Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Traszka

Zamieszcza historie od: 22 kwietnia 2011 - 15:45
Ostatnio: 6 lipca 2015 - 18:39
O sobie:

Uroczyście oświadczam, że wszystkie moje historie są wytworem mojej chorej wyobraźni, a zbieżność osób lub sytuacji z rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa.

  • Historii na głównej: 165 z 168
  • Punktów za historie: 137809
  • Komentarzy: 165
  • Punktów za komentarze: 1741
 

#40898

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna z "Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie w Pcimiu Górnym" otworzyła ostatnio kierunek Ratownictwo.

Właśnie przyszedł do nas pierwszy rzut "studentów" na zajęcia praktyczne.

O Boże.

Moja trójka przypełzła do mnie z rana, trochę spóźnieni, odpicowani, spodnie taktyczne, kieszenie wypchane wenflonami, odblaski... Miny zawodowców, którzy właśnie wrócili z pola bitwy w Afganistanie.

Sytuacja 1:
Ja: Proszę teraz wziąć maskę twarzową (podstawa podstaw w medycynie ratunkowej), będzie pan wentylował pacjenta przed intubacją.
Student: Maskę... (szuka czegoś na stoliku, maska leży na samym środku)... Eeee... maskę... (chwyta rurkę intubacyjną, MYŚLI).
J: To jest rurka, proszę wziąć maskę.
S: Ja nie wiem, nie byłem na wykładzie...

Sytuacja 2:
J: Pan pójdzie na cały dzień do pielęgniarek, będzie pan ćwiczył wkłucia.
S: Ja tu jestem, żeby się nauczyć intubować!
J: Pan tu jest, żeby się nauczyć zawodu. Intubować będzie pan jak uznam, że dorósł pan do tego.
S: My wkłucia ćwiczyliśmy na fantomach, już to umiem!
J: Dobrze, sprawdzimy. Pobierze pan krew u 3 osób i ma pan zaliczenie tej części.
Jak można się było spodziewać, gość nie ogarnął nawet jednaj osoby. A wcale nie była trudna.

Sytuacja 3:
Godzina 12:20, przyjeżdża pacjent nieprzytomny. Sytuacja idealna do nauki.
S: To my już idziemy, koniec naszych zajęć. Do widzenia.
J: Słucham?
S: My mamy do 12:30.
J: Powiem tak: Spóźnienie to jedno. Godzinna przerwa kawowa to drugie. Ale panów lenistwo, chamstwo i totalne olewanie zawodu to trzecie. Widzę, że Panów nic nie interesuje, nic nie chcecie się nauczyć. Ale albo nauczę was ja, albo dopiero praca. Macie dwa wyjścia. Albo zostajecie, albo jutro też możecie nie przychodzić. I radzę się zastanowić, bo może powtórka praktyk jednak jest lepszym wyjściem.

Z fochem zostali. Przeczołgaliśmy ich z moim ratownikiem tak, że dwie godziny później nie mieli już odwagi nawet pisnąć. Ale przynajmniej się czegoś nauczyli.

I chyba mnie już więcej nie wkurzą.

SOR

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 868 (918)

#41148

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie Panią z opowieści o zaniedbanej matce? (http://piekielni.pl/38628)

Historia ma ciąg dalszy...

Staruszka zmarła, co nie było jakoś specjalnie zaskakujące w jej stanie. Przeleżała kilka dni na Internie, później na OIOM. Niestety, nie dało się wiele zrobić.

Natomiast wszyscy, którzy byli zaangażowani w ratowanie - zarówno w szpitalu, jak i w karetce - dostali wezwania do prokuratury. Z paragrafu 160, czyli narażenie na utratę życia i zdrowia.

