Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 24 maja 2018 - 19:09
  • Historii na głównej: 35 z 43
  • Punktów za historie: 8382
  • Komentarzy: 147
  • Punktów za komentarze: 780
 
poczekalnia
Moja sąsiadka uczy w liceum, które postanowiło zostać przedsionkiem politechniki - nacisk kładzie się tam na fizykę, matematykę, chemię i informatykę, a pozostałe przedmioty, zwłaszcza humanistyczne, realizuje się co prawda od początku do końca podstawy programowej, ale na każdym kroku można wyczuć, co (i kto) jest dla wszystkich ważniejsze.
Sąsiadka mówi, że trochę to boli, kiedy słyszy przy układaniu planu "bo oni MUSZĄ mieć tyle godzin polskiego, bo to WYMYSŁ ministerstwa, a tyle WAŻNYCH rzeczy można by zrobić w tym czasie", boli bardzo, kiedy okazuje się, że uczniowie zainteresowani np. olimpiadą historyczną są przez szkołę usilnie namawiani, żeby przestali marnować siły i skupili się na kolejnym konkursie fizycznym, a boli nie do zniesienia, kiedy usiłuje się wymuszać na nauczycielach zdawalność matur wewnętrznych.

W mijającym tygodniu sąsiadka egzaminowała z polskiego. Na szczęście nie ma już "przygotowywanych cały rok" prezentacji, tylko losuje się temat do omówienia kilkanaście minut przed egzaminem, ale usłyszałam od niej (i sama zobaczyłam na przykładowych pytaniach), że zdanie tego to formalność, a nie wysiłek intelektualny.

Sąsiadka oblała dwie osoby. Pierwsza postanowiła cwaniakować i zaczęła wymuszać na komisji zaliczenie bez przeprowadzania egzaminu - "bo przecież to wszystko bez sensu". Cóż, sens sensem, egzaminatorzy mają swoje obowiązki i protokołują przebieg matur, więc do protokołu wpisano, że zdający nie podjął się realizacji zadania maturalnego. Osoba numer dwa podłożyła się w inny sposób - wylosowała temat o tym, w jaki sposób artyści przedstawiają rodzinę i jakiś obraz tematyczny do omówienia jako punkt wyjścia. Nie powiedziała absolutnie nic, nie była w stanie nawet opisać, co przedstawia reprodukcja, którą miała na kartce. Zapytana, czy zna jakiś film albo powieść, w której występują dzieci powiedziała, że nie i umilkła.
Komisja nie miała innego wyjścia, jak ją oblać.

Przypadek osoby pierwszej pozostał bez komentarza ze strony szkoły, ale osoba numer dwa powróciła jako wiadro pomyj wylane na głowę sąsiadki - to był jakiś olimpijczyk z matematyki, wygrane zawody programistyczne, murowana kariera, geniusz ścisłowiec. Sąsiadka dowiedziała się, że to jej wina, że nie pójdzie na studia (z oblanym ustnym polskim ma się niezdaną całą maturę) mimo wygranych indeksów, bo nie starała się dość mocno, żeby go na tej maturze wyciągnąć na 30% i teraz będzie musiała przeprosić jego rodziców za zmarnowaną przyszłość dziecka. I że na pewno będą podważać ważność egzaminu w okręgowej komisji egzaminacyjnej, bo nie może być tak, żeby taka pierdoła przekreślała wszystko.

Zapytałam, dlaczego dopuszczono go do tej matury. Bo to olimpijczyk i "na pewno sobie poradzi".

Mam wrażenie, że od moich czasów tak zwana "wychowawcza" funkcja szkoły i świecenie przykładem odpowiednich wartości w życiu mocno zmieniły oblicze.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (154)

#82062

(PW) ·
| Do ulubionych
Za każdym razem, kiedy myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, kuszę los. Los za każdym razem daje się skusić.

Poszłam rano na tai chi do parku. Po ćwiczeniach usiadłam z kolegą w parkowej kawiarence, żeby poplotkować i wypić kawę (dzień ciepły, piękny, kawiarniany ogródek aż zapraszał do tego, żeby usiąść i wypić frappe). Siedzieliśmy, gwarzyliśmy, w pewnym momencie poprosiłam kolegę, żeby się dyskretnie obrócił i spojrzał na jeden z dalszych stolików, przy ogródkowym płotku.

