Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Trepcio

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 7:11
Ostatnio: 11 grudnia 2017 - 8:53
  • Historii na głównej: 15 z 15
  • Punktów za historie: 4038
  • Komentarzy: 125
  • Punktów za komentarze: 420
 

#80785

(PW) ·
| Do ulubionych
Muszę przyznać, że widziana dziś sytuacja spowodowała u mnie dysonans poznawczy i to z gatunku "Aaale o so chodzi?"

W supermarkecie aspirującym do miana galerii handlowej w moim podwarszawskim miasteczku, otworzono nowy sklep z artykułami fryzjersko-kosmetycznymi z wyższej półki. Nie wnikam w sensowność biznesową tego przybytku, w mieście gdzie sklep z pieczonymi kurczakami i chińczyk splajtował, bo "w Tesco jest taniej". No ale ja nie o tym.

Wspomniany wyżej sklep z okazji otwarcia, zorganizował jakąś akcję promocyjną.
Ważnym dla historii jest, że z okazji tej akcji drzwi sklepu otoczono girlandą składającą się z jakiś dwustu balonów.

Dziś przechodząc obok widziałem, jak dzieciaki radośnie demolują tę girlandę, wyrywając balony. A dopingowane są do tego przez rodziców: "Weź jeszcze dla Antka/Dżoany/Eugeniusza!"

Już to samo w sobie jest piekielne.

Natomiast tym, co spowodowało u mnie całkowity "mindfuck" (przepraszam, ale nie znam polskiego odpowiednio mocnego odpowiednika) jest fakt, że w sklepie, dosłownie krok od drzwi ustawiono ażurowe stanowisko z tymi balonikami, żeby dzieci mogły je sobie brać.

I tylko patrzyłem ze szczerym współczuciem na oszołomione miny pracowników sklepu, którzy patrzyli jak szarańcza demoluje ich pracę...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (137)

#80562

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat nieomal dwudziestu - jak to stałem się narzędziem zgorszenia publicznego.

W ciągu dnia dość często zajmowałem się dwu- trzyletnią dziewczynką. Jej matka studiowała na studiach dziennych, ja miałem nienormowany czas pracy, często pracowałem w domu - jak dla mnie OK, nie ma problemu. Szczególnie, że żłobki państwowe w tamtych czasach to była naprawdę sodomia gomorią poganiana i do tego puszka z Pandorą (żeby zacytować jedno z byłych prezydentów).


Problemy zaczęły się, jak zaczęliśmy wychodzić na plac zabaw.
Oto moje piekielności:

Na plac zabaw ubierałem najczęściej Berenikę "na chłopaka" - bo jak siądzie w piaskownicy, albo będzie miała ochotę polepić coś z błota to chyba lepiej, jak ma na sobie dżinsowe ogrodniczki i takąż kurtkę. Do tego uważałem, że bandanka na głowie wygląda lepiej niż dzieckowa czapa. Berenika zadowolona, bo strój do zabawy.
Ale nie mamusie na placu zabaw. Czasy były takie, że byłem tam 25 dni na 30 w miesiącu jedynym mężczyzną.


Oto krótkie wyjątki z rozmów - nie pamiętam całości, to już tyle lat - to co mi się w głowę wbiło:

1) "Czemu ten chłopiec zaczepia moją córkę?"
"To nie jest chłopiec, proszę Pani."
"To jak ją Pan ubierasz, lesbijką zostanie, albo jeszcze gorzej!"

2) "Czemu Pana syn łazi po błocie?"
"Widać ma taką ochotę, i to nie jest mój syn."
"No dobra, wszystko jedno, Pana dziecko!"
"To nie jest moje dziecko."
"To czemu Pan z nim przyszedł?!"
"Bo się nią opiekuję."
"Olaboga, wyrodna matka, czasu dla dziecka nie ma!"
"No nie ma, studiuje."
"No to czemu tak po błocie łazi?"
"Tak jak mówiłem, widać ma ochotę"
Obraza majestatu (dobrze, że nie było jeszcze mody na pedofilię, choć i tak jedna matka Policję wezwała, ale o tym potem).

