Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Xynthia

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2017 - 21:03
Ostatnio: 17 lutego 2018 - 9:43
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 475
  • Komentarzy: 13
  • Punktów za komentarze: 111
 

#81277

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak się pozbyć żony z domu - level expert.

Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki. Lubię swoją pracę, lubię naszych podopiecznych (chociaż czasem zachowują się tak, że wszystkie historie o moherowych babciach w autobusie to przy nich pikuś), ale czasem zdarza się coś takiego, że karabin maszynowy sam się w kieszeni odbezpiecza (no co, nie mogę mieć dużych kieszeni?).

Jakiś czas temu dostałyśmy informację z biura, że będzie do przyjęcia małżeństwo i w związku z tym należy przygotować podwójny pokój. No cudem akurat był - to nie takie łatwe, bo większość pokoi mamy pojedynczych. Pokój wysprzątany, zaścieliłyśmy łóżka, jedno z nich wyposażyłyśmy w materac przeciwodleżynowy (pani leżąca, pan chodzący i w pełni sprawny), czekamy na ich przybycie.

Przyjechali. Nie było mnie akurat na dniówce, więc relacja z drugiej ręki. Pani faktycznie leżąca i wymagająca kompleksowej opieki, po wylewie, z trudem i przy pomocy innych osób może ewentualnie przemieścić się z łóżka na wózek inwalidzki, na którym zbyt długo jednak nie wysiedzi. Psychicznie w pełni sprawna, jednak kontakt z nią mocno utrudniony z uwagi na bardzo niewyraźną, bełkotliwą mowę. Pan - mężczyzna niewiele po 70., elegancki, zadbany, typ Don Juana. Już od wejścia zaczął sypać żartami i komplementami o erotycznym podtekście, na przemian z rzewnymi opowiastkami jak to on kocha żonę, że tylko dla niej zdecydował się na zamieszkanie w domu opieki, no bo on to przecież mężczyzna w pełni sił w każdym tego słowa znaczeniu, he, he, he. No ale żona leżąca, opiekunki z MOPS-u no cóż, co to jest te parę godzin dziennie, no umyją, przebiorą, pampersa zmienią, ale z nią trzeba siedzieć non stop, on już nie ma siły (hmm, jeszcze dwa zdania wcześniej te siły miał niespożyte...), lepiej im będzie w domu opieki, on tak żonę kocha, dla niej to zrobił, jej tu będzie lepiej, tu panie opiekunki takie miłe i pomocne, on już to widzi, a jakie ładne w dodatku.

Słowotok został mu grzecznie przerwany, zaprezentowano mu pokój, pan zachwycony, ojej, no żonie, to znaczy nam, będzie tu cudownie, to może żona już się położy, bo zmęczona, a my tu załatwimy formalności. Troskliwie, aczkolwiek z dużą pomocą opiekunek, ulokował żonę w łóżku, po czym zszedł do biura. OK, skierowanie z MOPS-u jest, zarówno dla niego, jak i dla żony, można wracać do pokoju i się "zadomawiać".

Pan się lekko zmieszał, ale rezonu nie stracił, wpadł w następny słowotok. Bo on jeszcze dzisiaj to by tu nie został, on ma ważne sprawy urzędowe niedokończone, bo tu mieszkanie, tu konto w banku, jeszcze na poczcie przekierowanie adresu, on nie wiedział, że to tak szybko, on to musi pozałatwiać, no parę dni i będzie z powrotem. Został uświadomiony, że to dom opieki, a nie zakład karny o zaostrzonym rygorze, a on jako osoba w pełni sprawna i odpowiadająca za siebie może wyjść i wrócić, kiedy tylko chce, jedynym wymogiem jest poinformowanie o tym personelu. Natomiast jeśli chce opuścić dom na kilka dni, też nie ma problemu, tylko ponieważ został już przyjęty, zostanie mu wypisana przepustka. A w ogóle to może by został dzień-dwa, zanim zacznie załatwiać te Szalenie Ważne Sprawy, żeby jego żona łatwiej się zaaklimatyzowała? Nie, nie, on nie może, bo mieszkanie, bo konto, bo listonosz, a i jeszcze ta kopalnia diamentów w Zimbabwe...

No dobra, z tą kopalnią diamentów to mnie poniosło, ale podobno mniej więcej tak brzmiały jego wyjaśnienia - świat się zawali, jeśli on tego nie załatwi teraz, zaraz, natychmiast! OK, przepustka wypisana, pan pożegnał serdecznie żonę, obiecał, że za kilka dni wróci i wybył.

Wczoraj miałam dniówkę, około południa telefon z biura: "Pani Xynthio, proszę przenieść panią X do pojedynczego pokoju, mąż dzwonił, że on rezygnuje z pobytu u nas". Noż kur..!!! Poszłyśmy, przeniosłyśmy, z całych sił starając się nie patrzeć na czerwone i zapuchnięte od płaczu oczy tej pani... Chyba ją poinformował wcześniej telefonicznie, bo jak weszłyśmy do jej pokoju, to już wiedziała.
Jak to było? "W bogactwie i w biedzie, w zdrowiu i w chorobie... dopóki śmierć nas nie rozłączy"... Ech...

dom_opieki

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (177)

#81250

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam dzisiaj z Młodą na lodowisko. Na łyżwach jeżdżę "od zawsze", a Młoda (8 lat) złapała "lodowego bakcyla" już rok temu. Nie jeździmy trzymając się za rączki, nawet za bardzo nie zwracamy na siebie uwagi, ja po prostu jadę, a Młoda trenuje umiejętności. Przyzwyczaiłam się już, że na tafli rzadko potrzebuje mojego wsparcia, ot, czasem w przelocie rzuci informacyjnie: "mamo, wywróciłam się", po czym jedzie dalej. Dzisiaj było inaczej.