Do płotka był przywiązany jakiś mały pies, który najwidoczniej chwilę wcześniej zdefekował na ziemię. Właścicielka - na oko dobrze utrzymana sześćdziesiątka - wyciągnęła z torebki woreczek, zapakowała w niego psie odchody i położyła na parkiecie pod stolikiem. W tym momencie poprosiłam kolegę o dołączenie do obserwacji (byłam pewna, że babka wstanie i całkowicie nieprzypadkowo zapomni o worku).

Po jakichś 10 sekundach kobieta schyliła się, wyciągnęła woreczek i wytrząsnęła jego zawartość do wazonu na stoliku, a samą torebkę zmięła i schowała pod zużytymi serwetkami na talerzyku. Odwiązała psa, wstała i skierowała się do wyjścia.

Zaczęliśmy za nią wołać, żeby wróciła, bo moment, co ona sobie myśli, ale potruchtała ze smyczą bez odwrócenia się. Udało nam się zwrócić za to uwagę bufetowej, która z oczywistych powodów nie była ucieszona pozostawionym "napiwkiem".

A myślałam, że to szpitalna kolekcja przedmiotów, które utknęły w odbytach pacjentów jest szczytem wszystkiego.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (119)

#81777

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia stała się wrogiem publicznym numer 1 w swoim miasteczku.

Babcia wybrała sobie w życiu fach niecodzienny - jest rzeźbiarką. Nie prowadzi już swojej pracowni, karierę artystki rozwijała głównie za granicą. Po przejściu na emeryturę zwinęli się z dziadkiem i osiedli na zadupiu, blisko gór, lasów, czystej wody i błękitnego nieba. Babcia nauczała rzeźby w lokalnym domu kultury i projektowała duperele w rodzaju okazjonalnych statuetek wręczanych w nagrodę za wieloletnią służbę dla partii.

Pewien czas temu została zaproszona do ratusza na spotkanie z burmistrzem. Zbliżała się wyjątkowa uroczystość, drugi ślub trzeciej córki czy coś podobnego. Grunt - pannie młodej zamarzyło się ozdobienie ogrodu weselnego rzeźbą swoją i małżonka w skali 1:1. W marmurze. Najlepiej w pozie pary tańczącej walca. I oto burmistrz proponuje babci taki interes, że w kasie miejskiej jest fundusz na obiekty artystyczne do wystawienia na jakimś skwerku, to babcia zrobi tę rzeźbę, oni rozpiszą konkurs, babcia wygra, dostanie pieniądze i po ślubie się ten kawał kamienia ustawi na skwerku.

Babcia zadała trzy pytania:
1) czy wiedzą, że to nielegalne,
2) czy wiedzą, że to zajmie około 2 lat,
3) czy wiedzą, że koszt takiej imprezy jest sześciocyfrowy.
Okazało się, że żadnej z tych rzeczy nie wiedzieli. Pomysł upadł.

Po kilku dniach znowu odezwali się od burmistrza, bo jego córka strasznie napaliła się na te rzeźby i już zdążyła się pochwalić, że będą, a tutaj zonk, stara baba ma wąty.

Po negocjacjach stanęło na tym, że babcia wypożyczy jakieś prace, wypisze się rewers na dom kultury, postoją w holu i potem wrócą do babci. Stety niestety, jedyne prace, które rozmiarowo odpowiadały panience, były wykonane z połączenia kamienia, metalu i szkła. Z przewagą szkła.

Babcia oddała 3 rzeźby, wzięła kwit na 3 rzeźby, ekspozycja czasowa miesięcy tyle i tyle w budynku miejskiego ośrodka kultury, po tym czasie wracają do właścicielki.

Chwalić Boga, że tego rewersu nie wyrzuciła, bo ślub się odbył, a po ślubie okazało się, że jedna z rzeźb nie przetrwała w całości. Praca skończyła w kilkunastu(!) częściach i wyglądała, jakby ją ktoś potraktował młotem kowalskim. Babcia dostała przeprosiny, zapewnienia o głębokim żalu, wielka szkoda, no nie wiedzą, jak to się mogło stać, ogólnie im przykro i liczą na to, że sprawa rozejdzie się po kościach. Nie rozeszła, bo w babcię wstąpił demon. Wezwała miasto do zwrotu prac i wypłaty odszkodowania za zniszczenia. I w tym momencie zaczęła się cała afera.

Miasto stwierdziło, że zapłaci, ale chce wiedzieć, ile.

