Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 13 czerwca 2017 - 11:53
  • Historii na głównej: 24 z 27
  • Punktów za historie: 6084
  • Komentarzy: 115
  • Punktów za komentarze: 536
 
[historia]
Ocena: 11 (Głosów: 11) | raportuj
6 czerwca 2017 o 19:44

@Day_Becomes_Night: Są. I co? Nakryjesz kocem i będziesz udawała, że to się nie dzieje? Czy może pas cnoty założysz, a syna profilaktycznie wyrzezasz? Seks jest już wszędzie i trudno, trzeba się przyzwyczaić, że to część życia. Dzieci 12-15 trzeba uświadamiać w kierunku "nie daj się skrzywdzić", a z szesnastolatkami trzeba rozmawiać o tym, że muszą być odpowiedzialne i rozsądne, bo ciąże się zdarzają, podobnie jak choroby weneryczne, wymuszony seks po obu stronach, robienie sobie nagich zdjęć albo filmów i wrzucanie ich do Sieci to głupi pomysł, a prostytucja to zły początek drogi w dorosłość. A to dopiero wierzchołek góry lodowej, jeżeli chodzi o tematy związane z seksem. Ze swoim dzieckiem nie wyobrażam sobie nie rozmawiać o tym, że może np. być biseksualne albo homoseksualne, że może mieć impotencję młodzieńczą albo po prostu jakieś pytania i boi się mi je zadać.

[historia]
Ocena: -3 (Głosów: 7) | raportuj
6 czerwca 2017 o 19:24

W sobotę znalazłam w przymierzalni w Tesco 2 pudełka lodów. W temperaturze pokojowej, czyli całkowicie rozpuszczone. Oddałam obsłudze do spisania na straty. I teraz smaczek: do przymierzalni byłam kolejka, w której stałam ponad 10 minut, widziałam 3 wychodzące z niej osoby. Najwyraźniej lody musiały się zmaterializować tuż przed moim wejściem.

[historia]
Ocena: 2 (Głosów: 4) | raportuj
11 kwietnia 2017 o 15:18

@Baobhan_Sith: Endokrynolog za 2 lata? Gdzie tak prędko? :D

[historia]
Ocena: 0 (Głosów: 0) | raportuj
11 kwietnia 2017 o 15:16

@Massai: Bo kontrola jest podstawą zaufania. ;) Byłam świadkiem pięknej sceny w przychodni przyszpitalnej: pacjentka wychodzi z gabinetu psychiatrycznego, idzie do rejestracji, recytuje z pamięci (widać i słychać, że odtwarza, a nie tworzy), że następna wizyta kontrolna ma być za 4 tygodnie. Rejestratorka otworzyła kalendarz, zapytała o nazwisko, powiedziała np. "11 listopada, 11.15" i koniec. Jaka jest szansa, że osoba, która musiała prośby o zarejestrowanie na kolejną wizytę nauczyć się na pamięć od lekarza drogą powtórz - powtórz jeszcze raz - i jeszcze raz... zrozumie i zapamięta taką informację? Prawie żadna. Jakie jest ryzyko, że mając karteczkę z napisem "11.11 g.11.15" zgubi ją lub zapomni, o co chodziło? Bardzo duże. Jaki odsetek napisze "Psychiatra - dr XYZ - wizyta 11 listopada, godz. 11.15, pieczątka z adresem"? Nie rozśmieszajcie mnie...

