Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

TruskawkowyMuss

Zamieszcza historie od: 10 marca 2014 - 0:37
Ostatnio: 13 listopada 2017 - 11:06
  • Historii na głównej: 11 z 15
  • Punktów za historie: 4033
  • Komentarzy: 216
  • Punktów za komentarze: 1402
 

#80689

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna sklepowa historia, sprzed dobrych 10-15 lat. Przypomniała się podczas ostatniej wizyty u dziadków.

Tło sytuacji: Dziadkowie mieszkają w granicach administracyjnych miasta ale praktycznie jest to wieś. Kiedyś był jeden sklepik w miarę blisko, kolejny oddalony o 5-6 kilometrów, więc chcąc nie chcąc robili tam mniejsze, codzienne zakupy. Sklepik ten prowadziła dawna uczennica babci.

Sytuacja właściwa: podczas którejś wizyty mama szukała czegoś w kuchni i natrafiła na dwie pełne szuflady zapałek. Zdziwiona zapytała babcię, po co im tyle, zwłaszcza że do zapalania gazu na kuchence używali zapalarki, ewentualnie zapalniczki. Babcia odpowiedziała, że jak w sklepie Bożenka nie ma wydać to zamiast 10 groszy daje pudełko zapałek. I w sumie to jej nie odpowiada ale głupio się tak o grosze kłócić a zapałki zawsze się przydadzą. Argumenty dziadków były nie do podważenia "po co robić aferę, co ludzie pomyślą, trzeba być wyrozumiałym..." i w ten deseń.

Mama jest całkowitym przeciwieństwem - wieczna wojowniczka. Wzięła więc zapałki, policzyła (nie pamiętam dokładnie ale było ich ok. 150-200 czyli uzbierała się niemała kwota) i poszła na zakupy. Wybrała jakieś podstawowe artykuły i gdy przyszło do płacenia wyłożyła wszystkie zapałki na ladę. Awantura była ogromna ale mama nie odpuściła. Od tej pory Bożenka zawsze miała czym wydawać, przynajmniej moim dziadkom.

Z czasem Bożenka podnosiła ceny, na tyle, że opłacało się jechać do sklepu dalej. Na porządku dziennym było wciskanie starych i zepsutych produktów, awantury przy reklamacjach i inne "kwiatki". W końcu sklep zamknęła.

sklepy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (158)

#80661

(PW) ·
| Do ulubionych
Wieczorem poszłam do osiedlowego marketu po drobne zakupy. Kolejki duże, grzecznie stoję.

Klient przede mną (chłopak ok. 25 lat w towarzystwie dwóch dziewczyn) przymierza się do płacenia. Zbliżył kartę raz, odrzucona. Gotówki nie ma.

Kasjerka proponuje, żeby wprowadził kartę do terminala i zatwierdził pin. Pan na to: "Ale ja nie pamiętam pinu". Kasjerka oczy jak pięć złotych, zawołała koleżankę. Cuda-wianki, hihihi-hahaha, no jak to tak, pan pinu zapomniał. Poszło zbliżeniowo.

W międzyczasie towarzyszki pana chichoczą, wdzięczą się, a on niczym niezrażony czeka. W końcu zapakowali zakupy, poszli. Nadeszła moja kolej.

Przy płaceniu zwróciłam uwagę kasjerce, żeby następnym razem w tej sytuacji poprosiła klienta o dokument tożsamości - "zapominają pinu" najczęściej złodzieje, a posługiwanie się cudzą kartą jest karalne.

Nie wiem, czy pani do wiadomości przyjęła, bo była tak urażona, że nie odpowiedziała nawet „do widzenia”.

sklepy

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (133)

#80379

(PW) ·
| Do ulubionych
Poniedziałek, 9 października br., godz. 17 z minutami
Na ulicy obok (po skosie od naszych okien) zaczyna wyć alarm w samochodzie. Sygnały dźwiękowe przez kilkanaście sekund co mniej więcej minutę.

Godz. 23 z minutami.
Alarm wyje w dalszym ciągu. Telefon na straż miejską. Słuchawki na uszy i idę spać.

Wtorek, 10 października, godz. 5.45.
Wstaję, szykuję się do pracy, karmię kota i wychodzę z domu ok. 7. Alarm wyje.