3) Berenika lubiła huśtać się na huśtawce. Ale tak im wyżej, tym lepiej. Wtedy pełnia szczęścia i radosne okrzyki. Więc po paru wizytach na placu zabaw, nauczony doświadczeniem, zabierałem ze sobą dwa długie szaliki. Wiązałem Berenikę w pasy jak kierowcę F1 - i jedziemy - od oporu do oporu!
Tu znów mamusie.
"Czemu Pan tak ją huśta" (już nauczyły się, ze to dziewczynka)
"Bo jak widać lubi."
"Ale mój synek też by tak chciał."
(synek z 50 kilo, mamusia niewiele więcej)
"A to proszę bardzo, druga huśtawka jest wolna."
"Ale my nie mamy szalików."
"Nie ma sprawy, pożyczę."
"Ale ja go nie rozbujam!"
"A to mogę pomóc, 5zł za 15 minut"
(w końcu co Berenika, to Berenika, ale na fizycznego na placu zabaw się nie najmowałem)
"Aż ty męski organie rozrodczy, synu kobiety lekkiej profesji, mojemu synkowi huśtawki nie rozbujasz?!"
"No teraz, to już na pewno nie."

4) Parę dni później, mamusie wystosowały do mnie zbiorowy protest - że mam tak Bereniki nie huśtać, bo ich dzieci też tak chcą.
Nie przejąłem się.

5) Przychodziła jedna z matek z jakimś odbiciem na punkcie antyseptyki. Nie, jej dziecko nie było chore, bo jak to opiekunowie w jednym parku zabaw ze sobą gadaliśmy.
"Ale tu wszystko takie brudne, jak ma się moja Różyczka tu bawić?"
Więc zawsze przychodziła ze świeżo wypranym kocykiem, i takimi barierkami, co wyglądają jak basen bez dna - i tam się jej latorośl mogła bawić, bez tych brudnych dzieciaków, piasku, albo i błota.
Az pewnego dnia dziecię wygrzebało sobie dziurę w kocyku i wydobyło spod niego psią kupę. Pełnia szczęścia i dziecię wysmarowane od góry do dołu.
Matka chyba zrozumiała i odpuściła, bo 3 dni potem Różyczka już siedziała w piaskownicy.

6) No i wisienka na torcie. Jak obiecałem. Przez to że po prostu lubię się dzieciakami zajmować i się nimi przejmuję - może dlatego, że byłem harcerzem, zuchmistrzem, instruktorem harcerskim - to jak widziałem, że się ewidentnie nudzą, a opiekunki wolą sobie na ławkach poplotkować - to wymyśliłem im zabawę w pociąg - to znaczy idzie to co najsłabiej jeszcze chodzi - a potem reszta w tym samym tempie i tym samym szlakiem. Generalnie świetna zabawa i dla dopiero co łażącego - bo idą za nim, i dla reszty, bo muszą iść jak mały dzieć.
I tu się zrobiła afera. Policja przyjechała. Więc koniec zabawy,
wyjaśniamy.


Pokazuję policjantom, że mieszkamy tu i tu, że opiekuję się dzieckiem koleżanki.
"A skąd mamy to wiedzieć?"
No więc ja, na pewniaka, bo Berenika nauczona od kiedy nauczyła się mówić - "Berenika gdzie mieszkasz?"
"Ul. xxx. nr zz".
Mówię do policjantów - "To podejdźmy, jakieś 100 metrów".
Tu muszę im oddać honor - żaden nie zaprotestował, nie ma co dzieciaka straszyć.
Podeszliśmy, otworzyłem drzwi, jeden pokój ewidentnie dzieckowy...
A na całe szczęście, parę miesięcy wcześniej był spis powszechny. I Berenika została zapisana jako "mieszkaniec gospodarstwa domowego" - jest na kwitku, dziękuję, do widzenia.
Potem panowie mieli przez to problem, ale to temat na inną historię.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (160)

#80414

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy piekielność, ale głupota i nieodpowiedzialność czasem przerażają.

