Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

anuubis

Zamieszcza historie od: 26 listopada 2016 - 20:16
Ostatnio: 17 października 2017 - 14:32
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 2863
  • Komentarzy: 32
  • Punktów za komentarze: 117
 

#80152

(PW) ·
| Do ulubionych
Staram się być cierpliwym. Trenuję tę umiejętność ilekroć pamiętam.
Czasem jednak... brakuje kamieni.

W naszym szpitalu jest pracownia tomografii i rezonansu. Bardzo oblegana.
Jakiś czas temu, pracownia, będąc w zasadzie firmą zewnętrzną, zdecydowała o uniezależnieniu się telefonicznym od szpitala.
W tym celu, zakupili nowy numer miejski.
Niestety, z końcówką dokładnie taką samą, jak wewnętrzny do mojego gabinetu.
I zaczęły się jazdy.

Ludzie z miasta, nie zwracali uwagi na inny początek numeru i kręcili stary do szpitala, dodając nową końcówkę.
Załoga szpitala w ogóle nie zawracała sobie głowy rozważaniami nad całością numeru i kręciła samą końcówkę - czyli mój wewnętrzny.
Od kilku miesięcy odbieram zatem około 30 telefonów dziennie, z grubsza o tej samej treści:

- Czy to pracownia tomografii/rezonansu?
- Nie, to gabinet anuubisa.
- Nie szkodzi, może mnie pan zarejestrować...
I tu następuje opis kogo, na jakie badanie i koniecznie jak najszybciej.

Dwukrotnie zgłaszałem problem do właścicieli firmy, raz do ich technicznego. NIC się nie zmieniło.
Pewnie nawet wytrzymałbym dłużej, ale na ten mój telefon dzwonią alarmowo z oddziału, informując, że przywieziono kolejnego człowieka w stanie ciężkim.
Toteż, na każdy dzwonek reaguję pełną mobilizacją.
Dzisiaj pękłem.

Odebrałem 15 telefonów z miasta i kilka ze szpitala.
I wiecie co?
Byłem miły i pomocny.
Każdego zapytałem dokładnie, co i jak chce badać.
A potem zarejestrowałem wszystkich na jutro, na godzinę 12.00.
Jutro o tej porze będę po dyżurze i raczej daleko od szpitala.
Sądzę jednak, że awantura, jaka wybuchnie, kiedy do pracowni zjedzie kilkanaście osób żądając badania, spowoduje wreszcie zmianę numeru.

Uprzedzając oburzenie - wszyscy zapewne zostaną zbadani jutro. Po prostu firma będzie musiała odwołać badania za pieniądze i poświęcić jeden dzień pacjentom funduszowym.
Chyba taniej by wyszło od razu zmienić numer...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (215)

#79714

(PW) ·
| Do ulubionych
Minęło trochę czasu od tragicznego wypadku w karetce, w jakim brałem udział. Żeby nie przedłużać, streszczę: zderzyliśmy się, jadąc na sygnale, z nastoletnim mistrzem kierownicy.

Jako że nasze obrażenia nie były krytyczne, po wygrzebaniu się z rozbitej karetki pobiegliśmy ratować ludzi z drugiego auta.
Zrobiliśmy segregację. Wezwaliśmy pomoc.
Przez godzinę kierowałem akcją ratunkową i reanimowałem najciężej poszkodowanego.
Dopiero kiedy przyjechał zmiennik, przekazałem akcję i pojechałem do szpitala, żeby zrobić porządek z moimi obrażeniami.

W nagrodę niedawno dostałem... wezwanie do Prokuratury.
Matka poszkodowanego oskarżyła nas o niewłaściwe udzielanie pomocy. Na podstawie oglądania zdjęć syna i w oparciu o zerową wiedzę medyczną.
Twierdzi, że powinniśmy reanimować w karetce, jadąc do szpitala, że syn dziwnie wygląda na tych zdjęciach i że ja nie mogłem go ratować jako uczestnik wypadku.

Poszedłem.
Powiedziałem, że według wszelkich wytycznych karetka to najgorsze miejsce do reanimacji, że były przyczyny urazowe dziwnego wyglądu, a gdybym zrobił to, co mogłem - czyli siedział we wraku czekając na pomoc, to cała akcja opóźniłaby się o co najmniej 20 minut, co odebrałoby poszkodowanemu resztki szans na ratunek...