Godz. 11 z minutami.
Musiałam przyjechać do domu po dokumenty, alarm wyje. Kolejny telefon na straż miejską (z pracy).

Godz. 17 z minutami.
Wracam z pracy, kot rozdrażniony, alarm wyje. Jedyna zmiana - krótkie sygnały dźwiękowe co kilka sekund. Znowu dzwonię. A raczej próbuję się dodzwonić - ciągle zajęte.

Godz. 23 z minutami.
Idę spać. Ze słuchawkami.

Środa, godz. 5.45.
Powtórzony schemat wtorkowy. Rozwścieczona ja, rozwścieczony kot. Siła dźwięku nie słabnie. Z pracy dzwonię na straż miejską. Dodzwonić się nie mogę, dzwonię ze służbowego. Nie dodzwoniłam się.

Godz. 18 z minutami.
Dzwonię ponownie. Poza standardowym "przyjęto zgłoszenie" słyszę - "a to pani tak przeszkadza? no co pani?". Ano, przeszkadza.

Godz. 21 z minutami.
Dzwonię raz jeszcze. Postęp! Sprawa przekazana policji. Policja ustaliła, że pojazd jest na obcych numerach (tj. z sąsiedniego województwa). Ustalenie właściciela pojazdu potrwa. Nic więcej zrobić nie mogą.

Godz. 23.
Idę spać w słuchawkach.

Czwartek, godz. 5.45.
Wstaję, szykuję się, wychodzę. W pracy dzwonię do redakcji lokalnego dziennika. Zainteresowani.

Godz. 17-23.
Alarm wydaje dźwięki jak stary, zły pies. Poszczekuje. Ciszej, w sumie już się przyzwyczaiłam.

Piątek.
CISZA!

W mojej ocenie sytuacja cholernie piekielna - zakłócenie ciszy nocnej, miru domowego... A wszystko dlatego, że ustalenie właściciela trwa. Tzn. najpierw pytanie - czy próbowano go ustalić.
Drodzy Piekielni, co w takiej sytuacji można zrobić? Legalnie, rzecz jasna. Bo pomysły o włamaniu i odcięciu akumulatora miałam, nie powiem ;)

policja_straż miejska_zakłócanie ciszy

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (141)
zarchiwizowany
Kilka dni temu otrzymałam taki e-mail:
"Dear Customer!

According to our data you owe our company a sum of $537,95. There are records saying that you have ordered goods in a total amount of $ 537,95 in the third quarter of 2015.

Invoice has been paid only partially. The unpaid invoice #13155480 is enclosed below for your revision.

We are writing to you, hoping for understanding and in anticipation of the early repayment of debt.

Please check out the file and do not hesitate to pay off the debt.

Otherwise we will have to start a legal action against you.

Regards,
Samuel robbie
304 N Davis St, Jacksonville,
FL 03739
Phone nr: 517-020-7106"

Adres e-mail nadawcy: robbieSamuel6318@jedrasik.pl
Plik oczywiście z załącznikiem.
Czy ktoś z was spotkał się z czymś takim? Chodzi mi konkretnie o podobnie brzmiące wiadomości i zbieżność nazw.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (30)

#70593

(PW) ·
| Do ulubionych
Stałam dzisiaj w kolejce do rejestracji w prywatnym centrum medycznym (co jest istotne dla historii). Przede mną obsługiwany był pan w średnim wieku. Mimowolnie podsłuchałam jego rozmowę z rejestratorką:

[Mężczyzna]: Tydzień temu robiłem badania.
[Rejestratorka]: Tak, słucham o co chodzi.
[M]: Bo ja wyniki dostałem po dwóch dniach, a miały być po tygodniu!
[R]: (nie rozumie w czym problem) Tak...
[M]: No i ja się chciałem dowiedzieć czy laboratorium tak się nudziło? Czy one są dobre?
[R]: Podajemy maksymalny czas oczekiwania na wyniki, z reguły są wcześniej.
[M]: Bo to jest nie do pomyślenia! Żeby tak wcześniej.

Po czym odwrócił się i ani be, ani me wyszedł. Zdumiał mnie fakt, że panu chciało się fatygować (fizycznie, do budynku - zawsze mógł zadzwonić albo sprawdzić przez internet) i wyrażać niezadowolenie, że wyniki dostał WCZEŚNIEJ a nie później.