Babcia pokazała kwit z austriackiego domu aukcyjnego, że 5 lat temu praca z tej samej grupy poszła za wiele tysięcy euro i ona domaga się równorzędnej kwoty.

Miasto potrzebowało chwili, żeby odzyskać głos i przyznało, że spodziewali się 5-6 tysięcy złotych…

Babcia oddała sprawę do sądu. W pierwszej instancji sąd uznał, że należy jej się wiele tysięcy, ale złotych, bo trzeba brać pod uwagę realia gospodarcze wpływające na rynek dzieł sztuki i to, że kasa miejska nie może sobie pozwolić na szastanie kwotami takimi, jak w zachodnich domach aukcyjnych, a w ogóle to ona też jest winna, bo nie upewniła się, że jest ochrona, zabezpieczenia, ubezpieczenie i podobne rzeczy. Radca płakał ze śmiechu, kiedy czytał uzasadnienie wyroku.

Poszła apelacja. Z przeniesieniem sądu rozpatrującego sprawę z Nieco Większego Zadupia do Bardzo Dużego Miasta.

W apelacji uznano, że miasto wzięło odpowiedzialność za los rzeźby, samo oświadczyło, że znało jej wartość i zapłacić musi zgodnie z aktualnym szacunkiem domu aukcyjnego, a to, że artystka nie jest znana w kraju, nie znaczy wcale, że jej twórczość jest bezwartościowa. Jednocześnie nie ma znaczenia dla sprawy, czy rzeźby stały na sali weselnej, w kościele, czy w garażu, bo oddano je w pieczę miastu reprezentowanemu przez miejską instytucję i to instytucja za nie odpowiadała. Wyrok zapadł.

Całość kołomyi trwała ładne 4 lata. Podobno bardzo prędko, jak na taką sprawę. Przez 4 lata babcia była wskazywana palcami i obmawiana jako ta, która chce się dorobić na wspólnym dobru lokalnej społeczności, wielka artystka, która każe sobie płacić bajońskie sumy za jakieś barachło i baba z miasta, co myśli, że będzie ustawiać lokalsów po kątach, a w ogóle to teraz nic nie będzie się działo w tej mieścinie, trzeba jeszcze wziąć kredyt, żeby ją spłacić. Oczywiście, lekcji w domu kultury już nie udziela.

Babcia z dziadkiem kupili już działkę na innym zadupiu, tym razem na przeciwległym końcu kraju, a swoją artystyczną przeszłością staruszka nie ma zamiaru nikomu się tam chwalić.

Przeprowadzka zaraz po świętach.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (255)

#81644

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj wieczorem rozmawiałam z koleżanką z poprzedniej pracy, która składa pozew przeciwko szefom o niesłuszne zwolnienie dyscyplinarne.

W firmie, w której poprzednio pracowałam zachował się relikt minionej epoki - biblioteka zakładowa. Nie była jakoś świetnie zaopatrzona, ale prenumerowała kilka tytułów prasy branżowej, w tym dwa czy trzy czasopisma poza Open Accessem (a czasopisma w tej branży są naprawdę za drogie na kieszeń mieszkańca naszej części Europy) i co jakiś czas pojawiały się tam pozycje przydatne w pracy mniej lub bardziej bezpośrednio. Nie było przymusu korzystania z tego przybytku, ale był przymus oddania wypożyczonych materiałów.

Koleżance przydarzyła się taka historia, że najpierw trafiła na dłuższe L4 z powodu złamania ręki, co uniemożliwiło jej pracę, potem na jeszcze dłuższe z powodu zagrożonej ciąży, a potem na macierzyński. W sumie wróciła do pracy po ponad dwóch latach. I na dzień dobry dostała dyscyplinarkę za nieoddanie materiałów bibliotecznych.

Siedziałam i sama nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Dyscyplinarka powinna używana tylko w przypadku ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych, więc w pierwszej chwili podzieliłam wściekłość i frustrację koleżanki. A potem zaczęłam dopytywać o szczegóły tej sytuacji i zrodziły się we mnie wątpliwości.

