Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

bazienka

Zamieszcza historie od: 20 sierpnia 2011 - 17:54
Ostatnio: 23 stycznia 2017 - 21:42
O sobie:

przeciętna inaczej ;)

  • Historii na głównej: 44 z 77
  • Punktów za historie: 17150
  • Komentarzy: 4841
  • Punktów za komentarze: 4857
 
zarchiwizowany

#74706

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie istnieje w Polsce zakaz picia w miejscu publicznym!
Jest to po prostu skrót myślowy niepoparty aktami prawnymi.
Sam do niedawana nie byłem tego świadomy.

Strażnik miejski wystawiając mandat ma obowiązek wskazać, który z przepisów prawa naruszyliście swoim występkiem. Jeżeli powie standardowe "zakaz spożywania alkoholu w miejscu publicznym" to poproście o wskazanie takiego zapisu w jakimkolwiek akcie prawnym.

Zapewne powoła się on na ustawę o wychowaniu w trzeźwości, co za dużo nie zmienia, gdyż zabrania ona "spożywania" jedynie na ulicach, parkach i placach (nie ma tam nic o "miejscach publicznych").

Więc HURA - możemy raczyć się złotym trunkiem leżąc na plaży na kocyku :)
No niestety jest jeden haczyk.
W tej samej ustawie jest zapis mówiący, że każda gmina może rozszerzyć ten zakaz na KONKRETNE miejsce ze względu na jego specjalny charakter.

Więc nie wystarczy stwierdzenie, że w danej gminie nie wolno pić alkoholu np. na plażach, czy obiektach sportowych. Gmina musi wskazać konkretne miejsce (np. skwer między ulicą Kwiatową i Makową, czy boisko przy ul. Sportowej 3). Dodatkowo owe miejsce musi posiadać specjalny charakter - a np. lasek między blokami raczej takowego nie posiada.
Poza tym gmina ma na waszą prośbę ma obowiązek udostępnić wam listę takowych miejsc, lub wskazać miejsce gdzie możecie ją znaleźć.

Zauważam w tej sytuacji kilka piekielności:
1. Nieznajomość prawa przez obywateli.
2. Nieznajomość/nadinterpretacja prawa przez władze i osoby egzekwujące jego przestrzeganie.
3. Wykorzystywanie niewiedzy obywateli przez władze miasta i stróżów prawa - wielu miastach strażnicy miejscy są w pełni świadomi, że nie ma zakazu picia w miejscu publicznym, a i tak potrafią wystawić mandat za picie np. na nieużytku, klatce schodowej itp.

miejsce publiczne

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (Głosów: 135)

#69654

(PW) ·
| Do ulubionych
Raczej nie jest to piekielność, a jakieś dziwne spaczenie obyczajowe wobec którego chyba panuje zmowa milczenia.

Wiadomo, jak starsi ludzie narzekają na młodych zajmujących miejsca siedzące w transporcie publicznym. "Patrzą się w okno i udają, że mnie nie widzą" przytaczając mniej-więcej historię, którą widziałam na piekielnych rok czy dwa lata temu. Ależ widzą, i to doskonale. Jednak o tym za moment.

Dla kobiet w ciąży, dla ludzi starszych, dla inwalidów, a nawet dla osób z małymi dziećmi są miejsca uprzywilejowane, czyli które w razie potrzeby należy bezwzględnie zwolnić. Z resztą wystarczy przeczytać regulamin w byle jakim pojeździe miejskim. Korzystajcie z tego! Wszystkie inne siedzenia to dobro publiczne, z którego każdy, kto odczuje taką potrzebę ma prawo skorzystać. Tak, każdy - a to nowość, prawda?

Więc moi (niezbyt) mili dziadkowie i babcie swoich wnuczków, nauczcie się prosić. To nic nie boli, a na prośbę o ustąpienie miejsca ludzie naprawdę (!) reagują. Stanie jak kat nad zmęczonym i wygłodniałym studentem (czy nad kimkurnakolwiek innym) owijając niemalże swój brzuch/piersi wokół jego głowy, świdrując go wzrokiem z pogardliwą miną JEST chamstwem. A chamstwo nie sprawi, że ktoś nagle wobec Was poczuje przypływ życzliwości.

