Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

bee

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2011 - 19:30
Ostatnio: 21 sierpnia 2017 - 19:25
  • Historii na głównej: 13 z 17
  • Punktów za historie: 5127
  • Komentarzy: 81
  • Punktów za komentarze: 304
 

#79655

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałam kiedyś w gabinecie kosmetycznym, w którym niestety nie można było płacić kartą. Informacja o tym znajdowała się na drzwiach do salonu, przy recepcji, na stronie internetowej oraz profilu Fb.

Opłata za zabieg była pobierana po jego wykonaniu. I tak pewnego razu po zrobieniu manicure klientka przychodzi zapłacić i podaje mi kartę płatniczą. Patrzę na nią i mówię standardową formułkę:
- Niestety, płatność wyłącznie gotówką - wskazując na informację znajdującą się na recepcji.
- Pani chyba żartuje.
- Przykro mi, nie mam na to wpływu.
- Ale ja nie mam tylu pieniędzy przy sobie.
- Tu niedaleko (ok. 200-300 m) jest bankomat, może pani podejść.
- Chyba pani jest niepoważna. Ja nie będę po żadnych bankomatach biegać. W takim razie poproszę numer konta, jutro zrobię przelew.

Ta, jasne, babsko pierwszy raz na oczy widzę i jak głupia będę liczyła na to, że zrobi przelew. Zresztą szef i tak był niechętny na opłacanie zabiegów czy voucherów przelewami.

- Przykro mi, nie ma takiej możliwości. Bardzo proszę podejść do bankomatu.
- Już pani mówiłam, nie mam zamiaru latać po żadnych bankomatach. To ja pani w euro zapłacę.
- Nie mam dostępu do internetu, a nie znam przelicznika.

Nie mówiąc już o tym, że równie dobrze mogłaby mi zapłacić afrykańską walutą, tyle samo z nią miałam styczności co z euro.

- Ja już dałam pani 3 możliwości zapłaty. Co to w ogóle ma być?
- A ja pani tłumaczę, że jedyną możliwością jest zapłata gotówką, w złotówkach. Za ten czas już dawno by pani wróciła z bankomatu.
- Ale ja nie będę latać po bankomatach - i rzuca mi euro na ladę.
- A ja nie będę latać po kantorach, żeby to później zamienić.

Babsko się zapowietrzyło, poczerwieniało i jak nie wybuchnie:
- Pani jest bezczelna, kto panią w ogóle tu zatrudnił? Jak taka osoba może pracować z ludźmi?! Natychmiast numer do kierownika poproszę! Złożę skargę, pani nie powinna tu pracować!
- Numer nie będzie potrzebny, jako kierownik przyjmuję pani skargę do wiadomości i uważam ją za bezpodstawną. Jeśli chce pani rozmawiać z właścicielem, to musi pani poczekać ok. 2 miesięcy, póki nie wróci z zagranicy.

Co było najbardziej piekielne? Franca odwaliła prawie 20-minutowy teatrzyk, po czym ostatecznie łaskawie wyciągnęła z torebki te 50 polskich złotych. Do tej pory nie wiem po co to wszystko było...

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (186)

#79433

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłam paczkę z alledrogo z opcją kuriera (niestety, nie było dopisane, że kurier z poczty polskiej). Żadnego telefonu ani sms rano, że będzie dziś dostawa to z czystym sumieniem poszłam do pracy.

Godzina 14:00 dostaję telefon:
- Dzień dobry, kurier mam paczkę a pani nie ma.
- No nie ma nikogo, bo nie dostałam info, że dziś będzie paczka. A nie będzie pan może w centrum?
- Nie, ale tu jest sąsiad i mówi, że weźmie. Bo jak nie to awizo i paczka do odebrania w centrali (kawał drogi), a jest bardzo duża.
- Ale moment co za sąsiad? - z nadzieją, że może z naprzeciwka, to typa jeszcze kojarzę.
- Ano z nr 26 (dwa piętra niżej).
- Panie ja człowieka nie znam, ani nawet nie kojarzę.
- No ale on mówi, że nie ma problemu.

Szybka kalkulacja - jako, że nie jestem zmotoryzowana, a na chwilę obecną jestem słomianą wdową, czarno widzę osobiście przytargać paczkę z centrali.

