Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Traszka

Zamieszcza historie od: 22 kwietnia 2011 - 15:45
Ostatnio: 6 lipca 2015 - 18:39
O sobie:

Uroczyście oświadczam, że wszystkie moje historie są wytworem mojej chorej wyobraźni, a zbieżność osób lub sytuacji z rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa.

  • Historii na głównej: 165 z 168
  • Punktów za historie: 137809
  • Komentarzy: 165
  • Punktów za komentarze: 1741
 

#46164

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewna pani złamała żebro. Złamała je w dość pospolity sposób, potykając się i waląc klatką piersiową w poręcz schodów. Oczywiście pogotowie, oczywiście szpital. Badania, RTG, obserwacja i w końcu nadszedł moment, kiedy panią należy wypisać do domu, bo szpital nijak jej już nie pomoże. Rozmawiam więc z panią męcząc się odrobinę, bo pani ubzdurała sobie jedno i za nic nie chce usłyszeć drugiego.

J: Na szczęście w badaniach nie wyszło nic ponad to pęknięte żebro, także włączymy pani środki przeciwbólowe, dostanie pani zwolnienie z pracy i będzie pani musiała spokojnie poczekać na zrośnięcie.
P: - Tak, tak... A ten gips to będzie duży?
J: Tu w ogóle nie będzie gipsu, nie ma takiej potrzeby, będą tylko środki przeciwbólowe, żeby pani swobodnie oddychała.
P: Czyli jak? Bandaż?
J: NIC. Żeber się nie usztywnia, udusiłaby się pani.
P: A... Tak... Bo ja się tak zastanawiam, jak się w tym umyć.
J: Normalnie.
P: Czyli mogę to ściągnąć?
J: Nic nie będzie do ściągania. Będzie cały czas tak jak teraz.
P: Bez gipsu?
J: Bez.
P: A ten lekki, wie pani, ten co można moczyć?
J: Też nie.
P: No dobrze, ale to co ja będę miała? Bandaż?
[i tak przez długą chwilę]

W końcu udało mi się wyjaśnić pani, że bez gipsu :)

Byłam szczęśliwa cały dzień, aż zadzwonił do mnie kolega z pretensją, że przyszła do niego jakaś baba ze złamanym żebrem i prośbą żeby usztywnić, bo boli. I dlaczego ja jej nie wytłumaczyłam, że tego się nie usztywnia... Policzyłam w myślach do dziesięciu i poradziłam, żeby sam spróbował. Zadzwonił później z przeprosinami :)

Ale i tak wyrozumiałość i tłumaczenie nie uchroniły nas od skargi do dyrekcji szpitala. Bo nie usztywniliśmy.

SOR

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1138 (1182)

#45881

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu przyjęłam panią z nadciśnieniem. Nie wykupiła swoich leków (bo zapomniała, biedactwo, że to już tak jest - zjada się ostatnią tabletkę, to nie ma kolejnej, pudełko puste, trzeba nową receptę). Ciśnienie na wizycie wysokie, więc ratunkowo dostała pod jęzor tabletkę leku obniżającego ciśnienie. Recepta, pogadanka na temat zdrowia i systematyczności leczenia.

Dzień później ta sama pacjentka, to samo ciśnienie. Na pytanie czemu nie wykupiła leków beztrosko odpowiada "bo wczoraj już miałam dobre, a dziś znów wysokie, to przyszłam". Tabletka pod język, pogadanka, do domu.
Kolejny dzień... kolejna wizyta. Argument? Ten sam, oczywiście. Złośliwy uśmiech, "to ja dostanę tą tabletkę?, bo taaaak się słabo czuję..." Tym razem pogadanka nieco dłuższa, nieco mniej uprzejma. Tabletka, z zastrzeżeniem, że to ostatni raz. Do domu.