I tyle. Gdzieś musiałam wylać żółć. Codziennie jeżdżę tramwajami i codziennie widzę dziadków stosujących te "taktyki z Afryki". Chęci to nie obowiązek. Duh.

komunikacja_miejska łódź

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 314 (Głosów: 518)

#69419

~szatynka ·
| Do ulubionych
Jak w wieku 26 lat zostałam starą panną i płową kobietą, która umrze samotnie pożarta przez stado kotów.

Mam dość liczną rodzinę, a co za tym idzie często zdarzają się wesela. Mam też dwie, niezbyt sympatyczne kuzynki (są siostrami). Obydwie zaręczone, planują ślub (jedna młodsza ode mnie). A więc po kolejnej informacji o rychłym weselichu, cudowna rodzinka pochyliła się nad moim jakże żałosnym i wyzbytym sensu żywotem, gdyż pozbawionym mężczyzny.

Moje tłumaczenia że nie czuję parcia na złapanie męża tylko dlatego, bo "inni już się żenią", że dzieci nie lubię i raczej nie planuję, oraz że jako introwertyk z trudnym charakterem czuję się najlepiej jako singielka, która nie musi dzielić z nikim mieszkania, pokoju oraz łóżka do nikogo nie przemawiały. Ciągle tylko słyszałam że "zegar tyka", że po 30-tce prędzej natknę się na UFO, niż znajdę faceta i po innych milusich komentarzach postanowiłam się ostro bronić.

Dzień kulminacyjny, wesele. Przyszłam z kolegą, ciotki i kuzynki po 40-tce od razu pytały kiedy ślub, dzieci, wspólne mieszkanie i najlepiej seks kiedy, bo mój wiek jest idealny do zrobienia sobie dzieciaka. No cóż, najpierw zbywałam durne pytania śmiechem, później twardo tłumaczyłam że kolega, że seksu ni chu chu, że NIE bo NIE, po czym przeszłam do kontrataku.

Ciotka pyta po raz enty kiedy ślub, ja pytam jak przebiega rozwód jej córeczki, bo na razie są w separacji i mam nadzieję, że nie będzie musiała płacić alimentów na swe dziecię. Druga przypudrowana ciotka, która ma mnie za nic, pyta, dlaczego kolega mnie nie chce? Odpowiadam, że nie biorę go, bo nie chcę by mnie zdradzał (mąż pudernicy, prawdziwej flądry, która uprzykrza ludziom życie parząc komentarzami niczym meduza, zdradzał ją ze studentką). Moja babka ubolewała, że zgromadziła aż pięć tysięcy na moje wesele ale chętnego kawalera nie widać. "Pocieszyłam" więc ją, że ma więcej czasu na gromadzenie kasy, bo za marne pięć tysi to ja mogę jedynie limuzynę wynająć na ślub.

Jak to się skończyło? Fochem, nazwaniem mnie niewychowaną smarkulą i dzieckiem wojny. Do dziś mam spokój. Stare panny górą.

wesele

Skomentuj (127) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 527 (Głosów: 699)

#23938

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie przykre.
Dojechaliśmy na miejsce, niestety nie było już co "zbierać". Pan, lat 35 (młody człowiek... chorował na raka) mimo próby reanimacji nie drgnął nawet. Wokół nas biegały dwie córeczki i załamana żona.
Kolega starał się zapanował nad rozpaczą żony, a ja zszedłem wezwać zespół z lekarzem (wbrew powszechnej opinii, my nie możemy stwierdzić zgonu).