Opis sytuacji - mieszkam w osiedlu domków jednorodzinnych. Mam (jak pewnie już wiecie z poprzednich historii) psicę. Nie za wielką, ot border collie tricolor zmieszany z jakimś chartem. Tak 20 kg wagi. Psica ani troszkę nie agresywna, inne psy wprost uwielbia. Ja też się o nią nie boję, w końcu w schronisku wychowana. O schronisku będzie post scriptum.

Dwie sąsiadki najbliżej mnie mają yorki.
Pewnego dnia psa sąsiadki znalazłem u mnie rano w ogródku, jak radośnie bawił się z Maszą. OK, nie na problemu, odprowadziłem do sąsiadki, przestawiłem przez płot, przy okazji zwróciłem uwagę, że płot dziurawy, więc zamiast przylecieć do mnie, to pies mógłby wyskoczyć na ulicę (dwupasmówka o sporym natężeniu ruchu), więc warto coś z tym zrobić. Jeszcze tego samego dnia pojawiło się jakieś prowizoryczne zabezpieczenie, po tygodniu nowa siatka.
No i to rozumiem. Teraz jak chce do mnie przeleźć to pod płotem musi, ale za to na ulicę nie wyskoczy. Mi to nie przeszkadza czasem go odtransportować, Masza ma kolegę w ogrodzie, w porządku.

Ale jakby było tak ślicznie, to by nie było mnie tu z tą historią. Sąsiadka numer 2 ma dwa yorki. Też fajne zwierzaki, nie takie wredne szczekaczki, z Maszą się fajnie bawią. To znaczy najczęściej wykładają się kółkami do góry a moja psica je nosem memła :)
Tylko ta sąsiadka ma ogrodzenie z prętów, między którymi york miniaturka mieści się bez problemu.
I o ile jeden trzyma się w miarę ogrodzenia, to drugiego już dwa razy odprowadzałem do domu.
Przypominam - ulica to ruchliwa dwupasmówka.
Naprawdę potrzebny jest futrzany naleśnik z mięsnym nadzieniem, żeby sąsiadka wydała głupie 100 złotych na siatkę, albo drut do zabezpieczenia?
Już trzy razy zwracałem uwagę - tak, wiedzą, zrobią...
To do jasnej choinki po co brali te psy, skoro nie chce im się poświęcić dwóch godzin, żeby zapewnić im bezpieczeństwo?

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ten maluch co tu przylatuje będzie dalej kierował się w tą stronę i na drogę nie wyskoczy...

Obiecane PS - o schronisku:
Psica - oczywiście prezent gwiazdkowy.
Oddany do schroniska w końcu stycznia. Bo sika w domu, bo gryzie buty itd. - a co ma robić trzymiesięczny szczeniak wrzucony w obce środowisko?

W schronisku zaszczepiona i wysterylizowana. Z tym drugim też się zgadzam, tylko panu weterynarzowi ręka drgnęła przy sterylizacji i zajechał o jelito. Ale wszystko zagojone, OK.

Pod koniec marca TA SAMA rodzina co Maszę oddała znów ją wzięła.
Tak, oddali psa ludziom, którzy psa mieć nie powinni.
Po dwóch tygodniach wróciła do schroniska.

Jakieś trzy miesiące później namówiliśmy moją rodzicielkę na psa, bo nie mogła stanąć na nogi, po tym jak poprzedni zakończył żywot. Obiecaliśmy, że jakby co, to my się zajmiemy, nie będzie problemu. Mieszkamy w jednym domu, tylko na innych piętrach.

Rodzicielka pojechała po psa - i wróciła z psicą. No, po prostu miłość od pierwszego wejrzenia.

A wiecie co jest najciekawsze?
Tak sprytnego i posłusznego psa, to chyba nigdy nie widziałem, mimo, że wychowałem dwa pracujące przy dogoterapii labciuchy.
Masza jest szczęśliwa jak może spełnić jakieś polecenie - i tylko patrzy: "No zobacz, jaki ja jestem grzeczny piesek!"