Po wizycie u miłej pani prokurator dowiedziałam się o co chodzi... Córka zarzuca nam (karetkowiczom) nieprawidłowe i zbyt późno włączone leczenie, skierowanie na zły oddział, powolny transport. Lekarzom ze szpitala złe leczenie, brak opieki, zbyt późną decyzję o przeniesienie na OIOM, zaniedbanie pacjentki i - uwaga - pobicie (bo miała siniaki po podawaniu leków przeciwzakrzepowych).
I mimo, że zarzuty są absurdalne a przyczyny stanu pacjentki należałoby szukać gdzie indziej, to i tak procedura przesłuchiwania musi ruszyć. Ile to zabiera czasu, nerwów, kłopotu (bo co chwilę lekarze z oddziału są wzywani) nikt nawet nie liczy. Ważne przecież, że córeczka ma PODEJRZENIA.

Ręce opadają.

paranoja małomiasteczkowa

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 684 (738)

#40901

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy na Oddziale Ratunkowym najazd studentów Ratownictwa.

Między innymi studenci uczą się cewnikować pęcherz moczowy. Dla niezaznajomionych z tematem - polega to na wprowadzeniu gumowej rurki do cewki moczowej.

Pewnej studentce trafił się piekielny pacjent - lekko podpity, niezbyt atrakcyjny pan koło 40-tki.

Tłumaczę studentce co ma zrobić, ona lekko blada, trzęsące się ręce. Za to pacjent coraz bardziej zadowolony... W pewnym momencie:

P: Oj tak, nie mogłem lepiej trafić, taka ładna laseczka mnie będzie za ptaszka trzymać... dalej maleńka, nic się nie bój, on lubi takie pieszczoty, tylko bądź delikatna, to razem dobrze skończymy.

Mi opadła szczęka, studentka czerwona jak burak, panika w oczach. Trzeba ratować sytuację. Ale ktoś mnie ubiegł :)

Pan Mariusz (180 wzrostu, 120 kg wagi, wiek pod 60-tkę): Uuu panie, jak pan lubisz takie pieszczoty, to super. Ja też lubię. No już, kochanieńki, nie chowaj się, ja ci dobrze zrobię. Dawać ten cewnik.

Co jak co, ale lekcję cewnikowania i studentka, i pacjent zapamiętają do końca życia :)

SOR

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1521 (1559)

#39953

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej małej mieścinie, koło ratownictwa przy ZHP urządziło zawody w ratownictwie. Przez dwa dni po mieście latały mniejsze i większe grupki młodych czerwonych ludków, obładowanych sprzętem i szukających poukrywanych zadań.

Jednak nie zadania okazały się hitem dnia.

Zdarzyło się, że mój dyżur wypadł w dniu zawodów. I oto jakie wezwanie przyszło nam "obrobić".

Pan Walduś jak co dzień o godzinie 10 ruszył do najbliższego monopolu. Oczywiście po piwko - klinik z rana jak marzenie :)

Dotarł jakoś do sklepu, zakupił ambrozję i oddalił się w kierunku nory zwanej swoim mieszkaniem. A dokładniej, spróbował. Niestety, potknął się na schodach i malowniczo wleciał w płotek odgradzający chodnik od jezdni.

I gdy już podniósł się na czworakach, błędnie szukając wzrokiem zgubionej puszeczki, dopadła go Grupa Ratownictwa...

Gdy przyjechaliśmy karetką na miejsce (wezwanie - stan po urazie głowy, bełkocze) zastaliśmy taki widok:

Dwóch krzepkich ratowników próbuje utrzymać w miejscu wierzgającego Waldusia owiniętego kocem NRC (taką srebrno-złotą folią), kolejna osoba trzyma go za głowę, ktoś dopina po raz kolejny założony kołnierz, który pan Walduś co chwilę zrywa. Jazgot niesamowity, ratownicy krzyczą "spokojnie, proszę leżeć, pomoc już jedzie", pan Walduś krzyczy głównie "AAAA RATUNKU". Bełkotliwie, nie da się ukryć.
Zadowolony z siebie szef ratowników zdaje nam wywiad. Jako, że znam pana Waldusia bardzo dobrze, zaraz po przejęciu akcji odpakowujemy nieszczęśnika, który chwiejnie wstaje, zabiera swoją puszeczkę i z komentarzem "ratowniki je*ane" oddala się w kierunku własnej norki.

