Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Traszka

Zamieszcza historie od: 22 kwietnia 2011 - 15:45
Ostatnio: 6 lipca 2015 - 18:39
O sobie:

Uroczyście oświadczam, że wszystkie moje historie są wytworem mojej chorej wyobraźni, a zbieżność osób lub sytuacji z rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa.

  • Historii na głównej: 165 z 168
  • Punktów za historie: 137802
  • Komentarzy: 165
  • Punktów za komentarze: 1737
 

#48761

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeżdżę motocyklem terenowym, poczciwą DR-ką. Sport jak każdy inny... prawie. Prawie polega głównie na tym, że legalnie jeździć po terenie się po prostu nie da. Przepisy zabraniają wjazdu do lasu, na poligonach nie pozwala wojsko, tereny prywatne są mikroskopijne jak na ten sport (nie mylcie terenu z torem do crossa).

Kilkukrotnie zwracaliśmy się do różnych instytucji (leśnictwa, wojsko) o możliwość zorganizowania na ich terenie imprezy, albo chociaż kilkuosobowego wypadu do lasu. Oficjalna odpowiedź jest zawsze taka sama - nie, bo przepisy nie pozwalają.

Co można zrobić? Opcje są dwie - jedna to dogadać się z leśniczym/wojskowym kiedy i gdzie możemy bezpiecznie pojeździć, oczywiście nielegalnie, na własną odpowiedzialność. Druga, którą niestety wybiera większość - po prostu wjechać w las i nie patrzeć gdzie można.

I z tego braku normalnej drogi do załatwienia sprawy biorą się idioci zwiedzający rezerwaty na motocyklach. Bo czy normalny człowiek wjedzie do rezerwatu mając alternatywę w postaci normalnego lasu? Nie. Wjedzie tam albo przez przypadek, albo kalkulując - skoro jedno i drugie jest nielegalne, to lepiej pojechać tam, gdzie ładniej...

To samo jest ze sportami motocyklowymi. Jedyny tor do szybkiej jazdy jest w Poznaniu, niedawno zamknięto tor w Lublinie. Za jeden ze stadionów na EURO można było wybudować 5 profesjonalnych torów wyścigowych. Zaufajcie, mając do wyboru grzanie 250 km/h po autostradzie i po torze większość wybierze tor - bezpiecznie, można się ścigać, mierzony czas, karetka na miejscu i wiele innych.

Ale po co to budować/zmieniać przepisy... lepiej udawać, że takich sportów nie ma, a ta grupa zapaleńców to przestępcy, których trzeba ukarać.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (679)

#48763

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje dzieci nie chodzą na religię. Razem z mężem uznaliśmy, że jeśli kiedyś dorosną do dowolnej wiary, nie będziemy się wtrącać, same wybiorą ścieżkę.

O ile ze starszym nie było problemu, to młodsza trafiła na walniętą katechetkę. Trafiła - to złe słowo. Pani K specjalnie wypatrzyła ją na korytarzu, walnęła gadkę o tym, jak to porwą ją diabły, jak grzeszna jest nasza rodzina itp. Dzieciak się przejął, wieczorem poprosił, żeby się pomodlić, bo inaczej przyjdą potwory i zabiją tatusia. Szlag nas trafił - awantura urządzona w szkole, katechetka postraszona sądem, odsunięciem od pracy itd. Podziałało. Aż do okolicy pierwszej komunii, kiedy K najwyraźniej wiedziona zemstą, powiedziała małej "widzisz, opłaca się wierzyć, ty nawet prezentu nie dostałaś". Pomijam już to, jak małym trzeba być człowiekiem, żeby mścić się na ośmiolatce, ale co to w ogóle za argument "za" wiarą? Prezent?

No, ale zemsta nie wyszła.. Komunii co prawda nie było, ale rozwiązaliśmy to inaczej - wiadomo, że dziecku będzie przykro, że jako jedno z niewielu, albo wręcz jedyne nie będzie mogło pochwalić się nowym nabytkiem po komunijnej niedzieli. I nasze, dorosłe argumenty niewiele zmienią.