No wystarczy, bo zrobiło się ckliwo, sam się rozczuliłem zresztą. Pytania i odpowiedzi w komentarzach.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (156)

#79909

(PW) ·
| Do ulubionych
Mimo waszych (skądinąd słusznych) ostrzeżeń, chyba w końcu zostanę nazwany pedofilem.

Sytuacja: stoi chłopczyk (na oko 4-5 lat) na chodniku i płacze. Ale płacze tak, że zalewa się łzami i przydusza.

No nic, kucam i pytam, co się stało?

- Bo mama powiedziała, że za wolno idę.
- A gdzie jest mama?

Pokazuje mi przystanek jakieś 200 metrów dalej. To daję mu paluch i wędrujemy.

Odstawiłem młodego do matki. A ona, wpatrzona w telefon, nawet nie zauważyła.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (193)

#79370

(PW) ·
| Do ulubionych
Impreza rekonstrukcyjna. To znaczy taka, że ubieramy się w mundury nieistniejących już armii, ściągamy sprzęt. I czasem "naczalstwo" każe się zaprezentować dla ludzi w okolicy.

Sytuacja:
Teren manewrowy ogrodzony - na zasadzie patyki i taśma.

Ja siedzę sobie na wozie gąsienicowo-kołowym (dla ciekawych: http://static.myvimu.com/photo/27/77592723.jpg) bo w środku się nie da wytrzymać.

Dzwoni do mnie na komórkę organizator, żebym cofnął, bo coś innego tam wjedzie. No OK.
Schodzę spojrzeć, czy nic za mną nie ma (wozy bojowe raczej nie mają lusterek wstecznych) i widzę za prawą gąsienicą jakąś dziewuszkę lat 3-4 która (co się jej chwali) wydłubuje z gąsienicy kamyczki.

Mnie oblał zimny pot. A gdybym wycofał nie oglądając wozu?

Ale dobra - na pytanie "Gdzie jest Twoja mama" - pokazała na stoisko z piwem. Ok., to wystawiłem palec (duży jestem) - Ania za niego złapała i idziemy szukać mamy.

Znalazła się, nie opiszę jej, bo szanuję wasze uszy. "A co ty tu robisz. Miałaś tam się bawić?"

Ja klaruję "matce" (bo nie wiem jak ją nazwać) - że jej dziecko mało nie zostało rozprasowane pod gąsienicami, bo weszło na teren zagrodzony.

Odpowiedź "matki": Ale to DZIECKO, jej WOLNO.

Przez to wszystko nie byliśmy na rozdaniu nagród, a dostaliśmy 3 miejsce. Ale nie to jest piekielne.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (208)

#79229

(PW) ·
| Do ulubionych
Początek skomplikowany, reszta zadziwiająco anielska.
Może być dość długo, bo musiałem poukładać sobie to w głowie, a i tak będą się przeplatały bieżące wydarzenia z tym co wtedy myślałem.

Sytuacja - sobota rano, ja nieco nieświeży po piątkowym koncercie. Ale cóż, godzina ósma czas wybrać się na spacer z psicą i na zakupy.
Obowiązek jest obowiązek.

Zbliżam się do warzywniaka, i widzę idące przede mną dwie panie. Wiek 40+, klasa średnia, zadbane, ale bez szaleństw typu panterka.
Panie na nieszczególnie wysokich obcasach ledwo trzymają się na nogach. Przy każdym kroku obcasy kolebią się w jedną i w drugą.
Pomyślałem ze zrozumieniem: "No tak, impreza wczoraj".

Słyszę wypowiedź jednej z nich: "Ale żeby nie było ryfy, będę prowadzić".
Pomyślałem: "Kto jeszcze mówi >>ryfy<<. Ale Pani rozsądna, chce do jutra wytrzeźwieć".

Wychodzę z warzywniaka, odwiązuję psicę, i widzę jak panie pakują się do Opla Corsy. Z tym, że jedna na miejsce kierowcy. A druga pyta ją: "To jeszcze drineczka?"
Teraz moje myślenie: "Dzwonić na policję - jak dzwonić idioto, przecież idąc z psicą nie wziąłeś telefonu (tu tłumaczę, że zwykle chodzimy na taką górkę poszaleć i jeden telefon już tam załatwiłem jak mi wyleciał) - ale blisko jest komenda (naprawdę blisko, jakieś 100m) - ale albo mnie oleją albo zawiną, bo sam trzeźwy nie jestem jak położyłem się o trzeciej a siódmej wstałem, do tego z plecakiem zakupów i z psem".