I tylko zdziwienie na twarzach harcerskiej grupy ratownictwa każe nam wytłumaczyć różnicę między zawodami, a realem :)

erka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 634 (684)

#39660

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja siostra obchodziła w tym tygodniu urodziny. Jako prezent zażyczyła sobie perfumy - z górnej półki, ale czego nie robi się dla rodzeństwa :)

Umówiłyśmy się w Douglasie - ona sobie wybierze co jej się najbardziej spodoba, ja kupię, potem wpadniemy do mnie do domu i polecimy świętować dalej.

Warto zaznaczyć, że tego dnia byłam po 32 godzinach dyżuru - a jak wygląda człowiek po takim czasie każdy może sobie wyobrazić. Lekko pomięte ciuchy - oczywiście jakieś polary, stare jeansy, żeby było wygodnie; wory pod oczami widoczne mimo makijażu, dyskretne ziewanie.

W takim stanie wstąpiłam w święte progi perfumerii. Ponieważ mojej siostry nigdzie nie widziałam, zaczęłam sobie oglądać jakieś kremy i inne drobiazgi. Po chwili czuję na karku nieprzyjazny wzrok. Aha, przy kasie dwie panienki patrzą na mnie z wyższością, coś komentując. Chwilę później jedna z nich rusza w moją stronę zdecydowanym krokiem.

[P]: Szuka pani czegoś?
[J]: Nie, dziękuje, oglądam dziś tylko.
[P](upewniwszy się najwyraźniej co do mojej osoby): No to niech pani szuka gdzie indziej. Tu nie ma nic na pani kieszeń.

Panią uratowało tylko to, że zauważyłam Siostrę przy regałach z perfumami. A ponieważ wiedziałam dobrze jaki będzie finał historii, postanowiłam utrzeć głupiej ekspedientce nosa. Rzuciłam tylko "tak, tak, zaraz" i poszłam w stronę siostry, koło której skakała inna panienka.

[J] (do siostry): Cześć. Wybrałaś już coś?
[S]: No nie wiem... Nie mogę się zdecydować. Te są fajne (tu zapach za ok 350 zł), ale te też pachną kusząco (cena podobna).
[J](świadoma obecności ekspedientki, która mnie "obsługiwała" za plecami): Eee tam, nie męcz się. Kupię Ci oba :)
Deklaracja wywołała szeroki uśmiech mojej Siostry, wytrzeszcz oczu u panienki doradzającej zakup i opad żuchwy, połączony z szybką ucieczką na zaplecze głupiej ekspedientki.

I tylko przy wyjściu dobiegło mnie: "taka kasa, a takie szmaty nosi".
Poczułam się jak Pretty Woman :)

zmora na zakupach

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1052 (1194)

#39949

(PW) ·
| Do ulubionych
Hellraiser pożalił się na lekarzy rodzinnych, których, delikatnie mówiąc, nie lubi i nie szanuje.

Wywołało to u mnie serię wspomnień, częścią z nich postaram się w miarę skrótowo podzielić.

1. Pacjent 50-letni, przywieziony przeze mnie karetką do SORu z zawałem serca. Jeszcze w karetce dostał ode mnie morfinę, żeby tak nie cierpiał. Po kilku godzinach znów jesteśmy w tym samym szpitalu, przy okazji pytam o tego mojego zawałowca. "Wypisany" oświadcza lekarz SORu. Dlaczego? Ano, drodzy państwo, bo nie miał bólu w klatce... Czy doktor przeczytał kartę pozostawioną przeze mnie? Nie. Czy spytał pacjenta o leki? Nie. Spytał czy boli. Nie bolało, więc wpisał w karcie, że dolegliwości minęły i posłał gościa do domu. Na szczęście sytuację udało się odkręcić...

