Profil użytkownika
deszczowa_pogoda
| Zamieszcza historie od: | 2 lutego 2012 - 10:44 |
| Ostatnio: | 7 marca 2012 - 11:47 |
- Historii na głównej: 6 z 11
- Punktów za historie: 3818
- Komentarzy: 51
- Punktów za komentarze: 181
Zawsze rozczula mnie widok dzieci, dlatego jestem łatwym celem jeśli chodzi o żebry - wystarczy, że o pieniądze poprosi mnie taki mały szkrab i nie mam serca mu odmówić.
Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze w liceum, na dworcu zaczepiła mnie kobieta z mniej więcej sześcioletnią dziewczynką przy boku. Rzuciła stały tekst: jej córeczka jest głodna i bardzo prosi o pieniądze na chleb. Wokół było pełno sklepów i budek z jedzeniem, więc zaproponowałam, że kupię coś małej. Matka, że nie, bo pieniądze. Po minucie czy dwóch takiej licytacji odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Kobieta oczywiście pobiegła za mną. Łaskawie zgodziła się, żebym nakarmiła jej dziecko. Co wybrała? Wielką bezę z kremem.
Czy kupiłam? Oczywiście, że nie. Ktoś, kto naprawdę jest głodny myśli raczej o chlebie albo czymś ciepłym, a nie wielkim ciachu. Zwykłe naciąganie. A najgorsze, że nauczeni takimi doświadczeniami kiedyś możemy odmówić pomocy komuś, kto naprawdę jej potrzebuje.
Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze w liceum, na dworcu zaczepiła mnie kobieta z mniej więcej sześcioletnią dziewczynką przy boku. Rzuciła stały tekst: jej córeczka jest głodna i bardzo prosi o pieniądze na chleb. Wokół było pełno sklepów i budek z jedzeniem, więc zaproponowałam, że kupię coś małej. Matka, że nie, bo pieniądze. Po minucie czy dwóch takiej licytacji odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Kobieta oczywiście pobiegła za mną. Łaskawie zgodziła się, żebym nakarmiła jej dziecko. Co wybrała? Wielką bezę z kremem.
Czy kupiłam? Oczywiście, że nie. Ktoś, kto naprawdę jest głodny myśli raczej o chlebie albo czymś ciepłym, a nie wielkim ciachu. Zwykłe naciąganie. A najgorsze, że nauczeni takimi doświadczeniami kiedyś możemy odmówić pomocy komuś, kto naprawdę jej potrzebuje.
Dworzec PKP
Ocena:
464
(Głosów:
518)
zarchiwizowany
Skomentuj (2)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przygód z żebrami ciąg dalszy.
Długo zastanawiałam się, czy to tutaj napisać. Wiadomo przecież, że nie należy mierzyć wszystkich jedną miarą. Ale fakty pozostają faktami, więc historię przytaczam.
Znajoma pracowała swego czasu w sklepie spożywczo-monopolowym, oddalonym jakieś 100 metrów od dworca PKP. Ze względu na lokalizację codziennie przewijały się tam setki podróżnych oraz naprawdę wielu bezdomnych. Łatwo się domyślić, że w takim układzie często zdarzało się, że ktoś prosił o coś do jedzenia. No właśnie: nie o pieniądze a o coś do jedzenia. Mało kto był w stanie odmówić takiej prośbie, bo jeśli ktoś prosi nas o chleb, to chyba naprawdę jest głodny.
Finał jest nad wyraz zaskakujący. Co bezdomni robili z zakupionymi produktami? Gdy tylko ich darczyńca oddalił się dostatecznie, ci wracali do sklepu i próbowali towar zwrócić, ewentualnie odsprzedać innym klientom.
A co później? "Pani da wino lipowe".
Długo zastanawiałam się, czy to tutaj napisać. Wiadomo przecież, że nie należy mierzyć wszystkich jedną miarą. Ale fakty pozostają faktami, więc historię przytaczam.
Znajoma pracowała swego czasu w sklepie spożywczo-monopolowym, oddalonym jakieś 100 metrów od dworca PKP. Ze względu na lokalizację codziennie przewijały się tam setki podróżnych oraz naprawdę wielu bezdomnych. Łatwo się domyślić, że w takim układzie często zdarzało się, że ktoś prosił o coś do jedzenia. No właśnie: nie o pieniądze a o coś do jedzenia. Mało kto był w stanie odmówić takiej prośbie, bo jeśli ktoś prosi nas o chleb, to chyba naprawdę jest głodny.
Finał jest nad wyraz zaskakujący. Co bezdomni robili z zakupionymi produktami? Gdy tylko ich darczyńca oddalił się dostatecznie, ci wracali do sklepu i próbowali towar zwrócić, ewentualnie odsprzedać innym klientom.
