiany, bo gdyby nie rzady PiS, matka nigdy nie miała by takiej opieki. Po czym uspokoiwszy swoje sumienie wyszła, nie bacząc na to, że jej matkę, która dobrze sobie zdaje z tego, jak wiele jej drugą córkę kosztuje opieka nad nią, w tym momencie jakby piorun strzelił.

Pielęgniarka nie klaskała.

rodzina polityka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (34)
Tyle lat za kółkiem, nie myślałem, że mnie jeszcze głupota innych zaskoczy...

Jadę sobie leniwie moim małym, niektórzy mówią, że dziewczyńskim autkiem. Po prawdzie autko jeździ całkiem przyzwoicie, więc moje leniwie innym może się wydawać szybko - prędkości nie przekraczam, ale przyspieszam dynamicznie i zakręty też biorę w dość żwawym tempie. No, ale nie spieszy mi się.

Doganiam w miasteczku starego Lexusa ze spojlerami i pierdzącym tłumikiem. Przejeżdżamy razem miasteczko, Lexus rozpędza się tak do 90% dopuszczalnej prędkości i się turla. Mi się nie spieszy, jak mówiłem, to się turlam za nim. Ale zaczyna się bardziej kręty kawałek drogi, Lexus na każdym ciaśniejszym zakręcie zwalnia niemal do prędkości traktora. Tak się bawić nie będziemy, w odpowiednim momencie redukuję o dwa biegi, cisnę gaz i wykorzystując fragment prostej z dobra widocznością wyprzedzam, chwilowo przekraczając prędkość o ok. 20%, po czym odpuszczam gaz i w następny zakręt wchodzę już z maksymalną dopuszczalną prędkością.

Droga dalej kręta, Lexus zostaje w tyle, ja jadę mniej więcej równo z dopuszczalną prędkością cały czas, Lexus odpada w tył na zakrętach, po czym dochodzi mnie na prostych odcinkach. Czasami widzę, jak się przymierza do wyprzedzania, ale brakuje mu odwagi albo zdolności nawet do podjęcia manewru w miejscu, w którym swobodnie zdążyłby wyprzedzić mnie ze trzy razy jadąc starem z węglem.

Troszkę mnie zaczyna irytować takie siedzenie mi na zderzaku, to w momencie, kiedy od drogi głównej odchodzi droga alternatywna, którą również mogę dojechać do celu, skręcam w alternatywną. Lexus za mną.

No cóż, widocznie tamtędy jechał, ale spoko. Przy najbliższej okazji skręcam w boczną drogę, która pozwoli dostać mi się do tej, którą pierwotnie jechałem. Lexus za mną.

Wreszcie jest, kawałek prostej aż po horyzont. Lexus trochę został w tyle, ale kiedy wyjechał z ostatniego zakrętu i zobaczył, że jestem może w 20% tej prostej, wcisnął gaz do dechy. Chwilę później śmignął koło mnie z rykiem pierdzącego tłumika, mając na liczniku pewnie ze 150% dopuszczalnej prędkości...


... po czym jakieś 100 metrów dalej ostro zahamował, aby wykorzystać odchodzącą w bok drogę w celu zawrócenia. Bo widzicie, on wcale nie jechał tam gdzie ja. On po prostu nadłożył drogi, żeby mi POKAZAĆ. Przyhamował mnie prawie do zera, a kiedy go mijałem, spojrzał na mnie ze szczerą pogardą...

na drogach

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (242)
Narzekanie na kwiat polskiej młodzieży na studiach przypomniało mi jedną historię sprzed jakiegoś czasu.

Za granicą mieszkam, język znam, a dodatkowo coś tam w życiu z koleją miałem wspólnego. Poproszono mnie, żebym jakiemuś tam dalekiemu znajomemu przejrzał pracę inżynierską na politechnice czy dobrze po angielsku brzmi, bo anglistka się wypięła mówiąc, że się nie zna na słownictwie, a okazuje się, że teraz ponoć się pracę oddaje w dwóch językach na co lepszych uczelniach w Polsce (bo to była taka z tych lepszych politechnik, a nie jakaś Wyższa Szkoła Zawodowa w Bździdówku Dolnym).

Przysługę wisiałem, więc się zgodziłem, również z chęci, że sobie przeczytam co tam teraz się dzieje w temacie. Angielski nawet był ładny, słownictwo ok, za to coś mi tam zgrzytało merytorycznie. Oczywiście założyłem, że się nie znam bo kudy mi tam do inżyniera, jak z koleją od -nastu lat nic nie mam wspólnego i nic nie pamiętam, więc się nie zagłębiałem, tylko sobie zapisałem, żeby zwrócić uwagę autorowi na tą kwestię.

