Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

downthedrain

Zamieszcza historie od: 31 grudnia 2016 - 20:24
Ostatnio: 29 listopada 2017 - 22:07
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 585
  • Komentarzy: 7
  • Punktów za komentarze: 63
 

#80702

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kilku tygodni (poniedziałek przed 01/11).
Dla odmiany nie będzie o hienach cmentarnych, a o ludziach brzydkich i ładnych.
Nie oszukujmy się, osoby o ładnej aparycji mają czasami w życiu nieco łatwiej, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy stronami jest płeć przeciwna.

Jak się podróżowało przed Wszystkimi Świętymi, opowiadać nie trzeba. Pech chciał, że w ten wtorek praca trochę się przeciągnęła i musiałam lecieć na ostatnią chwilę na pociąg. Pociąg, wiadomo, przeładowany, ale o ile w przedsionkach przy drzwiach nie szło szpilki wcisnąć, to już pomiędzy siedzeniami było trochę luzu.
Przecisnęłam się pomiędzy ludźmi, stanęłam w miarę stabilnym miejscu, żeby w razie hamowania było się czego uwiesić i czekam.

Zerkam w lewo, w prawo, bo to nawet nie ma jak książki wyciągnąć, a tu proszę: w poczwórnym siedzeniu (po 2 siedzenia z każdej strony skierowane do siebie) jest jedno wolne miejsce od okna. Podchodzę, widzę 3 chłopaków w mundurach, na oko 20, i pytam czy miejsce jest wolne. Szybko zostaję poinformowana, że nie, kolega zaraz przyjdzie. Głupio mi się trochę zrobiło, ale nic, na siłę im się tam nie wpakuję. Odsuwam się z powrotem na moje stabilne miejsce.

Pociąg rusza.
Nie minęła minuta, słyszę, że panowie za moimi plecami zaczynają się śmiać. Odwracam się, a oni zdążyli już zaprosić jakieś ładne dziewczę na to wolne miejsce (tego 4 kolegi, ani widu ani słychu). Nie powiem, dziewczyna rzeczywiście była śliczna, ale nie myślałam, że w ten sposób rozdysponowuje się miejsca w pociągu.
Rozumiem, że młodzi Panowie, może z wojska na przepustce, albo co, ale...

Dodam tylko, że niecałą minutę później ustąpił mi miejsca Pan około 40 jak zobaczył, że stoję.
Normalnie bym nie usiadła, ale wiecie, miałam całą nogę w ortezie, od kostki po prawie biodro, więc skorzystałam.
Ps. Podziękowania dla Miłego Pana.

pociąg

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (143)

#78921

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie sprzed kilku miesięcy.

Słowem wstępu chciałam dodać, że jestem nauczycielką w przedszkolu/zerówce, więc pracuję z dziećmi w przedziale wiekowym 3-6 lat.

Jako że zima powoli zaczęła się wtedy kończyć, dyrekcja zdecydowała się szarpnąć i wywieźć te nasze małe kluski na wycieczkę. Żeby było ładnie, fajnie i nie za drogo, wybraliśmy się kilkadziesiąt km za miasto do warzelni serów. W plan wycieczki wchodziło też zwiedzanie gospodarstwa, oglądanie maszyn rolniczych i poznawanie zwierząt.

Nic, jedziemy.

Miejscówka piękna, widoki zapierają smog w kichawie, a że dzieciaki typowe mieszczuchy, to mało nie dostały apopleksji, jak zobaczyły krowy przez okno. Tereny – typowa wieś poniemiecka, wysokie stodoły, wielkie popegeerowskie budynki przerobione na mieszkania czy jakiś sklepik. Słowem, dla naszych klusek, które w zatrważającej większości mają tablet za zwierzątko domowe, świat jak z bajki.

Ale gdyby wszystko było tak super, to historia nie trafiłaby na Piekielnych.