A co później? "Pani da wino lipowe".
sklep
Ocena:
134
(Głosów:
148)
Tym razem historia o tym, jak to plotka może wprowadzić niemałe zamieszanie wśród wszystkich znajomych.
Rzecz działa się latem. Mama postanowiła spędzić ten dzień na małych przyjemnościach. Siedzi sobie więc na dworze, popija kawkę i wygrzewa się w słoneczku. Cisza i spokój - jak to na wsi. Nagle przed dom podjechał samochód i wysiadł z niego zapłakany brat mojego taty wraz ze swoją żoną. Usiedli koło mamy i jedyne, co byli w stanie wykrztusić przez łzy to ciągłe powtarzanie "Powiedz nam proszę, jak to się stało?".
Mama nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi. Postanowiła więc poczekać, aż się uspokoją i wtedy wydusić z nich, cóż to tak bardzo ich poruszyło. Po jakiś pięciu minutach lamentowania ciocia spojrzała na mamę zdziwiona i zapytała:
[C] Ale jak to? Taka tragedia, a ty tak spokojnie tutaj siedzisz?
[M] Jaka tragedia? O co chodzi?
[C] Jak to co? Przecież Marek (-> mój tato) nie żyje!
Mama popadła w lekką konsternację, chwila szoku, ale zaraz zaczyna kojarzyć fakty. Myśli, myśli. Niemożliwe. 10 minut temu z nim rozmawiała, nie ma szans, żeby coś się stało. Ojciec dalej powinien być w garażu, gdzie poszedł pogrzebać przy samochodzie.
Wujostwo nie za bardzo dało się przekonać. Uwierzyli dopiero, kiedy tato pokazał się na podwórku. Wcześniej o mało nie padli na zawał.
Co się okazało: zmarł stary znajomy wujka, który nazywał się tak samo, jak mój ojciec. O tragedii przyjechał poinformować brat zmarłego. Wujka nie było jednak w domu, dlatego mężczyzna poprosił tylko o przekazanie informacji, że "brat Marek nie żyje". Kiedy wiadomość dotarła do wujostwa, wyciągnęli po prostu błędne wnioski.
Resztę popołudnia mama spędziła na obdzwanianiu tej części rodziny, którą ciocia i wujek zdążyli już poinformować, że "Marek nie żyje".
Rzecz działa się latem. Mama postanowiła spędzić ten dzień na małych przyjemnościach. Siedzi sobie więc na dworze, popija kawkę i wygrzewa się w słoneczku. Cisza i spokój - jak to na wsi. Nagle przed dom podjechał samochód i wysiadł z niego zapłakany brat mojego taty wraz ze swoją żoną. Usiedli koło mamy i jedyne, co byli w stanie wykrztusić przez łzy to ciągłe powtarzanie "Powiedz nam proszę, jak to się stało?".
Mama nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi. Postanowiła więc poczekać, aż się uspokoją i wtedy wydusić z nich, cóż to tak bardzo ich poruszyło. Po jakiś pięciu minutach lamentowania ciocia spojrzała na mamę zdziwiona i zapytała:
[C] Ale jak to? Taka tragedia, a ty tak spokojnie tutaj siedzisz?
[M] Jaka tragedia? O co chodzi?
[C] Jak to co? Przecież Marek (-> mój tato) nie żyje!
Mama popadła w lekką konsternację, chwila szoku, ale zaraz zaczyna kojarzyć fakty. Myśli, myśli. Niemożliwe. 10 minut temu z nim rozmawiała, nie ma szans, żeby coś się stało. Ojciec dalej powinien być w garażu, gdzie poszedł pogrzebać przy samochodzie.
Wujostwo nie za bardzo dało się przekonać. Uwierzyli dopiero, kiedy tato pokazał się na podwórku. Wcześniej o mało nie padli na zawał.
Co się okazało: zmarł stary znajomy wujka, który nazywał się tak samo, jak mój ojciec. O tragedii przyjechał poinformować brat zmarłego. Wujka nie było jednak w domu, dlatego mężczyzna poprosił tylko o przekazanie informacji, że "brat Marek nie żyje". Kiedy wiadomość dotarła do wujostwa, wyciągnęli po prostu błędne wnioski.
Resztę popołudnia mama spędziła na obdzwanianiu tej części rodziny, którą ciocia i wujek zdążyli już poinformować, że "Marek nie żyje".
piekielne nieporozumienie
Ocena:
498
(Głosów:
584)
Zdarzenie, które zamierzam Wam zrelacjonować nie świadczy już nawet o piekielności. Jest wyrazem skrajnej głupoty, debilizmu, ignorancji i kompletnego braku wyobraźni.