W pewnym momencie w sprawdzanej pracy natrafiłem na opis pewnej budowli inżynieryjnej i jej zdjęcie. Zaciekawiło mnie to, bo sam o owej budowli i metodzie jej stawiania kiedyś pisałem, wygrzebałem więc ze swoich przepastnych archiwów swoją pracę sprzed blisko 20 lat i przy okazji przeleciawszy wstęp do niej przypomniałem sobie pewne zagadnienie opisane tamże i już wiedziałem, co w tej sprawdzanej przeze mnie inżynierskiej jest nie tak.

Autorowi zwróciłem uwagę, nawet się przejął i sprawdził i przyznał, że mam rację. Po czym stwierdził, że on tego nie rusza, bo promotor to już widział i zatwierdził, to on nic zmieniać nie będzie. I poszło tak jak jest. Z tego co wiem to tym inżynierem został.

I teraz gdzie piekielność? Ta moja praca, w której przypadkiem (proszący mnie o sprawdzenie tego nie wiedzieli) poruszane były te same zagadnienia to była praca dyplomowa. Z technikum. I wiecie co?

Porównując ja z tą, której tłumaczenie sprawdzałem, jestem święcie przekonany, że jakbym zamiast pisać konkretami lał wodę, dzięki czemu byłaby o połowę dłuższa, wsadził parę wykresów i obrazków oraz doprowadził przypisy do współczesnych standardów akademickich, to by spokojnie dzisiaj przeszła jako inżynierska. A powiedzmy sobie szczerze, że piątki na dyplomie technika to nie mam.

Aż mi się smutno zrobiło.

studia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (208)
Rozwalają mnie tacy ludzie.

Jadę sobie przez szkockie zadupia, ruch praktycznie żaden, pogoda taka sobie, sezon się nie zaczął, więc drogi puste. A że kręta dojechałem do jakiegoś kampera z wypożyczalni.

Jedzie tempem spacerowym, zwalnia na zakrętach do 30 mph - no cóż, pewnie się oswaja z pojazdem, jest na wakacjach więc mu się nie śpieszy - mi w sumie też, to tak sobie za nim pyrkam czekając na jakiś dłuższy kawałek prostej, żeby wyprzedzić bez spinania się.

Po pewnym czasie dojeżdżamy do robót drogowych, jest wahadełko i światła. Z oddali widać, że zielone zmienia się na żółte. Co robi nasz kamperowiec?

Dodaje gazu i zrywem dolatuje do zwężki, pewnie już jedzie koło 60mph, wpada na zwężony fragment na czerwonym, zlatuje tylną osią z asfaltu, zarzuca mu tyłem, wyciąga auto na asfalt i znika w oddali, zostawiając za sobą zasypaną błotem drogę i poprzewracane pachołki...

Tak sobie spacerowo jechał, nie śpieszyło mu się, ale jak zobaczył żółte, to musiał docisnąć i przeleciał na czerwonym. Odruch Pawłowa?

Pointa tym razem będzie: światła zmieniły się po krótkiej chwili. Dogoniłem go jakieś trzy mile dalej. Dalej jechał spacerowym tempem, przy wyprzedzaniu zauważyłem, że robił zza kierownicy zdjęcia.

na drogach

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (208)
Niewielka przystań promowa gdzieś na zadupiu Szkocji. Placyk, na którym wymalowano cztery pasy o długości kilkunastu metrów każdy, tablica z rozkładem jazdy, budka wielkości kiosku ruchu, w której sprzedają bilety i znajdująca się nieopodal toaleta. Całość w wiosce - składającej się z budki telefonicznej, zatoczki na pięć samochodów i może trzech domków w zasięgu wzroku.

Promy pływają dość często, bo przeprawa zajmuje tylko kilka minut, ale w środku dnia załoga promu ma przerwę obiadową, więc czeka się 40 minut.

Ruch praktycznie żaden, więc po ok. 20 minutach w kolejce czeka land roverami i pickupami kilku lokalnych rolników, trzy samochody i ciężarówka. Placyk wypełniony nieco więcej niż w połowie.

Prom stoi przy pochylni, rampa opuszczona, na środku rampy stoi jeden pachołek. Poza mruczeniem promu cisza i sielanka - farmerzy sobie gadają, kierowca ciężarówki czyta gazetę, turyści robią zdjęcia ładnych widoków.