Wczoraj znów przyszła - wygrałam zakład z pielęgniarką. Na pytanie pielęgniarki o co chodzi odpowiedziała, że tu ma za darmo, a i ciśnienie codziennie zmierzą, blisko... I bez kolejki, bo przecież stan zagrożenia życia, nie? Argumenty, że doprowadzanie się do takich skoków ciśnienia jest głupie, że ma przecież pieniądze, że nie bierze jakichś drogich, wymyślnych leków nie trafiły celu. Trafił inny. Fizyczny, można rzec.

Pani nie dostała wczoraj tabletki pod język. Dostała Furosemid - lek, który obniża ciśnienie poprzez szybkie odwodnienie. Nerkami. Z moczem, innymi słowy. Dostała go tuż przed zamknięciem przychodni. Niby mieszka blisko, ale kto wie, kto wie...
Dziś już nie przyszła.

poz

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1084 (1144)

#45053

(PW) ·
| Do ulubionych
Na przestrzeni kilku lat zdarzyły się u nas dwie sytuacje. Bardzo podobne. Identyczne wręcz, gdyby nie jeden istotny szczegół...

Sytuacja 1:
Pani X trafia do nas z urazem głowy. Twierdzi, że nic jej nie jest, ma nas gdzieś, chce iść do domu. Dyżurny protestuje, chce kilkugodzinnej obserwacji. Pani jest uparta, podpisuje wszystkie papiery, że ma świadomość zagrożenia życia, ma to w odwłoku i wychodzi.
Trafia dzień później z krwiakiem, którego na pierwszych badaniach nie było widać (pewnie wyszedłby po tej obserwacji, której nie było). Idzie do sądu i sąd przyznaje jej rację - jeśli miała krwotok, to nie była zdolna o sobie decydować, więc jej podpis na papierach jest nieważny. Trzeba ją było trzymać choćby siłą. Wyrok skazujący dla szpitala.

Sytuacja 2:
Pani X trafia do nas z urazem głowy. Twierdzi, że nic jej nie jest, ma nas gdzieś, chce iść do domu. Dyżurny protestuje, chce kilkugodzinnej obserwacji. Pani jest uparta, chce podpisać wszystkie papiery, że ma świadomość zagrożenia życia. Dyżurny pamięta jednak o niedawnym wyroku i razem z kolegą wpisują w kartę, że z powodu urazu pani może nie być świadoma i musi pozostać na obserwacji. Pani wściekła na cały świat, po kilkunastu godzinach wychodzi ze szpitala prosto do prokuratora.
W sądzie sędzia przyznaje jej rację, bo przecież nie było krwiaka, więc była w stanie decydować o sobie, tak więc trzymanie jej na siłę było ograniczaniem wolności obywatela. Zapada wyrok skazujący dla szpitala.

Chyba zatrudnimy jasnowidza...

izba przyjęć

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1615 (1691)

#44325

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie uwierzycie gdzie byłam ostatnio z ekipą pogotowia.

U znachora :)

Wezwanie do bólu w klatce, pan koło 60tki, leczy się (!) z powodu nadciśnienia.

Wysiadamy z karetki, a tu na domku stylowa tabliczka "Bioenergoterapeuta, homeopata, medycyna naturalna" brakowało tylko "wyciąganie królików z kapeluszy, tanio".

Wchodzimy, pan prezentuje objawy zawału serca. W takiej sytuacji trzeba leki podać :) Nie mogłam się powstrzymać...

