Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tosty_z_serem

Zamieszcza historie od: 10 października 2017 - 17:07
Ostatnio: 10 grudnia 2017 - 22:24
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 315
  • Komentarzy: 1
  • Punktów za komentarze: 2
 

#80900

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o agencji pracy. Z góry przepraszam, że taka długa. Starałam się pisać w miarę zwięźle.

Zachciało nam się z chłopakiem pracy za granicą. Kontaktujemy się z agencją (taką z podwójnym S na końcu nazwy), zaznaczamy, że zależy nam na dwuosobowym pokoju. Dodajemy, że żadne z nas nie prowadzi samochodu. Obiecują coś nam znaleźć. Uprzedzają, że może potrwać dłużej, bo poszukają czegoś, żebyśmy mieli blisko (i nie musieli dojeżdżać samochodem). Odczekaliśmy swoje, no i oddzwonili, jest robota przy warzywach. Kwatera blisko, a na dojazd rowery służbowe. Będziemy musieli pojechać do biura i coś podpisać, ale w tym celu przyślą nam kierowcę. Śpimy oczywiście w dwuosobowym pokoju. Dostajemy telefon do koordynatora, który w razie wszelkich pytań ma nam pomagać.

Po długiej podróży docieramy na miejsce. Gospodyni przygląda nam się zdziwiona.

- A wy do jakiego pokoju?
- Dwuosobowego.
- Nie mamy dwuosobowych... Są trójki, ale pozajmowane. Możemy dać pana do męskiego a panią do żeńskiego. Wy na pewno tutaj? Nam mówiono, że przyjedzie jeden mężczyzna.
Dzwonimy do koordynatora - nie odbiera. Gospodyni prosi zaczekać. Siadamy gdzieś w kuchni i czekamy. Po dwóch godzinach ktoś z lokatorów lituje się i zwalnia nam trzyosobowy pokój - żebyśmy do wyjaśnienia sprawy mieli gdzie przebywać.

Przez kolejnych kilka dni nikt nie pamięta o naszym istnieniu. Koordynator obiecuje oddzwonić później, a agencja zapewnia, że praca wkrótce będzie. Dokumenty niepodpisane, kierowcy brak. Postanawiamy sami jechać do biura. Prosimy o rowery, ale gospodyni nie może nam ich przydzielić, dopóki oficjalnie nie zaczniemy pracy. Jedziemy do biura stopem. Na miejscu informujemy o całej sytuacji i słyszymy zapewnienie, że to wyjątkowe nieporozumienie i zadbają abyśmy szybko zaczęli pracę.

Do końca pierwszego tygodnia sytuacja bez zmian. Dzwonimy, przypominamy się. Prosimy chociaż o rowery (żeby móc chociaż łatwiej się dostać do sklepu). Koordynator twierdzi, że wydał gospodyni zgodę na przydzielenie nam rowerów. Gospodyni nic o tym nie wie. Wszędzie chodzimy na piechotę, mijając na podwórzu kilkanaście wolnych rowerów. Wszelkich potrzebnych informacji udziela nam nie agencja ale sympatyczna lokatorka, pracująca tam od kilku lat.

Na początku drugiego tygodnia rano budzi nas telefon z pytaniem, czy możemy DZISIAJ pracować. Koordynator obiecuje oddzwonić za chwilę ze szczegółami pracy. Ubieramy się, jemy pośpieszne śniadanie. Nikt jednak nie oddzwania. Za pierwsze 2 tygodnie noclegu nie płacimy, ale dojazd do kraju kosztował, jedzenie kosztuje. Dzwonimy do agencji i pytamy, jak długo będziemy dopłacać do pracy zamiast na niej zarabiać. Bardzo wkurzeni i bardzo stanowczo. Otrzymujemy przeprosiny i zapewnienie, że załatwią coś jeszcze dziś. Sprawa zdaje się nareszcie ruszać.

Mój chłopak idzie do pracy w środę, zaś ja mam zacząć na drugi dzień. Wyleguję się jeszcze, gdy chłopak wraca... Po dwóch godzinach pracy. Z jego relacji:

Zamiast przydzielić rower (10 minut jazdy), wysłano po niego kierowcę, który pomylił adresy i chłopak musiał przejść do właściwego magazynu na piechotę. Właścicielka magazynu nie przyjęła tłumaczeń i łamaną angielszczyzną ochrzaniła go o spóźnianie. Któryś z pracowników zdjął z siebie fartuch i wcisnął go chłopakowi, a tłumaczenie odbyło się na zasadzie "stań tutaj i pracuj". Po dwóch godzinach jednak kobieta przyjrzała mu się i zawołała na rozmowę. "Masz długie włosy (były związane), które mogą wpadać do warzyw. Wracaj do siebie, może znajdziesz sobie inną pracę". Na magazynie pracowały już inne osoby z długimi włosami. Na pytanie, czemu nie zainwestują w czepki, pada odpowiedź: "trzeba było myśleć".