I wtedy nadjeżdża on. Słychać go już z daleka, bo oczywiście tłumik "sportowy" o średnicy komina parowozu Pt47, z chromowaną nakładką, odpowiedni hałas musi robić. W pełnym pędzie wypada zza zakrętu ignorując stojący przed nim znak z ograniczeniem do trzydziestu. Malowane wałkiem kilkunastoletnie subaru uginające się pod popękanymi spojlerami - co ważne dla historii także poniżej przedniego i tylnego zderzaka - dojeżdża na koniec parkingu, nie gasi silnika, buczy. Farmerzy spoglądają jak na idiotę, turyści zirytowani chowają aparaty i idą na spacer wzdłuż plaży, kierowca ciężarówki zamyka okna w kabinie. Pasażer Subaru z kierowcą naradzają się, przekrzykując dudniące basami techno. W końcu decydują, że nie będą czekać z plebsem i objechawszy placyk pasem dla zjeżdżających z promu ładują się na pokład - pachołek na wjeździe stał symbolicznie, można go było objechać z każdej strony. Wjeżdżając zahaczyli spojlerami o rampę, coś zgrzytnęło.

Dojechali na przeciwny koniec promu i warczą. Parę przegazówek, klakson. W tym momencie do samochodu dochodzi leniwie obsługa promu i wdaje się w dyskusję.

Kierowcy Subaru trochę mięknie pała (pewnie dostał jakieś ultimatum) i rezygnują z dalszej awantury. Marynarz wyglądał, jakby chciał ich wygonić z pokładu, ale nagle mu przeszło, machnął ręką, i wrócił do swojej kanciapy. No i tak stoi sobie pusty prom, a pierwsze z maską w podniesionej do góry rampie po przeciwnej stronie Subaru. Silnik oczywiście pracuje, umc, umc leci.

Piekielni jak cholera, wszyscy - i pasażerowie, i obsługa promu - wkurzeni, bo popsuli cały klimat. W końcu jednak przerwa minęła, pachołek został odstawiony na bok, można ruszać.

Po drugiej stronie rampa się spuszcza i subaru z rykiem silnika rusza, aby po przejechaniu trzech metrów ze zgrzytem osiąść na jej krańcu. Pasażer wychodzi, zagląda pod spód, kierowca ciężarówki widząc co się święci, uwiesił się na klaksonie, obsługa promu zaczyna krzyczeć "zjeżdżać, zjeżdżać, ludzie czekają" i "podobno wam się śpieszyło". Pasażer Subaru wsiada, auto zjeżdża z promu, zostawiając fragmenty połamanych spojlerów.

W tym momencie marynarz z promu uśmiecha się szeroko do pozostałych pasażerów, podchodzi do swojego panelu wichajstrów i kilkoma naciśnięciami drążków i przycisków "wyrównuje" rampę, ustawiając ją pod znacznie bardziej łagodnym kątem do pochylni.

Na miejscu nikt nie bił, ale chciałem tu napisać: brawa dla piekielnego marynarza :)

prom szkocja

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (266)
Robię duże zakupy w centrum handlowym. Najpierw łaziłem po sklepach, potem zwykłe tygodniowe w supermarkecie. Zostawiłem torby w aucie, ale nic to, wrzucam luzem do koszyka wszystko co kupiłem i wracam do samochodu, otwieram bagażnik i przekładam przedmiot po przedmiocie, układając w odpowiedni sposób w torbach żeby dojechały w całości.

Samochód z tych krótszych, więc cały razem z wózkiem mieszczę się na swoim miejscu parkingowym, zupełnie nie zakłócam przejazdu alejką.

Dojeżdża kobieta i stoi - rozglądam się wokół, żadnego wolnego miejsca, pierwsze jakieś 20 aut dalej od supermarketu. Ta stoi. Cóż, jak lubi, to niech stoi, przepakowuję się dalej.

Dojeżdża samochód, staje za nią, stoi chwilkę i trąbi. Ona wrzuca kierunkowskaz - widać chce wjechać tam, gdzie ja stoję. Gestem pokazuję, że jeszcze nie odjeżdżam, ona dalej stoi. Widać lubi, niech stoi.

Koleś za nią, zaczyna trąbić, za nim kolejne samochody, robi się mały korek. Babka żywiołowo gestykuluje do lusterka.