[historia]
Ocena: -3 (Głosów: 3) | raportuj
11 kwietnia 2017 o 15:03

@zendra: Płacenie składek nawet dwukrotnie większych w punktach procentowych niż niemieckie niczego nie poprawi, jeżeli nie zacznie się tymi pieniędzmi lepiej zarządzać. Tyle w temacie składek. Problem ma też inne, bardziej ludzkie oblicze. Dowolny system, który pracuje na ludziach, musi łączyć w sobie dwie cechy: stabilność i elastyczność. Połączenie jest karkołomne, ponieważ wszystkie 3 strony (pacjent - lekarz i reszta ferajny - urzędnik) oczekują, że rzeczywistość będzie zmieniała się na tyle powoli, że okrzepną w sytuacji prawno-finansowo-zawodowej. Tego właśnie wymagają warunki dowolnej "stałej" pracy - leczyć nie można z podejściem wolnostrzeleckim. Tymczasem w Polsce mamy karuzelę zmian i dniówkę zaczyna się od sprawdzenia, jakie nowe rewelacje wymyślono gdzieś w Warszawie. Jednocześnie te zmiany muszą zachodzić (i to często), ponieważ system musi odpowiadać rzeczywistości. Powódź zalała budynki koncernu produkującego czterocyfrową liczbę różnych leków, co oznacza, że za moment jedyne refundowane nie będą dostępne na rynku? Jeden z dwóch ortodontów w powiecie stracił możliwość wypełnienia kontraktu, bo złamał sobie nadgarstek? Pojawia się ryzyko epidemii (nie wiem, prostytutka przywlokła z wakacji w Brazylii trąd i się zorientowała po pół roku aktywnej pracy)? System potrzebuje skandalicznie długiego czasu, żeby odpowiednio zareagować, ponieważ pierwsze pytanie każdego po stronie zarządzania nim brzmi "czy na pewno nie będę mieć nieprzyjemności z powodu tej decyzji". Dobre decyzje w trudnych sytuacjach (nikt nie zaprzeczy, że sytuacja naszego systemu jest nie tyle trudna, ile dramatyczna) mają to do siebie, że często okazują się bardzo niepopularne. A decyzje na samej górze nie zapadają ze względu na wiedzę medyczną i socjologiczną (jakby nie sarkać na socjologów, to w zarządzaniu ludźmi są niezbędni), tylko podyktowane ideologią (naprotechnologia rulez). W efekcie działań potrzebnych niemal nie możemy się doczekać, ponieważ stoją w sprzeczności z poglądami osobistymi decydenta lub okres docierania zmian (głębokie i szeroko zakrojone reformy sięgające fundamentów systemu zazwyczaj zaczynają się od oporów, sprzeciwów i kłopotów) wypada akurat na czas wyborów. W efekcie mamy prowizorki, które niczego nie naprawiają, każdego denerwują, a na końcu i tak trwają dłużej niż wszystko inne.

[historia]
Ocena: -2 (Głosów: 6) | raportuj
10 kwietnia 2017 o 10:58

@sla: Tycie jest legalne. Nie wszystko, co legalne, jest jednak dobre dla człowieka (bo wbijanie samemu sobie gwoździ w głowę nie jest zabronione, a na pewno szkodliwe). Alkoholizm i nikotynizm też można leczyć, podobnie jak otyłość. Problem w tym, że papierosy można palić stale, można popalać, można palić 1-2 miesięcznie na imprezach, podobnie z piciem. Są udokumentowane przypadki nagłego (momentalnego wręcz) zerwania z nałogiem - rzadkie, co prawda, ale są. A otyłym nie można być w co drugą sobotę, bo akurat jest okazja, tylko trzeba się z tym mierzyć stale i nie zmieni się tego w jednej chwili mimo najszczerszych chęci. Tamta uczelnia też nie zdelegalizowała otyłości - za bycie otyłym nie dostawało się grzywny ani nie szło do paki. Po prostu uznano, że człowiek z dyplomem wyższej uczelni powinien wiedzieć, co robi ze sobą nie tak.

Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 10 kwietnia 2017 o 10:59

[historia]
Ocena: 6 (Głosów: 8) | raportuj
10 kwietnia 2017 o 9:17

@Jorn: Po ponad 7 latach wciąż nie udało mi się znaleźć regulaminu WF z poprzedniej uczelni, który podobno "gdzieś jest", a do którego odsyła ogólny regulamin studiów. W jednostce, która prowadziła WF nie wiedzieli, gdzie on jest, w jednostce ją nadzorującą też nie wiedzieli - czy w ogóle go kiedykolwiek mieli. Nacisk poskutkował informacją, że jestem problemowa. Czasami student może czytać, może pytać, a dopiero na końcu dowie się, że wszystkie informacje otrzymywał "w dobrej wierze i przeświadczeniu, że tak właśnie jest". Moje koło naukowe działało przez 14 lat, zanim wyszło na jaw, że nigdy nie zostało poprawnie zarejestrowane, bo statut nie miał kilku pieczątek. Nie przeszkadzało to nam istnieć, działać, rekrutować, nawet w wydawaniu uczelnianych pieniędzy nie przeszkadzało (dopóki nie wyszło na jaw, że formalnie to nie istniejemy). ;)

Zmodyfikowano 1 raz Ostatnia modyfikacja: 10 kwietnia 2017 o 9:22

[historia]
Ocena: 9 (Głosów: 9) | raportuj
10 kwietnia 2017 o 8:30

@WilliamFoster: Jeżeli uczelnia dobrze go prowadziła (czyli była i kadra, i zaplecze techniczne), to można go było miło wspominać. Ja pamiętam, jak trzeba było uspokajać chłopaka, bo odważył się uruchomić prysznic w męskiej szatni i okazało się, że 1) z rur leci coś na kształt ciepłego szlamu, którym chłopiec oblał się od stóp do głów 2) dźwięk z rur był taki, jakby budynek miał się zawalić. Do końca semestru męskie grupy wolały śmierdzieć niż korzystać z pryszniców (bo na użyczenie naszych dziwnie nie wyrażałyśmy zgody).

[historia]
Ocena: -1 (Głosów: 7) | raportuj
10 kwietnia 2017 o 8:08

@sla: Lata temu któryś z uniwersytetów w USA uzależnił dopuszczenie otyłych studentów (jakoś tak już bardzo skrajnie otyłych, z tego, co pamiętam) do dyplomowania, jeżeli zaliczą zajęcia ze zdrowego żywienia i schudną albo zapiszą się na zajęcia sportowe i będą w nich rzeczywiście uczestniczyć (albo wykażą, że sami uprawiają jakiś sport poza uczelnią), bo okazało się, że kolosalny odsetek absolwentów jest skrajnie roztyły i nie ma pojęcia o tym, dlaczego popełnia rozciągnięte w czasie samobójstwo. Pamiętam, że nawet podobała mi się ta idea, bo otyłość jest rzeczywiście poważnym problemem dla całego systemu opieki zdrowotnej (po wszystkich stronach barykady). No bo jak to wygląda - lekarz ważący 140 kilogramów, gdzie z brzucha można by spokojnie wytopić łoju na świeczki dla sporej katedry mówi pacjentowi, że ten powinien schudnąć dla własnego zdrowia.

[historia]
Ocena: 6 (Głosów: 6) | raportuj
10 kwietnia 2017 o 7:58

Nie zdziwiłabym się, gdyby te 4 lata temu dziekanat naprawdę nie wiedział, że za WF są jakiekolwiek punkty. U nas te 2 punkty wyszły, kiedy byłam na 4 roku (WF można było robić tylko na 2 i 3), jako nadwyżka - w związku z "informatyzacją" systemu ECTS i akredytacją uczelni. A wyszły dlatego, że jakaś studentka z 2 roku poskarżyła się, że ją uczelnia zmusza do robienia nadmiaru punktów, bo wg wytycznych ministerstwa za WF one powinny być i zaczęła się kołomyja (komisja akredytacyjna przychodzi właśnie po to, żeby zbierać takie kwiatki). I dziekanat też wtedy pytał, po co nam ten cały WF.