Koleżanka wzięła materiały o wartości rynkowej ponad dwóch tysięcy złotych - czasopisma zagraniczne (160 zł za jeden zeszyt...), kilka zagranicznych książek i nie oddała ich przez 3 lata (a wg regulaminu, który podpisywaliśmy dostawaliśmy rzeczy z biblioteki na 2 tygodnie). Rzeczy niskonakładowe, drogie, których ponowne zakupienie mogło być trudne i/lub drogie. Jednocześnie te materiały naprawdę mogły być przydatne innym w pracy, bo mieliśmy w umowach obowiązek podnoszenia kwalifikacji. Przyznała się, że zalegała ze zwrotem jeszcze przed pójściem na zwolnienie, a w trakcie tych trzech lat kilkakrotnie obiecywała, że je odda i tego nie zrobiła do dzisiaj. Jej tłumaczenie - "bo to tylko książki i gazety, zresztą, potrzebowałam ich do magisterki".

I teraz siedzę i dumam. W obecnej pracy też mamy obowiązek podnoszenia kwalifikacji i dalszego kształcenia. Firma zapewnia nam - na szczęście tylko elektroniczny - dostęp do bazy pełnotekstowej z kilkoma czasopismami, żebyśmy mieli dostęp do nowinek z branży. Nie wiem, czy jako szef zdecydowałabym się na dyscyplinarne zwolnienie za zaleganie ze zwrotem książek i czasopism.

Z drugiej strony, na pewno byłabym nieziemsko wnerwiona na pracownika, który mnie regularnie zwodzi z rozliczeniem się z własności firmy i korciłoby mnie, żeby mocno kopnąć go w dupę.

Mam przeczucie, że szykuje się precedensowy proces i jakaś kancelaria adwokacka albo radcowska nieźle się obłowi.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (151)
zarchiwizowany

#81546

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny odcinek niekończącej się tragifarsy "dlaczego nie lubię mojej grupy zawodowej".

Rozmawiałam z koleżanką z roku, która zdecydowała się praktykować. Pomiędzy wypominkami "ta się zeszła z tym, a ten rzucił tamtego, a tamten pozdrawia ze Szwecji" dowiedziałam się, że koleżanka zapisała się na jakieś szkolenia prowadzone przez prawników. Temat szkoleń "jak nie dać się pozwać" - adresowane specjalnie do lekarzy (specjalnie zapytałam, czy to na pewno tak właśnie brzmi...)

Na moją uwagę, że najprościej będzie pracować tak, żeby jej nikt pozwać i nie chciał, i nie musiał odpowiedziała mi "przecież wiesz, jak jest".

Właśnie wiem. Dlatego wołami nie zaciągną mnie do praktykowania medycyny, nieważne, jak wielkiej presji społecznej ministerstwo by na mnie nie nałożyło. Między innymi dlatego, żeby nie dać się pozwać - i nie musieć zapisywać się na takie szkolenia.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (23)

#81442

(PW) ·
| Do ulubionych
Popełniłam życiowy błąd i spędziłam weekend, udzielając awaryjnych i ekspresowych korków z chemii ogólnej, biochemii, farmakologii i fizjologii studentce pewnej stołecznej uczelni medycznej. Takie kombo, do pełni szczęścia zabrakło tylko anatomii i etyki w postępowaniu medycznym.

W życiu bym się nie ugięła, gdyby nie to, że Bardzo Była Uczennica to kuzynka dobrej przyjaciółki, której wisiałam od dawien dawna ogromną przysługę i w ten sposób przyszło mi spłacić dług. Dziewczyna ma jakieś warunki, jakieś poprawki, sesję mocno przedłużoną, średnio mnie to zresztą interesowało, ważne było dla niej, że potrzebuje pomocy na już, teraz, natychmiast, a dla mnie - co w zasadzie mam jej tłumaczyć.

Okazało się, że wszystko...
I niech mi stawy zaczną wyginać się w drugą stronę, jeżeli przesadzam. Wszystko. Zaczęłam z grubej rury - kazałam jej zaznaczyć na listach zagadnień wszystko, co już umie, żebym wiedziała, z czym się mierzymy. Dziewczynka po minucie czy dwóch gapienia się tępo w przestrzeń wyjąkała "No... ale ja nic jeszcze nie umiem. Dlatego korków potrzebuję, nie?".

Po bardzo niedługim czasie okazało się, że "nic" to bardzo trafne określenie. Podręczników i skryptów dziewczyna nie czyta, bo ich nie rozumie (i - w większości - ich nie posiada). Na zajęciach "trochę byłam, no wiesz, hehe, bo sprawdzali obecność, ale średnio ogarniałam". Dlaczego nie odpaliła choć Wikipedii, żeby tam sobie przeczytać absolutne minimum? Nie potrafiła powiedzieć.

