Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 18 kwietnia 2017 - 12:19
  • Historii na głównej: 21 z 24
  • Punktów za historie: 5289
  • Komentarzy: 113
  • Punktów za komentarze: 528
 
zarchiwizowany

#76994

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wracałam z pracy i szłam przez jeden z najbardziej zatłoczonych punktów w mieście - olbrzymi węzeł przesiadkowy komunikacji. Na moich oczach przebiegający chłopak wyrwał dziewczynie z dłoni jabłko, które jadła i uciekł, rechocząc.

Rozumiem wyrwanie torebki. Telefonu. Portfela przy bankomacie. Nie wiem, zerwanie naszyjnika z szyi. Potępiam, ale rozumiem kradzież czegoś cennego.

Ale kraść nadgryzione jabłko? Złodziej był ubrany w ciuchy ze znanych sieciówek, czyli jakieś 500 zł na odzież miał.

Dziewczyna najpierw osłupiała, a po chwili zaczęła się śmiać.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (Głosów: 33)
zarchiwizowany

#76529

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeczytałam w komentarzu do http://piekielni.pl/76458#comments zdanie mówiące, że małżonkowie osób chorych na raka powinni być objęci opieką psychologa.

Chciałam odpowiedzieć w komentarzu, że gówno prawda, ale to chyba zasługuje na mocniejszy głos. Otóż: gówno prawda.

Oferowanie opieki tylko psychologicznej tylko małżonkom tylko ludzi chorych na raka to jak naklejać plaster na złamanie otwarte i twierdzić, że tak właśnie powinno być. Skutki niezliczonych chorób nie ograniczają się tylko do fizycznego stanu zdrowia chorego. Nie ograniczają się do psychicznej kondycji jego rodziny. Jego najbliższego otoczenia. Olbrzymia liczba chorób oddziałuje na wszystkich, z którymi w jakiś sposób styka się chory.

Mieszkałam przez kilkanaście lat nad wiekowym małżeństwem, on z przeszłością wojenną, ona była chora na SM. On nie tolerował najmniejszego sprzeciwu z jakiejkolwiek strony. Ona wyła. Przez kilkanaście godzin każdej doby wyła, jak zwierzę, nie mogąc wytrzymać z bólu, więc wyła i wrzeszczała tak długo i tak głośno, póki całkowicie nie opadła z sił. On - też wrzeszczał. Do niej i na nią. I na nas, sąsiadów - reagował agresją na każdy kontakt, asekuracyjnie. Bo wiedział, że nie radzi sobie z sytuacją i że my wiemy, że nie daje rady - ta świadomość była dla niego nie do zniesienia. Teraz to rozumiem - wtedy zwyczajnie go nienawidziłam i się go bałam.

Jeżeli ktoś chce wiedzieć, co dzieje się z umysłem dziecka, która musi żyć w takich warunkach, to powiem tyle: mój przyjaciel z innego piętra na dwunaste urodziny chciał dostać piłę łańcuchową, żeby ich oboje zaszlachtować, a "jak zabić Ryję" było wiecznie aktualnym tematem zabaw dzieci na podwórku. Przez długi czas codziennie szczerze życzyłam im natychmiastowej śmierci.

Kiedyś dorośli próbowali zainteresować tym media i służby. Pamiętam, jak dziennikarka przepytywała moją dorosłą siostrę, czy jej nie wstyd napadać na schorowanych staruszków, którzy po prostu starają się żyć! Przymusowa eksmisja? Jasne - każdy z chęcią zacząłby temat, patrząc z okna na spontaniczną pikietę ludzi dobrej woli, którzy nie pozwolą krzywdzić kombatanta i jego chorej żony!

Chłonęliśmy to latami - dorośli i dzieci. Przez lata żyliśmy w koszmarnym stresie, ze świadomością, że możemy jedynie próbować uciec albo czekać na ich śmierć. Dzisiaj teoria zakłada, że ona powinna znaleźć się w ośrodku wyspecjalizowanym w leczeniu bólu. Teoria, bo nawet dzisiaj nie byłoby na to większych szans. Dzisiaj każdego z nas regularnie odwiedzałaby ich pielęgniarka środowiskowa i pomagałaby nam sobie z tym radzić - a przynajmniej powinna tak robić. Czysto teoretycznie. Bo nie odwiedzałaby.

Pomocą psychologa powinny być objęte 3 klatki mieszkaniowe, jakieś 36 rodzin, o ile dobrze szacuję, 120 osób. Z każdą z nich należałoby przeprowadzić przynajmniej jeden wywiad indywidualny (żeby oddzielić ludzi, na których długotrwały stres nie wpłynął aż tak szkodliwie oraz tych, którzy natychmiast potrzebowali pomocy psychiatrycznej), z większością należałoby prowadzić długotrwałą terapię indywidualną i równolegle grupową - rodzinną, małżeńską, wreszcie społecznościową (wiecie, jak trudno zaakceptować dziwne zachowania sąsiadów po tylu latach programowania się, że staruszkowie spod podłogi są wcielonym złem?), żeby wypracować zbliżone do normalności mechanizmy funkcjonowania. To nie trwa miesiąca. W wielu przypadkach to nie trwa roku. W wielu przypadkach terapeuta jest zadowolony, jeżeli po roku uda mu się jednoznacznie stwierdzić, że znalazł już skuteczną metodę prowadzenia pacjenta - i wtedy może zacząć pracować.