Przedstawiłem wyniki moich badań, z których wynikało, że doznałem cholernie bolesnych, ale w żaden sposób nie wpływających na ocenę sytuacji i zdolność do pracy obrażeń.
A na koniec usłyszałem od pani prokurator, że pani wnosząca zawiadomienie wypowiada się o mnie z ogromnym szacunkiem i wdzięcznością...

Wolę chyba, żeby mnie nie szanowała...
Jeżeli tak ma wyglądać wdzięczność, to za nią też podziękuję.
Czy tylko ja mam wrażenie, że każdy dobry uczynek musi zostać w tym kraju ukarany?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (215)

#77326

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj, dla odmiany, coś spoza medycyny.
Od kilkunastu lat należę do pewnej sieci komórkowej. Brawo ja!
Przyszła oferta przedłużenia umowy.
Jako że jestem człowiekiem ufności wielkiej, postanowiłem dać im kolejną szansę. Pomimo że wyniosłem stamtąd trzy numery firmowe, bo oferta nie powalała nikogo rozsądnego, a obsługa klienta...
No właśnie.

Poszedłem do centrum handlowego. Odsiedziałem swoje w ogromnej, dwuosobowej kolejce. Czyli - jakąś godzinę.
Pan sprzedawca wysłuchał mnie z uwagą. Dobraliśmy ofertę, telefon - jedno i drugie nie najtańsze.
Pierwszy sygnał, że będzie wesoło: pan sprzedawca próbował napisać umowę na mnie, imiennie, pomimo że wyraźnie informowałem o tym, że numer jest na firmę.
Upewniłem się zatem, że umowa jest właściwie zaadresowana.
Niestety, nie zrobiłem tego z fakturą za aparat telefoniczny.
Księgowa uświadomiła mnie, że nie może odliczyć tego zakupu, bo faktura opiewa na niejakiego anuubisa, nie zaś na przedsiębiorstwo przeprowadzania dusz przez granicę Hadesu...
Cóż - nie dopatrzyłem - muszę wrócić i poprosić o fakturę korygującą.

Tym razem miałem nieco mniej czasu. Ale też mniej szczęścia.
Wszedłem do punktu w godzinach wczesnych, stąd ruch był niewielki. Przede mną - tradycyjnie - dwie osoby.
W biurze obsługi klienta stoją trzy stanowiska.
Jedno z nich okupuje dziewoja, której wyraz twarzy jednoznacznie zastygł w grymasie cierpienia.
Siedzi, wzdycha, co chwilę wybiega do toalety. A na biurku kartka: "przedstawiciel czeka na Państwa przy stanowisku obok". On czeka?
Przy drugim stanowisku siedzi znany mi z poprzedniej wizyty młodzieniec. Ten sam, który wystawiał fakturę.
Przy trzecim - inny jegomość, próbujący komuś pomóc, bez wyraźnego skutku.
Co jakiś czas z zaplecza wynurza się kolejna pracownica, która próbuje zadawać kolegom trudne pytania. Chyba trudne, bo ten pierwszy ogania się od niej jak od natrętnej muchy, drugiemu zaś pogłębia się na twarzy znamię skretynienia...
Czekałem dobrze ponad trzy kwadranse.
Patrząc na to, jak cztery osoby nieodmiennie marnują klientom kolejne chwile życia, udając, że coś robią.
Wreszcie dostałem się przed oblicze jego sprzedajności. Niestety, nie tego, który poprzednio strzelił babola, tylko tego drugiego, o hipotetycznej inteligencji mebla ogrodowego.
Skąd wiem?
Bo moi poprzednicy, z gromkimi klątwami oddalili się, nic nie załatwiwszy.
Ale co: ja nie załatwię?
Ano, nie załatwiłem.

Pan, pomimo kilkakrotnego powtarzania, po co przyszedłem i że potrzebuję faktury korygującej, niezmieszany i niespecjalnie wstrząśnięty, wysłał dętą reklamację do centrali. Poinformował mnie, że w ciągu dwóch tygodni dostanę fakturę pocztą. Wygnał sprzed oblicza.
Dwa dni później dostałem mail z centrali: "informujemy, że musi Pan udać się do punktu, w którym zawierano umowę, gdyż tylko tam można wystawić fakturę"...
Upewniłem się na infolinii, że to nie żart i poszedłem.