Nie dalej jak dwie godziny temu miałam okazję przyjrzeć się mężczyźnie, który wyjeżdżał z drogi podporządkowanej. Zatrzymał się, żeby ustąpić pierwszeństwa i wtedy zobaczyłam, że prowadzi, trzymając na rękach noworodka. Maksymalnie dwumiesięczne dziecko, które nie jest nawet w stanie samodzielnie utrzymać pionu i musi być trzymane pod główkę. Facet przytrzymywał je jedną ręką, przytulone do siebie, tyłem do kierunku jazdy. Drugą (lewą) trzymał na kierownicy. Nawet nie chcę myśleć, jak zmieniał biegi.
Pada śnieg, drogi są śliskie. Wystarczy silniejsze hamowanie, żeby doszło do tragedii. Jakim trzeba być kretynem, żeby narażać na takie niebezpieczeństwo własne dziecko???
Naprawdę żałuję, że w szoku nie spisałam numerów rejestracyjnych i nie zadzwoniłam na policję. Mam nadzieję, że dziecku nic się nie stanie.
Nie dalej jak dwie godziny temu miałam okazję przyjrzeć się mężczyźnie, który wyjeżdżał z drogi podporządkowanej. Zatrzymał się, żeby ustąpić pierwszeństwa i wtedy zobaczyłam, że prowadzi, trzymając na rękach noworodka. Maksymalnie dwumiesięczne dziecko, które nie jest nawet w stanie samodzielnie utrzymać pionu i musi być trzymane pod główkę. Facet przytrzymywał je jedną ręką, przytulone do siebie, tyłem do kierunku jazdy. Drugą (lewą) trzymał na kierownicy. Nawet nie chcę myśleć, jak zmieniał biegi.
Pada śnieg, drogi są śliskie. Wystarczy silniejsze hamowanie, żeby doszło do tragedii. Jakim trzeba być kretynem, żeby narażać na takie niebezpieczeństwo własne dziecko???
Naprawdę żałuję, że w szoku nie spisałam numerów rejestracyjnych i nie zadzwoniłam na policję. Mam nadzieję, że dziecku nic się nie stanie.
idiota na drodze
Ocena:
507
(Głosów:
641)
Jedno z dużych polskich miast. Idąc przez dworzec, usłyszałam fragmenty awantury. Linia frontu przecinała się z moją trasą, więc siłą rzeczy miałam okazję przyjrzeć się całej sytuacji. Zobaczyłam dwie przestraszone Niemki w średnim wieku, które usiłowały skorzystać z toalety, jednak wejście skutecznie utrudniały im Panie Pilnujące (w liczbie mnogiej, ponieważ awantura pod ′damskim′ wybawiła z ukrycia również panią z ′męskiego′). Darły się straszliwie na dwie zdezorientowane turystki: oczywiście po polsku, w dodatku zdziwione, że tamte nic nie rozumieją.
Z fragmentów dyskusji wywnioskowałam, że Niemki, płacące za wejście w Euro, zapłaciły za mało. Najpierw chciałam sprawę olać, ale w tym momencie pojawił się Ochroniarz. Z całym szacunkiem dla kolegów użytkowników, nie chcę być w tym momencie źle zrozumiana, ale znacie ten typ ochroniarzy, którzy nie potrafią sklecić sensownego zdania, ale, kiedy tylko zakładają swój uniform, mają się za nie wiadomo kogo? To był właśnie taki typ. Z nosem podniesionym do góry i założonymi na piersi rękami kazał streścić sobie sytuację, a potem, równie agresywnie, co jego koleżanki, zaczął krzyczeć z polsko-niemiecko-angielskim akcentem "tu ojro! tu ojro!". W tym momencie zlitowałam się i w kilku zdaniach wyjaśniłam turystkom w czym rzecz. Dwanaście lat maltretowania mnie językiem naszych zachodnich sąsiadów w końcu na coś mi się przydało ;)
I wnioski:
1) Toaleta kosztowała 2 zł. Turystki podały pracownicy 1 Euro za dwie osoby. Pracownica zażądała 2 Euro. Nie trzeba być ekonomistą, żeby zauważyć, że je po prostu naciągnęła.
2) Nawet gdyby te Niemki faktycznie zapłaciły za mało, warto było robić aferę na pół dworca? W Paniach Pilnujących było naprawdę wiele agresji i, uwierzcie mi, te Niemki były nie tylko zdezorientowane, ale i mocno przestraszone. Ciekawe, jakie wspomnienia wyniosły z wakacji w Polsce, skoro już na dworcu zgotowano im takie powitanie...