Zdusiłam w sobie ubolewanie, szok, gorycz i resztę operetkowych odruchów i przeszłam do tłuczenia bazy pytań, bo nie streszczę jej kilkuset godzin wykładów i nauki własnej w 2 dni, może przynajmniej prawidłowe odpowiedzi zapamięta. Rozmowy o pytaniach wyglądały przeważnie tak:
- Ale ja nie rozumiem, o co chodzi w tym pytaniu.
- Którego słowa nie rozumiesz?
- Wszystkich...

Skracając przydługą opowieść - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotkać studentkę IV roku, która planuje mieć napisane na dyplomie "lekarz-dentysta", a której trzeba było wyjaśniać, czym są - z chemicznego punktu widzenia - białka. Tak, białka. Jak trzynastolatkowi w gimnazjum. Przy aminokwasach jej twarz się rozjaśniła i zachwycona wystękała "aaaaa... TO BYŁO!...". Na całe szczęście, bo chyba bym udusiła dla dobra ludzkiej puli genetycznej.

Pod koniec drugiego dnia poinformowałam ją z mocą i przekonaniem, że nie ma najmniejszych szans zdać żadnego z egzaminów i zapytałam, jak zdała maturę z biologii i chemii.

Ściągała.
Najciekawsza była jej reakcja na moją złowrogą wróżbę - wzruszyła ramionami i stwierdziła, że "tatuś zadzwoni, zapłaci i dadzą jej zdawać znowu, w następnej sesji".
Zaciekawiłam się, kim jest tatuś.
Tatuś jest profesorem kardiochirurgiem. Nawet kiedyś byłam na jego wykładzie, tylko nazwiska nie skojarzyłam.
Zastanawiam się, dlaczego sam nie uzupełnia braków w wykształceniu córeczki. Może przejdę się na jego dyżur i zapytam.

niestety moja kuchnia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (248)
zarchiwizowany

#81478

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zrobiłam dzisiaj sobie baaardzo długą wycieczkę komunikacją miejską i przypadło mi miejsce za dwoma dziewczątkami w wielu okołomaturalnym (sądząc z tego, co mówiły, bo z twarzy wywnioskowałam jedynie, że praktykują sztukę hodowania masek weneckich z warstw osadowych makijażu).

Dziewczynki konwersowały na tak ważny społecznie temat, jakim jest aborcja. Dowiedziałam się następujących rzeczy o sposobach przerywania ciąży:
-należy jak najszybciej przespać się z innym facetem i koniecznie pozwolić mu skończyć w środku, bo cudza sperma podziała toksycznie na zarodek zaimplementowany w macicy ("ta Mariola, wiesz, ta od Patrycji tej od czarnego Witka, to ona zawsze tak robi i przecież jej nikt z brzuchem nie widział!")
-równie dobrze można też zrobić sobie płukankę z octu i spirytusu (zabolało mnie na samą myśl)
-trzeba bardzo dużo chodzić po schodach i jeździć na rowerze, no i tańczyć, bo od tego ciąża się wytrzęsie na zewnątrz
-dobrze jest też dać się pobić po podbrzuszu albo skopać w krocze ("tylko wiesz, to trzeba tak naprawdę na fest, dobrze wcześniej sobie walnąć setkę albo dwie i tabsa połknąć, żeby wytrzymać")
-w skrajnej ostateczności należy iść "do znajomych Aleksa tego co się trzyma z Elizą", bo oni mogą skombinować "jakieś tabsy" na poronienie
-a najlepiej by było, jakby się dało skombinować paralizator, bo "słyszałam, że od tego to się od razu wszystko w środku obrywa i po gówniaku".

XXI wiek, internety, Czechy, Holandia, zorganizowane wycieczki do klinik przygranicznych z polskojęzyczną obsługą, podziemie aborcyjne tak podziemne, że trzeba się do niego wspinać po schodach, a ludzie nadal wierzą w ocet... Już chyba wolałam wieszaki.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (139)

#81017

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie madka, ale ojciedz roku wczoraj mi się trafił.

Wybrałam się wczoraj w odwiedziny do kolegów ze studiów - ot, jednodniowa wycieczka. Po kawce i ciasteczku zaproponowali, że pokażą mi tamtejszy kościół, bo raz, że zabytkowy, a ja jestem łasa na smaczki architektury sakralnej, dwa - świeżo po większej renowacji. Poszliśmy.

