Profil użytkownika
blondi
| Zamieszcza historie od: | 26 stycznia 2012 - 15:22 |
| Ostatnio: | 20 lutego 2012 - 9:50 |
- Historii na głównej: 0 z 5
- Punktów za historie: 490
- Komentarzy: 23
- Punktów za komentarze: -8
zarchiwizowany
Skomentuj (16)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
O tym jak kolezanka narobiła mi obciachu...
Kilka dni temu umówiłam sie z kumpelą na mały szoping. Po zakupach zmęczone usiadłyśmy w jednej z moich ulubionych knajpek. Ja tylko kawa, psiapsióła zgłodniała, więc zażyczyła sobie frytek. Po chwili kelner przydreptał z zamówieniem, a kolezanka w krzyk, że jak tak można, że lekceważą sobie klientów, że co on jej w ogóle podał itp. itd. Mordusia jej sie nie zamykała. W końcu dowiedziałam się o co mianowicie jej chodzi i czerwona ze wstydu złapałam wszystkie nasze manele, kelnerowi wetknęłam w rękę 20zł, kolezankę pod łokieć i przemocą na zewnątrz zanim zażąda widzenia z kierownikiem przybytku.
Nigdy nie zgadniecie o co miała pretensję...
Jej oburzone słowa:"Te frytki były ze zwykłych ziemniaków!"
Przekładając na nasze: Nie były karbowane...
Ręce mi opadły i nie wnikałam w jej wyobrażenia na temat "gatunku specjalnych ziemniaków frytkowych"... Bóg wie czego bym się dowiedziała ;D
Szkoda mi tylko pysznej kawy i boguduchawinnego kelnera oraz ze przez dłuższy czas tam się nie pokażę.
Kilka dni temu umówiłam sie z kumpelą na mały szoping. Po zakupach zmęczone usiadłyśmy w jednej z moich ulubionych knajpek. Ja tylko kawa, psiapsióła zgłodniała, więc zażyczyła sobie frytek. Po chwili kelner przydreptał z zamówieniem, a kolezanka w krzyk, że jak tak można, że lekceważą sobie klientów, że co on jej w ogóle podał itp. itd. Mordusia jej sie nie zamykała. W końcu dowiedziałam się o co mianowicie jej chodzi i czerwona ze wstydu złapałam wszystkie nasze manele, kelnerowi wetknęłam w rękę 20zł, kolezankę pod łokieć i przemocą na zewnątrz zanim zażąda widzenia z kierownikiem przybytku.
Nigdy nie zgadniecie o co miała pretensję...
Jej oburzone słowa:"Te frytki były ze zwykłych ziemniaków!"
Przekładając na nasze: Nie były karbowane...
Ręce mi opadły i nie wnikałam w jej wyobrażenia na temat "gatunku specjalnych ziemniaków frytkowych"... Bóg wie czego bym się dowiedziała ;D
Szkoda mi tylko pysznej kawy i boguduchawinnego kelnera oraz ze przez dłuższy czas tam się nie pokażę.
gastronomia
Ocena:
0
(Głosów:
74)
zarchiwizowany
Skomentuj (1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Tak na temat dyskryminacji, przypomniała mi sie moja wychowawczyni z nauczania początkowego.
Pani Hanna S. nienawidziła biednych dzieci - jakby się nie starały zawsze miały gorsze oceny i traktowanie. Moja koleżanka w I klasie SP, mając problemy z pęcherzem nie została nigdy w czasie lekcji wypuszczona do łazienki. Kilka razy skończyło się to kałuzą pod krzesełkiem, którą dziecko musiało po sobie sprzątnąć oraz wyszydzaniem przez reszte klasy podżeganym przez nauczycielkę. Wiele takich sytuacji było. Ja mimo prawie trzydziechy na karku do tej pory pamiętam swoje, bo też do tej "gorszej" grupy należałam. Za brak materiałów na zajęcia plastyczne (dla żartów schowali je koledzy, wytłumaczenia na nic się zdały) przez trzy dni siedziałam w tzw. oślej ławce, co było bez przerwy podkreślane moją tępotą, natomiast gdy kolega wyrwał mi kępkę włosów, mój płacz został skwitowany ironicznym: "Tak bardzo Cię bolało? Nie pajacuj i przestań ryczeć, kolega nie chciał".
Co najciekawsze ta kobieta nadal pracuje w zawodzie i długo tak samo traktowała dzieci. Byłam tego świadkiem podczas praktyk zawodowych w moim ZSO kilka lat temu. Moja nowa pozycja zawodowa, dobre ciuchy itp. najwyraźniej podniosły mnie wartościowo w jej oczach. Nie zależało mi jednak na tym specjalnie i krótki donosik do pedagoga szkolnego i dyrekcji wystarczył żeby jej dawny stosunek do mnie powrócił. Mam tylko nadzieję, że dzieciakom jest teraz lepiej.