Wróciłem na górę, zbierałem sprzęt (kolega podawał leki uspokajające, bo pani zaczęła wpadać w panikę) do plecaka i nagle słychać otwieranie drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że już przyjechali (co by było dziwne, bo minęły jakieś 4 minuty, a przecież na sygnale nie jechali), a lekarzom zdarza się wchodzić do pomieszczenia bez pukania (uwierzcie, mam za sobą kilka lat wspólnej pracy z naszymi doktorkami ;)). Jednak za chwilę zza drzwi od pokoju wyłoniła się... sąsiadka.

S-Cooo? Tu przyjechało pogotowie?

Spojrzałem na żonę pacjenta i po jej minie zorientowałem się, że to nie jest specjalnie mile widziany gość, zwłaszcza w takiej chwili.

J-Może by pani wyszła? Proszę. Niech rodzina zostanie sama.
S-Ale ja tylko przyszłam zobaczyć. Pogotowie przyjechało!
J-Naprawdę? - Zerknąłem na swój mundur. - Nie wiedziałem. Mam nadzieję, że nie zastawiłem im podjazdu?
S-No co? Przyszłam zobaczyć!
J-To naprawdę nie jest film i prosiłbym żeby pani wyszła.

Starałem się lekko popychać panią w kierunku drzwi, ta jednak chwyciła się framugi i się gapi... "Gapienie się" - czyli coś, co w pogotowiu kochamy po prostu. Szkoda, że nie wyskoczyła z aparatem albo kamerą (choć wyglądała na taką, która chętnie by to zrobiła, gdyby akurat miała pod ręką)... Kolega wstał i przykrył twarz denata, aby zminimalizować ilość "ciekawych rzeczy do pooglądania"... Sąsiadka jednak nie dawała za wygraną. Przeszła do ataku.

S-Długo się męczył. Ehhh tam, zdarza się i tak. Każdy umiera. - I pełno komentarzy w ten deseń.
Żona pacjenta nie wytrzymała i krzyknęła przez łzy:
Ż-Wynoś się stąd! Po prostu się wynoś!

I teraz komentarz sąsiadki, po którym zbierałem szczękę z podłogi:

S-W końcu zdechł. Nie będzie mnie pogotowie wyć w nocy do tego zdechlaka!

I poszła. Profilaktycznie zamknąłem drzwi na zamek, jakby chciała wrócić czy coś...

Pogotowie ;)

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2914 (Głosów: 2966)

#69117

~corkapiekla ·
| Do ulubionych
Duża stacja benzynowa niedaleko miasta wojewódzkiego.

Wchodzi elegancka i zadbana pani koło 50-tki z dorosłą córką. Kobieta idzie do kasy, płaci za paliwo i pyta "Gdzie są mentosy?". Sprzedawca - młody chłopak - bardzo grzecznie wskazuje ręką regał stojący przed kasą. Pani nie spojrzała nawet w stronę regału i mówi "Proszę mi podać". Sprzedawca na to, że są w tym miejscu (znów wskazuje ręką), wystarczy sięgnąć (on, żeby je podać musiałby wyjść zza lady, okrążyć regał, więc trochę roboty by miał, a kobieta naprawdę miała je na wyciągnięcie ręki).

Na to kobieta, zamiast po prostu wziąć dropsy zaczęła się wydzierać, że sprzedawca jest niekulturalny i nie wypełnia swoich obowiązków i przyzwoitość wymaga pomóc starszej pani [sic!]. W tym momencie córka, czerwona od żeber po cebulki włosów podchodzi do półki, bierze te nieszczęsne mentosy, kładzie na ladzie i wychodzi.

Czy sytuacja była piekielna? Dla mnie na pewno. Ponieważ w tej historii jestem córką...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 963 (Głosów: 1001)

#39370

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim mieście mieszka małżeństwo. Obydwoje mają upośledzenie umysłowe. Nie są w stanie pracować zarobkowo, nie są w stanie załatwić ważniejszych spraw. MOPS ich żywi, ubiera, płaci za nich rachunki i załatwia ważne sprawy.