Skończyłem się przepakowywać, zamykam samochód i idę odprowadzić wózek. Kobieta w tym momencie wyskakuje z samochodu i zaczyna na mnie drzeć ryja, że chyba coś jest ze mną nie w porządku, bo idę odprowadzić wózek, a przecież widzę, że ona czeka. Pokazuję gestem gdzie są wolne miejsca i idę dalej w kierunku wiaty na wózki. Kobieta się na chwilę zapowietrza, a potem odchodzi do swojego auta, rzucając mi przez plecy, że jestem żałosny, bo dla głupiego funta z wózka zmuszam ją do blokowania całej alejki...

No chyba jednak to nie ja jestem żałosny.

supermarket parking

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (445)
Na fali tekstów o dziwnych metodach poszukiwania pracy dla swoich dzieci przypomniał mi się ciekawy przypadek poszukiwania pracy dla siebie.

Na jakimś tam kiedyś polskim forum zgadało się o zarobkach w mojej branży - był taki wątek-ankieta "wpisz ile zarabiasz". No to napisałem. I zrobiła się wielka afera, bo ja akurat zarabiałem za granicą (nigdy nie było problemu z tym, że piszę na forum zza granicy) więc cały wątek popsułem, bo się zmienił w takie typowo polskie bagienko: problemem było to, że w porównaniu do zarobków w Polsce zarabiałem bardzo dobrze, a i jak na UK w mojej branży niezgorzej.

I tak:
- jedni mi wmawiali że na pewno zmyślam, bo Polacy na zachodzie to tylko za grosze na zmywaku.
- drudzy mi zarzucali, że napisałem tylko po to, żeby się chwalić (do głowy mi nie przyszło, było pytanie, to po prostu szczerze odpowiedziałem).
No generalnie, pomyje się lały na moją głowę z każdej strony.

Olałem.

Ale były jeszcze wiadomości prywatne. I tu były prawdziwe kwiatki:
- kilkoro forumowiczów, które w tym wątku obrażały mnie i wyzywały, zaczęło się domagać abym załatwił im pracę. Argumentacje były różne, ktoś uważał, że jestem im to winien po tym, jak rozpętałem awanturę na forum. Ktoś inny, że po prostu Polak ma obowiązek pomagać innym Polakom. Inni oferowali pieniądze.

Jeden pisał do mnie płaczliwe mejle, że on już też jest na emigracji, ale pracuje w jakiejś gównopracy, i że może bym mógł go zarekomendować. Ponieważ on akurat w wątku się nie udzielał odpowiedziałem kulturalnie, że nie mam w zwyczaju rekomendować nieznajomych, ale to i tak nieistotne, bo akurat nikogo nie szukają. On tam jednak jakoś dowiedział się - może wygrzebał gdzieś na forum jakieś informacje i sobie wydedukował, a może ktoś mu powiedział - gdzie pracuję i wysłał do firmy swoje CV. W tym samym czasie dołączył się do wylewających na mnie pomyje a do mnie napisał, że haha, że ch*j ci w d*pę frajerze, że on tam wysłał CV, i żebym się pakował, bo oni na pewno mnie zwolnią a jego zatrudnią.

Jakiś czas później szef pokazał mi mejla od niego, pytając co to za debil. Łamaną, ledwo zrozumiałą angielszczyzną napisał, że dowiedział się, że chcę przejść do konkurencji zdradzając sekrety firmy więc uprzejmie donosi, a w nagrodę oczekuje, że jak już mnie zwolnią to zajmie moje miejsce.

Skąd się tacy ludzie biorą?

emigracja forum praca

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (323)
zarchiwizowany
Co ja czytam...

http://m.piekielni.pl/76660

"Na co dzień jeżdżę samochodem dostawczym (Iveco Daily 8EP).

(...)

Kochani. Ten pojazd swoje waży, materiały które przewożę, ważą zazwyczaj 1,5t."

Kochani. Iveco Daily w swojej najkorzystniejszej dla ladownosci wersji, czyli krotki furgon, to ladownosc ok 1350kg. Wersja z zabudowa na osiem palet ma realna ladownosc ok. tony. Sama rama (kabina plus podwozie) według danych producenta wazy niecałe 1800kg, kolejne kilkaset kg to zabudowa. No a jeszcze przecież kierowca też waży swoje.

NIE MA NA RYNKU samochodu, który z zabudowa 8 palet miałby legalna ladownosc 1.5 t. Otwarta platforma czy laweta w porywach może dojść do tej granicy, zabudowa nigdy. Realna ladownosc takiego auta to, w zaleznosci od rocznika i rodzaju zabudowy, 850 - 1150 kg.

Kolega tym wozi adr, czyli materialy niebezpieczne....

I kto tu jest piekielny?

Piekielna branza transportowa

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (93)