Tak więc komunia zbiegła się z naszym rodzinnym świętem "samodzielności" - w formie zabawy urządziliśmy kilka testów "odwagi" - na ściance wspinaczkowej, na basenie, w lesie, przy ognisku (oj, zimno było, ale obiecane to obiecane), taki ogólny test skauta :) nie dość, że zabawy po pachy, Mała miała poczucie, że jest już całkiem duża, powód do wręczenia prezentu się znalazł, a dzieciaki wręcz jej zazdrościły, bo zamiast siedzieć smutno wśród dobrze bawiących się dorosłych przeżyła dzień pełen emocji i zabawy z rodziną, w którym naprawdę ona była ważna.

W prezencie dostała pełen komplet do wspinaczki z mamą - różowy kask zrobił furorę, chciała w nim chodzić nawet do szkoły :P

PS. Pani K chyba było smutno, że małej nie jest smutno... Taki typ.

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 971 (1405)

#48707

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam pisemko ze skargą.

Skarga dotyczy treści mojej uwagi skierowanej do śmierdzącej pacjentki. Powiedziałam, że następnym razem przed wizytą warto się odpowiednio przygotować do badania, np wziąć prysznic, zmienić bieliznę, skarpety. Być może nie powiedziałam tego z radosnym uśmiechem, albo przepraszającym tonem, a może powinnam...

Pani poczuła się urażona, ponieważ "lekarka zasugerowała, że jestem brudna! Lekarz jest od leczenia, a nie zaglądania pacjentom do pralki!"

Naprawdę nie wiem jak to skomentować. Chyba po prostu brak w naszych programach nauczania tematów "Higiena a zdrowie", albo "Zasady kultury w społeczeństwie europejskim".

POZ

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 813 (929)

#48684

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu miałam problem - chociaż to za dużo powiedziane - z młodym ratownikiem. Sympatyczny chłopak, ale ciągle miałam wrażenie, że mnie podrywa. Jak w każdej pracy tak i u nas zdarzają się niewybredne żarty, podpuszczanie, sporo jest kontaktu fizycznego, bo jednak karetka to mała przestrzeń, a to trzeba się gdzieś przecisnąć, a to nad kimś sięgnąć. Normalne i nikt z tego powodu nie robi cyrków.

A tym chłopakiem miałam zawsze wrażenie, że coś wisi w powietrzu. Kiedyś przy rozmowie ze zmienniczką dowiedziałam się, że ma identyczne odczucia. Pośmiałyśmy się, w sumie dla nas obu komplement, że podrywa nas dużo młodszy facet i zapomniałyśmy o sprawie. Zresztą chłopak jakiś czas później przeniósł się gdzie indziej.

I pewnie bym o tym zapomniała na dobre, gdyby ostatnio w rozmowie z ratownikami przy okazji nie wypłynął jego temat.

R: (...) A jaki ubaw mieliśmy z niego...
J: Dlaczego?
R: On nas od początku pytał, jak to jest z tym seksem na dyżurach... i którymi babami warto, a z którymi nie :) Myśmy go wkręcili, że z tobą i z Anką to najlepiej, ale trzeba się mocno nachodzić za wami najpierw :) Jacek kiedyś nawet go wrobił, poszedł do Anki pogadać, papiery uzupełnić a wrócił uśmiechnięty, że niby taki zadowolony, bo numerek był niezły. I on w to uwierzył! Ty nie widziałaś jak on się stara, jaki milutki? Aż robiliśmy zakłady czy mu się naprawdę uda.
J: Widziałam, nawet się zastanawiałam, czy on tak specjalnie czy mu samo wychodzi...
R: Specjalnie :) Ale później już nas nie zagadywał, chyba mu głupio było, że go nie chcesz. Widzisz, pewnie z pracy zrezygnował przez ciebie! Trzeba go było do łóżka wpuścić!

Pochichotaliśmy trochę jeszcze na temat tych naszych orgii dyżurowych, płynnie zmieniliśmy temat.

Potem dopadła mnie jednak refleksja - skoro nawet ratownik liczył na ten seks dyżurowy, to co sobie myślą zwykli ludzie? Pogotowie to ognisko rozpusty, jak nic :)
Zapraszamy na orgię, wystarczy wezwać :P

erka

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 637 (839)

#48679

(PW) ·
| Do ulubionych
Piszę piórem. Odziedziczonym z dziada pradziada, czyli rok produkcji koło 1950 :)

Ostatnio niestety pompka do atramentu zaczęła przeciekać - gumka która jest w środku sparciała i niestety trzeba to wymienić.

