Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 16 lipca 2018 - 4:21
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 1710
  • Komentarzy: 38
  • Punktów za komentarze: 296
 

#82552

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o psach (wiem, fala już "przepłynęła", ale ja oczywiście jak zwykle mam spóźniony zapłon).

Mam psa. Od miesiąca, sunia wzięta ze schroniska (częściowo pod wpływem niektórych komentarzy pod historią http://piekielni.pl/81754). Miesiąc to niedużo, ale w sumie chyba już mogę wypowiadać się na temat charakteru i temperamentu mojego psa.

Otóż Kruszyna (to oczywiście nie jest jej imię, ale pozwólmy nawet psu zachować tu incognito) jest megaspokojnym, superprzyjaznym i hiperbezkonfliktowym psem. W stosunku do innych psów wykazuje życzliwą obojętność, koty profilaktycznie obchodzi z daleka (no cóż, jeden z kotów mojej przyjaciółki jest większy od niej), gołębie i inne ptaki ignoruje, ludzi uwielbia. Oczywiście w różnym natężeniu. Domownicy - czyli ja i moja córka: "Kocham cię, kocham cię, głaszcz mnie, przytul mnie, bądź przy mnie!". Znajome osoby: "Och, pamiętam cię, pogłaszcz mnie!". Obcy ludzie: "O, może będzie chciał mnie pogłaskać?". Z tym, że nie narzuca się, nie zaczepia ludzi, nie skacze na nich, po prostu patrzy i macha tym swoim zakręconym ogonkiem, no i zawsze "wypatrzy" kogoś, kto jednak ją pogłaszcze.

Jadę z nią autobusem. Tłoku nie ma, ale luzu też nie, wciskam się w jakiś kąt, dogodny bardziej dla psa niż dla mnie, po piątym moim SIAD! Kruszyna siada i tak sobie jedziemy. Obok nas dwóch chłopaków rozmawia o wszystkim i niczym. W połowie przystanku jeden z nich pyta drugiego:

- Słuchaj, może przejdziemy w inne miejsce?

- Dlaczego?

- No jak to? Mówiłeś, że boisz się psów... Ten jest mały i spokojny, no ale wiesz, jak ci to przeszkadza, to chodźmy tam na koniec autobusu.

Chłopak popatrzył, dostrzegł Kruszynę siedzącą grzecznie w przytulnym kąciku pomiędzy moimi nogami a ścianą autobusu. Kruszyna też go dostrzegła i pomerdała zachęcająco ogonkiem z cichą nadzieją - pogłaszcze? No nie, zamiast tego wydarł się na mnie. Bo on ma FOBIĘ!!! On się boi psów! Mam natychmiast wysiąść! Co to jest, człowiek spokojnie nie może jechać autobusem, żeby go jakieś bydlę nie zaczepiało, won z tego autobusu! I tak w ten deseń przez kilka minut.

Zgłupiałam. Jak rzadko kiedy, nie byłam w stanie się odezwać, chyba mój mózg usiłował przyswoić jakoś absurd całej sytuacji. "Bydlę" w postaci psa ok. 3 kg żywej wagi, na smyczy i w kagańcu*, siedzące grzecznie przy nodze, "zaczepiające" pasażerów za pomocą merdania ogonem, no po prostu przestałam ogarniać to, co się dzieje, ukryta kamera czy co?

Farsę usiłował przerwać kumpel chłopaka, usilnie namawiając go na przejście w inny kąt autobusu. Nie pomagało, chłopak nakręcał się coraz mocniej, a jak na osobę z dogofobią to chyba trochę za bardzo zbliżał się do mnie i Kruszyny w tym swoim zacietrzewieniu.

Oprzytomniałam, mózg zaczął pracować normalnie (no dobra, "normalnie" w odniesieniu do mojego sposobu myślenia i reagowania to nie jest dobre słowo...) i ja również wydarłam się na niego:

- Wyjdź!!!

- Co?

- Wyjdź z tego autobusu, wysiądź natychmiast! Ja mam fobię!

- Że co? Jaką fobię? Na co?

- Na chamstwo i głupotę! Wyjdź!!!

Nie uwierzycie, ale wysiedli na najbliższym przystanku. Kierowca nie klaskał. Pasażerowie też nie.

*Przepisy mówią, że w autobusie pies ma mieć kaganiec, no to ma.

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (167)

#82501

(PW) ·
| Do ulubionych
Kocham RODO.

Jakiś czas temu (tak plus-minus dwa lata) pilnie potrzebowałam większej ilości gotówki. Po prostu od dawna planowany, baaardzo duży wydatek nagle okazał się potrzebą "na już", pieniądze odkładane na ten cel były, ale za mało, bank mocno kręcił nosem na kredyt w takiej wysokości, w jakiej potrzebowałam, no lipa po całości. A określenie "na już" oznaczało dokładnie już, teraz - maksymalnie do dwóch tygodni powinnam dysponować całą potrzebną kwotą, inaczej "cały misterny plan w pi*du"...

Zaczęłam szukać możliwości wzięcia pożyczki pozabankowej. Tak, wiedziałam, jakie mają oprocentowanie, policzyłam wszystko dokładnie i wyszło mi, że dam radę spłacać taką (ewentualną) pożyczkę, co prawda będę jadła tynk ze ścian, ale spoko. Wysłałam formularz zgłoszeniowy przez internet i czekałam na odzew. Owszem, odezwało się kilka (albo nawet kilkanaście) parabanków, telefonicznie chcieli wszystkie możliwe informacje na mój temat prawie że z rozmiarem buta włącznie, no i w większości - NIE. Głownie chodziło o to, że nie udzielają pierwszej pożyczki w tej wysokości, mogę sobie wziąć małą chwilóweczkę, spłacić ją po miesiącu, po czym następna pożyczka może już być w większej wysokości i spłacać ją mogę ratalnie. Nie ratowało mnie to w żaden sposób, więc grzecznie dziękowałam za ofertę, bliska już byłam totalnego załamania, kiedy mój bank podjął wreszcie męską decyzję i przyznał mi kredyt w kwocie, o jaką wnioskowałam.

Alleluja! Udało się, problem rozwiązany, a o parabankach natychmiast zapomniałam. No niestety oni o mnie nie... Od tamtej pory z niepokojącą regularnością odbierałam telefony typu: "Dzień dobry, tu Anna Piekielna z firmy XYZ, czy rozmawiam z panią Xynthią? Kontaktuję się z panią, ponieważ jakiś czas temu składała pani online wniosek o pożyczkę, czy to jest aktualne?". Na początku odpowiadałam grzecznie, że nie, kwestia już nieaktualna. Potem zaczęłam zgryźliwie zaznaczać, że kluczowe w tej wypowiedzi są słowa "jakiś czas temu" i nie, sprawa nieaktualna. W ostatnim czasie moja cierpliwość skończyła się definitywnie, co skutkowało odpowiedziami typu: "No tak, wtedy potrzebowałam pożyczki, ale już ją uzyskała gdzie indziej, wykupiłam za nią wycieczkę do Las Vegas, a tam udało mi się trafić najwyższą wygraną w kasynie w przeciągu ostatnich 50 lat. No niech mi pani nie mówi, że pani o tym nie słyszała, to była głośna sprawa!".