Przed wycieczką każdy rodzic miał zadbać o zdrowie swojego dziecka, ponieważ dzieci chore nie mogły na tę wycieczkę pojechać. Dlaczego, chyba łatwo się domyślić - po pierwsze ze względu na sam fakt, że było to miejsce, w którym przygotowuje się produkty spożywcze, po drugie ze względu na spotkanie ze zwierzętami. Każdy rodzic o wyprawie poinformowany był miesiąc wcześniej, a oddając nam dziecko w dniu wycieczki, musiał podpisać formularz, w którym potwierdzał jego stan zdrowia. Dziecko było chore? Niestety, musiało zostać w domu.

I w tym miejscu chciałam prosić o oklaski dla dwójki rodziców.

Oczywiście zakatarzonych czy kaszlących maluchów było więcej, ale nie oczekiwaliśmy od nikogo cudów (bo i tak byśmy się nie doczekały). Jednak dwójka rodziców tak daleko przegięła pałę, że aż kopara opada. W jednym wypadku chodziło o fizyczny stan dziecka, w drugim raczej o zachowanie i podstawowe zasady człowieczeństwa.

1.

Chłopiec, lat 3, pierwsza wycieczka. Na wcześniejsze maluch się bał jechać, bo nowy, pań jeszcze nie zna – ok. Maluch przełamał się, chce jechać. Super! No ale nie do końca… Wycieczka, jak wspominałam, kawał za miastem, ponad godzina autokarem w jedną stronę.

Siedzimy, jedziemy, maluch sobie coś tam plotkuje, wygląda przez okno, cieszy się. Jedna z pań zagaduje, że na wycieczkach fajnie jest, że mały już chyba będzie z nami na wszystkie jeździć itd. Na co malec, z rozbrajającą szczerością, mówi, że jeżeli na innych rodzice też będą czekać na miejscu, to tak. My zonk, o co chodzi, czyżby rodzice wsiedli w samochód i spotkają nas na miejscu (chore na swój własny sposób, bo bez informacji, ale cóż)? Nie. Powiedzieli mu tak, żeby pojechał.

Koleżanka 5 godzin nosiła go na miejscu na rękach, bo bał się zwierząt, trawy, nieba i robaków i tak w kółko Macieju. Ryk wniebogłosy - ale nie ma się czemu dziwić, dziecko zostało oszukane i domagało się swojego.

2.

W drugim przypadku sytuację da się opisać szybciej. Rodzice wysłali pięcioletnią dziewczynkę na wycieczkę z biegunką. W autobusie, gdzie nie ma toalety.

I tak spędziliśmy sobie tę wycieczkę: oglądając produkcję serów, robiąc własne małe serki na warsztatach, spotykając zwierzęta (Psy! Pani downthedrain, psy tu są! Prawdziwe! I świnie! I krowy i kury!).

Aha, i słuchając wrzasków, i tonąc w gównie.

Wiosna.

dzieci rodzice koszmar

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (177)

#76593

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam.
Jako że jest to moja pierwsza historia, chciałam zacząć od podstawowej, w moim odczuciu, informacji: jestem złym człowiekiem. Gorsza nawet. Jestem złą przedszkolanką.

O tym, że dzieci chorują, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Zdarza się, a w zimie zdarza się nawet nad wyraz często. Pomyślał by kto: no dobra, dziecko chore, to hop do lekarza, odleży swoje i wraca na wartę do przedszkola. A takiego wała.

Faktem jest, że rodzice nagminnie przyprowadzają chore dzieci. Uprzedzę hate w komentarzach, że katar czy kaszelek Brianka czy Andżeliki to nie choroba. Jak dziecko ma oczy zapuchnięte, że świata nie widzi, kaszle tak, że nie wiadomo, czy po plecach klepać, czy biec po wiadro, żeby płuca łapać i z nosa mu cieknie tak, że fontanny by się nie powstydziły, to – nie do wiary! - dziecko, a i owszem, jest chore.