J: Prawdopodobnie ma pan zawał, będzie trzeba rozpocząć leczenie, ale pan się chyba nie zgodzi?
B: Nie nie, ja się zgadzam.
J: Naprawdę? Ale tu będzie trzeba leki przyjąć, wie pan, sama chemia.
B: Tak, oczywiście.
J: Wie pan, muszę się upewnić, bo niestety prawo zabrania nam leczyć wbrew woli i poglądom pacjenta. Na pewno pan jako homeopata zgadza się na przyjęcie zwykłych leków?
B: No niech pani nie będzie złośliwa!
J: (podając leki) Ja? Ależ proszę... tak się tylko upewniam, bo z tego co pamiętam, poradził pan odstawić szkodliwą chemię kilku moim pacjentom. Jeden już zresztą nie żyje.
B: Pani i tak nie zrozumie sił natury. Trzeba uwierzyć!
J: Ach... więc pan nie wierzy wystarczająco najwyraźniej... Aż szkoda, że mnie tajemnica lekarska obowiązuje. Byłoby o czym dyskutować z pańskimi ofiarami.
B: (foch)

Pan Bio spędził w szpitalu tydzień. Nie wybrzydzał na leki, na terapię konwencjonalną. Jakoś tak chyba pomogła.

szpital

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 976 (1120)

#44240

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiają się czasem kontrowersje związane z pobieraniem narządów od dawców, a dokładniej o pytanie o zgodę rodziny.

Stan prawny jest oczywisty: jeśli dawca nie wyraził sprzeciwu za życia, można brać co trzeba :)

Właśnie... JEŚLI NIE WYRAZIŁ SPRZECIWU.

Pewnie większość z Was nigdy nie spotka się z ogromem zaciętości i chęci "pomszczenia" w przypadku rodzin, których nie spytano o zdanie co do narządów. Ale ja się spotkałam. Dawno, krótko po tym jak o zgodzie domniemanej zaczęło być głośno.

Jeden z naszych lekarzy był bardzo pro-przeszczepowy. Trafił na dawcę, młodego. Rodzina była bardzo niechętna, ale kolega popłynął na fali "przepisy mówią jasno - może być dawcą".

Zabieg (a właściwie zabiegi) wykonano. Dokumentacja w porządku. Ileś żyć istotnie przedłużonych.

Ale kilka miesięcy później pozew do sądu. Bo rodzinka upokorzona odmową wzięcia ich zdania pod uwagę, oskarżyła lekarza o działanie wbrew woli "dawcy". Poczytali przepisy i wyczytali, że wiążący jest też sprzeciw ustny, wyrażony w obecności dwóch osób. No i dwie osoby się znalazły: matka, ojciec... dodatkowo wsparła ich dalsza rodzina. Wszyscy jak jeden mąż zaświadczyli, że właśnie wtedy, dwa dni przed śmiercią byli u cioci na imieninach i taki sprzeciw padł z ust zmarłego-ciut-później.

Łącznie odbyło się kilkadziesiąt rozpraw, dwa odwołania, procesy na kilka lat. Kolega w końcu uniewinniony (w drugiej instancji i podtrzymany), ale ile krwi mu to napsuło...

Nie dziwcie się, że nikt nie chce ryzykować. Bycie w prawie czasem trzeba udowadniać kosztem własnego normalnego życia i walcząc na nierównych zasadach...

szpitale

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 795 (881)

#44242

(PW) ·
| Do ulubionych
Przetargi to cudowny wynalazek - przynajmniej w założeniu.

W praktyce wygląda to tak: Szpital robi zamówienie. Firma patrzy jaki najgorszy chłam można kupić, żeby się zgadzało z zamówieniami. Z samej idei towar musi być droższy, niż w zwykłej hurtowni (bo dochodzi jeszcze jeden pośrednik, który w dodatku chce nieźle zarobić).
W przetargu oczywiście nie można wymienić nazwy firmy, która ma zrobić dany sprzęt, tylko jego parametry - niby oczywiste, ale...

Najbardziej obrazowym przykładem są wenflony - te plastikowe rurki zakładane do żył, do których podłącza się kroplówki, podaje leki itp.