Cholera, nie pomagało. Dzwonili nadal, czasami po kilka razy dziennie (a czasami tylko kilka razy w tygodniu, to była ta "lepsza" opcja). Już nie wspomnę (a no tak, właśnie wspomniałam), że na maila otrzymywałam od kilku do kilkunastu ofert pożyczek dziennie, bo to akurat nie było uciążliwe - wszystko lądowało w spamie, a widziałam te oferty tylko dlatego, że co kilka dni sprawdzam spam, czy nie zaplątała się tam jakaś ważna wiadomość.

Aż nadeszło RODO. Od tej pory schemat tych rozmów jest taki, że pozwolę sobie go przedstawić jako jedną rozmowę, bo naprawdę niewiele się różniły.

Dzwoni telefon. Odbieram.

- Dzień dobry, tu Anna Piekielna z firmy XYZ. Czy rozmawiam z panią Xynthią?

- Tak, słucham.

- Nasza firma zajmuje się udzielaniem pożyczek krótko - i długoterminowych. Dzwonię do pani, ponieważ jakiś czas temu dostaliśmy informację, że jest pani zainteresowana pożyczką.

- Ma pani rację, JAKIŚ CZAS TEMU byłam zainteresowana pożyczką.

- W takim razie mam dla pani propozycję. Na wstępie chciałam tylko zaznaczyć, że rozmowa jest nagrywana i zapytać, czy wyraża pani na to zgodę?

- Ależ oczywiście!

- Dobrze - jej uśmiech prawie było "widać" przez telefon - w takim razie najpierw poproszę panią o uzupełnienie danych osobowych, w celu...

- Proszę pani - głośno i wyraźnie - nie podam pani żadnych danych osobowych, a co do tych, które już państwo posiadają, to oświadczam, że nie wyrażam zgody na ich przechowywanie i przetwarzanie przez państwa firmę. Nie jestem zainteresowana pożyczką od państwa. Dziękuję za rozmowę, do widzenia.

Rozmów takich przeprowadziłam kilkanaście, każdą z coraz większą uciechą i dziką satysfakcją. I tak jakoś od dwóch tygodni mam spokój z ofertami super-hiper-extra pożyczki.

Śmieci wyniosły się same.

parabanki

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (186)

#82089

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki.

Dzisiaj w pracy przypomniała nam się historia mocno piekielna, a ja postanowiłam się nią z wami podzielić. Zacznę od starego dowcipu:

Czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody? Tak, to prawda, tylko że nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na Placu Czerwonym, a na Placu Rewolucji, nie samochody a rowery i nie rozdają, a kradną.

No to u nas było tak samo. W niedzielę Monika (opiekunka) była bardzo nieuprzejma dla podopiecznej wracającej z przepustki, nakrzyczała na nią. Efekt - "dywanik" u pani dyrektor, o mało co nagana z wpisem do akt. No i wszystko byłoby OK, po wyczynach Martusi (http://piekielni.pl/81807) jesteśmy za tym, aby takie zachowania tępić, gdyby nie parę szczegółów - a mianowicie nie w niedzielę, tylko w sobotę, nie Monika, tylko Beata (pielęgniarka) i nie krzyczała na nikogo, tylko na nią ktoś się darł...

Byłam na tej dniówce i pamiętam - zbierałyśmy akurat naczynia po kolacji (ten posiłek większość pensjonariuszy je już w swoim pokoju, na jadalnię schodzi dosłownie kilka osób), kiedy Beata zakomunikowała nam, że pani X wróciła z przepustki (rodzina zabrała ją na kilka dni do domu). My (Monika i ja) dokończyłyśmy zbieranie naczyń, położyłyśmy do łóżek wszystkich tych, którzy wymagali pomocy w tej czynności, a Beata zajęła się panią X. Ważne jest to, iż jest to osoba (pani X, nie Beata) o bardzo ograniczonych możliwościach ruchowych, czas spędza w łóżku albo na wózku inwalidzkim. Beata zauważyła, że po długiej jak na nią podróży (ok. 2 godz. w samochodzie) pani X jest bardzo zmęczona, dosłownie "leci przez ręce", więc przebrała ją w piżamę i położyła do łóżka. No i wtedy się zaczęło - pan, który przywiózł panią X z przepustki (męża brata córki syn czy coś podobnego) straszliwie się oburzył. Jak to tak, co to za zwyczaje, o tej porze do łóżka??? To nie może tak być, on sobie porozmawia z panią dyrektor, jest godz. 17, kto o tej porze jest już w łóżku? (Hmm... nasi podopieczni?) Swoje zdanie wyrażał w sposób niemiły, wręcz chamski i bardzo głośny, a Beata zdała nam z tego mocno okrojoną i złagodzoną relację.

Tak jak mówił, tak zrobił - zadzwonił do pani dyrektor w połowie tygodnia, skarżąc się na osobę przyjmującą panią X z przepustki. Osoba ta wg niego była bardzo niemiła i nakrzyczała na panią X. Wiecie co, jestem w stanie wyobrazić sobie wiele rzeczy. Śnieg w środku lata. Inwazję kosmitów. Przejażdżkę na tęczowym jednorożcu. Ale za cholerę nie potrafię sobie wyobrazić Beaty krzyczącej na kogokolwiek, no nie ten typ człowieka po prostu. To już prędzej Monika (chociaż na żadnego z podopiecznych nigdy by nie podniosła głosu, to już na inne osoby, jeśli by jej podpadły to tak), ewentualnie ja - do krzyku ostatnia, ale złośliwe i wredne riposty jakoś tak "same" ze mnie wylatują, gryzienie się w język nic nie pomaga...

Piekielne widzę tu dwie osoby: męża brata córki syn (czy inna dziesiąta woda po kisielu), który najpierw sam robi awanturę o położenie starszej, mocno zmęczonej osoby do łóżka, a potem odwraca kota ogonem, że to na niego (i przede wszystkim na panią X) krzyczano, no i niestety nasza pani dyrektor, która bez zapoznania się z faktami uznała, że:
- sytuacja miała miejsce tak, jak ją przedstawił pociotek pani X;
- osobą przyjmującą panią X z przepustki była Monika.

Pomyłka dnia była tu już najmniej istotna, chociaż podkreślająca absurd sytuacji - zdarzenie miało miejsce w sobotę, natomiast pociotek uparcie mówił o niedzieli. Monika miała tego pecha, że miała dniówkę zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Nie usłyszała nawet "przepraszam" po wyjaśnieniu całej sprawy. Żeby było śmieszniej, nie trzeba było przeprowadzać wnikliwego "śledztwa", aby ustalić, co się wydarzyło - wystarczyło przeczytać raport z soboty, w którym była informacja, kto przyjmował panią X po przepustce, a i awantura, która zrobił męża brata córki syn, też była delikatnie i oględnie wspomniana. No ale po co, skoro się wytypowało winnego i można wyciągnąć konsekwencje.

Lubię moją pracę. Ale takie sytuacje odbierają mi chęć do niej...

dom opieki

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (138)

#82076

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj najprawdopodobniej straciłam znajomą, ale za to nie straciłam ośmiu tysięcy złotych.