2. W przychodni nagabuje mnie pacjent ze świeżo zagipsowaną nogą. Chce zwolnienie z pracy. Tłumaczę grzecznie, że zwolnienie pisze tylko ten lekarz, który leczy, a jego złamanie było leczone na SOR. Nie dociera. W szpitalu powiedzieli, że rodzinny wypisze, to rodzinny ma wypisać i basta. Dopiero jak powiedziałam, że dobrze, ale muszę zdjąć ten gips, bo nie mam ani RTG, ani badania i nie wiem czy noga naprawdę złamana, pacjent odpuścił... W sumie nie jego wina, tylko lekarza ze szpitala, któremu się nie chciało i wolał pogonić pacjenta do przychodni.

3. Pacjent, który nie pozwolił się dotknąć w przychodni, bo ma problem z... penisem. I nie pozwoli jakiejś babie, w dodatku w byle przychodni macać go po częściach intymnych. Wykazałam się współczuciem na własną zgubę. Wysłałam do szpitala. Dwie godziny później zadzwonił do mnie z awanturą urolog, że nie badam pacjentów przed skierowaniem. Pacjent oczywiście słowem nie pisnął, że się nie zgodził... Doktor chyba mi nie uwierzył, o przeprosinach nie wspomnę.

4. Pacjentka, który mi opowiedziała jedną wersję, odpowiednią do szybkiego skierowania do szpitala, a na izbie przyjęć drugą - bo tam chciała być już dokładnie zdiagnozowana. Okazało się, że wymioty krwią i utrata przytomności z rana nie miały miejsca... Za to miały bóle brzucha, które pani chciała sobie szybko wyleczyć. Chociaż i tu kolega miał pretensje, że tak skierowałam, bo to na pewno JA wymyśliłam.

5. Na SOR przyjęłam staruszkę z ciężką hipoglikemią, rozpoznaną jako alkoholiczkę skierowaną na oddział psychiatrii (bohaterkę jednej z poprzednich historii). Obsadzie karetki nie chciało się zmierzyć jej cukru.

6. Na koniec przyznaję się - wysłałam kiedyś pacjenta na SOR do "zrobienia badań". Młody, na moje oko z nowotworem. Kolejki wszędzie takie, że prędzej go obejrzy św Piotr niż specjalista. Poradziłam co ma powiedzieć, jakie objawy podać. Ponoć przy przyjęciu też sarkali, że głupia baba przysłała. Do momentu, kiedy jednak nie zrobili tych badań i trybie ekspresowym nie położyli go na stół. Wrócił trzy tygodnie później, już po operacji. Z kwiatami. Jakoś mi nie wstyd.

Do czego zmierzam? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdy pracowałam tylko na SORze, uważałam, że w karetkach jeżdżą debile, którzy nie potrafią nic sami zrobić i przywożą do szpitala pierdołki, a rodzinni to głupie sekretarki. Gdy zaczęłam jeździć w karetce i pracować w poradni, nagle mi się punkt widzenia zmienił...

Czego i Hellraiserowi życzę :)

nikt nam nie wmówi że białe jest białe!

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 897 (955)

#39365

(PW) ·
| Do ulubionych
W przypadku śmierci właściciela jednoosobowej firmy rodzina musi tę firmę wyrejestrować w urzędzie miasta. Zwyczajowo dostaje później zawiadomienie o tym fakcie (głównie do przedstawienia w innych urzędach).

Dostałam ostatnio zawiadomienie o treści dającej się podsumować w ten sposób:

"Sz. P. Zmarły Właściciel.