[historia]
Ocena: 7 (Głosów: 9) | raportuj
30 marca 2017 o 21:38

Szczegóły zbiorczo: 1) w zespole wykonawczym, który miał wszystko opracować i doprowadzić do stanu pokazywalności początkowo było osób 8 czy 9, już nie pamiętam (byłam już po praktykach, a jeszcze przed zatrudnieniem tutaj), nie licząc kierownika - wszyscy stwierdzili, że jednak nie chcą się w to bardziej angażować i wrócili na łona swoich podstawowych komórek w firmie, do codziennych obowiązków. W każdym razie, 8 par rąk to było dość, żeby to pociągnąć - po zebraniu treści od kilkudziesięciu osób wyselekcjonować je przy wsparciu ekspertów, opracować do spójnej postaci, zaplanować model wdrożeniowy i usprawnić działania firmowe. 2) Z tego, co słyszałam i widziałam, kierownik projektu pojęcie o tym, jak w ogóle takie zadania realizować ma mniejsze niż średnie, ale zostały mu 3 lata do emerytury i pracuje w tej firmie. odkąd ona w ogóle istnieje, więc nosi się, jakby umiejętności zawodowe dawała sama wysługa lat. 3) Właśnie po to, żeby ktoś ogarniał robotę za niego, dali mu etat asystencki (był śmiech i były małe awantury, bo tylko kierownicy największych oddziałów mają u nas "osobiste" etaty do pomocy, a on kieruje jedną z najmniejszych i najbardziej podrzędnych komórek) - Ostatnią Osobę, która nie mogła mu powiedzieć, że nie, bo... pracuje jako jego asystent. 4) Czy zwolnienie jest jedynie na nerwicę - nie wiem, ale wątpię, bo to rzeczywiście długo jak na takie rozpoznanie. To, że ma zwolnienie na 4 miesiące to jednak informacja pewna, wiem też o zaplanowanej kilkunastotygodniowej terapii ciągłej. Ze wszystkich swoich bolączek Osoba mi się nie opowiadała - jedynie z nerwicy (ale od dawna była widoczna gołym okiem, podejrzewam, że teraz to już cały zespół schorzeń wywołanych długotrwałym stresem i przemęczeniem). 5) Podejrzewam (i tylko podejrzewam), że sam pomysł projektu (bardzo ciekawy i korzystny z zawodowego punktu widzenia) wyszedł właśnie ze strony Osoby i jeszcze kogoś z pierwotnej grupy, a potem góra postanowiła przypomnieć sobie, że przecież od dawna właśnie z taką ideą się w skrytości ducha nosiła.

[historia]
Ocena: 23 (Głosów: 27) | raportuj
25 marca 2017 o 23:33

Tjaaa... A gdzie był pies?

[historia]
Ocena: 3 (Głosów: 7) | raportuj
21 marca 2017 o 19:13

Taa... A to, że na zalanych książkach o wiele łatwiej rozwijają się się pleśnie to już pikuś? Książka zalana, jeżeli ma być nadal udostępniana, powinna być poddana dezynfekcji - tak się robi w dużych bibliotekach, nawet nie tylko z zalanymi książkami, ale okresowo z całością księgozbioru, bo w magazynach jest dość materiału na kilka doktoratów z mikrobiologii. Jeżeli czytelnik zniszczy książkę, nie zawsze musi ją odkupić. Moja matka przeprowadziła raz batalię z biblioteką uniwersytecką, bo wypożyczyła solidne tomiszcze (ponad 1100 stron) i po otwarciu grzbiet nie wytrzymał - książka pękła pod własnym ciężarem na dwie części. Kazali jej odkupić (książka za ponad 300 zł), ale poszła w zaparte i wykazała, że otwarcie mieści się jak najbardziej w normalnym użytkowaniu książki, a biblioteka przy wypożyczeniu nie dała jej żadnej instrukcji korzystania z tak grubych, ciężkich i niesolidnie wydanych kodeksów, skoro normalne użytkowanie prowadzi do uszkodzenia. W sądzie się nie skończyło, ale było blisko, czytałam pisma z biblioteki i były wyjątkowo chamskie - na szczęście wycofali się na etapie punktowania im mało precyzyjnego regulaminu.