Owe małżeństwo jest za to dobre w jednej rzeczy. W płodzeniu dzieci. Lubią seks, a skuteczne stosowanie antykoncepcji wykracza poza ich możliwości intelektualne. Mają więc już kilkoro dzieci, wszystkie bez wyjątku z upośledzeniem umysłowym. Ponieważ rodzice nie są w stanie się nimi zająć, dzieci zaraz po porodzie oddawane są do domów dziecka i rodzin zastępczych.

W czym piekielność? Otóż w tym, że u tych ludzi nie można zgodnie z polskim prawem dokonać podwiązania jajowodów czy nasieniowodów, nawet za ich zgodą, bo dla "humanistów" pachnie to eugeniką. Będą więc bezkrytycznie sprowadzać na świat upośledzone umysłowo dzieci, którymi sami nie będą w stanie się opiekować.

duże miasto

Skomentuj (132) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1324 (Głosów: 1490)

#68039

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu musiałem zarejestrować się do dentysty. Wściekłem się przy tym nielekko i muszę przyznać że piekielności sporo było po mojej stronie. Dlaczego?

Wchodzę z samego rana na stronę swojej przychodni, wybieram numer i dzwonię do rejestracji. Godziny rejestracji, co wyraźnie zaznaczone, to 7-14. Wykonuję połączenia co 10-15 minut, zero odzewu. No cóż, trzeba się więc wybrać osobiście.
Przybywam punkt 12 do przychodni. Ludzi zero. Panie za ladą popijają kawkę śmiejąc się w najlepsze. No nic, podejmę ostatnią próbę, może telefon im padł. Biorę telefon w dłoń, wybieram numer i dzwonię. Urządzenie za ladą odzywa się natychmiast, reakcja pań zerowa. Czyli pora wkroczyć do akcji.
Podchodzę do lady, z telefonem przy uchu, aparat za ladą nadal wyje jak opętany.
[J]- Ja [PR]- Pani z Rejestracji.

[J]- Proszę odebrać telefon.
[PR]- (patrzy na mnie ze szczerym zdumieniem) CO PROSZĘ?
[J]- Nie, to ja proszę. O podniesienie słuchawki.
Pani niechętnie podnosi słuchawkę i przykłada ją do ucha.
[J]- A teraz mnie pani bardzo wyraźnie posłucha. W czasie gdy panie się opier***ały za ladą, ja dzwoniłem jak poje***y aby się zarejestrować do dentysty. Przez pań lenistwo, musiałem tłuc się przez pół miasta aby zrobić to, co powinienem móc zrobić siedząc w domu i robiąc to, co panie robią teraz, czyli opie**alając się w najlepsze. Powinienem w tej chwili udać się do dyrekcji tego przybytku i zapytać co się tu do cholery dzieje. Ale to za chwilę. Teraz zrobimy tak: Proszę mi znaleźć termin do dentysty.
[PR]- Na kiedy?
[J]- Na wczoraj.
[PR]- (cała spocona, sapiąc jak parowóz szpera w systemie) Za tydzień najbliższy termin.
[J]- To ja poproszę na jutro.
[PR]- Ale najbliższy termin...
[J]- Powiem wprost. W nosie to mam, tak jak pani, przez pół dnia miała w nosie mnie. Proszę mnie zarejestrować na jutro do dentysty.
Chwilę szpera w systemie, alleluja! Nagle znalazł się termin, dzień następny, 9 rano. Pani zbiera dane, wrzuca do systemu i po robocie.
[J]- Widzi pani? Trudno było? I pomyśleć że byłoby o wiele szybciej i przyjemniej gdyby tylko podniosła pani tę cholerną słuchawkę. To wcale nie jest takie trudne. Do widzenia.
[PR]- Do widzenia.

Wiem że ujawniłem sporą dawkę wrodzonej piekielności, ale od czego one do cholery są za tą ladą?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 817 (Głosów: 905)

#67237

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja sprzed 3 lat.
Jadę z córką (lat 3) tramwajem, sporo ludzi, na szczęście jedno miejsce było wolne. Posadziłam córkę, a sama nad nią stałam (nie lubię jej trzymać na kolanach).