Z fragmentów dyskusji wywnioskowałam, że Niemki, płacące za wejście w Euro, zapłaciły za mało. Najpierw chciałam sprawę olać, ale w tym momencie pojawił się Ochroniarz. Z całym szacunkiem dla kolegów użytkowników, nie chcę być w tym momencie źle zrozumiana, ale znacie ten typ ochroniarzy, którzy nie potrafią sklecić sensownego zdania, ale, kiedy tylko zakładają swój uniform, mają się za nie wiadomo kogo? To był właśnie taki typ. Z nosem podniesionym do góry i założonymi na piersi rękami kazał streścić sobie sytuację, a potem, równie agresywnie, co jego koleżanki, zaczął krzyczeć z polsko-niemiecko-angielskim akcentem "tu ojro! tu ojro!". W tym momencie zlitowałam się i w kilku zdaniach wyjaśniłam turystkom w czym rzecz. Dwanaście lat maltretowania mnie językiem naszych zachodnich sąsiadów w końcu na coś mi się przydało ;)
I wnioski:
1) Toaleta kosztowała 2 zł. Turystki podały pracownicy 1 Euro za dwie osoby. Pracownica zażądała 2 Euro. Nie trzeba być ekonomistą, żeby zauważyć, że je po prostu naciągnęła.
2) Nawet gdyby te Niemki faktycznie zapłaciły za mało, warto było robić aferę na pół dworca? W Paniach Pilnujących było naprawdę wiele agresji i, uwierzcie mi, te Niemki były nie tylko zdezorientowane, ale i mocno przestraszone. Ciekawe, jakie wspomnienia wyniosły z wakacji w Polsce, skoro już na dworcu zgotowano im takie powitanie...
Dworzec PKS
Ocena:
476
(Głosów:
524)
Heineken Open′er Festival.
Razem z koleżanką stoimy w kolejce po zapiekanki. Przed nami kilka osób, za nami znacznie więcej. Panuje straszny upał, więc czas spędzony na czekaniu dłuży się jeszcze bardziej. W końcu koleżanka dostaje upragnioną zapiekankę, a na niej, o zgrozo, bonus: długi na jakieś trzydzieści centymetrów, czarny włos utopiony w sosie. Zwróciła sprzedawcy uwagę i poprosiła o wymianę, a on z wielce oburzoną miną stwierdza, że "takie rzeczy się zdarzają" i zaczyna obsługiwać następnego klienta.
Rozumiem, że wypadki chodzą po ludziach, ale "chamstwa nie zniese". Z uśmiechem odparłam więc:
- Kontrole sanepidu również.
Bez słowa podano nam nową zapiekankę.
Razem z koleżanką stoimy w kolejce po zapiekanki. Przed nami kilka osób, za nami znacznie więcej. Panuje straszny upał, więc czas spędzony na czekaniu dłuży się jeszcze bardziej. W końcu koleżanka dostaje upragnioną zapiekankę, a na niej, o zgrozo, bonus: długi na jakieś trzydzieści centymetrów, czarny włos utopiony w sosie. Zwróciła sprzedawcy uwagę i poprosiła o wymianę, a on z wielce oburzoną miną stwierdza, że "takie rzeczy się zdarzają" i zaczyna obsługiwać następnego klienta.
Rozumiem, że wypadki chodzą po ludziach, ale "chamstwa nie zniese". Z uśmiechem odparłam więc:
- Kontrole sanepidu również.
Bez słowa podano nam nową zapiekankę.
Heineken Open′er Festival
Ocena:
572
(Głosów:
616)
Od dziecka byłam zmuszona regularnie odwiedzać ortodontę. Pierwszy raz na fotelu zasiadłam w wieku 6 miesięcy, kiedy moje zęby nie miały nawet zamiaru jeszcze kiełkować. W wieku jakiś 13-14 lat doczekałam się założenia stałego aparatu, z którym boleśnie użerałam się przez kolejne dwa lata. Jakiś czas po jego zdjęciu zauważyłam, że mój idealny zgryz zaczyna się lekko cofać. Chwila konsternacji i szybka diagnoza: rosną mi ósemki. Nie chciałam stracić efektów wieloletniej pracy nad moim uzębieniem, więc szybko postarałam się o skierowanie na chirurgiczne usunięcie czterech nieproszonych gości.
Nigdy nie bałam się dentystów, ze znieczulenia korzystam tylko w ekstremalnych sytuacjach, ale umówmy się: rozkrajanie dziąsła i wyrywanie zęba, który jeszcze nie wyrósł do przyjemności nie należy. Masochistką nie jestem.
Pierwszy zabieg przeszedł bez problemów. Po jakimś tygodniu zgłosiłam się na zdjęcie szwów i pełna dobrych myśli zapisałam się na kolejne rwanie. Tym razem mojego ortodonty nie było, powitała mnie za to pani doktor, pasująca raczej na PRLowską urzędniczkę, niż lekarza. Ale okej. W końcu to Akademia Medyczna, więc chyba mogę jej zaufać. O, jakże byłam naiwna.
W trakcie zabiegu odczuwałam straszny dyskomfort. Czułam ból i ciągnięcie, prawdopodobnie dostałam za małą dawkę znieczulenia. Ale zamknęłam oczy i starałam się jakoś przetrwać. W pewnej chwili usłyszałam dziwną rozmowę. Co zobaczyłam po podniesieniu powiek? Jaśnie Pani Doktor, nie przerywając grzebania w moim dziąśle (!), radośnie debatowała przez telefon z panem Heniem i instruowała go, jaką glazurę ma położyć w jej łazience.