Joannę znam od wielu lat, ale już od dosyć dawna kontakt był mocno sporadyczny. Owszem, lubię ją bardzo - rozumiałyśmy się zawsze w pół słowa, czytałyśmy te same książki, słuchałyśmy tej samej muzyki, miałyśmy zbliżone poglądy na większość spraw, no i przede wszystkim miałyśmy bardzo podobne poczucie humoru. Jednak na tej "bazie" nigdy nie zawiązała się przyjaźń, zawsze to była tylko znajomość - fajna, sympatyczna, ale niezobowiązująca. Po mojej przeprowadzce do innego miasta kontakty uległy rozluźnieniu, ot, raz na jakiś czas dzwoniłyśmy do siebie, nie da się ukryć, że coraz rzadziej.

Parę miesięcy temu (a dokładnie podczas ferii zimowych) Joanna zadzwoniła do mnie zapraszając mnie do siebie. Bo dawno się nie widziałyśmy, bo muszę poznać jej męża, bo ona dawno mojej córki nie widziała... No dobra, na jeden tydzień ferii miałam (dosłownie wyszarpany pazurami) urlop w pracy, Młodej się nieco nudziło w domu, więc OK, jedziemy. Nie powiem, miło spędziłyśmy czas, a przy "nocnych Polaków rozmowach" Joanna wyżaliła mi się z kłopotów związanych z domem. No i zabijcie mnie, ale nie wiem o co chodzi. Inteligentna, ogarnięta kobieta, z którą zawsze dogadywałam się bez problemów, przedstawiała mi sytuację w ten sposób, że za cholerę nie rozumiałam... Jakiś dom, który mogą stracić, bo ona (albo jej mąż) sądzi się z kimś, dom w zasadzie jest jej (jej męża???), ale to głupie prawo jest takie, że mają same problemy, coś tam trzeba wpłacić, żeby im to nie przepadło, raz mówiła o kaucji, raz o opłacie sądowej, raz o jeszcze innych, bliżej nie sprecyzowanych płatnościach, co drugie słowo wtrącając zapewnienia, że ona i jej mąż świetnie zarabiają...

Jako że moje próby próby skonkretyzowania nieco tej historii spaliły na panewce, zamieniłam się w biernego, potakującego słuchacza i do dnia dzisiejszego nie wiem, o co chodzi. To znaczy już wiem, bo dzisiaj odebrałam telefon od Joanny:

- Cześć! Co się nie odzywasz?
- Odzywam się dokładnie tak jak ty.
- No ja właśnie dzwonię.
- A ja właśnie miałam zadzwonić.

Żartobliwe przekomarzanie się trwało przez chwilę, po czym padło pytanie, czy mam czas teraz rozmawiać. Hmm... właśnie wyszłam z kina z trójką dzieciaków (Młoda + dwie córki mojej przyjaciółki), zaraz potem miałyśmy zaplanowane lody i małe zakupy absolutnie niepotrzebnych drobiazgów na zasadzie "bierzcie co chcecie do xx zł". Czyli - mogę rozmawiać o przysłowiowej du..., no, pewnej części ciała Maryni, ale na jakieś poważniejsze tematy to już raczej nie, trójka dzieci w przedziale wiekowym 8-10 lat to małe tornado, a do mnie należy dopilnowanie, aby nie były uciążliwe dla otoczenia. Wyjaśniłam to Joannie, niezrażona sytuacją przeszła od razu do konkretów:

- Słuchaj, czy ty byś mogła podżyrować nam kredyt na 8 tysięcy? Chodzi o ten dom, pamiętasz, mówiłam ci, musimy zapłacić taką kwotę, bo inaczej to wszystko przepadnie, my akurat jesteśmy bez pieniędzy, to kwestia kilku dni, przecież wiesz, że dobrze zarabiamy, taka suma to nie problem, ale teraz akurat nic nie mamy, a to trzeba już, no, proszę cię...

Ups... Serio, jestem osobą, która stara się pomagać innym, nie raz wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle, ale i tak uważam, że warto. Jednak 8 tys. to duża kwota (przynajmniej dla mnie), a żyrując komuś taki kredyt trzeba się liczyć z tym, że w razie jakiegoś niepomyślnego biegu sprawy to JA będę go spłacać.

- Joanna, ja to muszę przemyśleć. To duża kwota dla mnie i duże zobowiązanie, teraz nie jestem w stanie podjąć decyzji, zadzwoń ok. 17.00, będę już w domu, zastanowię się na spokojnie, podasz mi wszystkie warunki tej umowy kredytowej, szczegóły, i wtedy będę mogła zdecydować.

- O 17.00 to za późno, jest długi weekend majowy, ja te pieniądze muszę mieć już, to bardzo ważne! Ja już ci wszystko mówię, sprawdź sobie w internecie, firma nazywa się (tu podała nazwę, która natychmiast wyleciała mi z głowy, bo małpy* zaczęły szaleć i musiałam je przywołać do porządku), muszę tylko podać twoje dane i nr konta, pieniądze zaraz ci wpłyną i ty nam to zaraz przelejesz, za parę dni ci oddam.

No sorry, idiotką nie jestem. Skoro pieniądze wpłyną na moje konto, to JA biorę pożyczkę i JA ją spłacam, poza tym jeśli to wpływa "zaraz" (czyli bez sprawdzania zdolności kredytowej), to jest to jakiś parabank z zabójczym oprocentowaniem. Jednak rozproszenie mojej uwagi pomiędzy rozmowę telefoniczną a szalejące małpy spowodowało, że nie powiedziałam tego, tylko podkreśliłam jeszcze raz, że tu i teraz takiej decyzji nie podejmę, mogę na spokojnie porozmawiać po 17.00. Odpowiedź była krótka i wypowiedziana z wielkim fochem:

- Po 17.00 to za późno! Wielkie dzięki, cześć!

PS Ktoś mi kiedyś mówił, że Joanna spędziła jakiś czas w Zakładzie Karnym za oszustwa i wyłudzenia. Wtedy w to nie uwierzyłam.

*mówię czasem na dziewczyny "małpy zielone", jak są bardzo niegrzeczne, albo "małpeczki" (to już pieszczotliwie), nikt się nie obraża i nie ma pretensji

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (182)

#81754

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia pisana pod wpływem dużej dawki rozgoryczenia i małej dawki piwa (drugą puszkę właśnie rozpoczynam).

Zachciało mi się psa. W sumie nie tak, psa chciałam zawsze, ale warunków nie było - brak mieszkania, dorywcza praca, małe dziecko - o psie mogłam sobie tylko pomarzyć. Jednak wszystko powoli zmieniało się na lepsze, a jakieś parę miesięcy temu Młoda zaczęła mi marudzić, że ona chciałaby jakieś zwierzątko - króliczka, kota, psa, wszystko jedno (ale raczej z naciskiem na "koooootka"). Zaczęłam się zastanawiać...