Przejechałyśmy dwa lub trzy przystanki i wtedy wchodzi ona. Kobieta ok. 50-tki, dziarskim krokiem zmierza w naszą stronę.
Podchodzi do mnie, bez żadnego przepraszam czy czegokolwiek i tak rzecze: "Zabierz dziecko, bo ona nie płaci za bilet, więc ma mnie puścić. Jej się nie należy siedzenie". W tym momencie mogłabym zrobić wielkie oczy, ale że jestem wychowana jak jestem, to wzięłam córkę na ręce, siadłam na tym siedzeniu, młoda na kolanach i też coś rzekłam "ja za bilet płacę, mam nadzieję, że teraz Pani lepiej".

Pani oczywiście była pewna, że miejsce się zwalnia dla niej, więc już ruszała je zająć, a tu taki zonk. Zła ja.

komunikacja_miejska

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1035 (Głosów: 1123)

#66502

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, kto tu był piekielny, bo może i ja trochę sobie na to określenie zasłużyłam. Jednak do tej pory gdy o tym pomyślę chce mi się śmiać z komizmu sytuacji.

Dzień wczorajszy. Siedząc w pracy wylałam na spodnie podczas drugiego śniadania kefir. Cała klejąca, walczyłam z nimi wodą, gąbką, płynami, lekko przeschły, no ale cóż, wielka plama została. Z racji wykonywanego zawodu nie mogłam sobie pozwolić na taki wygląd. Szybka decyzja --> skoro nie mam spodni na zmianę, biegnę na chwilę do sklepu jakiegokolwiek i coś kupię. Zawijam się w płaszcz ciesząc się, że zasłania niekorzystne miejsca i pędzę, gdzie najbliżej. Łapię w biegu dwie pary spodni (te same, ale w innym rozmiarze) i szukam przebieralni.

Sklep duży, ciąg około 10 przebieralni, wszystkie zajęte, przechadzam się wzdłuż, ale widzę, że na końcu jedna zasłona odsunięta, masa rzeczy wala się po podłodze, haczyki na ściance uginają się pod nieodłożonymi rzeczami. Ehh, ludzie mają po wyjściu z przebieralni takie wieszaki, na które odkładają rzeczy które ich nie interesują/pasują (niepotrzebne skreślić). Jednak nie każdy ma taką kulturę, żeby chociaż w taki sposób ułatwić pracę i obsłudze, i korzystanie innym klientom. Nie musimy przecież każdej rzeczy odkładać na miejsce. Cóż, nie mam czasu, więc wchodzę. Ściągam torebkę, odwijam się z płaszcza, zrzucam buty, spodnie. Jestem już w połowie wciskania się w nową parę, kiedy nagle zasłona się rozsuwa na oścież z moim tyłkiem na wierzchu świecącym na pół sklepu. W rolach głównych [J]a i [P]iekielna baba koło 50:

P: Nie widzisz, że zajęte?
J: Nie, nikogo nie było w przebieralni od dłuższego czasu, zdążyłam się rozebrać (ciągnąc za zasłonę, żeby uchronić wszystkich od widoku moich pośladków)
P: Rzeczy tu zostawiłam, to chyba jasne że zajęte.
J: Proszę Pani, nie ma tu Pani prywatnych rzeczy, są tylko ze sklepu. A że u wielu klientów kultura osobista siada, to wywnioskowałam, że ktoś je tu zostawił z czystego lenistwa. Nikt nie mówił, że ta przebieralnia ma na Panią czekać.
P: Ale ona jest MOJA! Ja ją sobie tak zostawiłam i poszłam po inne rozmiary, to chyba oczywiste, że ona jest MOJA, wynoś się!
J: Proszę Pani, proszę stąd wyjść, nie będę tak stała, poza tym wyraźnie pisze, ze do przebieralni wnosimy 5 rzeczy, a nie połowę sklepu.

Wyszarpałam zasłonę, wciągam spodnie dalej i przeglądam się w lustrze.