Efekt? Dwutygodniowa opuchlizna, dzięki której przypominałam chomika, zwolnienie z zajęć szkolnych, straszny ból i spore wydatki na lekarstwa mające pomóc w gojeniu. Do porządku doprowadził mnie stomatolog, pracujący w przychodni w mojej rodzinnej miejscowości.
Nigdy nie bałam się dentystów, ze znieczulenia korzystam tylko w ekstremalnych sytuacjach, ale umówmy się: rozkrajanie dziąsła i wyrywanie zęba, który jeszcze nie wyrósł do przyjemności nie należy. Masochistką nie jestem.
Pierwszy zabieg przeszedł bez problemów. Po jakimś tygodniu zgłosiłam się na zdjęcie szwów i pełna dobrych myśli zapisałam się na kolejne rwanie. Tym razem mojego ortodonty nie było, powitała mnie za to pani doktor, pasująca raczej na PRLowską urzędniczkę, niż lekarza. Ale okej. W końcu to Akademia Medyczna, więc chyba mogę jej zaufać. O, jakże byłam naiwna.
W trakcie zabiegu odczuwałam straszny dyskomfort. Czułam ból i ciągnięcie, prawdopodobnie dostałam za małą dawkę znieczulenia. Ale zamknęłam oczy i starałam się jakoś przetrwać. W pewnej chwili usłyszałam dziwną rozmowę. Co zobaczyłam po podniesieniu powiek? Jaśnie Pani Doktor, nie przerywając grzebania w moim dziąśle (!), radośnie debatowała przez telefon z panem Heniem i instruowała go, jaką glazurę ma położyć w jej łazience.
Efekt? Dwutygodniowa opuchlizna, dzięki której przypominałam chomika, zwolnienie z zajęć szkolnych, straszny ból i spore wydatki na lekarstwa mające pomóc w gojeniu. Do porządku doprowadził mnie stomatolog, pracujący w przychodni w mojej rodzinnej miejscowości.
Akademia Medyczna
Ocena:
430
(Głosów:
480)
zarchiwizowany
Skomentuj (12)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Rzecz będzie o Pani Listonosz. Iście piekielnej Pani Listonosz.
Osobiście jestem zdania, że jeśli podejmujemy się jakiejś pracy, to należy wykonywać ją sumiennie. Jeśli nie mamy na to ochoty, w kolejce czeka wielu bezrobotnych. Listonoszka jest widać innego zdania.
Kobieta ta uwielbia ułatwiać sobie życie i pracę. Nie byłoby w tym nic piekielnego, gdyby przy tym nie utrudniała życia mieszkańcom. Co takiego robi?
1. Jeśli ktoś z mieszkańców bloku/szeregówki/bliźniaka/szeroko pojętego domu wielorodzinnego pracuje w miejscu, który jest w rewirze pani listonosz, wszystkie listy trafiają do tej właśnie osoby. Nieważne jakie. Pocztówki, urzędowe, rachunki. Wszystkie.
2. Jeśli już listonoszka postanowi pofatygować się bezpośrednio do adresata, nie liczcie na to, że dostaniecie korespondencję do ręki. Pani listonosz stanie na korytarzu, krzyknie radośnie "Panie Władku!" po czym wróci do samochodu. Jeśli Panu Władkowi uda się w ciągu piętnastu sekund pojawić przed domem, ma szanse, żeby listy odebrać. W innym wypadku pani listonosz odjeżdża.
3. Załóżmy, że na wspomnianym korytarzu znajduje się jakaś szafka lub parapet. W przypływie dobrego serca pani listonosz jest skłonna położyć tam wszystkie przesyłki. Dostęp do nich mają oczywiście wszyscy sąsiedzi - i tak, chcąc nie chcąc, dowiadujemy się, że pani Ula dostaje pisma z ZUSu, pan Tomek od prawnika, a pani Wanda ma telefon w sieci X i rodzinę w Kanadzie.
4. W mniejszych miejscowościach, które pani listonosz też ′obsługuje′ (takich koło +/- 100 mieszkańców) korespondencja ląduje w sklepie - a konkretnie na ladzie, gdzie ludzie dowolnie ją przeglądają i biorą, co ich. Odpowiedzialny za to nie jest oczywiście nikt.
5. List polecony. Nie ma opcji - trzeba oddać do rąk własnych. Pani listonoszka zapuka szybko do drzwi (albo i nie) i od razu naciska na klamkę. Wchodzi jak do siebie. Biada tym, którzy chcieliby we własnym domu chodzić w bieliźnie.
Osobiście jestem zdania, że jeśli podejmujemy się jakiejś pracy, to należy wykonywać ją sumiennie. Jeśli nie mamy na to ochoty, w kolejce czeka wielu bezrobotnych. Listonoszka jest widać innego zdania.