- No dobra niech będzie, ale niech pan weźmie do niego numer telefonu i mi prześle!
- Dobra, dobra.

Jako, że pracuję do godziny 21:00, w domu jestem przed 22:00. Trochę późno, więc dzwonię do sąsiada podziękować za przechowanie paczki i spytać się czy problemem nie będzie późny odbiór. Odebrała jego żona:
- Nie, nie będzie problemu. Tylko wie pani, bo dopiero teraz zauważyliśmy na paczce, ale pani to w ogóle z naszego BLOKU nie jest.
- Słucham?!
- My jesteśmy z 11, a pani z 9.

Chwała mamie, że wychowała mnie na kulturalnego człowieka i najpierw zadzwoniłam, a nie wbiłam "na pałę" do "mojego" sąsiada spod nr 26 po paczkę, bo pewnie wyszłabym na wariatkę, kłócąc się o przesyłkę widmo.

Szczęście głupiego, że w innym bloku pod tym samym numerkiem też nikogo nie było, bo nie zawsze trafi się na uczciwego. Ja mogłabym być w plecy 200 zł i trochę czasu, kurier czas a i może (choć nie na pewno) premię/część wypłaty.

P.S. Smaczek zamykający historię - jak wróciłam do domu, na skrzynce leżał "list/przesyłka" - numer bloku się zgadzał, nawet numer mieszkania jest w tej klatce! Szkoda tylko, że całkiem inna ulica. I to nawet nie na zasadzie, że podobna nazwa - tylko trafiła na Kieślowskiego zamiast Szewską Boczną. Ktoś miał mniej szczęścia niż ja...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (128)

#78714

(PW) ·
| Do ulubionych
W poczekalni obok herbaty i wody, mamy wyłożone miętowe cukierki dla klientów. Tak, żeby "osłodzić" czekanie. Przychodzi ostatnio babeczka 60-70 lat.
- O cukierki a jakie to są.
- Miętowe, proszę się częstować.
- O nie, ja mięty nie mogę, jestem uczulona. Zaraz by mnie dusiło wie pani.
- No niestety, akurat dzisiaj mamy takie, mogę jedynie jeszcze wodę i herbatę zaproponować.
- Ale ja miętowych nie mogę, ale owocowego bym chętnie zjadła.

Nie porzucę stanowiska pracy i nie pobiegnę babce po owocowe cukierki, więc ostatnie zdanie zignorowałam.
3 minuty później słyszę jak babka zaczyna kaszleć, coraz mocniej. Wstaję do niej aby sprawdzić czy wszystko w porządku. Co robi pani? Wypluwa cukierka i jeszcze z pretensją w głosie mówi do mnie:
- No widzi pani, no, ja mówiłam, że na miętę jestem uczulona.

uslugi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (258)

#77176

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez około półtora roku chodziłam do pewnego pana ginekologa. Bardzo popularny, same pozytywne opinie. Na NFZ przyjmował z rejestracją w danym dniu, kolejki zawsze nieziemskie. Przyjmował od godz. 15:00, rejestracja od 14:00, jak przychodziłam o 13:00 byłam mniej więcej 5-10.

Wszystko było w miarę ok, co prawda zawsze przy wystawianiu recepty dopytywał kiedy będę się starać o dziecko, ale nie przejmowałam się tym. Wszystko ok, do czasu gdy odstawiłam tabletki z powodów zdrowotnych. Brak okresu przez pół roku, połączony z wcześniejszymi objawami jak trądzik czy nadmierne wypadanie włosów, zaowocowało skierowaniem na badania. Wynik niedoczynność tarczycy i PCOS.

- No niedobrze, niedobrze. Tym bardziej w pani wieku to już musimy zacząć starać się o ciążę.
- Nie planuję w najbliższym czasie dzieci.
- 26 lat plus problemy z PCOS, nie ma pani co planować, tylko się starać.
- Jak będę gotowa, to zacznę się zastanawiać nad potomstwem, adopcja dla mnie i męża też jest opcją.
- Jak pani chce, to by było na tyle w takim razie.
- No a jakieś leczenie żeby złagodzić objawy PCOS i niedoczynności tarczycy, wyrównać testosteron i wyregulować okres?
- Skoro pani i tak nie chce się starać o potomstwo, to nie ma co leczyć.
- A prywatnie?
- Jak będzie pani chciała zajść w ciążę to zapraszam.