W kościele zastaliśmy tylko krótką kolejkę do konfesjonału, panią zajętą robieniem dziesiątek zdjęć ołtarza i nawy głównej oraz mężczyznę, który zabawiał małe, na oko półroczne dziecko - stał w bocznej kaplicy. Po obejściu całości weszłam do niej - akurat w tym momencie, w którym facet postanowił zmienić dziecku pieluchę. Zużytego pampersa odłożył prosto pod figurę Maryi, na biały obrus ołtarzowy...

Zwróciłam uwagę. Usłyszałam, że przecież widzę, że ciasno i nie ma miejsca. Rzeczywiście, kapliczka wielkości orzecha włoskiego i nie ma się w niej za bardzo jak obrócić, ale ludzie, są pewne granice bezmyślności. Odparłam, że przecież mógł iść od zakrystii, tam jest pewnie toaleta, nikt nie robiłby problemu - żachnął się, że nie pomyślał i o co mi chodzi, przecież już zabrał brudną pieluchę. Cóż, na pyskówkę nigdy nie trzeba było mnie namawiać i zaczęłam się z nim dochodzić. Scysję przerwała mi kobieta od zdjęć, jak się okazało - matka dziecka. Facet chyba upatrywał w niej wsparcia, ale się rozczarował - zaczęła go objeżdżać jeszcze zajadlej niż ja.

Co będzie następne, kładzenie dzieciaków na głównym ołtarzu, bo w ławkach nie ma przewijaków? Czy zamykanie się w konfesjonałach, bo trzeba berbecia nakarmić piersią?

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (151)

#80934

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojechałam sobie na konferencję na południe Polski. Firma moja zapłaciła jak za zboże, bo kwota opłaty za sam udział niebezpiecznie zbliżyła się do czterocyfrowej, noclegi we własnym zakresie. Kontakt z organizatorami na poziomie maila miałam mieszczący się w granicach przyzwoitości, choć denerwowało mnie, że korespondowałam w jednej sprawie z 4 różnymi osobami ("przekazałem Pani wiadomość do XYZ, bo to on się zajmuje tą częścią prac organizacyjnych..." wpieniało mnie niesamowicie już za trzecim razem).
Tak w skrócie:

- W ramach powitalnych gadżetów, ludzie dostawali torbę biurową, kubek termiczny, organizer i jeszcze coś. Dla mnie i kilku innych osób materiałów zabrakło. Po solidnym opierd*leniu jednej organizatorki ("Proszę się tak nie unosić, ja mam doktorat!" - "A ja mam ciężkiego wk*rwa na panią!" prawdopodobnie zrobi furorę w pracy, kiedy wrócę), dostałam tylko trochę używany program, bloczek firmowy i długopis. Mniej asertywno-agresywni nie dostali nawet tego.

- Program zresztą niewiele mi się przydał, bo przestał być aktualny długo przed początkiem obrad.

- Zapytałam dziewczynę z rejestracji uczestników, gdzie moja faktura i komu mam zostawić delegację do podbicia. "Nie wiem". Lepiej niech się dowie, bo za 3 godziny mam zamiar ją znaleźć i wymolestować odpowiedź.

- Nie zmieściłam się w sali konferencyjnej, bo geniusze nie pomyśleli, że jednym panelem może być zainteresowanych więcej niż 20 osób na raz, a na konferencji jest, lekko licząc, jakieś 150 luda.

- Nikt nie wpadł na pomysł poinformowania prowadzących sesje o tym, kto z ich prelegentów się pojawił, a kto nie. Sprawdzanie listy obecności na początku panelu przypomniało mi pocieszne lata podstawówki.

- Konferencja w trzech budynkach jednocześnie. Bynajmniej nie tworzą one trójkąta. W rezultacie z popołudniowej sesji na przerwę kawową zasuwałam ponad kilometr z buta, bo w trakcie referatów zdążyła ona przewędrować wraz z organizatorami.

- Znalezienie kogokolwiek technicznego, żeby np. przyniósł drugi mikrofon, kiedy pierwszy się rozładował albo ogarnął niezsuwający się ekran do projektora okazało się niemożliwe, bo pan techniczny jest tylko po wcześniejszym zgłoszeniu telefonicznym, jako że urzęduje w budynku głównym w innej dzielnicy.