No nic, raz kozie śmierć. Bieg z psicą (ona cała szczęśliwa, bo bieganie w nowym miejscu), przywiązałem ja przed wejściem i wpadam na komendę. A tam taki przedsionek 2 na 2 i okienko na wysokości moich genitaliów z którego dobiega znudzony głos:
"Tak, słucham?"

W miarę szybko staram się opowiedzieć (co nie jest proste po biegu i przy otulających mnie myślach senno-alkoholowych), policjant z okienka powoli smaruje coś w dużej książce, pyta o dokumenty, których oczywiście nie mam.

Wpada jakiś siwiejący facet, ale taki... jakby to określić - jakby miał być moim ojcem, to naprawdę starałbym się być najsilniejszym wilkiem w stadzie.
I drze pysk: "Kto tego kundla tam przywiązał!!!"
Policjant z okienka nawet mu nie odpowiedział, tylko pokazał na mnie.

Ten starszy w miarę szybko się opanował i pyta: "No co jest?"
Więc i ja szybko powtarzam co jest.
Usłyszałem: "Moment".
Facet wyciąga komórkę, dzwoni: "Andrzejku, rejestracja xxx, pojechali w stronę... Goń ich".
Potem do policjanta w okienku - dzwoń do ZZZ, blokada na wjeździe".

I wreszcie do mnie: "Dziękuję bardzo za głoszenie, gdzieś pana podrzucić"?
Przyznam się, że poczułem się jak w amerykańskim firmie, a nie w małej podwarszawskiej miejscowości.

Nie wiem, jak się akcja skończyła, bo musiałem jeszcze do apteki iść, potem z psicą na spotkanie psie, a łóżko wzywało.

O ile pierwsza część mnie nie zastanowiła, choć była piekielna, to to część druga - dalej nad tym myślę.

Uzupełnienie - moje przemyślenia co to mogło być:
1. Facet robił sobie ze mnie jaja - ale to pytanie czy mnie gdzieś podrzucić temu przeczy.
2. Jest nowy i chce pokazać władzę.
3. Świeżo po jakimś niegłupim szkoleniu.
4. Bardzo nie lubi pijanych kierowców.

Bo w wersję:
5. Idealista w Policji, w takim wieku - nie chce mi się wierzyć.
Zresztą chyba drugi raz w życiu widziałem policjanta 50+. Przecież od dawna mógłby być na emeryturze mundurowej.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (129)

#79023

(PW) ·
| Do ulubionych
Zatrudniłem się w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej jako kierownik działu IT, na pół etatu. Tak, miałem świadomość, że ten "kierownik" to tylko po to, żebym miał nienormowany czas pracy, a dział "IT" liczy jednego pracownika - mnie (zresztą i więcej nie było potrzebnych).

Ale nie o tym mowa.

Po miesiącu, gdy już te komputery ogarnąłem i spiąłem w jakąś tam sieć - pytanie, czy mógłbym księgowość ogarnąć, bo pani zaszła w ciążę i jest na L4.

Odpowiedziałem na to, że i owszem, mogę (byłem wdrożeniowcem systemów FK), ale poproszę cały etat.

Nie ma problemu.

To ja pracuję od 7:00 do 15:00.

Dwa dni w miesiącu przychodzi dziewuszka na rozliczenie płac - bo powiedziałem, że pod tym się nie podpiszę.

Też nie ma problemu.

Pracy mam na jakieś 2-3 godziny dziennie + ewentualne awarie. Bo jak sobie napisałem skrypt, to wrzucenie faktury trwa załóżmy z minutę (trzeba sprawdzić, czy błędów nie ma). Przychodzić na siódmą też nie muszę, bo kadrowa przychodzi przed dziewiątą.