Pani Hanna S. nienawidziła biednych dzieci - jakby się nie starały zawsze miały gorsze oceny i traktowanie. Moja koleżanka w I klasie SP, mając problemy z pęcherzem nie została nigdy w czasie lekcji wypuszczona do łazienki. Kilka razy skończyło się to kałuzą pod krzesełkiem, którą dziecko musiało po sobie sprzątnąć oraz wyszydzaniem przez reszte klasy podżeganym przez nauczycielkę. Wiele takich sytuacji było. Ja mimo prawie trzydziechy na karku do tej pory pamiętam swoje, bo też do tej "gorszej" grupy należałam. Za brak materiałów na zajęcia plastyczne (dla żartów schowali je koledzy, wytłumaczenia na nic się zdały) przez trzy dni siedziałam w tzw. oślej ławce, co było bez przerwy podkreślane moją tępotą, natomiast gdy kolega wyrwał mi kępkę włosów, mój płacz został skwitowany ironicznym: "Tak bardzo Cię bolało? Nie pajacuj i przestań ryczeć, kolega nie chciał".
Co najciekawsze ta kobieta nadal pracuje w zawodzie i długo tak samo traktowała dzieci. Byłam tego świadkiem podczas praktyk zawodowych w moim ZSO kilka lat temu. Moja nowa pozycja zawodowa, dobre ciuchy itp. najwyraźniej podniosły mnie wartościowo w jej oczach. Nie zależało mi jednak na tym specjalnie i krótki donosik do pedagoga szkolnego i dyrekcji wystarczył żeby jej dawny stosunek do mnie powrócił. Mam tylko nadzieję, że dzieciakom jest teraz lepiej.
szkoła
Ocena:
164
(Głosów:
184)
zarchiwizowany
Skomentuj (13)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jak tu nie mieć awersji do tzw. "moherów"?
Dziś rano w autobusie przyglądała mi się mocno karcącym wzrokiem starsza kobieta. Dyskretnie sprawdziłam czy wszystko ze mną w porządku. Rekonesans: sportowe obuwie, dzinsy, kurtka pod szyję - wszystko czyste, makijaż delikatny i nierozmazany, ład na głowie. OK, przestałam się przejmować. Gdy już wychodziłam z pojazdu owa kobieta szturchnęła mnie parasolką na do widzenia ze słowami "Won Żydówo!"
Nie zdążyłam się niestety dowiedzieć o co miłej pani chodziło. Mam w końcu czarne włosy, mały typowo jak u słowian kartoflowaty nos, natomiast więcej szczegółów mojej anatomii nie było jej dane oglądać. Jedyne co mi chodzi po głowie to moja apaszka ze wzorem kopiującym arafatkę. Tyle, że jesli rzeczywiście to było bodźcem do antysemickiej dyskryminacji to kobiecie dzwoniło nie w tym kościele - Jaser Arafat był palestyńskim przywódcą (nacja opozycyjna). Ale po co komu rzetelna wiedza skoro tak łatwo można zaszufladkować...
Dziś rano w autobusie przyglądała mi się mocno karcącym wzrokiem starsza kobieta. Dyskretnie sprawdziłam czy wszystko ze mną w porządku. Rekonesans: sportowe obuwie, dzinsy, kurtka pod szyję - wszystko czyste, makijaż delikatny i nierozmazany, ład na głowie. OK, przestałam się przejmować. Gdy już wychodziłam z pojazdu owa kobieta szturchnęła mnie parasolką na do widzenia ze słowami "Won Żydówo!"
Nie zdążyłam się niestety dowiedzieć o co miłej pani chodziło. Mam w końcu czarne włosy, mały typowo jak u słowian kartoflowaty nos, natomiast więcej szczegółów mojej anatomii nie było jej dane oglądać. Jedyne co mi chodzi po głowie to moja apaszka ze wzorem kopiującym arafatkę. Tyle, że jesli rzeczywiście to było bodźcem do antysemickiej dyskryminacji to kobiecie dzwoniło nie w tym kościele - Jaser Arafat był palestyńskim przywódcą (nacja opozycyjna). Ale po co komu rzetelna wiedza skoro tak łatwo można zaszufladkować...
komunikacja_miejska
Ocena:
57
(Głosów:
125)
zarchiwizowany
Skomentuj (16)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Nawiązując do historii heartless404 o piekielnych policjantach z miejscowości G. Dzięki tym samym panom jedenz miejscowych pijaczków (przepraszam za określenie) ma nieruchome środkowe palce... Gdy kttóregoś razu pokazał im co o nich myśli wywieżli go do wspomnianego przez heartless404 lasu, pobili, a środkowe palce połamali tak, że nawet lekarz stwierdził iż jest nieduża szansa na odzyskanie w nich aprawności.