[historia]
Ocena: 5 (Głosów: 5) | raportuj
6 marca 2017 o 22:54

@nuclear82: Próbowałam sobie wyobrazić "tymczasowych" do analiz i kontroli certyfikacyjnych w przemyśle biochemicznym. Wyobraźnia odmówiła mi posłuszeństwa. Nie wiem, czy ktokolwiek, kto wspiął się do poziomu eksperta w tej branży w ogóle wie, co to agencja pracy tymczasowej. Tak, 16 godzin przez jednoczesną nieobecność 3 kluczowych osób. Nie ma kto nadzorować laboratoriów = laboratoria nie pracują = trzeba czekać, aż inny lab zrobi swoje i przejmie dodatkową robotę. Aparatura się nie rozmnoży, załoga też nie. A uruchomienie procesów bez osoby nadzorującej albo z większą liczbą podwładnych na raz niż pozwalają normy to proszenie się o takie kłopoty, że szefowie woleli siedzieć z nami po godzinach. A firma ma swoje wady, owszem, jak każda zatrudniająca trzycyfrową liczbę osób, ale minimalizm etatowy to akurat nie tutaj.

[historia]
Ocena: 8 (Głosów: 8) | raportuj
6 marca 2017 o 21:07

@Ferian: Przez ostatnie 2 lata spędzała z dziećmi każdy długi weekend, dni okołoweekendowe i okołoświąteczne - ona i jej 2 koleżanki. Niezależnie od planów urlopowych i chęci całej załogi na wzięcie wolnego w tym samym czasie. W przeważającej większości przypadków nie biorąc dni z urlopu wypoczynkowego, tylko przynosząc krótkotrwałe zwolnienia lekarskie na dzieci, takie na 2-3 dni robocze, których nikt z ZUS-u nie da rady skontrolować, bo zanim uruchomią procedurę, to one znowu będą w pracy. A po tym, jak nas zostawiły bez słowa między Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem z pełną świadomością, że w firmie jest wyjątkowy nawał pracy i mielibyśmy co robić nawet z pełną załogą szefowie nie mają do nich cierpliwości.

[historia]
Ocena: 17 (Głosów: 29) | raportuj
6 marca 2017 o 21:01

@ZaglobaOnufry: Akurat to ich wina, bo jeżeli nie są w stanie zapewnić pacjentowi odpowiednich warunków w sali pooperacyjnej i na oddziale łóżkowym (czyli np. ułożyć go w odpowiedniej pozycji), to nie powinni się w ogóle podejmować zabiegu. Najprostsza zasada organizacyjna w medycynie - nie mogę = nie podejmuję się. Aż dziw, że rzekomy lekarz tego nie wie.