I wiecie co?
Przede mną były trzy osoby.
Pani z przewlekłą miesiączką nadal zdobiła fotel, kartka o koledze czekającym obok nadal była na miejscu.
Zamiast jednego pana siedziała pani, zaś obok miejsce grzał... Toudi-podnóżek.
Każdego wchodzącego klienta witał podbiegając i pytał, w czym może pomóc. Po usłyszeniu sprawy, robił się niewymownie smutny i informował, że on tu jest nowy i trzeba poczekać do koleżanki... Że w zasadzie to on nic nie może. Ale chętnie wita i by pomógł... tyle, że nie może...
Odsiedziałem równą godzinę.
Pani nie mogła znaleźć ani moich danych, ani umowy, ani faktury.
No nie mogła i już. Muszę przyjść kiedy indziej.
Wtedy eksplodowałem. Wygarnąłem wszystko, co mnie tam spotkało w ciągu dwóch ostatnich tygodni. Począwszy od odsiadywania godzin w kolejce, gapiąc się w sufit. Poprzez kwestionowanie sensu posiadania w jednym biurze pomnika menstruacji, nisko kwalifikowanego odźwiernego i małego trolla wypadającego okresowo z zaplecza, a obsługiwania klientów w jednym stanowisku. Kiedy doszedłem do sensu odsyłania mnie do centrali, która zawróciła mnie do tej współczesnej wersji Monty Pythona, pani nabrała nagle animuszu. Znalazła znikniętą firmę, wystawiła fakturę i nawet chyba próbowała przeprosić, ale przez szczękanie zębów nie słyszałem dobrze.
I jak tu się, k....a, nie denerwować???

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (263)

#77103

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio trafił mi się drobny dramat zawodowy.

Ze względu na chorobę kolegi, musiałem wziąć dyżur na odcinku oddziału, którego zazwyczaj nie obstawiam.
Zazwyczaj bowiem walczę na odcinku ostrym, reanimacyjnym.
Ale trudno, choroba nie wybiera, wziąłem się więc za pomaganie obywatelom nieco mniej ciężko chorym.

Po kilku godzinach byłem już tak wk....wiony, że - jak sądziłem - gorzej być nie mogło.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Z definicji - miejsce, gdzie ratujemy. Co najmniej zdrowie, a często - życie.

Siedzę więc i piszę zlecenia na wykonanie rozmaitych badań u przywiezionych karetką chorych.
Dzwonek do drzwi.
Pielęgniarka otwiera.
Za drzwiami starsze małżeństwo. Przyszli, bo panią pobolewa za mostkiem od kilku dni, a męża od co najmniej tygodnia. Więc poszli do szpitala. Do Poradni Kardiologicznej. Gdzie... rejestratorka kazała im udać się do Oddziału Ratunkowego, bo - uwaga - w Poradni KARDIOLOGICZNEJ nie ma możliwości zrobienia EKG i porady w sprawie bólu za mostkiem...

Nic to - nie ich wina. Zrobiliśmy wszelkie badania, na szczęście nic im nie groziło, wdzięczni poszli do domu.

Za chwilę młoda niewiasta. Bo była u ginekologa i pani doktor kazała jej tutaj NATYCHMIAST zejść (oczywiście bez skierowania ani jakiejkolwiek informacji o powodach tego transferu), bo ma duszność od dwóch tygodni... I pewnie ma wodę w płucach...
Jasne. A do tego cukier w kostkach...
Kolejne dwie godziny diagnostyki, kolejna cudownie uzdrowiona.

Jeszcze po niej łóżko nie ostygło, jak u drzwi stanęła zirytowana ogólnie kobieta podając, że wraca z Oddziału Kardiologii, skąd przysłali ją do mnie z mamą, celem kontroli rozrusznika!
Nadmienię, że jedyny w szpitalu sprzęt do takiej (planowej zresztą) kontroli znajduje się właśnie w posiadaniu kardiologów...
Kolejna w życiu awantura, bo pani nijak nie potrafiła zrozumieć, że tutaj staramy się ratować ludzi, a kontrole przeprowadzają ci sami goście, którzy odesłali je z kwitkiem...

I na koniec - wysyp burków.
Bo jak inaczej nazwać faceta, który - urażony grzeczną odmową zajęcia się katarem kolegi i poinstruowany o lokalizacji najbliższej przychodni - zaczyna wykrzykiwać zaczepki i obelgi pod moim adresem? Tyle, że robi to zmierzając szybkim krokiem do wyjścia... Jak mały, ujadający piesek, który boi się konfrontacji, ale podnosi sobie poczucie własnej wartości, szczekaniem w biegu...