Komu on biedny w takiej sytuacji miał się pożalić? Policji? Żeby mu szczękę unieruchomili tym razem?
Komu on biedny w takiej sytuacji miał się pożalić? Policji? Żeby mu szczękę unieruchomili tym razem?
policja
Ocena:
106
(Głosów:
142)
zarchiwizowany
Skomentuj (11)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Witam, tyle się naczytałam, że w końcu postanowiłam się zrewanżować. Temat popularny - nierozgarnięci policjanci.
Żeby zacząć od początku muszę się cofnąć do wakacji 2010. Siedzimy sobie spokojnie z rodzjnka przy grillu, nagle bez ostrzeżenia wpada na nasze podwórko 4 policjantów i oświadczają, że zabierają mojego 18letniego brata na komendę. Maciek wystraszony, rodzice oburzeni, na mojej twarzy wielkie WTF z racji że znam mojego braciszka od urodzenia i dam sobie ręke uciąć, że nigdy nic wspólnego z łamaniem prawa nie miał.
Mundurowi jednak wytłumaczeń nie chcą, sami o niczym nie informują - jest dorosły, sam wie co zrobił, a za próbę oporu w kajdany i wleczenie do tzw. suki. Czeski film, na ulicy pełno życzliwych sąsiadów, Maciek pojękuje na skutek wykręcanych rąk, ogólnie cyrk na kółkach.
Po kilku godzinach na komendzie gdzie mój brat "nadaremnie wypiera się kradzieży" następuje okazanie. Właściciel okradzionego sklepu oznajmia, że to nie jest złodziej, który mu uciekł, współsprawczyni kradzieży na to, że to przecież nie jest jej ziom Maciej Piekielny, po czym lojalna koleżanka dokładnie opisała swojego Macieja czemu okradziony przytakiwał. Na twarzach mojej rodzinki konsternacja, bo opis ze znakami szczególnymi jak ulał pasuje do chłopaka w wieku Maćka, którego moi rodzice zabierali na swięta i wakacje z domu dziecka. Brzydko tak podejrzenia rzucać, ale w tej sytuacji... Policjant szybko ofiarowuje się podjechać do pobliskiego domu dziecka i doprowadzić Grześka na okazanie. Niespełna pół godziny później progi policyjnego przybytku przekracza rzeczony Grześ z szerokim usmiechem na mordce i krzyczy do nas "Sie ma Kochani!". Z ulga pomyslałam, że to nie on, ale po chwili zmieniłam zdanie gdy równie jak Grześ usmiechnięty właściciel sklepu ujrzał przed nosem środkowy palec Grzesia...
Gdzie tu piekielność policji? Otóż od tamtego czasu nasz sympatyczny wychowanek Grześ powtarzal numer z podawaniem danych Maćka w skutek czego brat jeszcze dwa razy został doprowadzony w kajdankach na tę samą komendę, napisaliśmy kilka pism do sadu, prokuratury, na komendę i do wszystkich swiętych. kilka razy tez odwiedzali nas panowie policjanci , a ja sama niejednokrotnie wraz z bratem (jako starsza i wyszczekana) odwiedziłam komendę.
Całą historię kwituje dzień Wigilii 2011, gdy w porze obiadowej wpada nam do domu (oczywiście bez pukania i dzień dobry) dwóch policjantów. Mama na nich ze ścierą, że podłoge brudzą, Maciek siedzi w kącie z oczami jak pięć zlotych w strachu że sytuacja na same święta się powtórzy, a policjant zaczyna przemowę.
[J] - ja [P] - policjant
[P] Byłem pewien, że w Wigilię znajdę tego parszywego, uciekającego szczura w ciepełku, pod sukienką u mamusi...
Tu nie wytrzymałam i wydarłam ryja na policjanta, który z wrażenia usiadł oniemiały.
[J]: Ciszaaa!!!
Po czym słodkim głosem zapytałam.
[J]: Może Pan mi przypomnieć swoje imię i nazwisko?
[P]: Jan Kowalski...
[J]: Acha, tak właśnie kojarzyłam... Proszę chwilę cierpliwie zaczekać, coś Panu pokażę.
Po czym szybko przyniosłam z pokoju dyktafon. Troche trwało aż odpowiednio przewinęłam taśmę, ale warto było trochę zniecierpliwionych cmoknięć i upomnień o marnowaniu czasu znieść, żeby zobaczyć mine policjanta słyszącego swój własny głos, zapewniający, że sytuacja z Maćkiem się nie powtórzy ;D
Szkoda, że nie dosłuchał nagrania do końca... rzucił tylko: młody wychdzimy, przepraszam, do widzenia. Wyszły od nas dwa niebieskie fałszywe mikołaje - jeden z twarzą wąsatego buraka, a drugi z nieumiejętnie ukrywanym rozbawieniem ;D
Od dwóch miesięcy w tej materii spokój, czekam z niecierpliwością na kolejna wizytę.