[historia]
Ocena: 10 (Głosów: 10) | raportuj
6 marca 2017 o 20:52

@burninfire: Nie szkolenia, tylko uprawnienia - drogie i czasochłonne w uzyskaniu. Za szkolenia firma i tak już zapłaciła. Firmie nie opłaca się ich zwalniać wszystkich na raz (a wszystkie 3 robią wałki z wolnymi dniami), bo znalezienie od ręki ludzi z pełnym pakietem ich uprawnień jest rzeczywiście trudne. Poza tym, mają w kontraktach zapisane kolosalne odprawy, jeżeli to pracodawca wypowiada umowę. Przy degradacji z powodu utraty prawnej możliwości pracy na zajmowanym stanowisku najpewniej tych odpraw już nie będą musieli wypłacać. Wymienienie 1/3 tego zestawu jest o tyle prostsze, że robotę jednej z nich dzieli się na 2 pozostałe osoby z papierami i jedną czeladniczkę, czyli mnie, której praca idzie "do zatwierdzenia" przez ludzi z uprawnieniami. Nawet za dużo nadgodzin nie wyjdzie. Znalezienie jednego eksperta, choć kłopotliwe, jest łatwiejsze niż trzech na raz i na to Szefowa Bezpośrednia może już Wielkie Władze Firmowe namówić. A jak znam życie, to firma w ogóle szukać nie będzie - jeżeli szefowa postanowi jednak dać bardzo bolesną nauczkę X, to przetrzyma ją na niższym stanowisku 2-3 miesiące, w tym czasie każe jej robić godziny "pod nadzorem", czyli tak, jak ja robię je teraz, aż wyzbiera odpowiednią liczbę do odnowienia uprawnień po wygaśnięciu. X opłaci ponowny egzamin (wymagany po wygaśnięciu papierów), zda i wróci na pensję ekspercką. Jak wszyscy mamy nadzieję, z utemperowaną butą, a na jej przykładzie może nauczą się czegoś dwie pozostałe Święte Matki Dzieciom. Bo moja pensja to jakaś 1/3 tego, ile zarabiają one.

[historia]
Ocena: 7 (Głosów: 7) | raportuj
5 marca 2017 o 21:58

@mrkjad: U kuzyna jest 17 doktorantów w katedrze i tylko 4 osoby mają stypendium, a wszyscy mają po 90 godzin, bo nie trzeba za nie płacić.

[historia]
Ocena: 4 (Głosów: 8) | raportuj
5 marca 2017 o 21:56

@Rak77: To akurat jak z nauczycielami w szkołach niewyższych - liczą się tylko godziny "przy tablicy", a w bonusie dochodzi wolontariat na przygotowanie zajęć, ułożenie ćwiczeń, zrobienie zaliczeń (pamiętam, jak lektorka na francuskim powiedziała nam kiedyś, że przygotowanie tekstu pełnego błędów do poprawienia zajmuje jej czasami 3-4 godziny na każdą grupę), siedzenie na konsultacjach - wygooglałam sobie ustalenia z mojego wydziału znachorstwa - każdy, kto prowadzi u nas jakiekolwiek zajęcia ma warować minimum 2 godziny zegarowe tygodniowo (czyli, w wersji skrajnej, jeżeli masz 10 godzin w semestrze, bo tyle wynosi doktoranckie minimum, to kolejnych 30 siedzisz za darmochę). W laboratoriach i warsztatach pewnie jeszcze konserwacja aparatury i przygotowanie stanowisk, bo zwalnia się laborantów na potęgę. A wszystko przez magiczny "zadaniowy czas pracy". W przypadku doktorantów dochodzi jeszcze odwalanie pańszczyzny dla promotorów i kierowników, ale to już inna historia.

[historia]
Ocena: 11 (Głosów: 13) | raportuj
4 marca 2017 o 17:57

@drzacek: Mam nadzieję, że sam stres będzie nauczką. Szefowa raczej coś jej podrzuci, żeby wyrobiła te 2 dni.

[historia]
Ocena: 22 (Głosów: 22) | raportuj
4 marca 2017 o 17:54

@hulakula: Szefowa najpewniej podsunie jej jakąś fuchę, żeby tych kilkanaście godzin wyrobiła. X jest fatalną współpracowniczką i pracownicą, ale tylko jeżeli chodzi o narcystyczny charakter i olewawczy stosunek do planowania czegokolwiek. Kiedy już pracuje, to robi to naprawdę dobrze i gdyby nie znikała przed każdym wolnym albo nie zostawiała nas z pracą "bo może", to naprawdę nie chciałabym zmieniać kontrolera. Pod względem przygotowania zawodowego i umiejętności fachowych jest dobra. Gorzej z ogarnięciem tego, że nie pracuje sama i dla siebie.