Chwilę później był kolejny. Ten próbował ustalić jakiś termin zabiegu poza godzinami pracy sekretariatów. Scenariusz ten sam: najpierw szybki odwrót taktyczny, w biegu wyzwiska. Zaprotestowałem. Zapytał, co mu zrobię. Wkurzony, odpowiedziałem głośno i szczerze. Nie wiem, czy do tej pory nie biegnie...

A potem skargi, że trzeba czekać w SORach...
Skoro ani pacjenci ani nasi "koledzy" nas nie szanują, długo lepiej nie będzie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (246)

#77173

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem się zastanawiam, kto pisze procedury ratunkowe...
Przy niektórych z nich, słynny Paragraf 22 Hellera nabiera konkretnego sensu.

Pracuję w szpitalu na styku dwóch województw.
Z tego tytułu, odwiedzają nas często zespoły ratownictwa z odległych i dość egzotycznych miejsc.
Jest na przykład pani doktor, która zwozi do naszego szpitala każdego, kto na drzewo zbyt wolno ucieka. Nieważne, że do dużego miasta wojewódzkiego ma o 10 kilometrów bliżej, niż do nas.

Dzisiaj przegięła na maksa.
Człowiek zgłosił się do szpitala powiatowego w miejscowości oddalonej od nas o 25 kilosów. Powodem zgłoszenia było osłabienie. Nic w tym dziwnego - wczoraj pracował kilkanaście godzin fizycznie.
Gość inteligentny, doskonale zorientowany w stanie swojego zdrowia, po prostu nie chciał przegapić niczego poważnego. To i wsiadł w samochód i pojechał do pogotowia internistycznego.

Tam dopadła go moja ulubienica. Nie dała dojść do słowa lekarzowi tego pogotowia. Orzekła, że pacjent z pewnością ma zawał - pomimo braku jakiegokolwiek bólu w klatce piersiowej. Nie bacząc na protesty, zapakowała gościa do karety i, zadowolona z siebie, przywiozła do nas. A - byłbym zapomniał - skonsultowała się telefonicznie z naszym kardiologiem, który polecił jej zostawić chłopa w tamtejszej izbie przyjęć, do czasu potwierdzenia lub wykluczenia zawału w badaniach dodatkowych.
Nie. Ona nie będzie na nic czekać.
Zwiozła człowieka do mnie. I była wielce zdziwiona, że mam jakieś obiekcje...

Przecież pacjent może być chory. A że nie boli? Nie musi. Ona widzi zmiany w EKG (dla mnie zapis dziewiczo czysty). Co tam, że kardiolog kazał badać na miejscu, ona decyduje. A jak nic panu nie będzie, to rodzina go ze śpiewem na ustach odbierze.

Finał sprawy?
Pacjent szczęśliwie zdrowy. Przywieziony bez portfela, samochód na parkingu pod szpitalem, ale tamtym, 25 kilometrów od nas... Rodziny żadnej, znajomych też.

Efekt?
Musiałem wystawić zlecenie na transport karetką przewozową pod szpital powiatowy, żeby biedak mógł odebrać samochód i jakoś wrócić do domu...
Przepraszał kilka razy za kłopot.
Tylko - co on jest winny? Że śpiew klimakterium zafundował mu wycieczkę przez dwa powiaty..?
A my za to płacimy. Ja płacę, pani płaci...

A co to ma do wytycznych? Ustawa wyraźnie mówi o najbliższej jednostce, która jest w stanie zaopatrzyć i zdiagnozować pacjenta. Tyle, że ustawa jest dla maluczkich, nie dla pani doktor...
Te same wytyczne dają mi też do myślenia w kwestii rzeczywistego zagrożenia życia.
Przewlekle nie ma miejsc w Oddziałach Intensywnej Terapii.
Najbliższe wolne miejsca są 30 kilometrów od nas.
Ale... W innym województwie.
Więc - zgodnie z rozporządzeniem o szpitalach pierwszego wyboru - transportujemy naprawdę ciężko poszkodowanych do najbliższego miejsca w naszym województwie.
Czyli - nierzadko - 250-300 kilometrów...
Taka droga dla pacjenta zaintubowanego może okazać się ostatnią.

Ale - kto by się tym przejmował?
Podsumowując: chorych na przeziębienie i przemęczonych można wozić do nas hurtowo. Nie zważając na podziały terytorialne. Natomiast ludzi ledwie trzymających się życia, trzeba targać przez pół kraju...
To jest chore, nawet nie piekielne, po prostu chore.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (254)

#76636

(PW) ·
| Do ulubionych
Kieruję przychodnią.
Od dwóch lat próbuję znaleźć ludzi do roboty i skomponować zgrany zespół. Podobno lekarzy w naszym kraju jest zbyt wielu... Znalazłem koleżankę, która dojeżdżała do pracy jakieś 120 kilometrów. Do mnie miałaby połowę tej odległości. Zadzwoniłem.