Kobieta ta uwielbia ułatwiać sobie życie i pracę. Nie byłoby w tym nic piekielnego, gdyby przy tym nie utrudniała życia mieszkańcom. Co takiego robi?
1. Jeśli ktoś z mieszkańców bloku/szeregówki/bliźniaka/szeroko pojętego domu wielorodzinnego pracuje w miejscu, który jest w rewirze pani listonosz, wszystkie listy trafiają do tej właśnie osoby. Nieważne jakie. Pocztówki, urzędowe, rachunki. Wszystkie.
2. Jeśli już listonoszka postanowi pofatygować się bezpośrednio do adresata, nie liczcie na to, że dostaniecie korespondencję do ręki. Pani listonosz stanie na korytarzu, krzyknie radośnie "Panie Władku!" po czym wróci do samochodu. Jeśli Panu Władkowi uda się w ciągu piętnastu sekund pojawić przed domem, ma szanse, żeby listy odebrać. W innym wypadku pani listonosz odjeżdża.
3. Załóżmy, że na wspomnianym korytarzu znajduje się jakaś szafka lub parapet. W przypływie dobrego serca pani listonosz jest skłonna położyć tam wszystkie przesyłki. Dostęp do nich mają oczywiście wszyscy sąsiedzi - i tak, chcąc nie chcąc, dowiadujemy się, że pani Ula dostaje pisma z ZUSu, pan Tomek od prawnika, a pani Wanda ma telefon w sieci X i rodzinę w Kanadzie.
4. W mniejszych miejscowościach, które pani listonosz też ′obsługuje′ (takich koło +/- 100 mieszkańców) korespondencja ląduje w sklepie - a konkretnie na ladzie, gdzie ludzie dowolnie ją przeglądają i biorą, co ich. Odpowiedzialny za to nie jest oczywiście nikt.
5. List polecony. Nie ma opcji - trzeba oddać do rąk własnych. Pani listonoszka zapuka szybko do drzwi (albo i nie) i od razu naciska na klamkę. Wchodzi jak do siebie. Biada tym, którzy chcieliby we własnym domu chodzić w bieliźnie.
piekielna listonoszka
Ocena:
191
(Głosów:
217)
zarchiwizowany
Skomentuj (6)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Krótko przed maturą dość poważnie mi się zachorowało, w konsekwencji czego musiałam być hospitalizowana. Odwiedziłam wtedy tyle lekarzy i szpitali, co statystyczny Polak przez całe życie. W jednej z klinik poznałam JĄ - panią pielęgniarkę z piekła rodem.
Piekielna miała to do siebie, że w najmniejszym stopniu nie przejmowała się podstawowymi zasadami higieny. Umyć ręce po wyjściu z toalety? Po jaką cholerę! Dotykać brudnej ściereczki, a zaraz potem wbić wenflon pacjentowi? Jak najbardziej!
Na sali byłam z dwiema młodymi dziewczynami, które zachowanie pielęgniarki irytowało w równym stopniu, co mnie. Najgorsze było to, że przechodząc od jednego pacjenta, do drugiego nie używała rękawiczek. Co prawda nie był to oddział zakaźny, ale sami rozumiecie. W pewnym momencie zbuntowałam się i kiedy bezpośrednio po pobraniu krwi mojej koleżance (bez rękawiczek, a jakże!) piguła podeszła do mnie, powiedziałam "NIE". Nie dam się dotknąć, dopóki nie założy rękawiczek. Trochę postękała, pomarudziła, powiedziała, że ma uczulenie na lateks, ale ostatecznie wyjścia nie miała. Deszczowa się zaparła, więc pielęgniarka, chcąc nie chcąc, powędrowała do dyżurki po rękawiczki.
Najstraszniejsze w tej historii było to, że po pobraniu mi krwi i obmacaniu zardzewiałego stojaka od kroplówki, pani pielęgniarka rozpoczęła rytuał pobierania krwi u ostatniej dziewczyny na sali. Zgadliście - w tych samych rękawiczkach.
Piekielna miała to do siebie, że w najmniejszym stopniu nie przejmowała się podstawowymi zasadami higieny. Umyć ręce po wyjściu z toalety? Po jaką cholerę! Dotykać brudnej ściereczki, a zaraz potem wbić wenflon pacjentowi? Jak najbardziej!
Na sali byłam z dwiema młodymi dziewczynami, które zachowanie pielęgniarki irytowało w równym stopniu, co mnie. Najgorsze było to, że przechodząc od jednego pacjenta, do drugiego nie używała rękawiczek. Co prawda nie był to oddział zakaźny, ale sami rozumiecie. W pewnym momencie zbuntowałam się i kiedy bezpośrednio po pobraniu krwi mojej koleżance (bez rękawiczek, a jakże!) piguła podeszła do mnie, powiedziałam "NIE". Nie dam się dotknąć, dopóki nie założy rękawiczek. Trochę postękała, pomarudziła, powiedziała, że ma uczulenie na lateks, ale ostatecznie wyjścia nie miała. Deszczowa się zaparła, więc pielęgniarka, chcąc nie chcąc, powędrowała do dyżurki po rękawiczki.