Tu krótka dygresja - wiem, że zwierzę to żywe stworzenie, a nie zabawka dla dziecka. Wiem, że 8-letnie dziecko nie podoła obowiązkom związanym z posiadaniem zwierzęcia. Więc (tak, wiem, nie zaczyna się zdania od "więc") jeśli w tym momencie decyduję się na jakieś zwierzę, to JA jestem za nie odpowiedzialna, JA odpowiadam za zaspokojenie jego potrzeb, JA się nim opiekuję - Młoda może mi tylko pomóc adekwatnie do swoich możliwości. Aha, no i Młoda (nie raz podrapana przez koty mojej przyjaciółki) doskonale wie, że zabawa ze zwierzęciem jest dozwolona tylko do momentu, kiedy obu stronom sprawia to przyjemność.

Ale wątpliwości miałam - małe mieszkanko w bloku i praca po 12 godz. dziennie. No nie, nie codziennie, tych 12-tek wypada mi 2 albo 3 w tygodniu, czasem 4, do tego jakaś nocka. Byłam pełna niepewności, czy zapewnię psu (koty lubię, ale naprawdę wolę psa) odpowiednie warunki... Dopiero moja przyjaciółka rozwiała je (te wątpliwości, znaczy się) krótkim pytaniem - adoptujesz czy kupujesz? Jak adoptujesz, to uważasz, że gdzie będzie lepiej psu, w schronisku czy u ciebie?

Adoptuję. Odpalam OLX i szukam psów do adopcji. Staram się nie patrzeć na zdjęcia, bo każdy psiak ma tyle nadziei w oczach, że serce pęka... ale muszę się trzymać wytycznych. Bardzo prostych - pies ma być mały (moje mieszkanie ma oszałamiający metraż 30m2, a miło byłoby nie potykać się na każdym kroku o psa), płeć bez znaczenia, nie "kanapowiec", ale też nie "kulka energii" wymagająca codziennie kilkugodzinnych spacerów. No i ostatni wymóg, mocno egoistyczny - pies w miarę młody, tak po prostu nie chcę w najbliższych latach przeżywać odejścia jednego z domowników...

Czytam uważnie opisy i tu już pierwsze rozczarowanie:
"Najchętniej wydamy pieska do domu z ogrodem" - no nie posiadam.
"Pies dla aktywnego właściciela" - lubię wysiłek fizyczny, ale nie codziennie, a po 12 godz. pracy nie jestem w stanie zapewnić psu kilkugodzinnego spaceru.
"Do domu bez małych dzieci!!!" - hmm, ośmiolatka to małe dziecko czy nie? Jakbyście nie wiedzieli, to tak, dopiero nastolatki nie podpadają pod kategorię "małe dziecko”.

OK, rozumiem i jestem pełna podziwu, że chcą dla tych psów, skrzywdzonych, po przejściach, znaleźć jak najlepszy dom, dopasowany do ich potrzeb.

Szukam dalej. Znalazłam. Dwa pierwsze podejścia - falstart. Jedno ogłoszenie zniknęło zaraz na drugi dzień (czyli piesek znalazł dom), drugie - suczka była już w trakcie procedury adopcyjnej "ale wie pani, jak to jest, nie usuwamy ogłoszenia aż do ostatniej chwili, czasami ludzie nawet po przejściu całej procedury adopcyjnej tak po prostu nie przyjeżdżają po psa...". Z jednej strony było mi trochę przykro, z drugiej cieszyłam się, że te psy znalazły dom.

Trzecie podejście. Kuba. Najbardziej kundelkowaty kundel, jakiego można sobie wyobrazić. Mały, czarny, z zakręconym w wesoły precelek ogonem, w oczach miał zapytanie "co jeszcze mogę nabroić?" i prośbę "pokochaj mnie!". Pokocham cię, Kubusiu, jeśli tylko dadzą mi szansę.

Dzwonię. Tak, Kuba jest do adopcji, tak ogłoszenie aktualne, ale wie pani, że to jest kundelek? Nie no, ku*wa, myślałam że rasowy! Udało mi się tego nie powiedzieć głośno - tak, wiem, że to kundelek. Dalej już było tylko gorzej... O każdy krok procedury adopcyjnej (ankieta przedadopcyjna, wizyta przedadopcyjna) musiałam się dopraszać i wydzwaniać, czekałam bardzo długo, wydawało się, że było na co - pani ze Stowarzyszenia* stwierdziła, że bardzo spodobała im się moja ankieta i jak najbardziej dostanę od nich psa, ale chyba nie Kubę... Kuba jest chory, to znaczy jest takie podejrzenie, muszą mu zrobić badania, jeśli to jest to, co myślą, no to koszty leczenia wynoszą ok. 300-400 zł miesięcznie, pewnie w takim przypadku nie będę go chciała?
Ups... Po długim i bolesnym namyśle zdecydowałam, że nie. Co innego, gdy zachoruje zwierzę, które już masz, które jest członkiem rodziny, wtedy wiadomo, że ładujesz każde pieniądze w jego leczenie, ale teraz, kiedy jeszcze mam wybór... Zlinczujcie mnie, zminusujcie, ale nie - nie stać mnie. Stać mnie na psa zdrowego, na jego utrzymanie i zaspokojenie jego potrzeb (w tym również wizyty u weterynarza), ale nie mogę sobie pozwolić na 300-400 zł miesięcznie na samo leczenie. Niestety, nie było mi dane zakomunikować tej wiadomości pani, która prowadziła procedurę adopcyjną Kuby. Mimo obietnic, nie zadzwoniła - zadzwoniłam ja, dowiedziałam się tylko, że badania potwierdziły, iż Kuba jest chory, że w sumie mogliby mi zaproponować innego psa, ale jest taki problem...

Otóż - MAM DZIECKO. I, o zgrozo, to dziecko musiałoby wychodzić z psem w momencie, kiedy ja mam 12-togodzinną zmianę w pracy. A co będzie, jak pies ją pociągnie, wyrwie się? Albo jeśli zapomni? Co do pierwszej obiekcji, no to, do jasnej cholery, dlatego też m.in. szukałam psa małego i nauczonego już chodzić na smyczy, żeby uniknąć takich sytuacji! Dla rozrywki tych opisów nie czytałam! Co do drugiej - skoro jestem tak odpowiedzialną i empatyczną osobą (ich zdanie po przestudiowaniu mojej ankiety przedadopcyjnej), to skąd pomysł, że wychowałam córkę na egoistycznego lekkoducha, który nie potrafi nawet zapamiętać, że pies potrzebuje spaceru kilka razy dziennie?

Nie zdążyłam tego powiedzieć. Pani nadawała jak katarynka, po czym stwierdziła, że teraz absolutnie nie ma czasu rozmawiać, ale NA PEWNO zadzwoni do mnie jutro i wtedy wszystko ustalimy. "Jutro" minęło godzinę temu, telefon oczywiście milczał. W takiej sytuacji nie wiem już nic - nie wiem, czy Kuba jest rzeczywiście chory, czy też to wymówka, żeby mi go nie dać. Nie wiem, czemu byli niby tak zachwyceni moją ankietą przedadopcyjną, skoro potem okazało się, że nie jestem tak idealna, bo mam dziecko... Aha, no i pracuję... A przede wszystkim, dlaczego za każdym razem zapewniali „za parę dni do pani zadzwonimy”, po czym oczywiście nie dzwonili, dzwoniłam ja, wręcz żebrząc o kolejny krok procedury adopcyjnej.