Niedawno mijałam przy okazji sklep - reklamujący się jako posiadacz piór wielu marek, przedstawiciel kilku kolejnych firm. Razem z przesympatycznym sprzedawcą obejrzeliśmy kilka różnych tłoczków, wybraliśmy taki, który był najbardziej zbliżony do posiadanego przeze mnie. Niestety oryginału nie miałam przy sobie, ale umówiliśmy się, że jakby co, towar można zawsze wymienić, a jakby nic nie pasowało, to zwrócić.

Po przymiarce do pióra pompka okazała się być jednak niepasująca - ot, średnica nie ta. Nic to, trzeba się zapakować i wymienić.

Ten sam sklep, dzień później. Tym razem wzięłam moje piórko, coś się dopasuje. Miłego pana ani widu, ani słychu. Zamiast niego sprzedawczyni.

J: Dzień dobry, mam taki problem (...) i niestety muszę wymienić część na inną, bo ta zakupiona wczoraj nie pasuje.
S: Ale co pani mówi! Musi pasować!
J: Niestety, nie pasuje.
S: Ale do tych piór jest tylko jeden model, musi pasować, nie ma innego.
J: To pióro ma ponad 60 lat, a ten tłoczek jest pewnie współczesny...
S: To jest dobra firma! Na pewno nic nie zmienili (WTF?)
J: Co nie zmienia faktu, że nie pasuje.
S: Ja pani pokażę katalog, sama pani sprawdzi!
J: Katalog katalogiem, ta pompka jest po prostu zupełnie inna!
S: Jak to inna, musi być taka sama, oni mają tylko jeden model przecież!
J: TO jest tłoczek który kupiłam, a TU mam pióro, zaraz pani pokażę, że są inne!
S: Pani mi da to pióro! (wyciągnęła mi z rąk, rozkręciła, ogląda.
J: I jak, inne?
S: Inne... ale MUSI pasować! (i zaczęła na chama wciskać tłoczek do pióra!)
J: Co pani wyrabia?!
S: Widzi pani, pasuje!
J: Czy pani zwariowała? Przecież tego się teraz nie da zdjąć! Wcisnęła pan na siłę złą część!
S: Da mi pani, na pewno da się wyjąć!
J: O nie... Pióro idzie do serwisu. Pani tego już nie dotknie. Nie chcę martwić, ale to pióro dla mnie jest warte pięć razy tyle ile jego nowy odpowiednik. I jeśli cokolwiek będzie do naprawy, dostanie pani wysoki rachunek, obiecuje.

Piórko na szczęście jest wytrzymalsze niż współczesne części zamienne i nic się nie uszkodziło. Ale spec od piór i tak nie mógł wyjść z podziwu jakim cudem babie udało się to w ogóle wcisnąć.
Felerny tłoczek wrócił do sklepu razem z moim mężem - prawnik zawsze się dogada z opornymi sprzedawcami :P

uslugi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 720 (868)

#48758

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie do wypadku drogowego, czołowe zderzenie dwóch samochodów osobowych. Droga bardzo wąska, miejsca mało, a tu sznurek wracających z pracy. Pan X postanowił ich wyprzedzić. Gaz do dechy, i przed siebie lewym pasem, im więcej da się wyprzedzić, tym lepiej.

Z naprzeciwka jechał pan Y. Widząc niebezpieczny manewr co zrobił? Ratował się zjeżdżając na pobocze? Zwolnił, zatrzymał się? Nieee... Zaczął mrugać długimi światłami i trąbić :) Przyspieszył nawet "żeby ten idiota się wystraszył i szybciej zjechał".

Innymi słowy dwóch idiotów urządziło sobie zabawę w tchórza. Na szczęście obaj spanikowali krótko przed zderzeniem i ostro zahamowali. W efekcie walnęli czołowo z niewielką siłą. Więcej krzywdy zrobili chyba sobie szarpiąc się za kurtki...

Sprawa skończyła się pozytywnie, chociaż oboje trafili do szpitala na obserwację (moim zdaniem powinni raczej trafić na obserwację psychiatryczną).
Nadal nie potrafię jednak zrozumieć co kieruje człowiekiem wciskającym gaz w momencie zbliżania się do przeszkody. Może niedoszli samobójcy? Czy po prostu galopująca głupota?

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 659 (783)

#48503

(PW) ·
| Do ulubionych
Logika urzędników NFZ, odcinek pierwszy.