- Nie wiem, po co na życzenie organizatorów deklarowałam konkretne opcje żywieniowe ze wskazaniem dań z menu obiadowego włącznie, skoro okazało się, że obiad nie był wydawany na porcje, ale rzucany na stoły systemem "na tym końcu ryba, a na drugim makaron".

- To zresztą nieważne, bo zanim ryba i reszta przewędrowały połowę stołów już ich zabrakło.

- Na uroczystej kolacji uroczysta była tylko moja garsonka, bo do jedzenia jako opcję wege dostałam surówkę z jabłka, marchewki i słonecznika. Mięsożercy dostali pieczeń wołową w sosie jabłkowym ORAZ dziwnie znajomą surówkę.

A na koniec najlepsze. Swój poster wysłałam tutaj pocztą 3 tygodnie temu i dwa razy się upewniałam, czy na pewno go mają. Poszłam wczoraj zobaczyć, gdzie mam dzisiaj stać. Mojego posteru NIET. Organizatorzy nie potrafią go znaleźć, nie wiedzą, kto ostatni go miał w rękach, kto ostatni go widział i gdzie on może być, skoro już nie wymagam informacji, gdzie na pewno jest. "Najwyżej będzie pani miała referat".

Po 8 nocnych godzinach przerabiania posteru na referat na tablecie, serdecznie nie pozdrawiam pewnego "przodującego wydziału chemii". Mogą być pewni, że przed wyjazdem wymolestuję zwrot opłaty konferencyjnej gotówką do ręki.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (222)
zarchiwizowany

#80684

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ludzie nie przestają błaźnić się w moich oczach, a sprawiedliwości dziejowej jak nie było, tak nie ma.

Jechałam tramwajem. Wagonik-geriatrowóz, średnia wieku +65. Na miejscu oznaczonym krzyżykiem siedział mężczyzna, na oko trzydziestolatek, nad nim stała jego rówieśnica i coś mówiła do niego półgłosem.
Na jednym z przystanków wsiadła staruszka. Przyznaję, żywy obraz kruchej praprababki, z laską, brakowało mi tylko wełnianej chusty do dopełnienia wizerunku. Podeszła do chłopaka i poprosiła o ustąpienie miejsca, bo jest inwalidką. Grzecznie, cicho, potulnie wręcz i kulturalnie. Mężczyzna nie zareagował. Zareagowała stojąca nad nim kobieta i powiedziała, że przykro im, ale właśnie jadą do szpitala, a jej towarzysz nie może stać. I się zaczęło...

Babcia nie straciła wcale kruchości z wyglądu, za to objawiła dużą siłę wokalną, bo wypiszczała(!), że to nie jest miejsce dla chorych, tylko dla inwalidów. Kobieta na to, że jak inwalidka taka zdrowa, to niech biegnie za tramwajem. Myślałam, że obejrzę pyskówkowy teatrzyk z udziałem publiczności, bo zaczęła się włączać ("młody gnój siedzi, a stara musi stać i jeszcze kobiecie nie ustąpił!"), ale jedna ze stron postanowiła unieść się honorem czynnym.

Babcia opluła mężczyznę, opluła kobietę, odmówiła zajęcia miejsca zwolnionego przez jakiegoś starszego faceta (na oko wciąż z 30 lat młodszego od niej), bo "chamstwo i plebs trzeba nauczyć!", po czym zamachnęła się laską na kobietę, kiedy ta usiłowała ją zrugać za oplucie. I przewróciła się w trakcie tego manewru, bo tramwaj to jednak niestabilny środek transportu.

Żebyście słyszeli ten ryk na dwójkę trzydziestolatków ze strony bandy seniorów, że nie ustąpili jej miejsca i tak to się skończyło, przecież ona mogła coś sobie złamać, a nawet umrzeć! "Poszkodowana" zaczęła płakać i zawodzić, para podjęła decyzję o ewakuacji, kobieta podniosła partnera, zarzuciła sobie na barki i - tadam - została wypchnięta z tramwaju przez obrońców przyzwoitości międzypokoleniowej, choć udało im się odzyskać równowagę przed upadkiem na asfalt.

Ja pojechałam dalej, słuchając pomstowania na chamstwo młodych ludzi, a że byłam jedyną przedstawicielką wieku nieeemerytalnego, to musiałam znosić spojrzenia pełne profilaktycznego potępienia.

Od dzisiaj jestem za eutanazją na życzenie społeczeństwa.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (34)