[historia]
Ocena: 43 (Głosów: 43) | raportuj
4 marca 2017 o 11:02

@iks: A gdyby nie uciekła na L4 w grudniu (w którego zasadność absolutnie nie wierzy nikt z firmy), to przez tych kilka dni między świętami i Nowym Rokiem wyrobiłaby tyle, że już dzisiaj miałaby przedłużone papiery. Cwaniactwo jednak nie popłaca.

[historia]
Ocena: 6 (Głosów: 6) | raportuj
15 lutego 2017 o 17:39

Tyle lat prowadzi się akcje informacyjne, tyle setek pedagogów corocznie produkujemy i ludzie wciąż mają mentalność dziewiętnastowiecznego kapitalisty - wycisnąć z dziecka wszystko, co się da i jeszcze trochę, bo dlaczego nie. Rozwojem dziecka trzeba kierować. Dziecko trzeba wychowywać i oswajać ze światem. Dziecko trzeba uczyć i prowadzić. Niby slogany, ale prawdziwe do bólu. Bo odkrywanie i wspieranie talentów u progenitury a programowanie ich to dwa skrajnie różne modele wychowania, zarówno w przebiegu, jak i konsekwencjach. Zmuszanie potomstwa do zasuwania 24/7 da jedynie to, że ktoś będzie całkowicie wypalonym życiowo dwudziestopięciolatkiem (bo przecież studia i zawód też wybiorą rodzice), bez samodzielnie zbudowanej tożsamości i światopoglądu. Dzieciństwo jest czasem uczenia się świata i samego siebie. Wybieranie dziecku zainteresowań i wmuszanie ich jest tak samo odbierane przez dziecko, jak rodzice odbierają "dobre rady" teściów co do wychowania, gotowania, sprzątania i życia w ogóle. Jeszcze pół biedy, kiedy rodzice spędzają ten czas z dziećmi, to trochę ogranicza szkody. Ale tak jest bardzo, bardzo rzadko i zazwyczaj wspólne zajęcia dodatkowe pojawiają się w wieku adolescencji albo później, po usamodzielnieniu się. Najczęściej - w miażdżącej większości sytuacji rodzinnych, z których analizami się zetknęłam - zagospodarowanie czasu dziecka jest równoznaczne z separacją od rodziców. W efekcie dziecko wychowuje się prawie zupełnie poza rodziną, w często zmienianych grupach, pod ciągłą presją czasu i obowiązków. To wychowywanie całego pokolenia młodych zawałowców. Jestem głęboko wdzięczna mojej matce za to, że nie próbowała zrealizować swoich niespełnionych życiowych ambicji moimi rękami i nie zmuszała mnie do lekcji malarstwa, kiedy zorientowała się, że zwyczajnie tego nie lubię. I z niepokojem słucham opowieści szwagra o tym, jakim to piłkarzem nie będzie jego syn, który na razie kopie ściany macicy. Innej wizji syna szwagier nie ma. I będę naprawdę ciekawa, co się stanie, kiedy okaże się, że mój siostrzeniec jednak postanowi zostać plastykiem, nie zawodowym sportowcem.