Szczerze współczuję pani w rejestracji, bo była dopiero godz. 11 i już takie kwiatki "z rana".

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 359 (385)

#70594

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii gorzkich żalów w autobusie.
Starsza pani, posiadająca przywilej darmowych przejazdów komunikacją miejską (z racji wieku), żaliła się przypadkowo spotkanej emerytce, że ostatnio została wyproszona z busa jeżdżącego do pobliskiego miasteczka. Smarkacz (jak określiła kierowcę) zażądał pełnej opłaty za przejazd albo opuszczenia pojazdu. Więc pani wysiadła (widocznie nie spieszyła się tak do pracy, którą nota bene również się pochwaliła), bo przecież zniżkę ma i płacić nie będzie.

A właśnie, że płacić powinna - bo chyba pani umknęło, że busy nie należą do komunikacji miejskiej, więc nie obowiązują w niej żadne zniżki (ani studenckie, ani emeryckie). Zniżka w takim pojeździe (a raczej sieci) jest dobrą wolą właściciela, co jasno i wyraźnie jest zapisane w regulaminie przewoźnika.

Efekt: opóźnienie busu 15min, obrażona starsza pani, poirytowany kierowca.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 281 (313)

#68685

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyjmuję tabletki hormonalne, na które dostaję od ginekologa recepty z refundacją (odpłatność 30%). Płacić 30% a 100% - znaczna różnica.

Na moim osiedlu jest apteka. Dwie sytuacje z nią związane a tyczące się tego samego.

Sytuacja I: Miało to miejsce około dwóch, trzech miesięcy temu. Zorientowałam się, że powinnam zacząć nowy blister tabletek ale niestety "zeszło mi się" z ich kupnem, więc pędzę do osiedlowej apteki z receptą w dłoni. Farmaceutka sczytuje kod z recepty, błąd. Źle wystawiona i nie przejdzie ze zniżką. Mówię trudno, 15 minut do zamknięcia, nie dolecę do następnej a wziąć pigułkę muszę. Kupiłam z odpłatnością 100%. Uff, wzięłam, o sprawie z błędem na recepcie zapomniałam.

Sytuacja II: Zapomniałam, aż do dzisiaj. Sytuacja podobna, z tym wyjątkiem że wcale mi się nie spieszyło. Recepta błędna, źle wystawiona, zły kod czy licho wie co. W każdym razie pani farmaceutka słodko się uśmiecha i mówi, że niestety z refundacją nie przejdzie ale może mi sprzedać z odpłatnością 100%. Czasu miałam aż nadto, więc przeszłam się do następnej apteki. Tabletki zakupiłam i o dziwo recepta była ok, refundacja przeszła, cud miód maliny!

Nie za bardzo się orientuję, więc czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, czy kod na recepcie (świadczący o refundacji) może w jednej aptece przejść, a w drugiej być odrzucony?

apteka

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 421 (487)
zarchiwizowany
Sytuacja miała miejsce dzisiaj w godzinach popołudniowych.

Do autobusu środkowymi drzwiami wsiadła kobieta (w wieku ok 30 lat) wraz z mężczyzną. Od razu zauważył ją inny mężczyzna, w podobnym wieku, siedzący z przodu, tyłem do kierunku jazdy. Zerwał się z siedzenia, zaczął ją obrażać, krzyczeć, przeklinać. Kobieta wraz z towarzyszem podróży uciekli na tył pojazdu, natomiast awanturnik zaczął szarpać siedzenia, uderzać kasowniki, jednym słowem - demolka. Kierowca zareagował bardzo szybko, od razu wezwał policję i zatrzymał się na najbliższym przystanku. Agresor zajął się demolowaniem przystanku, bez przerwy wrzeszcząc na kobietę.

Prawdziwa piekielność: kierowca czekał na przystanku 30 minut od zgłoszenia sprawy na policję. Odjechał po tym, jak mężczyzna w końcu się zmęczył demolowaniem okolicy i oddalił.

Zawsze wydawało mi się, że w przypadku awantury w środkach komunikacji miejskiej policja, ewentualnie straż miejska, pojawiają się szybciej niż w przypadku na przykład zakłócania ciszy nocnej. Ale widocznie tylko mi się zdawało.