Jutro zadzwonię. To naprawdę ostatni telefon, który zamierzam wykonać - czy Kuba NAPRAWDĘ jest chory, ile NAPRAWDĘ wyniosłoby jego leczenie miesięcznie i czy (jeśli uznam, że mnie stać i zdecyduję się) NAPRAWDĘ mi go dadzą. Jeśli nie - no cóż, Kubusiu, mam szczerą nadzieję, że ktoś cię jednak pokocha i da ci dom. Ja poszukam innego potrzebującego psa...

*Nie podaję nazwy tego Stowarzyszenia, bo po prostu go nie znam. Ankieta przedadopcyjna nie była sygnowana żadną nazwą, ogłoszenie na OLX było od prywatnego użytkownika (jakieś żeńskie imię), w sumie sformułowanie "Stowarzyszenie" padło z ust pani tylko raz, zazwyczaj mówiła "MY", w sensie "zastanowimy się", "przeanalizujemy ankietę", "bardzo nam się podobała pani ankieta" itp.

jakieś stowarzyszenie

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (153)

#81807

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki. Będzie lekkie nawiązanie do mojej historii http://piekielni.pl/81690

Pojawiły się pod nią komentarze, że nie powinnam mieć sobie nic do zarzucenia, że dobrze postąpiłam itp. Bardzo dziękuję za te słowa, ale nadal uważam, że nie. Wiecie dlaczego? Bo jak raz przyznam sobie takie prawo, że mogę się zachować nieprofesjonalnie w stosunku do podopiecznego, to potem już "leci z górki". Tego ochrzanię, na tego krzyknę, a tego będę szarpać przy przebieraniu. Jeśli kiedykolwiek uznam, że mogę być dla nich wredna, to chyba czas poszukać innej pracy. Tamta sytuacja już miała miejsce, głowy popiołem posypywać nie zamierzam, ale też nigdy nie uznam, że zrobiłam DOBRZE. Bo nie (mimo że odniosło to pozytywny skutek), bo jak dam sobie takie przyzwolenie, to będę jak Martusia...

Tak, przechodzę do sedna historii, czyli do Martusi. Przyszła do nas do pracy i od razu zaczęła wszystkich wkur..., no, tego, irytować. Otóż Martusia miała bardzo ciężkie życie i mnóstwo traumatycznych przeżyć za sobą - co samo w sobie nie jest irytujące, jednak ona używała tego jako wymówki w KAŻDEJ sytuacji. Jej dwa kluczowe zwroty (na które mam alergię do dzisiaj) to: "Nikt mnie o tym nie poinformował" (odnośnie rzeczy ogólnie wiadomych) i "Właśnie miałam to zrobić" (zapytana pół godz. przed końcem dniówki, czy zrobiła coś, o co była proszona od rana). Była mistrzynią w robieniu zamieszania oraz wrażenia, że ciężko pracuje, podczas gdy efektów jej pracy nie było widać. Jeden tylko przykład:
Przyjęcie, nowy pan, trzeba go umieścić w pokoju, rozpakować rzeczy i wykąpać. Zadanie przydzielone Martusi, efekt - po dwóch (!!!) godzinach pan nadal siedzi na łóżku, Martusia miota się po jego pokoju, z rzeczy rozpakowana jedna mała torba i jeszcze wielkie pretensje "no przecież ja tu cały czas robię!". Na mnie trafiła, więc w krótkich, żołnierskich słowach wytłumaczyłam, że ona ma ZROBIĆ, a nie ROBIĆ, poprosiłam pana o udanie się pod prysznic (podopieczny chodzący i samodzielny, upierał się, że sam się wykąpie) i po 10 min można było "zamknąć" przyjęcie.

Ale to w sumie nic takiego. Wiadomo, każdy kiedyś był nowy, każdy potrzebuje czasu, aby dojść do wprawy, nowa osoba ma taki "okres ochronny", kiedy patrzy się na nią przez palce. Tylko że na Martusię prawie od razu zaczęły się skargi - od naszych podopiecznych. Że krzyczy, że jest niedelikatna, niemiła, nieuprzejma. Zawsze miała wytłumaczenie - ten nie chciał wziąć leków, tamta nie dała zmienić sobie przesikanego pampersa, inna odmówiła kąpieli... Więc Martusia musiała krzyknąć, popchnąć, szarpnąć, no inaczej się nie dało i już. Zaczęła się tworzyć nieciekawa sytuacja, kiedy to podopieczni ze łzami w oczach pytali, czy na pewno nie ma "siostry Marty" na zmianie, a jak jest, to czy kto inny mógłby ich przebrać/wykąpać (oni nie rozróżniają, dla nich zarówno pielęgniarka, jak i opiekunka, to "siostra"). Wkur..., no, wkurzone byłyśmy coraz bardziej, bo coraz więcej było pokoi, gdzie Martusia nie mogła wejść, a skargi niewiele dawały, bo Martusi należy dać szansę.

Na szczęście nie wszyscy nasi pensjonariusze to bezbronni staruszkowie, którzy na agresję reagują jedynie paniką i płaczem. Do moich "ulubionych" należy pani Zofia - wykształcona, inteligentna, z dużym poczuciem humoru. Z racji wieku (ponad 90 lat) szwankuje jej już wszystko z wyjątkiem umysłu. Porusza się na wózku inwalidzkim, korzysta z aparatu słuchowego, czyta już rzadko, bo nawet przez szkła typu "denka od butelek" niewiele widzi. Ale umysł nadal ma jasny, zaś języczek ostry. Do tych, których lubi, zwraca się per "moje dziecko", do pozostałych bezosobowo, chociaż uprzejmie.

Zostałam sama z Martusią pod koniec dniówki. Zazwyczaj są trzy osoby, ale czasem ktoś ma 8 godz., a nie 12, więc zdarza się, że na te ostatnie 4 godz. zostają dwie osoby. Sprawdzam czas i co jeszcze nam zostało do zrobienia, no nie jest źle, ale trzeba się sprężać. Proszę grzecznie:

- Marta, idź połóż panią Zofię do łóżka, a ja idę umyć kieliszki, jak skończę, do dołączę i ci pomogę.

A tak, kieliszki. Nie urządzamy sobie alkoholowych imprez, chodzi o kieliszki po lekach. Większość naszych podopiecznych dostaje leki rozkruszone (bo całych tabletek nie chcą połykać), więc mycie ich to nie jest chwilka na zasadzie przepłukania wodą, tylko trzeba je porządnie wymyć w specjalnym płynie, trochę czasu to zajmuje. Byłam mniej-więcej w połowie, kiedy przyszła Martusia, zakomunikowała, że mam sama iść do pani Zofii i zmyła się w tempie ekspresowym. Co jest, do jasnej...???

Dobra, poszłam, bo czasu coraz mniej. Widzę, że Martusia na pewno tam była, bo łóżko pani Zofii rozścielone, koszula nocna przygotowana, natomiast pani Zofia siedzi spokojnie w swoim wózku inwalidzkim z radyjkiem tranzystorowym przy uchu. Kiedy weszłam, powiedziała spokojnie:

- A, jesteś, moje dziecko. Połóż mnie do łóżka, bo już późno.