Młoda podjeżdża do mnie i płaczliwym głosikiem informuje, że "ten pan mi przeszkadza!". OK, skarbie, to odjedź dalej od tego pana i tyle. "Mamo, ten pan się ze mnie wyśmiewa!". No to nie zwracaj uwagi. "Mamo! Ten pan we mnie wjechał! Specjalnie!!!". Stanęłam na chwilę (dłuższą) przy bandzie i poobserwowałam "tego pana".

Żaden "pan", tylko gówniarz 16-17 lat. Znajdujący niepojętą uciechę w przeszkadzaniu na lodowisku najmłodszym jego użytkownikom. Zajeżdżał drogę, efektownie hamował tuż przed "wybranym" dzieckiem, dogadywał jadąc tuż obok - głównym przesłaniem jego docinków było: "co się pchasz no lodowisko, jak nie umiesz jeździć!". Oj, chłopczyku kolorowy, tak to my się bawić nie będziemy... Poobserwowałam jeszcze chwilę i już wiedziałam - owszem, jeździł o wiele lepiej od mojego dziecka. Ale o wiele gorzej ode mnie.

Wróciłam do jazdy. Tuż obok "tego pana". A repertuar złośliwości miałam o wiele szerszy od niego. Zajeżdżanie drogi jest tak banalne, że pokusiłam się o nie chyba tylko raz (no może dwa...), oprócz tego było symulowanie ewolucji, które byłyby zbieżne z jego torem jazdy, ale jakoś tak nie zostały jednak wykonane, jazda tuż przed nim z żółwią prędkością, która zadziwiająco wzrastała, gdy usiłował mnie wyprzedzić i kilka innych trików, które chyba go zdenerwowały, bo w końcu zdecydował się wyrazić swoje niezadowolenie słownie.

- Ej! Przeszkadzasz mi jeździć!

- Och, przepraszam, nie zauważyłam że jeździsz. Nie zwracam uwagi na ludzi miotających się bez sensu po lodowisku.

Nie załapał.

- Jak jesteś ślepa, to nie wychodź na taflę! Ja tu próbuję jeździć!

- To może byś popróbował gdzie indziej? Jakaś kałuża przed domem czy coś takiego... Po co się pchasz na lodowisko, jak nie umiesz jeździć?

Tym razem zatrybił, ale to chyba tylko dlatego, że Młoda przejeżdżając obok pomachała mi radośnie. Nadął się, zagulgotał prawie jak indyk i wypalił:

- Mamuśka ty się tu nie wymądrzaj, tylko o dziecko zadbaj!

Uśmiech w stylu jadowita żmija + rekin tuż przed capnięciem zdobyczy. I grzeczna odpowiedź:

- Ależ zajmuję się. W najlepszy możliwy sposób, czyli neutralizując jedyne zagrożenie, z jakim się tutaj spotkała. Czyli ciebie.

Chyba miał dość. Ale ja nie. Tak, byłam wredna i "przylepiłam się" do niego aż do końca rundy na lodowisku. Już nawet nie musiałam nic robić, sama świadomość, że jestem tuż obok spowodowała, że cały entuzjazm do jazdy (hmmm... do przeszkadzania innym w jeździe?) z niego wyparował.

No, wredna i piekielna mamuśka ze mnie...

lodowisko

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (253)

#80916

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj dowiedziałam się, że posiadam nadprzyrodzone zdolności.

Cały dzień zajęło mi załatwianie różnych spraw, w tym (na koniec) zakupy w galerii handlowej. Ponieważ od rana byłam poza domem, w pewnym momencie mój pęcherz dobitnie zakomunikował mi, że dość już ignorowania go, w związku z czym w trybie pilnym udałam się do toalety. Wchodzę, słyszę że parę kroków za mną tupta jakaś pani, ale zajęta własną potrzebą szukam po prostu wolnej toalety. Zaglądam do jednej - no nie, z tej raczej nie skorzystam... Dwie czy trzy następne zajęte, więc zanim doszłam do kolejnej wolnej, pani za mną dotarła akurat do tej, do której uprzednio zaglądałam.

- No nie!!! - pełen oburzenia krzyk pani spowodował, że odruchowo na nią spojrzałam.

- Jak tak można? Nie wstyd pani? - zarówno wyrzut, jak i pytanie skierowane jak najbardziej do mnie. Zazwyczaj nie mam problemów z odpowiednią ripostą w takiej sytuacji, tym razem jednak poziom absurdu oraz przepełniony pęcherz spowodowały, że bez słowa zniknęłam za drzwiami wolnej (i mocno już przeze mnie upragnionej) kabiny.

Ale teraz tak się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że jednak mi wstyd. Naprawdę, bardzo się wstydzę tego, że posiadając nadprzyrodzone zdolności używam ich do tak banalnych spraw, jak połamanie deski sedesowej w publicznej toalecie. Siła mojego super niszczycielskiego wzroku powinna zostać użyta do znacznie wyższych celów, tylko na razie nie jestem w stanie zdecydować się, do jakich. Macie jakieś pomysły?

galeria_handlowa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (146)

1