W odpowiedzi na Pana pismo z dnia 08.06.2012 dotyczące rozwiązania Pańskiej firmy z powodu śmierci właściciela w dniu 06.06.2012, Urząd Miasta podjął decyzje o wypisaniu firmy z rejestru. Od decyzji tej przysługuje Panu odwołanie w ciągu 14 dni."

Jestem zachwycona poziomem zaangażowania urzędników miejskich, którzy najwyraźniej osiągnęli już stan pozwalający na komunikację ze zmarłymi.

uwiąd miejski

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 861 (945)

#39386

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzie nie cenią swojego zdrowia.

Pacjent 45 lat, gruby jak beczka, nadciśnienie, wysoki cholesterol, początki choroby wieńcowej. Zawał jak nic, o ile się nie weźmie za siebie. Przy okazji wiem, że bogaty facet.

Przeprowadzam więc rozmowę "dokształcającą". Że warto schudnąć, sport może jakiś.

P: Oj, trudno będzie... Ja mam silną wolę, ona robi ze mną co tylko chce.
J: Panie Marcinie, jak tak dalej pójdzie, to pan albo szybko umrze, albo będzie kaleką na resztę życia. Trzeba wreszcie o siebie zadbać.
P: Wiem, wiem... Ale to kosztuje... (!)
J: A wakacje na Majorce nie kosztowały?
P: Ależ to w ogóle nie można porównywać!
J: Prawda, wakacje można sobie kupić raz czy drugi. Popsutego zdrowia pan nie kupi od ręki. Trzeba popracować. Rzucić papierosy, schudnąć.
P: Ale ja naprawdę próbowałem...
J: To może zamiast kolejnych wakacji w tym roku, coś dla siebie? Może karnet na siłownię? Osobisty trener, który pana pokieruje i przypilnuje? Warto pomyśleć o pana wadze, może zabieg bariatryczny? Przecież oboje wiemy, że stać pana materialnie żeby zadbać o siebie. Pytanie czy stać pana psychicznie?
P: Pani to mówi jakby to było ot tak, pstryk palcami.
J: Nikt nie obiecuje, że będzie łatwo :)
P: Pomyślę (i gdy już myślałam, że jesteśmy na dobrej drodze...) Ale leki niech pani te tańsze pisze.
J: ? Nie chce pan tych lepszych? Mówił pan, że na tych nie jest najlepiej z tolerancją wysiłku.
P: No niby tak... ale wie pani. Koszty...

I to mówi facet, którego stać na nowy samochód co dwa lata, wakacje, drogie garnitury i paczkę papierosów dziennie. Przynajmniej się spadkobiercy ucieszą.

POZ

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 863 (975)

#39368

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia zaszczurzonego o "panach i paniach magystrach" przypomniała mi podobną z czasów krótko po studiach.
Po medycynie nie dostaje się tytułu "mgr", tylko "lekarz". Oczywiście jest to wykształcenie wyższe, ale jednak nie upragniony przez niektórych "magazynier" :)

Luźne spotkanie znajomych jeszcze z czasów liceum, plus kilka osób mi nieznanych (znajomi znajomych, jak mniemam). Dyskusja schodzi na pokończone niedawno studia.
Ktoś się chwali świeżo obronioną pracą, ktoś zastanawia się czy przyjmą go na doktorat, ktoś inny planuje jakieś staże i praktyki. Na co ja, żałosnym głosikiem, z uśmiechem na twarzy: "wam to dobrze, a ja to nawet magisterki nie mam..." Znajome towarzystwo oczywiście podłapało, chacha, no tak, taka głupia, ani mgr, ani nawet na licencjat nie poszła. Temat umarł śmiercią naturalną, dalej sobie gadamy o wszystkim i niczym.
Za to jedna z Nowych-Znajomych zaczęła mnie odrobinę protekcjonalnie traktować. Ot, tu jakiś niewybredny żarcik, tu przerwanie w połowie zdania, tam głupia uwaga. Nic rażącego, ale jednak coś na rzeczy jest. Śmieszne, biorąc pod uwagę, że sama dopiero niedawno zaczęła studia i to chyba na wydziale "gier i zabaw".

