Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

atencjuszka

Zamieszcza historie od: 8 maja 2016 - 17:37
Ostatnio: 27 kwietnia 2017 - 11:20
  • Historii na głównej: 2 z 3
  • Punktów za historie: 693
  • Komentarzy: 8
  • Punktów za komentarze: 15
 

#78036

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę korepetycje z języka angielskiego dla uczniów szkoły podstawowej/gimnazjalistów. Z tej okazji kilka smaczków:
1. W grudniu ubiegłego roku dostałam telefon od mamy chłopaka w trzeciej klasie gimnazjum. Miał on w tym roku zdawać egzamin gimnazjalny i FCE Cambridge (Poziom tego egzaminu to B2-C1, dla porównania egzamin gimnazjalny to A2-B1).

Zaczynając od początku - czy dobrym pomysłem jest przystępowanie do dwóch tego typu egzaminów w ciągu jednego roku, ba, w ciągu dwóch miesięcy? (do FCE miał podchodzić przed wakacjami) Zwłaszcza, jeśli chodzi o FCE, bo poziom egz. gimnazjalnych jest stosunkowo niski. Egzamin ten można zdać w dowolnym terminie (ale płaci się 600 złotych), więc jeśli nie czujesz się pewny w angielskim - nie podchodź do niego, możesz stracić pieniądze i nie dostać certyfikatu (który, de facto, nie był chłopakowi w tym wieku niezbędnie potrzebny).

Ale w takim razie, gdzie jest problem, gdzie jest absurd? No bo w sumie, o co ja się czepiam, jak chce mieć certyfikat (uściślając: jego matka chce) to niech zdaje. Jasne. Tylko, że:
- chłopak potrafi nazwać kilka czasów, jednak ma problem ze stosowaniem któregokolwiek z nich, głównie używa formy podstawowej czasowników,
- z trudem przychodzi mu czytanie, a tym bardziej rozumienie, analiza tekstu,
- ma spore braki w słownictwie,
- potrafi się co prawda dogadać w prostych sytuacjach, ale robi spore błędy językowe praktycznie w każdym zdaniu (np. jak wspomniałam wyżej nie stosuje czasów).

I jak chłopak, którego poziom to słabe A2 (jeśli nie A1), ma zdawać egzamin na poziomie zaawansowanym? Jak miał nauczyć się tego w mniej niż pół roku? Jak matka może narzucać synowi (chłopak sam powiedział, że on nie chce zdawać tego egzaminu, bo nie lubi angielskiego) coś ponad program w szkole, jak on ledwo radzi sobie z zupełną podstawą? Szczerze mówiąc, obawiam się o jego wyniki na tegorocznym egzaminie gimnazjalnym.

2. Pierwsza i sądzę, że niestety ostatnia lekcja z dziewczynką w trzeciej klasie szkoły podstawowej.
Dlaczego? Czym mogło zawinić kilkuletnie dziecko? Cóż, ponownie problemem są nie dzieci, a rodzice. Lekcja trwa 60 minut. W tym przypadku trwała od godziny osiemnastej do godziny dziewiętnastej. Podczas tych 60 minut skupiam się tylko i wyłącznie na prowadzeniu zajęć, co jest chyba rzeczą normalną. Nie zauważyłam więc, że matka dziewczyny postanowiła w trakcie lekcji wyjść z domu.

Okej, nie ma w tym nic złego, że mogłaby wyjść na chwilę (chociaż nie jest to rozsądne - zostawilibyście obcą osobę we własnym domu z własnym dzieckiem?) Jednak jeśli jest już te kilka minut po dziewiętnastej, a ja muszę czekać, wydzwaniać do niej (nie odbierała), martwić się, to coś jest nie tak.

Nie mogłam tak po prostu sobie wyjść. Zresztą byłyśmy zamknięte, nie szukałam kluczy, ale nie było ich też nigdzie na wierzchu, więc to chyba jasne, że nie będę grzebać w domu obcej osoby niezależnie od sytuacji.