P (stojąca za kotarą): Długo tam jeszcze będziesz? Masz mi ją zaraz zwolnić.
J: Wyjdę jak skończę wybierać.
Zasłona znowu się rozsunęła, a ja znów w połowie drogi ściągania spodni.
P: To ja biorę swoje rzeczy do mierzenia!
I ściąga z wieszaków wszystko co tam jest, łącznie z moją drugą para spodni w innym rozmiarze.
J: Hallo, to moje! Wzięłam je do przymierzenia.
P: I co z tego? Mi się one też podobają i CHCĘ JE! Też szukałam TEGO rozmiaru!

Kobieta jak szafa trzydrzwiowa, rozmiar spodni S i ciągniemy, ja z jednej, ona z drugiej. No cóż poddałam się, spodnie puściłam, babsztyl z niemałą siłą ciągnął, więc zachwiał się, zakręcił i bęc na podłogę. Stoję tak nadal z nie do końca ściągniętymi spodniami i patrzę na nią. Zerwała się i zaczyna zbierać na czworaka niemal porozrzucane przez siebie w przebieralni rzeczy na podłodze, razem z moimi starymi spodniami.

J: To są moje rzeczy.
P: A jak mi to gówniaro udowodnisz?
J: Nie mają metki...
P: Złodziejka! ZŁODZIEJKA! Metki urywa i chce spodnie ukraść! - drze się na pół sklepu.
J: Proszę panią, to są moje prywatne rzeczy, noszą normalne ślady użytkowania, nawet są poplamione...
P: Złodziejka i brudaska! ZŁODZIEJKA I BRUDASKA - kontynuuje.
J: ZAMKNIJ SIĘ GŁUPIA BABO! - wzięłam resztę "jej" rzeczy z przebieralni, wcisnęłam jej w ręce, zasłoniłam kotarę, przebrałam się już o dziwo na spokojnie. Wychodzę - a za kotarą na podłodze elegancka sterta ubrań, które najwyraźniej rzuciła jak stała. Podchodzę już na spokojnie do kasy i chcę zapłacić.

J: Przepraszam, nie widziała Pani co się działo w przebieralni? Słychać było na pół sklepu, dlaczego nikt nie zareagował?
Ekspedientka: Oj sama Pani rozumie, wolałyśmy się nie wtrącać.
J: Nie wtrącać? No to teraz ma pani zniszczone i brudne rzeczy na podłodze, już nie mówiąc o tym, że cała ochrona, personel i połowa klientów oglądała mój tyłek.

Co za ludzie! Ani pracownicy, ani klienci, nikt nie zareagował. Cóż, dobre przedstawienie :)

sklepy

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 580 (Głosów: 674)

#66492

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszłam dziś na zakupy do pewnego dyskontu spożywczego. Zapakowany wózek pchałam powoli w stronę kasy przed którą ustawiła się spora kolejka. Pani kasjerka widząc pokaźny ogonek zadzwoniła po koleżankę. Ja, widząc to, udałam się pod wywołaną kasę i zajęłam się wypakowywaniem zakupów. Nagle za moimi plecami pojawił się Pan emeryt i krzyczy:

- Proszę mnie przepuścić, jestem starszy należy mi się pierwszeństwo.
Odwracam się, pokazuję mojej pokaźnej wielkości brzuch ciążowy i odpowiadam z uśmiechem:
- Jak widać ja też jestem uprzywilejowana.
Na to Pan się zrobił czerwony i począł syczeć przez zęby:
- Ciąża to nie choroba, przepuść mnie.
Smarkulą już nie jestem od dawna, nie pozwolę się traktować lekceważąco, wiec odpowiedziałam:
- Starość też nie.
Pan się zapowietrzył, ale już nie odezwał :)

Nie wymagam specjalnego traktowania z tego powodu, że jestem w ciąży.
W autobusie gdy jest tłok stoję, nie pcham się bez kolejki, ogólnie ze swojego stanu nie robię wielkiego halo. Jednak w tej sytuacji facet wyprowadził mnie z równowagi.

sklepy

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 675 (Głosów: 759)