Lekarz zmieniony, leczenie podjęte bez względu na moje plany odnośnie macierzyństwa.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (272)

#77137

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezmyślność rodziców - temat rzeka.

Wyjazdy na kolonie i obozy nieodłącznie wiążą się z uzupełnieniem karty dziecka. W karcie tej jest miejsce na opisanie stanu zdrowia dziecka, najważniejsze - czy na coś choruje, czy ma alergię (na co) i jakie leki przyjmuje.

Karta, kartą - rodzice często nie wpisują nic z roztargnienia lub nie sądzili, że to ważne. Równie często, bo wtedy dziecko by nie zostało przyjęte.

Z doświadczenia zawsze zanim "przejmę" dzieciaki od rodziców, Trzykrotnie pytam - czy wszystko jest w kartach, czy o czymś nie zapomnieli, czy dzieci mają przy sobie jakieś leki.

Tak się złożyło, że w ubiegłe wakacje byłam wychowawcą "polskich" dzieci mieszkających w Niemczech. Nie odbierałam dzieci od rodziców, a przyjechałam prosto na miejsce obozu.

Grupy przydzielone, zapoznaję się z moimi dzieciaczkami grupa 6-8 lat. Po przeglądnięciu kart - wiem wszystko:
- Ania, Kasia, Kacper przynieście wasze leki, Grześ twoje mama dała kierownikowi transportu, już je mam u siebie.

Standardowa formułka:
- Czy ktoś z was ma jeszcze ze sobą jakieś leki, tabletki np. przeciwbólowe?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Nikt, nic?
- Nie proszę pani.

Oczywiście na drugi dzień, gdy byłam w pokoju chłopców, zobaczyłam przy łóżku jednego z nich syrop:
- Mama dała, jakby mnie brzuszek bolał.
- No ale czemu nie oddałeś jak się pytałam o leki?
- Zapomniałem.

Dnia 2, 3 powtórka z rozrywki "Czy macie jeszcze przy sobie jakieś leki, tabletki, syropki czy cokolwiek innego?".
Jednogłośnie zaprzeczenie. Ok, sprawę uznaję za zamkniętą.

Dnia 4 Franiu zgubił portfel. No to szukamy razem z Franiem portfela w jego rzeczach. Nagle spośród rzeczy, wypada papierowa torebka/koperta, trochę była już rozdarta, więc mogłam zauważyć zawartość, która przypominała opakowanie od lekarstwa.
- Franiu co to jest? - Franio wzrusza ramionami - Nie wiem.
Ok, to patrzę do środka, jak byk leki. Nazwa mi nic nie mówi, więc otwieram aby wyciągnąć ulotkę, a z ulotką wypada strzykawka jak się okazało z adrenaliną.

Rozrywam całkiem papierową torebkę, w środku drugie opakowanie leku i list. A w liście kochana mamusia pisze, że to adrenalina dla Frania, bo Franiu jest uczulony na wszystkie orzechy, sezam i jajka. Reakcja alergiczna jest na tyle ostra, że bez adrenaliny ani rusz.

Myślę sobie, niemożliwe abym coś takiego przegapiła w karcie. Idę do kierownika, chcę kartę dzieciaka, mówię mu co właśnie znalazłam. I pytam czy może przy autobusie mama Frania cokolwiek wspomniała, ano nie. W karcie również przy podpunkcie alergie: "brak".

No do cholery, co za głupia matka daje 6! latkowi adrenalinę i nie informuje wychowawców, że dziecko jest uczulone na coś, co praktycznie wszędzie można zjeść. Po prostu za cud uważam te 4 dni. Na szczęście dzieciak nie pamiętał aby o tym wspomnieć, ale chociaż pamiętał czego nie jeść.

Telefon do matki - co jak, dlaczego. W skrócie:
- A bo wie pani, zapomniałam, jakoś tak wyszło.
- Chce pani uśmiercić dziecko, proszę to zrobić osobiście, a nie wrabiać osoby trzecie.

Ochłonęłam, wracam do Frania:
- Franiu, jesteś uczulony tak?
- No tak.
- I mamusia dała Ci leki.
- No tak, jak coś zjem i zacznę się dusić to trzeba mi zrobić zastrzyk.
- A jak się pytałam o leki, to czemu nic nie powiedziałeś?
- Bo to nie syropek ani tabletki.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 450 (454)

#76382

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy historii #76321.