Tego samego dnia dzwoni telefon.
- Podobno niezbyt dobrze radził pan sobie w pracy. Mamy na jutro podobną, w innym magazynie. Może tam pójdzie lepiej?
- Zostałem wyrzucony, bo moje długie włosy nie spełniają wymogów higienicznych. Nie sądzę, żeby do jutra coś się zmieniło, bo nadal mam długie włosy. Oboje mamy włosy. Przed rozpoczęciem pracy prosili państwo o nasze zdjęcia, na których było to widać. Zanim znowu pójdziemy do pracy na dwie godziny, chcę wyjaśnić sprawę z główną koordynatorką.
- Ok, rozumiem <rozłączenie>.
Chwilę później chłopak odbywa rozmowę z zakłopotaną koordynatorką.
- Słyszałam, że odmówili Państwo pracy w drugiej lokalizacji, a aktualnie to były nasze jedyne oferty...
- Nie odmówiliśmy. Powiedzieliśmy, że chcemy wpierw wyjaśnić kwestię wymogów, zanim wyrzucą nas po samym przyjściu.
- No tak, ale zostało to potraktowane jako odmowa.
- Jako nieodwracalna odmowa?
- No tak...

I w ten sposób ustalono termin, do którego mamy się wymeldować (yy, wyjść, ponieważ oficjalne zameldowanie nigdy nie nastąpiło). Zapytacie pewnie, czemu nie wycofaliśmy się na samym starcie. Jak już wspomniałam przez pierwsze dwa tygodnie pokój był bezpłatny. Mieliśmy trochę czasu i trochę kasy z sobą. W międzyczasie zwiedziliśmy na piechotę piękną okolicę i pojechaliśmy stopem do sąsiednich miejscowości. A wyrzucenie nas z pracy... Cóż, było początkiem nieplanowanych wczasów i zwariowanej podróży przez Holandię. Ale to już osobna historia, piękna i na szczęście nie piekielna.

agencja_pracy Praca_przy_warzywach Praca_za_granicą agencja

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (88)

#80857

(PW) ·
| Do ulubionych
Chodziłam do małego gimnazjum, takiego gdzie wszyscy się znają i wszystko o innych wiedzą. Fajna szkoła, ciepło wspominam. Z wyjątkiem jednaj piekielnej sytuacji.

Otóż pewnego dnia nauczycielki stworzyły ankietę: "W skali od ... do ... oceń, na ile lubisz danego kolegę/koleżankę".

Do pokoju, w którym mieliśmy ją wypełnić zapraszano nas po jednej osobie. Takie pozory dyskrecji. Jednak zamiast pojedynczych kartek dla każdego, przewidziano jedną dużą tabelę (w pionie należało znaleźć swoje nazwisko, a w poziomie przypisać ocenę każdej osobie). Każdy, kto wypełniał, mógł przeczytać wybory poprzedników.

Efekt? Idealny temat do nowych intryg towarzyskich. Wszyscy chcieli wejść na samym końcu - żeby przeczytać "na ile" lubią ich inni i odwdzięczyć się adekwatną oceną (a czego innego spodziewać się po gimnazjalistach?). Ci, którzy weszli jako pierwsi, pytali potem pozostałych. Oczywiście nie obyło się bez wyrzutów: "Dałaś Aśce 4, a ona tobie tylko 3!" i ploteczek "No proszę, a Olę oceniają najniżej".

Niezręcznie było mi oceniać osoby, które znałam słabiej. Wiadomo jak to jest - czasami w kimś denerwuje sposób bycia, inne upodobania, cokolwiek. Wystarczy zachować neutralne relacje i tyle. Nie chciałam wcale oświadczać wszem i wobec, że akurat tego kogoś nie darzę sympatią.
Mimo stabilnych relacji w klasie, miałam pewien stres, czytając tę nieszczęsną tabelkę. Nie chcę wiedzieć, jak czuli się uczniowie, którym przypadło najmniej "punktów lubienia".

Jak już wspomniałam, szkoła była mała. Nauczyciele doskonale wiedzieli, kto jest podziwiany, a kto siedzi w ławce sam. Nie mam pojęcia, czemu miała służyć ta ankieta.
I co to w ogóle za pomysł, żeby relacje między ludźmi określać przy pomocy cyferki...?

szkoła gimnazjum

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (112)

#80335

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna kwiaciarnia. Lokal gęsto zastawiony - nie tylko kwiatami, ale i dekoracjami, figurkami, serwisami do kawy itd.

Oglądam filiżanki, kiedy z zamyślenia wyrywa mnie głośne szczekanie. Wewnątrz kwiaciarni. Ja zadrżałam, pani przy kasie krzyknęła. Właścicielka zwierzaka zaś...
- A to pani się tak boi psów, że aż pani krzyknęła...?
- Nie o to chodzi. Pies może poniszczyć rzeczy, połamać kwiaty. - tłumaczy sprzedawczyni.
- Pani się psów boi, tak pani krzyknęła. Pewnie panią kiedyś ugryzł. Mnie ugryzł, to też się potem bałam.
- Proszę pani, ale tu nie można wchodzić z psami.
- A bo ja czasami upilnować nie mogę... Spokojna jest, tylko szczeka głośno.
- No tak, ale macha ogonem, może coś zepsuć, potrącić.
- No ja wiem, to i przecież się nie gniewam.

I po zdawkowych przeprosinach kobieta łaskawie przywiązała psa przy wejściu (a mówiąc konkretniej w samym przejściu).

sklepy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (172)

1