W końcu, jak to czasem bywa, zaczęła się dyskusja na tematy paramedyczno - filozoficzne, bodajże chodziło o podejście do eutanazji. Mówię co myślę, sprzeczam się głównie z NZ. Dyskusja coraz bardziej zajadła i nagle...

NZ: No na twoim miejscu to ja bym się w ogóle nie wypowiadała na ten temat.
J: Dlaczego niby?
NZ: Wiesz, żeby mieć jakieś zdanie, to trzeba mieć jeszcze jakąś wiedzę.
J: Niewątpliwie.
NZ: No widzisz, my tu w większości po studiach, absolwenci biologii, fizyki, humaniści... Nawet ja na swoich studiach miałam filozofię, także mamy przygotowanie.
J: No i?
NZ: Musisz przyznać, że nie znasz się na tym, twoje poglądy to tylko twoje poglądy.
J: A myślałam, że wszystkich poglądy to tylko ich poglądy... Ale nadal nie bardzo rozumiem co ta twoja filozofia na studiach zmienia. I dlaczego się niby znam mniej niż ty.
NZ: Och, no w końcu my MAMY STUDIA.
J (w końcu załapałam): No tak, a ja to nawet magistra nie mam, nie? Ani licencjatu...
NZ: Właśnie.
Kolega (złośliwie): Pani doktor, pani da jej spokój, bo się dziewczyna pogrąży...
NZ: Jak to doktor?!
K: Ona jest lekarzem...
NZ: No to czego nie mówiliście! Sama powiedziała, że nie ma studiów! Ja na idiotkę wyszłam!

No tak, niewątpliwie wyszła. Ale chyba akurat nie pomyłką w tytułowaniu...

że niby studia :)

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1279 (1363)

#39344

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiadanie starego ratownika z naszej ekipy:

Dawno temu byliśmy wezwani do nieszczęśliwego wypadku. Dziecko spadło ze schodów w jednej ze starych kamienic. Na miejscu zastajemy malucha koło 5 lat i rodziców - meneli. Dzieciak ewidentnie pobity, ledwo żywy. Oprócz tego na ciele stare siniaki, blizny po papierosach. Tragedia.

Doktor zachował jednak zimną krew. Z kamienną twarzą wysłuchał relacji matki, burknięć ojca. Zapakowaliśmy malucha, znieśliśmy do karetki, wezwaliśmy policję. Chwilę nam jeszcze zeszło na podłączaniu całego sprzętu, akurat tyle, żeby doczekać do przyjazdu policji. Doktor wyszedł na chwilę, pogadał.

Dzieciak zawieziony do szpitala, już chcemy wracać do bazy, ale doktor mów "spokojnie, zobaczysz, zaraz wrócimy do tej menelni". Ja zdziwiony, skąd takie jasnowidzenie? Na co doktor: Wiesz, tamten ojciec właśnie spada ze schodów.

Faktycznie, pięć minut później już wracaliśmy. Ojciec poobijany chyba bardziej niż dzieciak. Złamana ręka, poobijana gęba. Policjant z kamienną twarzą - panowie, panowie nam zaświadczą, że już w momencie waszej wizyty pan był agresywny i się rzucał, prawda? Bo nam też, uciekać chciał, na schodach się potknął...

PS. Od załogi pogotowia też dostał pamiątkę - wiecie, rany trzeba zdezynfekować, wyczyścić. Złamania porządnie nastawić. Znieczulenie? No cóż, pijany był, to niebezpieczne dawać takie silne leki. A jak pacjent agresywny, to w pasy...

Tak więc - sądy sądami, ale nie można lekceważyć siły zwykłych obywateli, postawionych przed katem własnego dziecka...

erka

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1811 (1881)