Sprzedawca upiera się, że do tego smartwatch nie ma kabla usb, podtrzymując swoją wersję faktem, iż na ich stronie nie było informacji o kablu.

Ja upieram się, że powinien być - powołując się na informację otrzymaną na ich infolinii (2 razy, za drugim razem rozmowa nagrana), opakowaniem produktu, informacją na stronie producenta, oraz innymi sklepami, które w opisach mają, że ten smartwatch jest w zestawie z kablem.

Sprzedawca, nagle do rozpatrzenia reklamacji żąda produktu, mimo iż wcześniej konsultant zapewniał, że nie będę musiała go oddawać, tylko kabel doślą. Na mój pech tej rozmowy nie nagrałam, na moje szczęście przezornie 6 dni smartwatch oryginalnie zapakowany leżał na półce jako ozdoba.

Przy oddawaniu smartwatcha, pan przyjmujący pochwalił się, że ma taki sam - pokazując faktycznie ZeWatch3 na swoim nadgarstku. Po przeczytaniu reklamacji stwierdza:
- ale w ZeWatch3 nie ma kabla, ja też jak kupowałem to nie dostałem.
- To dlaczego wszędzie, jest informacja, że kabel powinien być?
- A bo wie pani, oni instrukcję i opakowanie to dali z ZeWatch2, w którym kabel był, tylko nazwę zmienili. - Generalnie koleś gadał, jakby faktycznie wiedział o czym mówi i już byłam w stanie mu uwierzyć.
- Więc czemu nikt tego w ten sposób mi nie wytłumaczył?
- No, bo to jest na magazynach, konsultanci tego nie widzieli.
- Opiekun produktu nie widział produktu?

Generalnie gadka szmatka, jestem gotowa wycofać reklamację i przyjąć tłumaczenie miłego pana. Na szczęście zwoje zaczęły mi pracować i przypomniałam sobie o recenzjach, które czytałam. Na szybko wyszukuję raz jeszcze i pytam:
- Skoro nie ma tego w zestawie, to jakim cudem ci recenzenci mieli w zestawie kabel?
- No nie wiem...
- To proszę jednak wysłać reklamację.

Po powrocie do domu, napisałam maila bezpośrednio do producenta z opisem sytuacji i prośbą o informację czy ten nieszczęsny kabel jest czy też nie. Po niecałej godzinie dostałam odpowiedź, że kabel jest do każdego smartwatcha i bardzo im przykro z powodu zaistniałej sytuacji.

Mail przesłany do sprzedawcy.. doczekałam się tylko "dziękujemy za informację".

Czy ma ktoś może podobne doświadczenia i byłby mi w stanie poradzić co dalej? Nie było na stronie informacji, że promocja jest spowodowana niekompletnymi zestawami. Ja nie chcę rezygnować ze smartwatcha, a jednym z rozwiązań tej sytuacji może być zwrot pieniędzy. I naprawdę nie jest kwestią, że jestem upierdliwa i kłócę się o kabel, który za piątaka mogę kupić. Tylko, że zgodnie z regulaminem sklepu aby reklamować produkt, czy oddać na gwarancję trzeba mieć "kompletny zestaw"...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (103)

#76321

(PW) ·
| Do ulubionych
Internetowy sklep z elektroniką, z nazwą owocu.

Przeglądając smartwatche zobaczyłam fajny, przeceniony z 350 na 230. Co ważne, tylko kolor "fioletowo-srebrny", inne kolory promocją nie były objęte. Zamówiłam więc ten promocyjny kolor i model. Na drugi dzień dzwoni do mnie pan z obsługi klienta, że niestety nie mają już tego koloru i czy mogą zamienić na ten sam model w innym kolorze.
- No, tylko że z tego co się orientuję, to inne kolory nie są na promocji.
- Ma pani rację. Ale jako że nasz błąd, możemy pani dać specjalny upust. Na prawie identyczny zegarek.
- Czyli czym się różnią?
- Specyfikacja ta sama, tylko kolor inny.
- Czyli?
- Srebrny fiolet. On kosztuje 389 zł, ale dla pani będzie cena 250. To co, zmienić w zamówieniu? - Bądź co bądź 20 zł różnicy to niedużo, ale jednak tutaj zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, a że byłam w drodze do dentysty, nie miałam jak sprawdzić tych zegarków.
- Wie pan co, proszę mi na mail przesłać link do tego smartwacha, porównam, sprawdzę i dam znać. Teraz to niestety nie jest możliwe.
- Dobrze, dziękuję, do usłyszenia.