Do szpitala przyjęliśmy pacjenta. Planowe leczenie, zabieg na chirurgii. Zabieg odbył się, pacjent szczęśliwy, poszedł do domu cieszyć się życiem :)

Za to do nas przyszło pismo, że za jego pobyt NFZ nie zapłaci. Dlaczego? Dlatego, że pacjent był, według wykazu NFZ, w innej placówce.

Sprawę wyjaśniliśmy, nie bez trudu. Nasz pacjent tego feralnego dnia był u kardiologa, u którego wizytę miał pechowo ustaloną na taki sam termin jak zabieg (na obie wizyty czekał kilka miesięcy). Był u kardiologa, odebrał zaświadczenie o lekach, z zaświadczeniem poszedł jeszcze do rodzinnego, żeby wystawić mu receptę na wszystkie leki - tak, żeby w szpitalu żadnych mu nie zabrakło. No i na koniec zjawił się u nas.

Tak więc jednego dnia trzy ośrodki zaraportowały Kowalskiego. NFZ niestety nie przewidział takiej sytuacji - system wywala podwójne/potrójne świadczenie i odkręcanie tego jest żmudne, a czasem niemożliwe. Sędzią ostatecznym jest pani urzędnik Funduszu Zagłady, która promieniując majestatem uznaje co jest dobre, a co złe. Nadal czekamy na jej uświęconą opinię.

PS. Ten sam problem jest np. z przeziębionymi (wizyta w POZ rano), którzy złamali nogę po południu. I z tymi, którzy dwa razy jednego dnia trafili do swojego rodzinnego.

Pamiętajcie - jeden dzień, jedna choroba!

SOR

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 844 (882)

#48480

(PW) ·
| Do ulubionych
Wieźliśmy ostatnio tegorocznego motocyklistę. Było kilka dni pięknej pogody, ludzie wyciągnęli lśniące maszyny, nalali benzyny pod korek i wziuuu! korzystać z życia.

Niektórzy zapomnieli, że to jednak końcówka zimy. I - jak to zimą - na ulicach pełno jest różnego śmiecia, głownie piachu. Jak działa piasek pod kołami motocykla, zwłaszcza położonego w zakręcie chyba każdy wie.

I takiego właśnie zapominalskiego wieźliśmy ostatnio ładny kawałek drogi, do centrum urazowego. Facet połamany, a tu droga podmiejska, karetka trzęsie jak cholera. Jedna dawka morfiny, druga, trzecia... Hmm. Zbliżamy się do górnych granic, a tu dalej boli. Tak więc kierowca, żeby nie być sadystą, zwolnił. I tak jedziemy sobie 60 km/h, na sygnałach, bo jednak co jakiś czas rozjazdy, dróżki dojazdowe.

Za nami za to jakiś super wóz. Wyprzedzić nie może, ruch z naprzeciwka niby nie wielki, ale miejsca mało. Wydawałoby się normalne, że jak za każdym jadącym wolniej pojazdem, trzeba poczekać na wolne miejsce, nie? Ależ skąd! Facet był bardzo zniecierpliwiony - trąbił, mrugał długimi, co jakiś czas podjeżdżał nam pod zderzaki - ogólnie, wkurzał naszego kierowcę.

Nie wiem jak inni, ja bardzo nie lubię jeździć ze zestresowanym kierowcą. Radio, zgłoszenie dyspozytorce, że za nami jakiś cymbał jedzie, ratownik nawet nagrał fragment jego popisów na komórce i bardzo ładnie prosimy o interwencję policji.

Kilka kilometrów później zostaliśmy uwolnieni od idioty - trzeba przyznać, że niebiescy załatwili to ładnie. Podjechał nieoznakowany samochód, ustawił się za kretynem - taką trójką podjechaliśmy do dwupasmówki, gdzie facet na nas ostatecznie natrąbił przy wyprzedzaniu, po czym popruł przed siebie. Radiowóz za nim :)

Gdy po pewnym czasie mijaliśmy parking panowie właśnie nadzorowali przeszukiwanie bagażnika debila.

Jest sprawiedliwość na świecie :)

erka

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1324 (1362)

#48386

(PW) ·
| Do ulubionych
W zastraszającym tempie rośnie nam pokolenie, które w pierwszej pomocy wyznaje zasadę "nie wiem, nie umiem, zróbcie to za mnie".