I to tylko psycholog. Dodajcie psychiatrów, dodajcie pielęgniarki, które w takich warunkach musiały uczyć, jak np. opiekować się własnymi seniorami, dodajcie położne, które musiałyby tłumaczyć, że tak, dziecko krzyczy, płacze i nie przestanie i to nie jest powód, żeby wpadać we wściekłość.

I teraz wyobraźcie sobie, że ktoś musiałby za to zapłacić i to jest tylko jedna taka sytuacja.

Wracając do początku - nie, małżonkowie osób chorych na raka nie powinni być objęci pomocą psychologa. Ich całe rodziny i najbliższe sąsiedztwo powinno być objęte kompleksową pomocą psychologiczno-medyczno-edukacyjną. Inaczej to nie ma żadnego sensu.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (Głosów: 116)
zarchiwizowany

#75484

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wciąż trawię wczorajszą sytuację i zastanawiam się, czy dzisiejsi ludzie naprawdę uczą się czegoś tylko na błędach. Na przykład tego, że jak się kogoś uderzy, to może oddać.

Piątkowe popołudniowe i wieczorne pociągi w tzw. regionie są zazwyczaj zapchane do granic możliwości - kto chce siedzieć, musi się wepchać w centrum, poza nim nie ma szans nawet na wygodniejsze stanie. Ścisk, zaduch, hałas i poczucie przeciążenia światem.

Miejsca przy drzwiach są specjalnie oznakowane - dla rodziców z dziećmi, niepełnosprawnych, emerytów i innych potrzebujących. Te w moim wagonie zajęła parka, tak pod pięćdziesiątkę (więcej nawet moje wytrenowane w tym oko im nie dało). Moje przypadło naprzeciwko nich. Na ostatniej miejskiej stacji (szczęśliwy, kto w ogóle wejdzie do pociągu) wcisnęła się kobieta mniej więcej w ich wieku. I poprosiła faceta o ustąpienie jej tego oklejonego miejsca. Gość zaczął się z niego wyciskać, a jego żona... zaczęła protestować. Bo przecież "ta siksa", czyli ja, powinna wstać. Bo, uwaga: usiadłam jako ostatnia!

Siksa, po usłyszeniu tego, nie miała najmniejszej ochoty współpracować. Facet już zresztą stał, a kobieta, która go poprosiła o miejsce siedziała. Powiedziałam więc tylko, że nie życzę sobie nazywania mnie tak. I się zaczęło... Usłyszałam, że pyskuję i powinnam się zamknąć, kiedy starsi mówią, teraz jej mąż będzie stać całą drogę, bo się "młoda dupa" rozsiadła i zapomniała o całym świecie. W tym momencie wcisnęłam w uszy słuchawki i zaczęłam się na nią ostentacyjnie gapić z pogardą na twarzy. Baba nadawała jeszcze chwilę i się zamknęła. Jej mąż, kobieta, która usiadła na jego miejscu i czwarta współpasażerka siedząca obok mnie najwyraźniej nie wiedzieli, gdzie oczy podziać.

Cyrk się właśnie zaczyna.

Kilka minut później wyciągnęła z torebki wodę, otworzyła ją i trzymała odkręconą butelkę w ręce. Poczekała, aż pociągiem zakołysze i oblała mnie. Celowo. Zresztą, wystarczyła mi jej uradowana mina i fałszywe "Oj, NIE CHCIAŁAM!", żeby wykluczyć przypadek. Mąż zaczął ją opieprzać i mnie przepraszać, ona kazała mu się zamknąć, zaczęli się dochodzić między sobą.

Cóż. Jestem wredna z natury i matka nauczyła mnie, że będziemy tak traktowani, jak traktować się pozwolimy.

Wyciągnęłam z torby kałamarz i ze słowami "A JA CHCIAŁAM" wlałam atrament do jej torebki. Trzymała ją cały czas otwartą na kolanach. Przed przyłożeniem mi powstrzymał ją chyba tylko mój kułak podsunięty pod jej nos i mina mówiąca wyraźnie, że jeżeli ona dotknie mnie, to ja dotknę jej, tylko o wiele mocniej. Pluła się jeszcze prawie godzinę, do ich stacji, na mnie i na jej męża. Bo mąż uznał, że dobrze jej tak.

Szkoda mi tylko atramentu...

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (Głosów: 256)

1