Rozmowa miła, konsultant kulturalny. Po sprawdzeniu tych smartwatchy - faktycznie niczym się nie różnią, to dlaczego do cholery mam płacić 20 zł więcej. Porównałam zatem kod producenta aby zapytać wujka gie o radę. Kod obu zegarków ten sam. Tylko wiecie, szwajcarska firma, nazwa koloru po angielsku i suma summarum miałabym zapłacić 20 złotych więcej tylko dlatego, że ktoś przetłumaczył kolor drugiego zegarka i wystawił nie jako fioletowo-srebrny, a srebrny fiolet.

Kolejnego dnia dzwonię na infolinię w celu wytłumaczenia, po początkowym mieszaniu się w informacjach. Konsultant przyznaje, że tak w sumie to mam zapłacić 20 zł więcej za ten sam model w inaczej przetłumaczonej nazwie.
- Czy pan siebie słyszy? I rozumie absurd tej sytuacji?
...chwila ciszy
- Oczywiście, wie pani co, osoba, która do pani wczoraj dzwoniła musiała popełnić błąd. Zegarek będzie nawet jutro i w cenie 230 zł.
- Bardzo mnie to cieszy, dziękuję za pomoc i sprostowanie sytuacji.

Szczerze samo to byłabym w stanie przełknąć i zwalić na świąteczne zamieszanie. Ale historia się nie kończy.

Odebrałam zegarek, szczęśliwa. Wyglądał na fabrycznie zapakowany, więc biorę. O dziwo, pierwsze co to wzięłam się za czytanie instrukcji. W instrukcji jest napisane, aby przed pierwszym włączeniem podłączyć do ładowania przez ZAŁĄCZONY KABEL. Patrzę do pudełka, kabla USB brak... Sprawdzam w internecie, wszyscy recenzenci piszą o kablu, na stronie producenta w zestawie kabel, na stronie, z której kupowałam brak tej informacji. Okej, może moja wina, nie doczytałam i oni nie dają, ale zadzwoniłam na infolinię, aby się upewnić. Konsultant oczywiście potwierdza, że w zestawie jest kabel.
Dzwonię ponownie, tym razem do działu reklamacji, pani przyjmuje reklamację - prośbę o wydanie kabla. Dzisiaj dostaję odpowiedź z działu reklamacji - oni na stronie nie mają informacji o kablu, więc czego chce. Generalnie w tonie "wypchaj się". Odpisuję zatem, że na stronie ich może i tej informacji nie ma, ale na stronie producenta jest, poza tym na ich infolinii potwierdzono, że kabel jest w zestawie.

Ale nerwy mi już puściły, zadzwoniłam więc raz jeszcze na infolinię - nagrywając rozmowę, podczas której konsultant potwierdził "że w zestawie jest zegarek i kabel USB". Na opakowaniu smartwatcha doczytałam nawet tę informację. Wkurzona napisałam jeszcze jednego maila z załączeniem zdjęcia pudełka i pytaniem, czy dalej będą mi wciskać kit, czy po prostu to jest u nich standard, że części zestawów po prostu znikają.

Niecierpliwie czekam na odpowiedź.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (256)

#70462

(PW) ·
| Do ulubionych
Kraków jeden ze szpitali, oddział ginekologiczny.
Tak się wydarzyło, że miałam problemy ginekologiczne, na które moja ginekolog natychmiastowo wysłała mnie do szpitala. Nie było zagrożenia życia, jednakże wymagałam zabiegu. Po dotarciu do szpitala i badaniu przez lekarza zostałam odesłana do domu ze stwierdzeniem "może samo się zagoi".

Niestety byłam wtedy sama, z bólu ledwo trzymając się na nogach więc nie protestowałam, zamówiłam taksówkę i wróciłam do akademika, do którego weszłam już przy asyście portiera bo nie miałam siły dojść do pokoju. 6 ketonal z rzędu zapewnił mi spanie do wieczora kiedy już moja przyjaciółka mogła przyjechać, gdy mnie zobaczyła zdecydowała, że raz jeszcze szpital.