Uprzedzając pytania, czy nikt z pasażerów nie mógł zareagować- autobus był prawie pusty, jechało kilka starszych osób, dwie, trzy kobiety w wieku ok 30 - 40 lat oraz nieszczęsny męski towarzysz podróży obrażanej kobiety, który ulotnił się jak kamfora, gdy tylko kierowca otworzył drzwi.

komunikacja_miejska; policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (183)
zarchiwizowany
EDIT: Mówiąc o dziadku, że był piekielny, miałam na myśli to określenie z perspektywy Kasi :) Oczywiście nie ironizując to nie dziadek był tym złym a raczej jej rodzice. Dziadek zachował się wzorowo, podejrzewam że po raz pierwszy ktoś w jej króciutkim życiu nie spełnił jej żądania :)

"Piekielny" był mój dziadek wobec swojej rozpieszczonej i bezstresowo wychowywanej siedmioletniej wnuczki Kasi (a mojej siostry ciotecznej).

Kasia z rodzicami bardzo rzadko odwiedza dziadków, mieszkają poza granicami Polski. Dziadek z racji wieku ma problemy z kręgosłupem i stawami, nie jest tak aktywny fizycznie jak parę lat temu.

Sytuacja właściwa.
Dziadek [D] siedzi w kuchni i rozwiązuje krzyżówkę. Kasia [K] ogląda w pokoju bajki.
[K]: Dziadeeeek! Łyżeczka!
[D]: Słucham?
[K]: Łyżeczkę mi daj! Daaaaj!
[D]: Nie wiem gdzie są.
[K]: Co? Łyżeczkę mi DAAAAJ!
[D]: Nie wiem gdzie babcia chowa łyżeczki.

Kasia przyszła z pokoju i stanęła przed dziadkiem.
[K]: Jak nie wiesz? Łyżeczki? Nie wiesz dziadek?
[D]: No nie wiem.

Kasia podchodzi do szuflady i wskazuje palcem.
[K]: O tu są dziadek. Tu!
[D]: To jak już przyszłaś i wiesz gdzie są, to sobie weź.

To była Kasi ostatnia próba wysługiwania się dziadkiem :)

dzieci

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (305)
Przygody ze szkołami językowymi.
Z racji wakacji i nadmiaru wolnego czasu postanowiłam zapisać się na intensywny kurs wakacyjny z języka niemieckiego. Poszperałam więc w internecie, telefon w garść i dzwonię.

Szkoła 1.
Odpowiedź na moje pytanie o rozpoczęcie kursu: nooo my nie wiemy... nie wiemy do końca, może od sierpnia.. bo wiee pani.. parę osób jest chętnych. ale to ja nie wiem, to za mało. Nie wieem...

Szkoła 2.
Odpowiedź jak wyżej oraz "kwiatek": to trzeba się dowiadywać. bo to codziennie może się grupa uzbierać! To trzeba dzwonić! To może ruszyć lada chwila, wie pani!
Na moje pytanie ile osób brakuje do tego "lada chwila": noo na razie są dwie (czyli brakuje ok 6 osób :) ).

Szkoła 3.
Nie usłyszałam nic, czego nie słyszałabym w dwóch poprzednich.

Szkoła 4.
Owszem kursy organizuje, nawet z bardzo wymyślnych języków, takie "do wyboru do koloru", ale co z tego, skoro wszystkie poziomy wrzucają do jednego worka (wiem z autopsji - w zeszłym roku chodziłam na norweski, grupa miała być początkująca i "totalnie od zera" a jedyną osobą, która nie miała styczności z językiem, byłam ja).

W żadnej szkole nie zostałam poproszona o jakikolwiek kontakt (telefon, e-mail). Nic. Niby ludzie pytają, niby popyt jest, ale coś ciężko z organizacją i marketingiem. Numer kontaktowy przyjęto ode mnie na moją wyraźną prośbę i sugestię - że może zaczęliby jednak te numery zbierać, bo w takim tempie to poczekamy do października, a wątpię, czy będą ludzie dzwonić co tydzień z tym samym pytaniem. Nie chce im się nawet o ten głupi numer zapytać, jakby te kursy były co najmniej darmowe. A niestety jest sporo chętnych do wyłożenia 5 czy 6 stów za 3-4 tygodnie nauki, tylko niestety nikt tych pieniędzy nie chce.
Ot, paranoja.

szkoły językowe

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (237)