Położyłam. I nie, nie zapytałam się, co tu się wydarzyło, bo znam panią Zofię i wiem, że by mi nie powiedziała. Martusi też nie pytałam, chociaż jak weszłam na dyżurkę, nadal wycierała czerwone od płaczu oczy. Ale do dzisiaj żałuję, że mnie tam nie było - w pokoju albo chociaż za drzwiami, widzieć to albo chociaż słyszeć co się tam działo, to lepsze niż wygrana w totka. Ech, miejsce w pierwszym rzędzie i popcorn do tego...

A Martusia odeszła od nas tak, jak pracowała, czyli bezczelnie i po sku***syńsku. Na początku miesiąca, kiedy grafik ułożony i dziury w nim ciężko załatać, stwierdziła, że ona odchodzi już, teraz, dziś. Aha, i jeszcze oskarżyła nas o mobbing. Bo ona musiała PRACOWAĆ!!! Powodzenia Martusiu w innej pracy!

EDIT po przeczytaniu komentarzy:

Martusia miała umowę o pracę. Przypuszczam, że chciała rozwiązać umowę za porozumieniem stron (wtedy nie obowiązuje ustalony wcześniej okres wypowiedzenia), jednak źle się do tego zabrała. Zamiast grzecznie poprosić albo przynajmniej zapytać, czy byłaby taka możliwość, ona poszła do biura z informacją, że od jutra już tu nie pracuje i żądaniem wystawienia jej NATYCHMIAST świadectwa pracy. Cóż, pani dyrektor nie wtajemnicza nas w szczegóły swoich rozmów z innymi pracownikami (nawet byłymi), więc nie wiem, czy coś ugrała. Nawet jeśli nie, to miała jeszcze dwa wyjścia - przynieść L4 na cały okres wypowiedzenia lub po prostu nie przyjść do pracy i liczyć się z dyscyplinarką. Ja wiem tylko tyle, że jednego dnia powiedziała nam, że ona tu już nie będzie pracować i to jej ostatnia dniówka, na drugi dzień była w biurze z awanturą i więcej już nie przyszła. Ale nie tęsknimy.

dom opieki

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (159)

#81690

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki.

Pod moją poprzednią historią pojawiły się spekulacje, jaką matką była Melusia, że jej się dzieci tak odpłacają. Otóż nie wiem, tak po prostu nie wiem. I szczerze mówiąc nie interesuje mnie to. Nie czuję się upoważniona do tego, żeby ich oceniać, osądzać, decydować na co sobie zasłużyli, a na co nie. Wszystkich naszych podopiecznych lubię - jednych bardziej, drugich mniej, ale jednak lubię. I mam (a przynajmniej staram się mieć) do nich dużo cierpliwości i wyrozumiałości. Nie da się inaczej, jeśli choć jeden podopieczny zaczyna cię wkurzać, denerwować, to zaraz się znajdzie drugi, trzeci... i praca stanie się udręką i "usługiwaniem tym cholernym dziadkom". Tu trzeba zrozumieć, że oni są, jacy są, z różnych względów, głównie z powodu mocno postępujących procesów chorobowych. A jacy byli, zanim do nas trafili, to nie powinno nas obchodzić. Ale czasami wiemy, bo rodzina przychodząca w odwiedziny lubi się wyżalić, poopowiadać, nie wiem, może szukają jakiegoś usprawiedliwienia dla siebie, że mamę/tatę, babcię/dziadka, ciocię/wujka oddali do domu opieki?

Jakoś tak latem przyszedł do nas pan Zbigniew. Od razu nazwany przeze mnie "Zbyszko", podopieczny leżący, trudny i problematyczny. Zbyszko był zwolennikiem "twardej ręki" zarówno w stosunku do dzieci, jak i do żony. Dzieci traktował pasem, żonę pięścią. Rozwiązania siłowe wszelkich problemów stosował i u nas, bardzo szybko nauczyłyśmy się, że do Zbyszka wchodzi się w dwie osoby - jedna przebiera/karmi/zmienia pampersa, a druga uważa, żeby Zbyszko znienacka nie przywalił tej pierwszej pięścią w nery czy inną część ciała. I właśnie w stosunku do Zbyszka jeden jedyny raz zachowałam się piekielnie nieprofesjonalnie...

Pan Zbyszek miała jeden "uroczy" zwyczaj - rozpinał (rozszarpywał) sobie pampersa, wyciągał interes i sikał po całym łóżku i obok niego. To nie była złośliwość, on gdzieś tam miał zakodowane, że w majtki się nie sika, nie rozumiał, że ma pampersa, który właśnie do tego służy, więc starał się sikać za łóżko. Oczywiście mu to nie wychodziło, więc po każdej takiej akcji pościel była do zmiany, a Zbyszko do umycia i przebrania. No i któregoś dnia zaglądając po kolei do pokoi, czy wszystko jest OK, trafiłam na moment, kiedy Zbyszko już wyciągnął interes z pampersa i zaczynał zasikiwać wszystko wokół. Doskoczyłam szybko, zakryłam instrument pampersem, poczekałam aż skończy i oceniam "ogrom zniszczeń". Nie jest źle, kołdrę wcześniej skopał z łóżka, więc sucha, do zmiany tylko podkoszulka, w której był, podkład jednorazowy na łóżku, no i pampers. Dobra, to przebieram (nawet mi nie przyszło do głowy, żeby kogoś zawołać do pomocy, pozostałe opiekunki były czymś zajęte w innej części budynku). A pan Zbyszek oczywiście - "zostaw mnie, bo ci przyp***dolę". Nie wiem, czy zmęczona byłam, czy po prostu zła, ale zrobiłam coś, czego absolutnie nie wolno nam robić i nie wiem, jak bym się z tego wytłumaczyła - złapałam za nadgarstki te jego zaciśnięte w pięści i wymachujące koło mnie ręce, przycisnęłam mu je skrzyżowane do klatki piersiowej i nachyliłam się nad nim. Patrząc mu prosto w oczy wycedziłam przez zęby: "Posłuchaj mnie uważnie, Zbyszko. Ty już nigdy w życiu nikomu nie przyp***dolisz! Skończyło się! Zrozumiałeś?"

Patrzył na mnie przez długą chwilę. Potem rozluźnił mięśnie, mruknął: "Ładne masz oczy" i dał się przebrać. Od tego dnia ja nigdy nie miałam problemów z "obsługą" pana Zbyszka. Przebieranie, karmienie, kąpiel, zmiana pampersa - wszystko bezproblemowo. Ale Zbyszko słabł, coraz gorzej z nim było, na jesieni umarł. Dobrą śmierć miał, we śnie.

Jakby to kogoś interesowało - pan Zbyszek miał odwiedziny dzieci i wnuków co dwa-trzy dni. Przychodzili, interesowali się, pytali czego potrzebuje, spełniali wszystkie jego zachcianki. Do naszego domu opieki trafił dlatego, że jego żona również zaniemogła, dzieci (chyba troje ich miał) stwierdziły, że dwójką leżących staruszków nie są w stanie się opiekować. Żona została u jednego z dzieci (reszta pomagała w opiece), Zbyszko trafił do nas.