W wyniku przetargu kilkukrotnie trafiły do nas plastiki "made in china". A to igła tępa i nie da się wbić, a to plastik krzywy i ma zadziory na końcu, co skutkuje dosłownym rozpruciem żyły. Była cała seria wenflonów "2 w 1" - osobno plastikowa osłonka, osobno metalowa igła (oryginalnie powinny iść jedno w drugim). Niedbałe połączenie "rurki" i "oprawki" to był standard, wtedy wenflon nie tylko przecieka, ale trafił nam się też przypadek, kiedy wenflonu nie dało się usunąć, bo rurka "utknęła" w żyle - po prostu zaczęła się odłamywać.

W ten oto sposób nauczyliśmy się jednego - jeśli nie możesz użyć nazwy, opisz idealnie (IDEALNIE!) dany produkt.

U nas skończyło się zaniesieniem kilku typów wenflonów na politechnikę i dogadanie się z jakimś doktorem-in-spe. On zrobił pracę na porównywaniu sprzętu, a my mieliśmy wreszcie punkty charakterystyki nie do zagięcia (w tym - sprężystość plastiku, kąt ścięcia igły, typ łączenia elementów, średnica wewnętrzna co do mikrometrów, przezierność oprawy itd). Teraz przechodzi sprzęt tylko jednej firmy :) A jak firma wprowadza coś nowego, to najpierw podrzucamy znajomemu inżynierowi :)

Tylko nadal drożej wychodzi niż z hurtowni...

szpital

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 810 (856)

#43863

(PW) ·
| Do ulubionych
W przyszłym roku zmieniają się przepisy dotyczące prawa jazdy. Między innymi na motocykle.

Cóż przyniosła nam nowa ustawa? Ha, same ciekawe rzeczy.

Na przykład to, że ciężkie motocyklowe buty są niedozwolone na egzaminie. Prawo mówi wyraźnie: Wiązane obuwie na płaskiej podeszwie. Trampki od Chińczyka? Można. Wysokie, wzmocnione, sztywne buty nad kostkę zapinane na klamry albo suwak? Nie.

Albo to, że przed startem trzeba przekręcić kurek paliwa i kilka razy kopnąć starter silnika. Zaraz... starter? Ale gdzie? Cóż, tzw kopniaków i kraników nie ma już od dobrych dwudziestu lat w użyciu, teraz wszystko jest elektryczne... Ustawodawca nie przewidział...

Zmiany kierunku należy sygnalizować jak? Machając ręką w odpowiednim kierunku. A jak jest zajęta? To machając drugą, nad głową (nie, drodzy państwo, to nie żart). Kierunkowskazy? A co to jest?!

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości co do stopnia upośledzenia naszych rządzących?

a to polska właśnie

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1014 (1100)

#43862

(PW) ·
| Do ulubionych
Fajne mamy prawo.

Mój kolega prowadzi gabinet. Niedawno przyszła do niego kobieta, twierdząc, że była ofiarą pobicia. Według prawa, takim osobom należy się bezpłatna pomoc, a dokładniej wydanie zaświadczenia o poniesionych obrażeniach. BEZPŁATNA dla pacjenta. Kolega wiedział o tym i panią przyjął za darmo. Po czym spróbował dostać zapłatę za swoją pracę.

NFZ nie ma w swoim "katalogu" takiego badania, bo nie jest to leczenie. Czyli? NFZ nie zapłaci.

Urząd miasta napisał, że nie jest ustawowo zobowiązany do płacenia, więc nie zapłaci.

Urząd marszałkowski czy inny wojewódzki odpowiedziały w tym samym tonie.

Stowarzyszenie pomocy ofiarom przemocy w ogóle nie wie o co chodzi w pytaniu "Jeśli nie płaci pacjent, to w takim razie kto?".

Kolega poświęcił swój czas, swoją wiedzę i pewnie za jakiś czas będzie się szlajał po sądach. Dlaczego? A, bo przepisy. A za co? Jak to za co? ZA DARMO!

a to polska własnie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 514 (632)

#43182

(PW) ·
| Do ulubionych
Obywatelu! Dobrze wyposażona apteczka to podstawa sukcesu osobistego! Pamiętaj - kolekcjonuj leki!