[historia]
Ocena: 2 (Głosów: 6) | raportuj
15 lutego 2017 o 17:22

@Golondrina: Napisał coś tak głupiego, że aż przez chwilę ciepło pomyślałam o pedagogach i psychologach rozwojowych. A potem jeszcze cieplej o przymusowych egzaminach przed wyrobieniem licencji na posiadanie dzieci i przygotowaniu do roli rodzica. "Nieco przytłoczone". To tak, jakby pisać, że ktoś jest nieco uduszony. Manipulacje na poziomie języka są ordynarne, ale jeszcze gorsze jest to, jaki pogląd usiłuje się w ten sposób sprzedać: przytłoczenie obowiązkami nie jest niczym złym. Przeciwnie - to element niezbędny, żeby odnieść sukces! A to wszystko pod płaszczykiem populistycznej nagonki przeciw równaniu w dół. Z dziecka przytłoczonego obowiązkami rzadko kiedy wyrośnie ktoś inny niż osoba fatalnie radząca sobie z gospodarowaniem czasem wolnym - najczęściej taki model wychowania prowadzi albo do prokrastynatów, którzy wyrywają się z kieratu przy pierwszej możliwej okazji, albo do pracoholików mających problem z robieniem czegokolwiek w czasie wolnym. Obie drogi prowadzą w kierunku zupełnie przeciwnym niż budowanie zdrowych relacji z rodzicami, rówieśnikami albo własnymi dziećmi. Tak się tworzy elity? Nie, tak się tworzy błędne koło i snobistyczne, znerwicowane, charakteropatyczne potwory, które nie wiedzą, jak kształtować zainteresowania dzieci inaczej niż przez realizację własnych niespełnionych ambicji. Bo relacje ze swoimi rodzicami widzi się przede wszystkim przez pryzmat ich nieobecności - byli w pracy, a rodzic w drugim pokoleniu na stadninie - więc nie ma się żadnego pozytywnego wzorca do naśladowania i przed spędzaniem czasu z własnymi dziećmi czuje się wyłącznie lęk. A jak jeszcze dziadkowie załapią po tych kilkudziesięciu latach, jaką krzywdę zrobili swojemu potomstwu, zarzucając ich młodość substytutami życia rodzinnego i zajmą się budowaniem opozycji wychowawczej, to mamy terapię rodzinną na kilka lat. Profit dla terapeuty. Tenisy, dodatkowe języki, treningi i lekcje śpiewu są obowiązkami dziecka dopiero wtedy, kiedy postanowi tak dziecko. I nie, w komentowanej dykteryjce nie mamy do czynienia z "namawianiem" dziecka do zajęć dodatkowych. Namawianie polega na zachęcaniu i naciskaniu z pozostawieniem wolnej decyzji. Stanowisko Raka77 i Golondriny to zmuszanie dziecka do wzięcia na siebie zajęć dodatkowych bez żadnej refleksji, czy to w ogóle potrzebne, wskazane i nieszkodliwe. To najgorszy typ rodzicielstwa, bo patologiczny dopiero po uważnym zastanowieniu się, że dziecko nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnego życia, tego, gdzie jest, co robi i co będzie się z nim dziać - w perspektywie całego dzieciństwa. Jak ma się nauczyć podejmować jakiekolwiek decyzje o sobie, skoro rodzice z góry zaplanowali wszystko, wymusili posłuch i jeszcze twierdzili, że to dla jego dobra?

[historia]
Ocena: 0 (Głosów: 0) | raportuj
9 lutego 2017 o 15:41

@Arizona: Każda uczelnia sama ustala sposoby i warunki kontynuacji studiów w przypadku niezaliczenia czegoś. Kiedy zaczynałam pierwsze studia, warunki, deficyty, przedłużenia sesji i podobne były możliwe dopiero od II roku, pierwsze dwa semestry trzeba było zaliczyć terminowo. Potem były różne cuda, ludzie kiblowali po 3 lata na roczniku dyplomowym, jak chcieli i mogli zapłacić, ale po I roku ludzie z niezaliczonym lektoratem angielskiego wylatywali. Uprzedzali nas o tym na samym początku. A komisy to najczęściej nie "trzeci termin", tylko podważenie zasadności egzaminu już przeprowadzonego, dlatego właśnie egzaminuje komisja. Od dziekanów zależy, jak do tego podważania podchodzą, np. na moim wydziale bez twardych dowodów, że komis jest potrzebny, bo niezaliczony egzamin rzeczywiście był wadliwy prawnie nie ma co otwierać ust, żeby prosić o zwołanie komisji.

« poprzednia 1 2 3 4 5 następna »