Morał? Nie ma żadnego. Piekielna byłam ja, bo mimo że moje zachowanie spowodowało pozytywny skutek, to nie powinnam się tak zachować. A co do Zbyszka - no cóż, jemu w tej chwili już wszystko jedno...

dom opieki

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (163)

#81624

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki.

Dzisiaj historia rodzinna o relacjach matka - syn.

Wśród innych pensjonariuszy jest u nas pani Melania. Malutka, okrąglutka, cieplutka, no, taka nasza kochana Melusia. Nie wiem, jak się Melusi życie udało, ale synowie to nie bardzo... Czterech ich podobno miała, jeden już nie żyje, dwóch jest cholera wie gdzie, no a jeden - Wacek niech mu będzie - nawet mamusię odwiedza. Nie za często, a dokładnie to raz w miesiącu - zaraz po tym, jak Melusia emeryturę dostanie.

Tu krótkie wyjaśnienie, bo nie każdy to musi wiedzieć - na poczet należności za pobyt w naszym domu opieki pensjonariusze oddają 70% swojej renty/emerytury (resztę kwoty dopłaca MOPS/GOPS/gmina), czyli 30% im zostaje. To ich pieniądze i nam nic do tego, w jaki sposób je wydają.

Wacek też wiedział, że 30% skromniutkiej emeryturki Melusi jest do jej dyspozycji. A pieniędzy potrzebował, oj potrzebował, bo co prawda "wino marki wino" jest tanie, ale żeby osiągnąć pożądany "stan nieważkości", to sporo ich trzeba wypić. Więc Wacek przychodził po pieniądze, a Melusia dawała. Bo to syn, bo odwiedza, bo jakiegoś bananka albo sok przyniesie, bo... bo go kochała po prostu. Z tych wizyt dwie pamiętam, o jednej sobie poczytałam w raporcie.

Wizyta 1:
Roznosimy obiad (osoby, które nie są w stanie zejść na jadalnię, jedzą w swoich pokojach, my [opiekunki] im ten obiad zanosimy). Po stwierdzeniu, że u Melusi siedzi Wacek, Dorota (najstarsza stażem) mówi z pewnym wahaniem: "Wiecie co, dziewczyny, poprośmy Wacka, żeby wyszedł na 10 minut, ja mam obawy, że on jej ten obiad zje." Wracamy się do pokoju, prosimy o opuszczenie pomieszczenia na czas obiadu, Wacek zaczyna się awanturować, że jak to tak, od mamusi go wyrzucają, z każdym wypowiedzianym przez niego słowem widać coraz wyraźniej, że jest napruty jak messerschmitt - jak udało mu się wejść w takim stanie, pozostaje do dziś jedną z nierozwiązanych zagadek ludzkości. No cóż, zamiast wyjść z pokoju na 10 minut, musiał opuścić w ogóle budynek, panienki lekkich obyczajów sypały się gęsto, ale poszedł.

Wizyta 2:
Przychodzi lekko żulowaty gość i mówi, że on z pilną sprawą do pani Melanii. Zaprowadzamy go, ale nie zostawiamy samego w pokoju z Melusią, bo coś nam mocno nie pasuje. Żulik widząc, że nie ma szans na rozmowę w cztery oczy, decyduje się jednak na wyjawienie misji, z którą przyszedł. Z jego mocno rozbudowanej opowieści wynika, że jest serdecznym przyjacielem, bratem krwi niemalże, Wacka i w/w przysłał go po pieniądze. Bo Wacek biedny, chory, na lekarstwa potrzebuje, leży w domu i ruszyć się nie może, leki potrzebuje wykupić, mama przecież pomoże? Nie wiem, czy by pomogła, czy nie, czy nabrała się na tę bajeczkę, bo w tym momencie ciśnienie nam mocno skoczyło i bezczelnie wcięłyśmy się w rozmowę, informując "przyjaciela", że pani Melania pieniądze posiada, ale w depozycie, w biurze, biuro czynne do godz. 15.00 (było po 16-tej), więc zapraszamy jutro do południa, najlepiej z receptami na te leki, których potrzebuje Wacek. Żulik się zmył w tempie ekspresowym, ale jeszcze tego samego dnia nastąpił ciąg dalszy, mianowicie "ciężko chory" Wacek próbował dostać się do nas tylnym wejściem od strony ogrodu. Hmm, jeśli stan upojenia alkoholowego jest chorobą, to faktycznie był bardzo chory, ledwie się na nogach trzymał.

Wizyta 3:
Tu akurat nie byłam bezpośrednim świadkiem zdarzenia, więc napiszę to, co sama wyczytałam w raporcie: "U pani Melanii był syn Wacek. Awanturował się, żądał pieniędzy, szukał ich po szafkach i po całym pokoju. Pani Melania bardzo płakała. Został wyproszony przez opiekunki, nie chciał wyjść, odgrażał się."

W sobotę zadzwonił ktoś z dalszej rodziny pani Melanii, prosząc o przekazanie jej, że Wacek nie żyje. Pijany zasnął gdzieś na mrozie i zamarzł. Nie wiem jak wy, ale ja mam mieszane uczucia... Z jednej strony dobrze - pozbyła się pasożyta, który nic jej nie dał oprócz problemów i łez. Z drugiej strony - to był jej syn, którego kochała, jedyny, który ją odwiedzał, z którym na pewno była mocno związana emocjonalnie. Bardzo mi żal. Nie Wacka, ale Melusi - płakała długo, zamówiła wieniec, na pogrzeb niestety nie pojedzie, zdrowie nie pozwala. I co tu jest piekielne? Życie? Śmierć? Czy każda z łez Melusi, których nie powinno być?

dom opieki

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (222)

#81277

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak się pozbyć żony z domu - level expert.

Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki. Lubię swoją pracę, lubię naszych podopiecznych (chociaż czasem zachowują się tak, że wszystkie historie o moherowych babciach w autobusie to przy nich pikuś), ale czasem zdarza się coś takiego, że karabin maszynowy sam się w kieszeni odbezpiecza (no co, nie mogę mieć dużych kieszeni?).

Jakiś czas temu dostałyśmy informację z biura, że będzie do przyjęcia małżeństwo i w związku z tym należy przygotować podwójny pokój. No cudem akurat był - to nie takie łatwe, bo większość pokoi mamy pojedynczych. Pokój wysprzątany, zaścieliłyśmy łóżka, jedno z nich wyposażyłyśmy w materac przeciwodleżynowy (pani leżąca, pan chodzący i w pełni sprawny), czekamy na ich przybycie.

Przyjechali. Nie było mnie akurat na dniówce, więc relacja z drugiej ręki. Pani faktycznie leżąca i wymagająca kompleksowej opieki, po wylewie, z trudem i przy pomocy innych osób może ewentualnie przemieścić się z łóżka na wózek inwalidzki, na którym zbyt długo jednak nie wysiedzi. Psychicznie w pełni sprawna, jednak kontakt z nią mocno utrudniony z uwagi na bardzo niewyraźną, bełkotliwą mowę. Pan - mężczyzna niewiele po 70., elegancki, zadbany, typ Don Juana. Już od wejścia zaczął sypać żartami i komplementami o erotycznym podtekście, na przemian z rzewnymi opowiastkami jak to on kocha żonę, że tylko dla niej zdecydował się na zamieszkanie w domu opieki, no bo on to przecież mężczyzna w pełni sił w każdym tego słowa znaczeniu, he, he, he. No ale żona leżąca, opiekunki z MOPS-u no cóż, co to jest te parę godzin dziennie, no umyją, przebiorą, pampersa zmienią, ale z nią trzeba siedzieć non stop, on już nie ma siły (hmm, jeszcze dwa zdania wcześniej te siły miał niespożyte...), lepiej im będzie w domu opieki, on tak żonę kocha, dla niej to zrobił, jej tu będzie lepiej, tu panie opiekunki takie miłe i pomocne, on już to widzi, a jakie ładne w dodatku.