A najlepiej dodatkowo wyciągaj je z pudełek, tak żeby mieć co najwyżej krzywo ucięte blistry z nieczytelnymi napisami, koniecznie bez dat ważności. Pamiętaj o niedojedzonych pojedynczych tabletkach antybiotyku, lekach Twoich dzieci i znajomych. Możesz też wyciągać leki i wsypywać je do wspólnego pudełeczka, losowo wybierając lek na gnębiącą Cię dolegliwość.

A potem...

1. Wezwanie do starszego pana, którego najpierw bolało serce, a potem "osunął się bez czucia na posadzkę".
Przyjeżdżamy - pan na szczęście czucie już odzyskuje, świadomość również, ale nadal ma bardzo niskie ciśnienie.
Po dokładnym zebraniu wywiadu okazuje się, że pan ma czasem tendencje do kołatania serca "z nerwów" i już wielokrotnie tak miał. Pokłócił się z żoną. Bólów nie miał, ale tak jej powiedział, żeby się bardziej martwiła. Żona zmartwiła się na tyle, że dała mu swój lek na serce. Czyli nitroglicerynę - lek silnie obniżający ciśnienie. Gdy zaczął odpływać, dostał kolejną dawkę (przecież to dobry lek, na żonę zawsze działał, prawda?). Na szczęście dla nieprzytomnego, żona nie kontynuowała terapii, tylko wezwała pogotowie.

2. Dziecko 8-letnie. Zasnęło wczoraj i nie można go dobudzić.
Rzeczywiście dzieciak śpi martwym bykiem, nie reaguje ani na dźwięki, ani na ból (a zakładanie wenflonów trochę boli). Matka wypytywana dokładnie co się działo trochę się miota - raz, że niespokojne było wieczorem, a później już bardzo spokojne, zasnęło na krześle... Coś nie gra. Spytana o podawanie jakichkolwiek leków twardo zaprzecza. Ale ja nieufna jestem. Każę podać dziecku odtrutkę na jeden z leków silnie nasennych. I oto cud! Dziecko się budzi! Przyciśnięta do muru matka przyznaje, że dzieciak był wczoraj pobudzony, więc dostał leki na uspokojenie, po babci, co to kiedyś je zostawiła. Szczęście, że się dzieciak nie udusił, co wcale nie jest takie niespotykane przy takim przedawkowaniu tych tabletek.

3. Przychodnia. Pan kaszle od ponad tygodnia. Proponuję antybiotyk. Chętnie, ale on mi powie jaki, bo on brał kilka i ma wypróbowany. Jak to kilka? No kilka - tu wyciąga garść pustych blistrów i - dumny z siebie, oczywiście - omawia kolejno, które mu służą, a które nie. Każdy z nich brał "tak długo, aż się tabletki skończyły". Czyli maksymalnie 2 dni. Potem wyciągał kolejny, kolejny i kolejny. Przewałkował tak 3 różne leki, przy czym jeden w dwóch dawkach (jedna dziecięca). I nadal choruje. Jest tym bardzo zdziwiony.

4. Pani z wrzodami żołądka. Boli ją brzuch. Bierze leki na te bóle. Jakie? Już mówię, pani doktor: zielone kapsułki, takie białe okrąglutkie, blado-różowe z literką K, i takie jedne kwaśne. Ale te kwaśne to bardzo rzadko. A nazwy? Nie pamięta. A może chociaż ma opakowania? Nie, ma przesypane do pojemniczków, bo wygodniej.

5. Pani z wypadku - wypadła z trasy, niegroźnie, ale samochód do lakiernika. Krok chwiejny, ale nie pijana. Brała jakieś leki? No brała. Koleżanka z pracy jej dała na ból głowy. Jakie? Tranol, Tramol? Może Tramal? Czy wiedziała, że to narkotyk i nie można po tym jeździć? Ależ skąd! Ona nie czyta ulotek, przecież to tylko tabletka!