Najstraszniejsze w tej historii było to, że po pobraniu mi krwi i obmacaniu zardzewiałego stojaka od kroplówki, pani pielęgniarka rozpoczęła rytuał pobierania krwi u ostatniej dziewczyny na sali. Zgadliście - w tych samych rękawiczkach.
szpital
Ocena:
184
(Głosów:
206)
zarchiwizowany
Skomentuj (8)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Wychowałam się w niedużej miejscowości, ale kiedy przyszedł czas wyboru liceum, zdecydowałam się na szkołę w oddalonym o jakieś 40 kilometrów mieście wojewódzkim. Codzienne dojazdy nie bardzo mi się uśmiechały, dlatego wymyśliłam, że czas się wyprowadzić. Zawsze byłam bardzo odpowiedzialna, więc rodzice nie robili mi problemów. Wynajęli mi mieszkanie (a w zasadzie ′górę′ w domku jednorodzinnym), które dzieliłam z jeszcze jedną, trochę ode mnie starszą dziewczyną. Na dole mieszkała córka właściciela - rozwódka po pięćdziesiątce.
Właściciel zapewnił, że oba mieszkania (górne i dolne) mają osobne wejścia, ba! Pokazał nam nawet ganek z tyłu domu, z którego rzekomo korzystała jego córka. W porządku, domek ładny, cena przystępna, okolica bezpieczna i bezpośredni dojazd pod szkołę - bierzemy.
Problemy zaczęły się już pierwszego dnia, kiedy się wprowadzałam. Mama poszła do sklepu, tato pomagał mi wnosić rzeczy. Nagle otworzyło się okno i pokazała się córka właściciela - a w zasadzie jej głowa. Zaczęła na mnie krzyczeć, że to jest prywatny dom i mam kategoryczny zakaz przyjmowania gości. Tato był akurat na górze, stałam sama koło samochodu, a nie były to jeszcze czasy, kiedy byłam skłonna wdawać się w pyskówki. Przerażona odparłam, że to tylko mój tato, że się wprowadzam, że walizki. Kobieta odparła, że ma wnieść moje rzeczy i od razu się wynosić, po czym zatrzasnęła okno. Popłakałam się, a jakże. Nagle cała moja odwaga gdzieś odpłynęła i nie byłam już taka pewna, czy rzeczywiście chcę mieszkać sama.
Ojciec wściekł się niemiłosiernie. Od razu zadzwonił do właściciela. On i jego żona przybyli dość szybko. Zanim jednak ich zobaczyliśmy, usłyszeliśmy jak dobijają się do drzwi córki. Scena, trzeba przyznać, wyglądała dość komicznie: mały, starszy pan wali laską w drzwi i, nie przebierając w słowach, informuje córkę, co o niej myśli. Wtedy jednak bynajmniej nie było mi do śmiechu. Po kilkunastu minutach awantury pod zamkniętymi drzwiami właściciele przyszli na górę i przyznali się, że trochę nas oszukali. Powiedzieli, że córka po rozwodzie trochę ześwirowała, że dzieci nie utrzymują z nią kontaktu, ale że mam się nią nie przejmować. No nic, rodzice zapytali, czy chcę wrócić do domu, ale postanowiłam zostać.
Szybko okazało się, że właściciel przemilczał jeszcze inne kwestie: wejście było wspólne, a jego córka miała klucz do naszej części domu. Przygody, jakie przeżywałam przez następne tygodnie mogłyby dać podkład pod komedię absurdów albo dobry horror - zależy od reżysera. Poprzestawiane rzeczy w naszej kuchni czy rozlany na kamiennych schodach olej to tylko niektóre z "udogodnień", jakie zaserwowała nam piekielna sąsiadka. W pewnym momencie doszło do tego, że całe jedzenie trzymałam w swoim pokoju (bałam się, że coś mi zatruje), sam pokój zresztą ciągle zamykałam na klucz, w nocy podstawiałam dodatkowo pod drzwi krzesło.
Miarka przebrała się, kiedy w środku nocy wparowała do nas policja. Byłam niepełnoletnia i przerażona, funkcjonariusze spisali mnie i moją współlokatorkę (nie miałyśmy jeszcze decyzji o tymczasowym zameldowaniu, wiec mieszkałyśmy tam tak jakby nielegalnie). O interwencję poprosiła oczywiście kochana sąsiadeczka. Wyprowadziłam się następnego dnia. Koleżanka została, nie miałam z nią później kontaktu, ale mam nadzieję, że przeżyła ;)
EPILOG: Jakiś czas później spotkałam mamę mojego kolegi, która była policjantką w tym regionie. Powiedziała mi, że moja prześladowczyni jest im bardzo dobrze znana. Postawiła sobie za punkt honoru wypłoszyć wszystkich lokatorów i bardzo często prosi zatem o interwencje policji, informując ich np., że, tu cytat, "na górze mieszkają greckie k*rwy".