A jakby mi się zdarzyło, że się spóźnię i przed nią się nie wpiszę - to powiem, że pojechałem po jakiś tusz, papier, toner, cokolwiek.

Nadchodzi wrzesień. Główna księgowa poszła na L4 na 4 miesiące.

Pytanie od pani dyrektor, czy zrobię bilans na marzec. Moja odpowiedź stała - zrobię, ale się pod tym nie podpiszę. Wygrzebały jakiegoś starszego pana, 89 lat, który miał uprawnienia i się podpisał.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (172)

#77887

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie krótko, ale muszę opowiedzieć, coby samemu sobie w głowie ułożyć.

Tytułem wstępu: w okolicach domu mam jedno przejście dla pieszych bez świateł, przy dość ruchliwej ulicy (2 pasy w każdą stronę, w godzinach 6-9 rano zwykle zakorkowana). Przez jakiś czas się dziwiłem, dlaczego jeśli idę sam, to swoje na przejściu muszę odstać, a kiedy idę na spacer z psicą, to już pierwszy samochód hamuje i mnie przepuszcza.

Parę dni temu rozwiązałem tę zagadkę. Tym razem byliśmy na spacerze sporo wcześniej, więc natknąłem się na niewidzianą nigdy wcześniej kobietę z psem bokserem. Spokojnie zatrzymała się przy przejściu, a następnie... Wpuściła psa wprost na jezdnię przed samochody, które musiały gwałtownie hamować.

Dogoniłem ją paręnaście metrów dalej:
- Co Pani robi?
- Oj, bo musiałabym czekać, a mi się do pracy spieszy.

Tu wstyd przyznać (wszak jestem człowiekiem niekonfliktowym) wdałem się w spór:
- To może sama by Pani tak przed samochody weszła?
- A jakby jakiś mnie potrącił?

Poddałem się. Głową muru nie przebijesz. Ale ciągle jestem w szoku - i to nawet nie jakimś szczególnym okrucieństwem, ale po prostu bezmyślnością. Czy ona naprawdę uważa, że jej pies jest kuloodporny?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (183)

#73964

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętam, że pisał tu kiedyś jakiś ktoś, kto opowiadał, że listonoszem jest.

To teraz obrazek od drugiej strony.

23 czerwca - matka moja czeka na emeryturę. Powinna dziś dostać. Jak spora część emerytów, z finansami jest na styk.

24 czerwca. Piątek. Ktoś dzwoni domofonem.
Listonosz. Od wejścia się tłumaczy - nie mógł zabrać listów i przekazów, bo dziś to mu kazali stan liczników gazowych sprawdzać.

25 czerwca. Sobota. Ktoś dzwoni domofonem. Cię cholibka, kto w sobotę?
Listonosz.
Z emeryturą dla mej rodzicielki.
I teraz jego tekst:
"Nie powinienem dzisiaj pracować, ale przecież nie zostawię ludzi bez pieniędzy. Nie dość, że sobota, to jeszcze jestem na urlopie i wieczorem wylatuję do Tunezji".
(Zresztą przekochany facet ten nasz listonosz)
Na takie dictum zapytuję:
- No dobra, jak pan idzie na urlop, to kto pana zastąpi? (To akurat dla mnie dość ważne, bo 3 lata temu się przeprowadziłem o 200 metrów dalej - a czasem jakieś listy przychodzą pod stary adres. Listonosz wie, że ma je przynieść tu gdzie teraz mieszkam. I jestem mu za to wdzięczny)

- A, panie, nikt mnie nie zastąpi. Pozwalniali i nie ma komu! Więc niech pan nic listem nie zamawia, bo przyniosę dopiero jak wrócę z urlopu, za 3 tygodnie.

OK. Trochę mnie przytkało. Tylko tak sobie myślę, co będzie z fakturami z terminem płatności 7 dni...

I kogo obciążyć odsetkami?

I tak sobie myślę co teraz przeżywają emeryci, którzy skusili się na odbieranie emerytury z Banku Pocztowego "bo to listonosz przyniesie"...