Podziękowała, zjawiła się u właściciela firmy. Podpisała umowę. Na trzy dni przed rozpoczęciem działań, zadzwoniła z informacją, że wynegocjowana stawka jest zbyt niska i nie przyjdzie. Kolejny wynalazek, amigo z podlaskiej wioski, nawet trochę popracował. Miał nieziemski napęd i pacjenci go lubili.

Niestety, pewnego dnia nie przyjechał. Bo pił. Potem już było tak: tydzień pracy, dwa tygodnie picia. Trzeba się było rozstać... Nawet nie wiem, czy skutecznie, bo do dzisiaj nie odebrał wypowiedzenia ani zaległej wypłaty. Ale musiała być impreza...

Następna w kolejce była Pani Doktor. Rozbawiła mnie od wejścia. Zachowywała się tak, jakby robiła nam nieziemską łaskę samym faktem wejścia w nasze skromne progi. Kilkakrotnie podkreślała, że ma tytuł specjalisty w tej dziedzinie i że osoby jej podobne to rzadkość...
W tym ostatnim jak raz miała rację, ale to akurat dobrze.

Bo po dwóch dniach pracy, wypełnionej odpowiadaniem przeze mnie na skargi pacjentów (uzasadnione), wyjechała do taty - ponoć chorego. Stamtąd słała właścicielowi (mnie uznała, słusznie zresztą, za skończonego chama i osobnika pozbawionego uczuć) łzawe opowieści, jak to tatuś ciężko się popsuł i że bez niej zejdzie niechybnie z tego padołu w kilka chwil. Wszystko pięknie, wzorowa postawa córczana, ale u nas nie miał kto pracować…

I nie było perspektyw na zmuszenie Pani Doktor do pracy, bo sama nie wiedziała, kiedy tatko szanowny przestanie wymagać fachowej opieki. Kolejne wypowiedzenie, kolejny foch.
Wreszcie, przebój sezonu.

Zatrudniliśmy lekarkę od dzieci. Z tytułami, doświadczeniem... Wyglądało bosko. Przez kilka tygodni. Bo tyle czasu załoga przychodni kryła jej wyskoki. Aż do czasu, kiedy dwoje rodziców przyszło na skargę. Okazało się, że Pani Doktor regularnie wychodzi z przychodni na co najmniej pół godziny przed zakończeniem pracy.

Co więcej, nie robi na niej wrażenia fakt, że ma zarejestrowanych dwoje czy troje małych pacjentów. Ona wychodzi, a oni niech przyjdą kiedy indziej. W czasie zebrania z załogą, ośmieliłem się zapytać, dlaczego skraca godziny przyjęć, bez naszej wiedzy i ignorując zasady pracy. Najpierw usłyszałem, że jeżeli nie wyjdzie pół godziny wcześniej, to potem stoi czterdzieści minut w straszliwym korku do wyjazdu z ulicy! Potem, że pacjenci są złośliwie rejestrowani akurat na wszystkie godziny jej pracy.

Przecież wiadomo, że musi odebrać synka z przedszkola, więc chyba można ją zrozumieć i płacić za puste godziny... Problem polega na tym, że naszemu miastu daleko do metropolii. W tak zwanych godzinach szczytu, korek obejmuje maksymalnie dwie zmiany świateł. W czterdzieści minut można je objechać dookoła, robiąc przystanki widokowe. Nie omieszkałem zatem tego powiedzieć, obalając mit o korkach godnych Tokio.

Zostałem nagrodzony wściekłą awanturą, a następnego dnia wypowiedzeniem Pani Doktor. Teraz pracują u nas młodzi lekarze. Pełni zapału, chętni, sympatyczni. Tylko boję się, ile czasu zajmie im metamorfoza w egzemplarze opisane wyżej...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (318)

#76311

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie da się tanio i dobrze.

W naszym szpitalu od lat przewozami medycznymi zajmowała się ta sama firma.
Właściciel zatrudniał porządnych kierowców, ratowników, miał sprawne karetki, zawsze do dyspozycji.
Znaliśmy się doskonale, wypiliśmy kilka beczek kawy w ramach nocnej współpracy.
Bo akurat z mojego oddziału transporty są codziennością. A to pacjent wymaga przewozu do innego szpitala, a to do domu mus odwieźć, bo nogi nie chcą słuchać.