Po kolejnym przyjęciu, już przez innego lekarza i przebadaniu usłyszałam od lekarza ładną wiązankę, że jestem nieodpowiedzialną gówniarą, że czemu zwlekałam, idiotka etc. No to cichutko powiedziałam, że byłam już tu rano. Doktor zapytał się pielęgniarki kto rano miał dyżur, gdy padło nazwisko, zamilkł. Powiedział tylko, że z samego rana mam zabieg. Jak się później okazało wcześniej byłam przyjmowana przez ordynatora oddziału ginekologicznego.

Mój przypadek to jednak pikuś.

Położono mnie na sali z młodą kobietą, która non stop płakała. Jak się okazało też została przyjęta tego dnia co ja, tylko popołudniu, po wykonaniu USG usłyszała od ordynatora, że niestety ale płód obumarł, a że on już idzie do domu, to na drugi dzień będzie czyszczenie macicy.

Nazajutrz na dyżurze był już inny lekarz, który dla pewności zrobił ponowne USG, gdzie było słychać ledwo, ledwo ale jednak bicie serca. Gdyby tylko ten dupek zwany ordynatorem miał czas... szkoda gadać.
Ze szpitala wyszłam na własne żądanie jak tylko byłam w stanie się podnieść z łóżka, od tej pory omijam go szerokim łukiem.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 454 (474)

#64646

(PW) ·
| Do ulubionych
Infolinia banku, który jest reklamowany przez francuską aktorkę.

9.12.14 składałam na infolinii dyspozycję o wydanie nowego pinu do karty płatniczej, 11.01.15 czynność tę musiałam powtórzyć gdyż pinu nie było. Dzisiaj mija 51 dni od pierwszego telefonu i 14 od drugiego. W obu przypadkach zapewniono, że do 14 dni otrzymam nowy pin.

Aby zweryfikować swoje konto należy wpisać swój pesel oraz kilka cyfr z telekodu, następnie konsultant zadaje pytania m.in. nazwisko panieńskie matki, adres korespondencyjny, czy ma się kredyt hipoteczny itp.

Po przedstawieniu sytuacji i dodatkowych 5 minutach Pan Konsultant oznajmia, że: składała pani dyspozycję 11.01 więc dzisiaj nie... tu mu weszłam w zdanie tłumacząc, że owszem minęło 14 dni, a karty dalej nie ma.

PK: - Faktycznie, zaraz to sprawdzę dlaczego (kilka minut później) Bo nie mamy pani adresu korespondencyjnego!

Tu wykonałam przysłowiowy facepalm.

Ja: - A czy kilka minut temu nie pytał się mnie pan o adres korespondencyjny w celu weryfikacji mojej tożsamości? Ponadto za każdym razem mnie pytano na jaki adres wysłać, więc chyba sobie jaja robicie.

PK: - No tak, wie pani co, to ja się skonsultuję biurem obsługi kart i dowiem, o co chodzi.

Dwie poprzednie konsultantki źle wypełniły wniosek, przez co został on odrzucony, a nie byli na tyle łaskawi żeby mnie poinformować o tym fakcie. Chyba czas zmienić bank...

infolinia banku francuskiej

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 394 (432)

#58690

(PW) ·
| Do ulubionych
To, że pseudokibice to idioci i debile mówić nie trzeba. Chcą niech się nawalają, ale między sobą.

Kraków, autobus 152, godzina przed 21:00, między przystankiem Rondo Młyńskie a Miechowity, 3 debili zaatakowało chłopaczka gazem pieprzowym. W autobusie pełnym ludzi. I nie takim gazem do samoobrony w małej butelce, która mieści się w dłoni, a z co najmniej półlitrowego opakowania, które chyba całe zużyli. Cała akcja działa się gdzieś pośrodku autobusu, ja siedziałam na końcu. Gdy udało się nam wydostać z autobusu myślałam, że gardło wykaszlę, a oczy wypłaczę.
Noż cholera, jakimi trzeba być debilami. A jeśli koło chłopaczka siedziałaby jakaś starowinka albo kobieta w ciąży? Zero rozumu, zero wyobraźni.

Naprawdę nie rozumiem tych baranów. Sami siebie wykańczają w imię czego? Głupiego szalika i kolorów klubu?

Kraków

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 556 (680)