Chyba przeszliśmy na nowy wymiar doboru naturalnego...

Darwin byłby dumny

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1008 (1062)

#42870

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje dziecko chodzi do podstawówki, gdzie ma przedmiot o dumnej nazwie przyroda.

Przedmiot źle wymyślony, źle zrealizowany i źle nauczany.
Przede wszystkim chaotyczny - raz szczególiki, raz takie ogóły, że aż wstyd w przedszkolu o takich mówić ("drzewa dzielimy na liściaste i iglaste...").

Kilka dni temu przychodzi moja córa z zadaniem z rzeczonej przyrody - dostała schemat człowieczka i ma podpisać organy w środku (wątroba, nerki, mózg, serce itp). Schemat niewyraźny jak nieszczęście (odbitka ksero od ksera od ksera - przynajmniej tak wyglądała) i malutki. No nic, lecimy.

Dzielnie pomagam, trochę podpowiadam, trochę podpuszczam, ale w sumie wszystkie dziesięć strzałek opisane.
Oczywiście dzień później spytałam, jak zadanie. Dobrze, na piątkę, odpowiada latorośl, ale jedno mam źle. Które? A, tutaj... ta czapeczka nad nerką. Pani powiedziała, że to kłębuszki nerkowe, a nie nadnercza. I nakrzyczała na mnie, bo powiedziałam, że mama jest lekarzem i mi sprawdziła i mam dobrze. Kazała się nie wymądrzać, widać mama nie taka mądra...

Tu coś mnie w środku trafiło, bo o ile błędy zdarza mi się robić (choć nie w tym przypadku), to nie pozwolę jakiejś klumpie podkopywać wiary mojego dziecka we własnych rodziców, ani narażać na śmiechy koleżanek.

Dzieciaka uspokoiłam, pokazałam obrazek w książce do interny, obiecałam jej (i sobie), że wyjaśnię sprawę.
I zgodnie z tą obietnicą przy kolejnej okazji pofatygowałam się do szkoły porozmawiać z panią przyrodniczką. Oj ,nie było miło.

J: Witam, ostatnio zdarzyła się taka sytuacja (...), może mi to pani wyjaśnić?
P: Ale o co pani chodzi? Źle zrobiła zadanie, to powiedziałam.
J: Chodzi mi o to, że nie dość, że bzdury pani dzieciom opowiada, to jeszcze podważa pani moją wiedzę i robi to przy moim dziecku.
P: Widać nie taka pani mądra, hehe. Lekarze to zawsze się za takich inteligentnych mają, a tu proszę, hehe, pomyłka w zadaniu z podstawówki.
J: Przykro mi, nie ja się tu myliłam.
P: Taaak? Ja to znajdę. (szuka w swojej książce odpowiedzi) - o tutaj, widzi pani? To jest według klucza z wydawnictwa "kłębuszki nerkowe". Proszę...
J: Pani kończyła biologię?
P: Nie, geografię.
J: Aha... I pewnie jakiś kurs pani miała, żeby uczyć tej przyrody?
P: Ja proszę pani kończyłam studia podyplomowe!
J: No to muszę panią zmartwić, nic pani nie dały. To teraz może ja pani coś pokażę. (wklepuję w komórkę kolejno "nadnercza" i "kłębuszki nerkowe", wyniki pokazuję nauczycielce). I co?
P: Ale ja mam klucz!
J: A ja mam wiedzę, coś, czego pani najwyraźniej brakuje. Radzę się dobrze zastanowić następnym razem i może zadbać o posiadanie wiadomości z danej dziedziny, a nie tylko klucza. A, zapomniałabym. Oczekuję, że przeprosi pani córkę za te komentarze. Obiecuję, zapytam czy przeprosiny miały miejsce. W przeciwnym razie sprawa oprze się o dyrekcję. Do widzenia.

No i teraz czekam w napięciu do kolejnej lekcji...

szkola

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1214 (1372)