W tym roku odbył się przetarg na usługi transportu sanitarnego.
Po raz pierwszy, jako jedyne kryterium przyjęto cenę roczną usług.
No i stało się.

Ofertę naszego przewoźnika przebił o 20% gość z miejscowości oddalonej od nas o jakieś 200 kilometrów.
Wygrywał już wiele przetargów, jednak po kilku tygodniach wylatywał z roboty z powodu niesolidności...
No ale nic.
Zobowiązał się dostarczyć trzy zespoły przewozowe i jeden transportowy z ratownikiem, do dyspozycji szpitala 24/7.
Zmiana miała się odbyć od pierwszego kolejnego miesiąca.

Na dzień przed przejęciem kontraktu, nowy negocjował z kierowcami poprzednika zatrudnienie. Przypomniało mu się o 21 wieczorem.
Nic dziwnego, że żaden z chłopaków mocno zainteresowany nie był.
W dniu przejęcia, rano, miał kontrolę w wykonaniu szefa ratownictwa jeżdżonego.
Którego właściciel firmy epicko olał. Umówił się na rozmowę, szef czekał kilka godzin i się nie doczekał. Ani rozmowy, ani telefonu.

Nadszedł wielki dzień inauguracji.
Przyszła kontrola. I stwierdziła:
- karetki w stanie opłakanym, bez sprzętu, z jednej leje się olej strumieniami
- na cztery karetki jest dwoje kierowców, żadnej pomocy przy przenoszeniu chorych leżących nie przewidziano
- żaden z kierowców nie ma uprawnień do prowadzenia pojazdów uprzywilejowanych
- żaden z pojazdów nie ma na miejscu dowodu rejestracyjnego
Wobec takich sukcesów, działanie firmy zawieszono na tydzień, dając czas na uzupełnienie braków.

Po tygodniu ruszyli!
Od wejścia pełną parą.
Opóźnienia w przewozach z oddziałów sięgały czterech i więcej godzin.
Apogeum osiągnęli wczoraj.

Na oddziale ratunkowym czekał na przewóz pacjent w ciężkim stanie. Zaintubowany, maszyna oddycha za niego. Miejsce w Oddziale Intensywnej terapii czekało w sąsiednim szpitalu (nasz zapchany po sufit).
Panowie transporterzy stwierdzili, że najpierw przewiozą chodzącego gościa z innego oddziału do odległego o 70 kilometrów miasta wojewódzkiego, potem wrócą po tego naszego biedaka.
W sumie słusznie - ten nigdzie nie ucieknie...
Na transport czekaliśmy ponad pięć godzin.
Przez ten czas chory blokował miejsce w oddziale ratunkowym. Przez ten czas zajęto uzgodnione miejsce po sąsiedzku.
Człowiek musiał zostać przewieziony w drugi koniec województwa.
Musieliśmy przepraszać rodzinę, która szukała dziadka zupełnie w innym miejscu.

Wnioski pana przewoźnika?
Zażądał, żeby on sam rejestrował sobie zlecenia ratunkowe...
Bo wtedy można wpisać dowolną godzinę zgłoszenia transportu. I dopisać sobie parę wezwań. I nikt się nie będzie czepiał...
Żądania odbiłem w locie.
I - dla dobra pacjentów - zrobię wszystko, żeby wróciła poprzednia załoga.
Jednak tanio i dobrze się nie da...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (273)

#76192

(PW) ·
| Do ulubionych
Pecha ciąg dalszy.
Tym razem z poprzedniego tygodnia.

Mieszkamy w domku na wsi. Został zbudowany przez zespół patentowanych partaczy i idiotów.
Że wspomnę choćby o postawieniu dwóch kominów i nie zrobieniu ani jednej wyczystki...
Kominiarz, na ten widok, słabym głosem zasugerował natychmiastowe poprawki, pod groźbą zamknięcia możliwości dogrzewania się drewnem.
Moja wina. Bo, po pierwsze, pozwoliłem ówczesnej połowicy na zaangażowanie pijanego kretyna i jego wesołej brygady, a po wtóre, nie miałem czasu pilnować ich poczynań.
W efekcie, rozstałem się zarówno z brygadą, jak i żoną...
Ale do rzeczy.