Gdybym miała opisywać każdy kolejny przypadek jak to rodzice próbowali nas zrobić w konia (dosłownie, kłamali w żywe oczy), to bym zużyła co najmniej z cztery wiadra internetu. Nie, moją pierwszą historię na Piekielnych spowodował wypadek tak świński, że aż przemilczeć nie mogę. Sami zdecydujcie, czy piekielne było.

Mamy ci my rodzeństwo. 2 chłopców w wieku 4 wiosen. Około 7 miesięcy temu przyszły dwa rozwrzeszczane czorty, które po miesiącach pracy, cierpliwości i (zazwyczaj) spokojnych tłumaczeń, że nie, nie można bić innych dzieci drewnianymi zabawkami czy ich podduszać, zmieniły się w parę nadpobudliwych, ale też i sympatycznych urwisów. Da się im już coś wytłumaczyć, biorą pięknie udział we wszystkich zajęciach, nauczyli się jeść na stołówce. Słowem cud, miód i orzeszki - człowiek może się z radością poklepać po plecach za dobrze wykonaną robotę.

Dlatego też zdziwiłam się dzisiaj rano, jak otworzyłam im drzwi, żeby odebrać dzieciaki od rodziców. Jeden wbiegł sam, zakręcił się dookoła mnie jak dziki bąk i pomknął się bawić, ale już drugi (starszy) stoi i płacze przy rodzicach. W takich sytuacjach powody mogą być różne: może się dziecko wywróciło podczas drogi, zostawiło jakąś zabawkę w samochodzie, pokłóciło się z rodzeństwem. Najlepiej wtedy, o ile rodzice nie reagują inaczej, zabrać szkraba do środka i opatrzyć, pocieszyć, dać coś do pobawienia. Rodzice bez komentarza sami wrzucili mi dziecko w objęcia i tyle ich widziałam.

No nic, biorę małego na ręce i wnoszę go do sali. Na pytania odpowiada tylko, że on chce do domu i chlipie mi na ramię. Trochę pocieszaliśmy, pomizialiśmy - dziecko się uspokoiło. I siedzi wpatrzone w podłogę. Nie chce jeść, nie chce się bawić. Słowem zamiast ruchliwego krasnala, dostaliśmy dzisiaj zapłakanego manekina.

I nikt nam nie musiał nic mówić, że dziecko jest chore. Po kilku minutach takiego zachowania same się zorientowałyśmy. Dla pewności przepytaliśmy brata. I co się okazało? Starszy nie dość, że przez całą noc spać nie mógł, to jeszcze wymiotował 2 razy zanim przyszli do przedszkola. I co zrobili rodzice? Zaprowadzili go do lekarza? No nie, do przedszkola. Kij, że jeżeli mały zachorował na coś łatwo łapnego, to inni rodzice naszych pociech będą mieli niezły prezent na zbliżający się długi weekend. Kij, że my przedszkolanki też to pewnie złapiemy, bo nie jesteśmy robotami. Kij, że dziecko mimo 3 telefonów do rodziców spędziło 6 godzin (słownie: SZEŚĆ godzin) na przedszkolnej pufie do spania, nic nie zjadło, nie chciało się ruszać i po kilku pierwszych godzinach czuć było, że weszło w stan podgorączkowy.

Rodzice zjawili się o tej porze co zwykle. Inna dziewczyna poszła ich oddać, bo ja bym pewnie nie wytrzymała. I tyle się człowiek nasłucha jak to wspaniale mieć dzieci, jakie to szczęście i żyć nie umierać… Ale z miejsca osoby, która musiała się zajmować takim małym szkrabem, który, kurza twarz, nie rozumie, dlaczego go wszystko boli i dlaczego jest mu źle i dlaczego jeszcze nie ma rodziców, podpisałabym się pod stwierdzeniem, które na Piekielnych widzę co kilka postów:

Na robienie dzieci powinni wydawać licencje.

Aha, tak żeby było śmieszniej: oboje rodzice pracują z domu. Tłumaczyli się ponoć, że nie chcieli odbierać tego chorego syna, bo drugiemu byłoby na pewno przykro.

przedszkole chore dzieci

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (343)

1