Słowotok został mu grzecznie przerwany, zaprezentowano mu pokój, pan zachwycony, ojej, no żonie, to znaczy nam, będzie tu cudownie, to może żona już się położy, bo zmęczona, a my tu załatwimy formalności. Troskliwie, aczkolwiek z dużą pomocą opiekunek, ulokował żonę w łóżku, po czym zszedł do biura. OK, skierowanie z MOPS-u jest, zarówno dla niego, jak i dla żony, można wracać do pokoju i się "zadomawiać".

Pan się lekko zmieszał, ale rezonu nie stracił, wpadł w następny słowotok. Bo on jeszcze dzisiaj to by tu nie został, on ma ważne sprawy urzędowe niedokończone, bo tu mieszkanie, tu konto w banku, jeszcze na poczcie przekierowanie adresu, on nie wiedział, że to tak szybko, on to musi pozałatwiać, no parę dni i będzie z powrotem. Został uświadomiony, że to dom opieki, a nie zakład karny o zaostrzonym rygorze, a on jako osoba w pełni sprawna i odpowiadająca za siebie może wyjść i wrócić, kiedy tylko chce, jedynym wymogiem jest poinformowanie o tym personelu. Natomiast jeśli chce opuścić dom na kilka dni, też nie ma problemu, tylko ponieważ został już przyjęty, zostanie mu wypisana przepustka. A w ogóle to może by został dzień-dwa, zanim zacznie załatwiać te Szalenie Ważne Sprawy, żeby jego żona łatwiej się zaaklimatyzowała? Nie, nie, on nie może, bo mieszkanie, bo konto, bo listonosz, a i jeszcze ta kopalnia diamentów w Zimbabwe...

No dobra, z tą kopalnią diamentów to mnie poniosło, ale podobno mniej więcej tak brzmiały jego wyjaśnienia - świat się zawali, jeśli on tego nie załatwi teraz, zaraz, natychmiast! OK, przepustka wypisana, pan pożegnał serdecznie żonę, obiecał, że za kilka dni wróci i wybył.

Wczoraj miałam dniówkę, około południa telefon z biura: "Pani Xynthio, proszę przenieść panią X do pojedynczego pokoju, mąż dzwonił, że on rezygnuje z pobytu u nas". Noż kur..!!! Poszłyśmy, przeniosłyśmy, z całych sił starając się nie patrzeć na czerwone i zapuchnięte od płaczu oczy tej pani... Chyba ją poinformował wcześniej telefonicznie, bo jak weszłyśmy do jej pokoju, to już wiedziała.
Jak to było? "W bogactwie i w biedzie, w zdrowiu i w chorobie... dopóki śmierć nas nie rozłączy"... Ech...

dom_opieki

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (184)

#81250

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam dzisiaj z Młodą na lodowisko. Na łyżwach jeżdżę "od zawsze", a Młoda (8 lat) złapała "lodowego bakcyla" już rok temu. Nie jeździmy trzymając się za rączki, nawet za bardzo nie zwracamy na siebie uwagi, ja po prostu jadę, a Młoda trenuje umiejętności. Przyzwyczaiłam się już, że na tafli rzadko potrzebuje mojego wsparcia, ot, czasem w przelocie rzuci informacyjnie: "mamo, wywróciłam się", po czym jedzie dalej. Dzisiaj było inaczej.

Młoda podjeżdża do mnie i płaczliwym głosikiem informuje, że "ten pan mi przeszkadza!". OK, skarbie, to odjedź dalej od tego pana i tyle. "Mamo, ten pan się ze mnie wyśmiewa!". No to nie zwracaj uwagi. "Mamo! Ten pan we mnie wjechał! Specjalnie!!!". Stanęłam na chwilę (dłuższą) przy bandzie i poobserwowałam "tego pana".

Żaden "pan", tylko gówniarz 16-17 lat. Znajdujący niepojętą uciechę w przeszkadzaniu na lodowisku najmłodszym jego użytkownikom. Zajeżdżał drogę, efektownie hamował tuż przed "wybranym" dzieckiem, dogadywał jadąc tuż obok - głównym przesłaniem jego docinków było: "co się pchasz no lodowisko, jak nie umiesz jeździć!". Oj, chłopczyku kolorowy, tak to my się bawić nie będziemy... Poobserwowałam jeszcze chwilę i już wiedziałam - owszem, jeździł o wiele lepiej od mojego dziecka. Ale o wiele gorzej ode mnie.

Wróciłam do jazdy. Tuż obok "tego pana". A repertuar złośliwości miałam o wiele szerszy od niego. Zajeżdżanie drogi jest tak banalne, że pokusiłam się o nie chyba tylko raz (no może dwa...), oprócz tego było symulowanie ewolucji, które byłyby zbieżne z jego torem jazdy, ale jakoś tak nie zostały jednak wykonane, jazda tuż przed nim z żółwią prędkością, która zadziwiająco wzrastała, gdy usiłował mnie wyprzedzić i kilka innych trików, które chyba go zdenerwowały, bo w końcu zdecydował się wyrazić swoje niezadowolenie słownie.

- Ej! Przeszkadzasz mi jeździć!

- Och, przepraszam, nie zauważyłam że jeździsz. Nie zwracam uwagi na ludzi miotających się bez sensu po lodowisku.

Nie załapał.

- Jak jesteś ślepa, to nie wychodź na taflę! Ja tu próbuję jeździć!

- To może byś popróbował gdzie indziej? Jakaś kałuża przed domem czy coś takiego... Po co się pchasz na lodowisko, jak nie umiesz jeździć?

Tym razem zatrybił, ale to chyba tylko dlatego, że Młoda przejeżdżając obok pomachała mi radośnie. Nadął się, zagulgotał prawie jak indyk i wypalił:

- Mamuśka ty się tu nie wymądrzaj, tylko o dziecko zadbaj!

Uśmiech w stylu jadowita żmija + rekin tuż przed capnięciem zdobyczy. I grzeczna odpowiedź:

- Ależ zajmuję się. W najlepszy możliwy sposób, czyli neutralizując jedyne zagrożenie, z jakim się tutaj spotkała. Czyli ciebie.

Chyba miał dość. Ale ja nie. Tak, byłam wredna i "przylepiłam się" do niego aż do końca rundy na lodowisku. Już nawet nie musiałam nic robić, sama świadomość, że jestem tuż obok spowodowała, że cały entuzjazm do jazdy (hmmm... do przeszkadzania innym w jeździe?) z niego wyparował.

No, wredna i piekielna mamuśka ze mnie...

lodowisko

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (264)