Dom posiada dach. To podobno ważny element konstrukcyjny.
Nasz cieknie.
Od początku. Przy obydwu kominach.
Najpierw próbowałem zmusić partacza do poprawek. Zgodnie z zasadami rękojmi, czy jak to się tam nazywa.
Spróbował dwukrotnie.
W wyniku prób, zniknęła część trawnika, zryta drabinami, zaś dach nadal przeciekał.
Potem próbował drugi fachowiec jako, że budowlaniec roku uciekł za granicę i przestał reagować na moje prośby i groźby.
Ten odniósł sukces zaledwie połowiczny. Przestało zaciekać przy jednym kominie.
Za to zaciek przy drugim, kiedy przyszła jesień, powiększył się dwukrotnie i porósł formami życia nieznanymi botanikom.

Toteż, od trzech miesięcy próbowałem znaleźć dekarza, który uszczelni ten cholerny dach...
Myślicie, że w kraju ludzi biednych łatwo znaleźć chętnych do pracy?
Poprzedni poprawiacz odebrał, a jakże, obiecał przyjść i ... nie przyszedł.
Kolejny, umówił się ze mną na telefon za trzy dni. On zadzwoni, a gdyby zapomniał, to ja mam zadzwonić.
Zapomniał. I przestał odbierać telefony. I - na wszelki wypadek - usunął z sieci numer komórki, zostawiając jedynie nieczynny stacjonarny.
Wreszcie sukces!

Dodzwoniłem się do poważnych ludzi. I tu zaczął się prawdziwy dramat.
Firma rodzinna, tata z synem. Przesympatyczni. Fachowi. Punktualni.
Przyjechali w czwartek, wleźli na dach, uraczyli mnie historią o sklejonych kropelką popękanych dachówkach i braku obróbki komina od tyłu. Zmierzyli wszystko.
Tego samego dnia, zadzwonili, żeby potwierdzić zakres robót.
Mieli wejść w sobotę.
Tego dnia przyjechałem na dyżur. I zobaczyłem starszego fachowca na swoim oddziale.
Doznał czegoś w rodzaju wstępu do udaru mózgu...
Przyjęliśmy go do właściwego oddziału.
Poleżał do środy.

W środę zadzwonił jego syn. Tata wychodzi ze szpitala, czuje się świetnie, w czwartek widzimy się na moim dachu.
W czwartek rano, zajechałem do pracy. I widzę znajome nazwisko na liście pacjentów.
Tym razem nie było ostrzeżenia, pełny udar...

Dzisiaj zadzwonił młodszy fachowiec z informacją, że w sobotę sam z kolegą wchodzi na dach...
Ja tam przesądny nie jestem, ludziom życzę jak najlepiej, ale... kwiaty chyba na wszelki wypadek kupię...

uslugi

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (264)

#76143

(PW) ·
| Do ulubionych
Do niedawna pracowałem w pewnym oddziale. Zabiegowym. Taka specyfika, że sami faceci w gabinecie. Było nas tam sporo, z młodzieżą jakieś 17 sztuk. Wiadomo, każdy dostawał kilka dyżurów w miesiącu. Takich całodobowych. W gabinecie była leżanka, więc między robotą zdrzemnąć się było gdzie. Do tego, mieliśmy swój kibelek z prysznicem.

Jestem cukrzykiem. Na insulinie. Z racji zawodności systemów leczenia, czasem każdemu się zdarza, że cukier spadnie. Czuję to, więc jak tylko pojawiają się objawy, zjadam coś słodkiego i po krzyku. Gdybym nie zjadł - to co innego. Mogłoby się to skończyć śpiączką. Toteż, trzymałem w gabinecie torbę z żelaznymi zapasami słodyczy. Trzymałem ją niezamkniętą, zresztą po co? Sami swoi, dorośli ludzie z dużą maturą...

I tu zdziwienie. Kilkakrotnie, kiedy sięgałem do torby, znajdowałem w niej puste opakowania. Pytałem koleżków, kto był łaskaw się częstować - zero odzewu, głupie uśmieszki dwóch z nich... Pewnego dnia akurat spadł mi cukier. Lecę do torby, a tam pustka. Jeden nadgryziony batonik się wala. Musiałem się ratować zawartością cukiernicy.

Następnego dnia zrobiłem awanturę. Jeden się przyznał, ale wyśmiał moje pretensje. Bo mu się nie chciało zejść do sklepiku, a przecież głodny był. To sobie wziął i zapomniał mnie powiadomić... Cóż, skoro pracuję z gówniarzami, zacząłem zamykać torbę na klucz. Chwilę potem, zaczęły mi ginąć kosmetyki z łazienki. Z zamkniętej, podpisanej kosmetyczki! Żel pod prysznic musiałem kupować na każdy dyżur, bo cudownie odparowywał. Tym razem żaden ze współpracowników się nie przyznał...