Właściciele koniec końców zachowali się w porządku: oddali nam pieniądze za następny miesiąc. Dowiedziałam się też wtedy, że awanturę pod drzwiami starszy pan przypłacił zawałem. Na szczęście udało się go uratować.
Właściciel zapewnił, że oba mieszkania (górne i dolne) mają osobne wejścia, ba! Pokazał nam nawet ganek z tyłu domu, z którego rzekomo korzystała jego córka. W porządku, domek ładny, cena przystępna, okolica bezpieczna i bezpośredni dojazd pod szkołę - bierzemy.
Problemy zaczęły się już pierwszego dnia, kiedy się wprowadzałam. Mama poszła do sklepu, tato pomagał mi wnosić rzeczy. Nagle otworzyło się okno i pokazała się córka właściciela - a w zasadzie jej głowa. Zaczęła na mnie krzyczeć, że to jest prywatny dom i mam kategoryczny zakaz przyjmowania gości. Tato był akurat na górze, stałam sama koło samochodu, a nie były to jeszcze czasy, kiedy byłam skłonna wdawać się w pyskówki. Przerażona odparłam, że to tylko mój tato, że się wprowadzam, że walizki. Kobieta odparła, że ma wnieść moje rzeczy i od razu się wynosić, po czym zatrzasnęła okno. Popłakałam się, a jakże. Nagle cała moja odwaga gdzieś odpłynęła i nie byłam już taka pewna, czy rzeczywiście chcę mieszkać sama.
Ojciec wściekł się niemiłosiernie. Od razu zadzwonił do właściciela. On i jego żona przybyli dość szybko. Zanim jednak ich zobaczyliśmy, usłyszeliśmy jak dobijają się do drzwi córki. Scena, trzeba przyznać, wyglądała dość komicznie: mały, starszy pan wali laską w drzwi i, nie przebierając w słowach, informuje córkę, co o niej myśli. Wtedy jednak bynajmniej nie było mi do śmiechu. Po kilkunastu minutach awantury pod zamkniętymi drzwiami właściciele przyszli na górę i przyznali się, że trochę nas oszukali. Powiedzieli, że córka po rozwodzie trochę ześwirowała, że dzieci nie utrzymują z nią kontaktu, ale że mam się nią nie przejmować. No nic, rodzice zapytali, czy chcę wrócić do domu, ale postanowiłam zostać.
Szybko okazało się, że właściciel przemilczał jeszcze inne kwestie: wejście było wspólne, a jego córka miała klucz do naszej części domu. Przygody, jakie przeżywałam przez następne tygodnie mogłyby dać podkład pod komedię absurdów albo dobry horror - zależy od reżysera. Poprzestawiane rzeczy w naszej kuchni czy rozlany na kamiennych schodach olej to tylko niektóre z "udogodnień", jakie zaserwowała nam piekielna sąsiadka. W pewnym momencie doszło do tego, że całe jedzenie trzymałam w swoim pokoju (bałam się, że coś mi zatruje), sam pokój zresztą ciągle zamykałam na klucz, w nocy podstawiałam dodatkowo pod drzwi krzesło.
Miarka przebrała się, kiedy w środku nocy wparowała do nas policja. Byłam niepełnoletnia i przerażona, funkcjonariusze spisali mnie i moją współlokatorkę (nie miałyśmy jeszcze decyzji o tymczasowym zameldowaniu, wiec mieszkałyśmy tam tak jakby nielegalnie). O interwencję poprosiła oczywiście kochana sąsiadeczka. Wyprowadziłam się następnego dnia. Koleżanka została, nie miałam z nią później kontaktu, ale mam nadzieję, że przeżyła ;)
EPILOG: Jakiś czas później spotkałam mamę mojego kolegi, która była policjantką w tym regionie. Powiedziała mi, że moja prześladowczyni jest im bardzo dobrze znana. Postawiła sobie za punkt honoru wypłoszyć wszystkich lokatorów i bardzo często prosi zatem o interwencje policji, informując ich np., że, tu cytat, "na górze mieszkają greckie k*rwy".
Właściciele koniec końców zachowali się w porządku: oddali nam pieniądze za następny miesiąc. Dowiedziałam się też wtedy, że awanturę pod drzwiami starszy pan przypłacił zawałem. Na szczęście udało się go uratować.
Domek jednorodzinny
Ocena:
213
(Głosów:
225)
1 2 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 następna »