Wzorowa matka zaszczyciła mnie swoją obecnością o 19.40. Gdy wyjaśniłam jej swoją frustrację, była szczerze zdziwiona - cóż, jak stwierdziła, myślała, że skoro już przyszłam na godzinę to mogę zostać trochę dłużej popilnować dziewczynki. Tak. Właśnie tak to działa.

Na razie to wszystko - mam jeszcze kilka historii związanych z korepetycjami, ale nie jestem w stanie ich wszystkich tutaj opisać.

korepetycje

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (Głosów: 186)

#76601

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o fioletowej sieci z literą P na początku.
W sierpniu przedłużyłam po raz kolejny u nich umowę, zakupując także nowy telefon z gwarancją roczną. Istotne dla historii jest to, że przez cztery miesiące jego użytkowania nie był choćby przez chwilę narażony na jakiekolwiek uszkodzenia - w dniu zakupu dokupiłam do niego obudowę i szybkę ochronną, na twardą powierzchnię nie upadł mi ani razu, nie było także kontaktu z pyłem czy jakąkolwiek cieczą.


Mimo tego, telefon z jabłkiem zepsuł się po bardzo krótkim okresie czasu użytkowania (na ekranie stopniowo zaczęły się pojawiać fioletowe paski, zasłaniając w końcu całą treść wyświetlacza). Po to jednak jest gwarancja, by telefon można było naprawić za darmo, jeśli oczywiście nie został uszkodzony przez właściciela. Czyli, jak mi się wydawało, w moim przypadku.

Wybrałam się do salonu i oddałam telefon do naprawy na gwarancji. Przed oddaniem standardowe oględziny, dziesięć minut zajęło facetowi oglądanie telefonu z każdej możliwej strony, szukając chociażby małej ryski czy obicia na obudowie (oczywiście nie znalazł).

Po całej procedurze zapewnił mnie, że urządzenie wróci do mnie w przeciągu maksymalnie dwóch tygodni, a następnego dnia mogę przyjść po telefon zastępczy.
W takim razie przychodzę następnego dnia.

Nie było konsultanta, który mnie poprzednio obsługiwał, więc podeszłam do jedynego wolnego stanowiska, gdzie była (jak się później okazało) niezbyt rozgarnięta pani: Bo ona właśnie przyszła do pracy i nie orientuje się, czy w magazynach są jakiekolwiek telefonu zastępcze (to może sprawdź?), ale w ogóle to nie będzie wydawać jakiegokolwiek, bo ona "nie rozumie w czym problem". Odpuściłam sobie.

Po dwóch tygodniach brak odzewu w sprawie telefonu. Ok, poczekam jeszcze kilka dni, jak się nie odezwą, sama zadzwonię.
I tak musiałam zrobić, bo mija trzeci tydzień, a sytuacja stoi nadal w miejscu. Dzwonię.
Po długiej rozmowie, dowiedziałam się, że:
- Telefon został zalany, naprawa niegwarancyjna,
- Cena naprawy: 1500 zł (nie zostało mi nawet powiedziane, za jaką dokładnie część taka zawrotna suma, bo tego salon oczywiście nie wie, oni tylko przekazują informację od serwisu)

Naprawdę puściły mi nerwy, bo jak opisywałam wcześniej, telefon nie był narażony na ŻADNE uszkodzenia.
Został mi wysłany link do strony serwisu, gdzie można sprawdzić przebieg naprawy. I tu zaczyna się robić ciekawie.
Niektórzy posiadacze telefonów z jabłkiem wiedzą, że posiada on wskaźnik cieczy - „Normalnie wskaźnik jest biały lub srebrny, ale jeśli wejdzie w kontakt z wodą lub cieczą zawierającą wodę, całkowicie zmienia kolor na czerwony” o czym możecie przeczytać tutaj: https://support.apple.com/pl-pl/HT204104

Wnioskuję więc, że skoro według serwisu telefon miał kontakt z cieczą, wskaźnik powinien być czerwony. Oto zdjęcie, które zostało mi przesłane wraz z informacjami o uszkodzeniu: http://i65.tinypic.com/141mbzn.png
Czy to nie jest kolor biały? Czy może ja jestem daltonistką? Nie mam możliwości sprawdzenia samodzielnie tego wskaźnika, znajduje się w środku, a rozłożenie tego telefonu przez kogoś innego niż osoba w serwisie skutkowałoby unieważnieniem gwarancji.