Taka matka trzylatka, do niedawna zdająca sobie sprawę, że dzieci często kichają, kaszlą i gorączkują, nagle nie umie ocenić, czy biegający po pokoju zasmarkany przedszkolak to już agonia, czy jeszcze nie.

Ta sama matka, usłyszawszy, że lekarz rodzinny ma długą kolejkę i dziś nie da rady zmieścić kolejnej wizyty najpierw próbuje zastraszyć personel ośrodka zdrowia, a potem foszy - i w ramach tego focha nie daje żadnych leków swojemu dziecku, niech wszyscy widzą jakie jest chore, o proszę, jaka gorączka!

Inny pacjent oczekuje, że w ciągu dwóch dni obejrzy go minimum pięciu specjalistów, bo jego bóle brzucha są na pewno tak nietypowe, że zwykły rodzinny nigdy nie zgadnie co to jest. Sam nie wpadnie na pomysł żarcia mniej tłustego, broń Boże nie skojarzy faktu "golonka" z faktem "ból brzucha".

Kolejny za nic ma pacjentów oczekujących na SORze, będzie tam krzyczał, pchał się w uchylone drzwi do gabinetu, wypchnie z kolejki babunię na wózku, byle tylko rozjaśnić jego wątpliwości co do pypcia na stopie.

Jeszcze inny wezwie karetkę do bólu głowy, który towarzyszy mu od kilku lat, zawsze przy podwyższonym ciśnieniu, na który ma tabletki, ale nie jest pewien, czy może je wziąć. Czwarty raz w tym miesiącu nie jest pewien.

Każdy, dosłownie każdy pacjent zapytany o to, jak poważna jest jego dolegliwość ze śmiertelną powagą powie, że bardzo. On po prostu prawie umiera.

Propozycja, żeby przyjazd karetki był płatny wzbudza zbiorową histerię. Bo jak to, wszyscy pomrzemy, nikt z nas nie umie ocenić kiedy choroba to coś więcej niż przeziębienie.

Nasze babki złapałyby się za głowę - za ich czasów lekarz był towarem luksusowym, a one musiały umieć sobie radzić. W żadnej gorączka u dziecka nie wzbudzała przerażenia, roszczeniowości ani fochów. One wiedziały co mają robić. A teraz? Tylko lekarz, tylko specjalista i tylko w klinice.

Smutne.

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 634 (848)

#48391

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dość mojej pracy.

Pracuje w medycynie ratunkowej, głównie. W tej, która od paru dni zbiera cięgi w zastępstwie ministra zdrowia, który od kilku kadencji nie może przyznać, że system jest zły, wszyscy nie mogą mieć za darmo wszystkiego i który uważa, że zamiast ratować sytuację lepiej błyszczeć do kamer.

Mam dość po dzisiejszej sytuacji, ale to tylko zwieńczenie zachowań ludzkich (i dziennikarskich) z kilku tygodni.

A sama sytuacja była niewinna. Ot, po prostu, w sklepie w którym co rano kupuję bułki, ekspedientka spytała mnie czy mi nie wstyd, bo jeżdżę w karetce i pracuję w szpitalu, a tyle dzieci ostatnio umiera, bo karetki, bo szpitale, bo ktoś tam. I ona ma nadzieję, że wreszcie ktoś się za nas, lekarzy weźmie. Bo to wstyd, zarabiać na cudzym nieszczęściu.

Odparowałam odruchowo, że wstyd też zarabiać na czyimś głodzie i czy w takim razie bułki mogę wziąć za darmo, ale potem i tak mi się zrobiło przykro.

Autentycznie, po tych wszystkich nagonkach ludzie zaczęli wierzyć, że nie ma śmierci. Nie ma chorób. Umiera się w kwiecie wieku, tylko po tym jak się spotka konowała na swojej drodze. Nieważna choroba, własne zaniedbania. Naturalnej śmierci nie ma.

Nie, tu nie ma piekielności. Tu jest głęboka beznadzieja, bo po kilkunastu latach w zawodzie zaczynam się zastanawiać co ja takiego zrobiłam, żeby mnie tak traktować. Tak o mnie myśleć. I czy nie lepiej kupić kwiaciarnię. Nikt mi nie zarzuci, że bogacę się na ludzkich nieszczęściach.

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1209 (1349)