Żeby zacząć od początku muszę się cofnąć do wakacji 2010. Siedzimy sobie spokojnie z rodzjnka przy grillu, nagle bez ostrzeżenia wpada na nasze podwórko 4 policjantów i oświadczają, że zabierają mojego 18letniego brata na komendę. Maciek wystraszony, rodzice oburzeni, na mojej twarzy wielkie WTF z racji że znam mojego braciszka od urodzenia i dam sobie ręke uciąć, że nigdy nic wspólnego z łamaniem prawa nie miał.
Mundurowi jednak wytłumaczeń nie chcą, sami o niczym nie informują - jest dorosły, sam wie co zrobił, a za próbę oporu w kajdany i wleczenie do tzw. suki. Czeski film, na ulicy pełno życzliwych sąsiadów, Maciek pojękuje na skutek wykręcanych rąk, ogólnie cyrk na kółkach.
Po kilku godzinach na komendzie gdzie mój brat "nadaremnie wypiera się kradzieży" następuje okazanie. Właściciel okradzionego sklepu oznajmia, że to nie jest złodziej, który mu uciekł, współsprawczyni kradzieży na to, że to przecież nie jest jej ziom Maciej Piekielny, po czym lojalna koleżanka dokładnie opisała swojego Macieja czemu okradziony przytakiwał. Na twarzach mojej rodzinki konsternacja, bo opis ze znakami szczególnymi jak ulał pasuje do chłopaka w wieku Maćka, którego moi rodzice zabierali na swięta i wakacje z domu dziecka. Brzydko tak podejrzenia rzucać, ale w tej sytuacji... Policjant szybko ofiarowuje się podjechać do pobliskiego domu dziecka i doprowadzić Grześka na okazanie. Niespełna pół godziny później progi policyjnego przybytku przekracza rzeczony Grześ z szerokim usmiechem na mordce i krzyczy do nas "Sie ma Kochani!". Z ulga pomyslałam, że to nie on, ale po chwili zmieniłam zdanie gdy równie jak Grześ usmiechnięty właściciel sklepu ujrzał przed nosem środkowy palec Grzesia...
Gdzie tu piekielność policji? Otóż od tamtego czasu nasz sympatyczny wychowanek Grześ powtarzal numer z podawaniem danych Maćka w skutek czego brat jeszcze dwa razy został doprowadzony w kajdankach na tę samą komendę, napisaliśmy kilka pism do sadu, prokuratury, na komendę i do wszystkich swiętych. kilka razy tez odwiedzali nas panowie policjanci , a ja sama niejednokrotnie wraz z bratem (jako starsza i wyszczekana) odwiedziłam komendę.
Całą historię kwituje dzień Wigilii 2011, gdy w porze obiadowej wpada nam do domu (oczywiście bez pukania i dzień dobry) dwóch policjantów. Mama na nich ze ścierą, że podłoge brudzą, Maciek siedzi w kącie z oczami jak pięć zlotych w strachu że sytuacja na same święta się powtórzy, a policjant zaczyna przemowę.
[J] - ja [P] - policjant
[P] Byłem pewien, że w Wigilię znajdę tego parszywego, uciekającego szczura w ciepełku, pod sukienką u mamusi...
Tu nie wytrzymałam i wydarłam ryja na policjanta, który z wrażenia usiadł oniemiały.
[J]: Ciszaaa!!!
Po czym słodkim głosem zapytałam.
[J]: Może Pan mi przypomnieć swoje imię i nazwisko?
[P]: Jan Kowalski...
[J]: Acha, tak właśnie kojarzyłam... Proszę chwilę cierpliwie zaczekać, coś Panu pokażę.
Po czym szybko przyniosłam z pokoju dyktafon. Troche trwało aż odpowiednio przewinęłam taśmę, ale warto było trochę zniecierpliwionych cmoknięć i upomnień o marnowaniu czasu znieść, żeby zobaczyć mine policjanta słyszącego swój własny głos, zapewniający, że sytuacja z Maćkiem się nie powtórzy ;D
Szkoda, że nie dosłuchał nagrania do końca... rzucił tylko: młody wychdzimy, przepraszam, do widzenia. Wyszły od nas dwa niebieskie fałszywe mikołaje - jeden z twarzą wąsatego buraka, a drugi z nieumiejętnie ukrywanym rozbawieniem ;D
Od dwóch miesięcy w tej materii spokój, czekam z niecierpliwością na kolejna wizytę.
policja
Ocena:
163
(Głosów:
187)
1
« poprzednia 1 następna »