Minęło trochę czasu.
Stwierdziłem, że trzeba chamstwo ostatecznie wytępić.
Zostawiłem torbę ze słodyczami na wierzchu, do każdego ciastka wstrzyknąłem lek moczopędny.
Rano ujrzałem dyżurnego, szarego na twarzy i z zapadniętym ciemiączkiem. Spytałem tylko: Ile ciastek?
- Ale skąd wiesz?
- Pytam grzecznie, ile?
- Pięć...

Była to dawka spora, nie zabójcza dla młodego, zdrowego faceta, ale cała noc w toalecie do przyjemności chyba nie należy... Potem wziąłem się za problem kosmetyków. Jak? Najprościej. Kupujesz żel w nieprzezroczystej butelce. Odlewasz trochę. W to miejsce dolewasz tuszu do pieczątek. A potem patrzysz, kto na odprawie wygląda jak smerf z sinicą... Do odejścia z oddziału nie miałem już problemów z amatorami cudzej własności...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 495 (505)

#76112

(PW) ·
| Do ulubionych
W życiu to trzeba mieć szczęście...
Ja, niestety, w większości spraw życiowych walczę z koszmarnym pechem.
Przykład? Samochód.

Kupiłem sobie autko. Niemiec szlochał, jak sprzedawał. Żadna topowa marka, Opelek, ale w wersji OPC. Czyli mocny silnik, dołączany napęd na cztery łapy i kilka bajerów dla miłośników gadżetów.
Oczywiście używka, ale z niewielkim przebiegiem, potwierdzonym, słowem - brać, tankować i jeździć...

Po jakichś pięciu tysiącach kilometrów, na desce zapaliło się żółte światełko. Takie, co to zazwyczaj kłopoty w silniku lub osprzęcie zwiastuje. Pojechałem do serwisu firmowego, coby zdiagnozować usterkę. W drodze do serwisu dołączyły się inne niepokojące objawy w postaci wariactwa całkowitego elektroniki. Radio raz się włączało, raz gasło, klima sama wybierała sobie nastawy itp.
Zostawiłem wóz pod czujnym okiem serwisantów firmowych.
Za dwa dni odbiór. Co zrobili? Zresetowali komputer - usterki zniknęły. Samochód absolutnie zdrowy.
Po przejechaniu trzech kilometrów, kontrolka check wróciła.
Nie miałem czasu zawrócić do serwisu, pojechałem dalej.

Dzień później telefon z centrali, pytają, czy jestem zadowolony z usługi. No nie bardzo...
Co prawda, po resecie kompa, nie muszę już otwierać okien, żeby mieć klimatyzację, ale kontrolka drażni oczy nadal.
Załatwili, że mam wrócić i gratis podiagnozują dalej.
Tak uczyniłem.

Dowiedziałem się, że... mam rozciągnięty łańcuch rozrządu.
Usterka typowa dla tego silnika i grożąca rozwaleniem jednostki napędowej w drebiezgi. Ot, taki dowcip panów diagnostów...
Pytam, ile za naprawę. Osiem tysięcy za materiały, dwa za robociznę...

Kiedy oprzytomniałem, zacząłem szukać mechanika, który zrobi mi to za nieco bardziej ludzkie pieniądze.
Znalazłem. Warsztat cieszący się dobrą renomą, pełno klientów.
Znalazłem też zamienniki części za mniej, niż połowę ceny.
To był luty. Oddałem szerszenia do remontu. Wymieniono rozrząd. Wyjechałem z warsztatu.
Po trzystu kilometrach kontrolka wróciła.
Diagnoza: pękł napinacz nowiutkiego zestawu.
Reklamowałem. Odebrałem nowy rozrząd.
W dzień po odstawieniu samochodu, mechanik połamał się podczas jazdy na motocyklu.
Wrócił po trzech miesiącach. Okazało się, że oddając mi tamten zestaw do reklamacji, dorzucił doń śruby, których nowy nie zawierał. Dwa miechy czekania na dostawę z Niemiec...

Efekt finalny? Samochód odebrany pod koniec sierpnia.
Jedyne, co w tej historii dobre to to, że raz w życiu nie musiałem zmieniać opon na letnie. Bo oddałem zimą, odebrałem jesienią...

uslugi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (217)