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (282)

#71745

(PW) ·
| Do ulubionych
Hancia swoją historią (http://piekielni.pl/71739) przypomniała mi historię sprzed kilku lat.

A było to tak: w domu pojawił nam się nam niespodziewanie pies (dlaczego niespodziewanie to też dość piekielna historia, ale pozwolicie, że opowiem ją później, coby nie zaburzać biegu opowieści zbędnymi dygresjami).

Ponieważ nie byliśmy przygotowani na przybycie nowego współlokatora - postanowiłem udać się na wycieczkę do najbliższego sklepu zoologicznego w celu nabycia niezbędnych utensyliów (miski, jakaś zabawka, smycz, jakieś jedzonko na początek i tym podobne). Jako że zwierzak też zdradzał chęć wyjścia - to stwierdziłem, że zabiorę go ze sobą - pójdziemy sobie błoniami nad Wisłą, niech sobie pohasa i zwiedza okolicę.

Jak postanowiłem, tak też i zrobiłem. Wędrujemy sobie spacerkiem (to znaczy ja spacerkiem, a pies od drzewka do krzaczka, czytając co ciekawszą korespondencję od pobratymców), gdy wtem zza roku wyłania się para strażników miejskich (dość często polowali na młodzież, dla której tarnobrzeskie błonia są jedną z ulubionych lokalizacji wagarowo-imprezowych).
Podchodzą bliżej i wtem pani strażniczka z triumfalnym błyskiem w oku rzuca się w moją stronę:
- O, widzę, że pies bez smyczy i kagańca, będzie mandacik 250 złotych! Dokumenty poproszę!

Ja nieco zbaraniałem. W okolicy oprócz państwa strażników ni żywej duszy (dzień powszedni, godziny wczesnopopołudniowe), pies w najmniejszym stopniu nieagresywny, o co chodzi? Ale dobra, nie będę się wykłócać, po prostu nie przyjmę mandatu i pogadamy w sądzie. Sięgam do plecaka po dokumenty...
Zaraz zaraz, do jakiego plecaka? Z przejęcia nowym zwierzakiem wyleciałem tak jak stałem, jakieś pieniądze w kieszeni mam, ale nie będzie tam raczej 250 złotych...
- Niestety, nie mam dokumentów...
- To wzywamy policję!
- OK, poczekam.

Po kilku minutach widzę, jak na skarpie parkuje radiowóz (swoją drogą jest tam zakaz, ale rozumiem, że w trakcie interwencji) i dwóch panów policjantów (jeden dość brzuchaty) zmierza w naszym kierunku. Niewtajemniczonych informuję, że najpierw trzeba zejść ze skarpy po schodkach (tak z wysokości jakichś dwudziestu paru metrów), a potem do ścieżki przy nadwiślańskich wałach jest jeszcze jakieś pół kilometra przez trawiaste błonia.

W końcu policjanci docierają do nas (jeden nieco zdyszany, drugi dość poważnie) i pytają o co chodzi. Strażniczka wyjaśnia sprawę (co ciekawe, jej kolega przez cały czas nie odezwał się ani słowem). Policjanci patrzą na mnie, na psa, na strażniczkę, na psa, jeden z nich zaczyna chichotać, a drugi nie wyrabia i wybucha śmiechem.
- A idźcież wy wszyscy w cholerę!
A do strażników miejskich:
- A wy się cieszcie, że nie chce nam się papierów wypełniać!

A teraz rozjaśniam nieco sytuację - otóż sprawcą całego zamieszania, który niebezpiecznie ganiał bez smyczy, był ośmiotygodniowy biszkoptowy labrador, który w oczekiwaniu na przyjazd policji zwinął się w kulkę i zapadł w sen pochrapując słodko przez nos...

PS A piekielność związana z pojawieniem się psiaka - otóż pan "hodowca" stwierdził, że jak szczeniak skończył 8 tygodni, to on już go nie będzie żywił, bo to koszty, i bez uprzedzenia pojawił się w środku dnia pod naszymi drzwiami ze zwierzakiem (dobrze, że ktoś był w domu, bo nie wiem, czy do klamki by malucha nie przywiązał)...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (224)