Jak się pewnie domyślacie, wykonałam kolejny telefon do salonu. Poinformowałam, że zdjęcie jest niezgodne z treścią powyżej, o czym świadczy kolor wskaźnika. Ok, przyjęli informację, ja nie wyraziłam zgody na pokrycie kosztorysu naprawy i poprosiłam o zwrot telefonu.

Do akcji wkroczyła rękojmia - przygotowałam pismo i pojechałam odebrać swoje.
Oprócz agresywnego zachowania konsultanta spotkałam się także z odmową złożenia reklamacji w ramach rękojmi. Proszę bardzo, jak nawet nie chcą podpisać - mogę już składać pismo do sądu.

Poprosiłam o jakiś kontakt do kierownika salonu, został mi podany e-mail, na który napisałam pierwszy raz prawie miesiąc temu. A maile poszły trzy, w odstępie ok. tygodniowym, więc nie ma możliwości, że "nie był zauważony".

Czekam nadal na podpis odmowy przyjęcia rękojmi, bo bez tego do sądu ani rusz. Tak więc jestem bez mojego telefonu od prawie trzech miesięcy. Byłam zmuszona kupić nowy, bo nie mam możliwości funkcjonowania bez niego przy mojej pracy i przy moim stanie zdrowia. Czy jest jeszcze coś, co mogę zrobić w takiej sytuacji?

uslugi

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (Głosów: 158)

#72876

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja dobra znajoma (załóżmy Kasia) należy do grupy wspomagającej funkcjonowanie naszej parafii. Organizują oni zajęcia w świetlicach, wspomagają księży w przygotowaniach młodzieży do bierzmowania etc.
Owa grupa zdecydowała się na zbiórkę pięniedzy dla chłopca na operację guza mózgu. Skonsultowali się z proboszczem, na następny dzień upiekli ciasta.

Niedziela, godzina osiemnasta, dzwoni do mnie Kasia, że koleżanka z grupy rozchorowała się i nie ma kto jej pomóc ze sprzedażą ciast. Do kościoła mam blisko, przyszłam, rozłożyłyśmy manatki i do pracy. Dla każdej osoby kawałek ciasta za "co łaskę". Przed puszką wyraźnie napisane, na co zbieramy.

Główna bohaterka - bezczelny berecik - z głodnym wrażeń i ciasta wzrokiem bez "zbędnych" pytań sięgnęła po - uwaga - nie kawałek, a cały talerz z ciastem, na szczęście Kasia zdążyła ją powstrzymać z propozycją, że ona poda z serwetką.
Berecik trochę zaskoczony i okazuje się, że jednak potrafi mówić:
- Bo w końcu ile za to ciasto?
- Tak jak wcześniej wspomniałam, "co łaska".

Wow! Błysk w oku. Berecik uradowany.

- To ja poproszę to! - wskazując swoim napuchniętym paluszkiem na najbardziej zapełniony talerz, ruchem okrężnym, oznaczającym "TAK, CAŁĄ JEGO ZAWARTOŚĆ!"
Kasia podaje, dała całą reklamówkę, bo na serwetce się nie zmieści, chyba z cichą nadzieją, że berecik rzuci jakimś banknotem. Zresztą ja też miałam takie przeczucia.
Skądże!
Berecik w pełni szczęścia ze swoją zdobyczą, wyjmuje portfel.
I uwaga! Wrzuca do puszki... złotóweczkę!
- Do widzenia! - rzuca na odchodne, poprawiając antenkę. Chyba nie zdążyłyśmy zareagować.

...No tak! Bóg zapłać! Bóg, zapłać za operację! Bo nie mamy już prawie ciasta. Co za zachłanność. Do widzenia!

bezczelne berety

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 402 (Głosów: 432)

1