Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejcia

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2012 - 20:47
Ostatnio: 10 lipca 2018 - 22:39
  • Historii na głównej: 100 z 217
  • Punktów za historie: 44089
  • Komentarzy: 330
  • Punktów za komentarze: 1494
 

#82593

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępnym - jednym z punktów mojej dniówki w pracy jest około godzinny przejazd z placówki do placówki. Wozi mnie kierowca.

I wszystko było w porządku, dopóki pracował poprzedni facet. Miły, sympatyczny, pełna komitywa. Niestety, co dobre nie trwa długo, kilka miesięcy temu odszedł z pracy i zastąpił go nowy.

Tu się zaczęło.

Koleś troglodyty pierwsze wcielenie. Przeklina. Strasznie, po kilka razy w zdaniu. Nie tylko w chwilach zdenerwowania, ale głównie jako przerywnik. Bo *** wiecie, czasami *** trzeba zdanie *** urozmaicić. Nawet pomijając przekleństwa, poziom słownictwa pozostawia wiele do życzenia. Dosłownie chamstwo z prostactwem.

Kiedyś zupełnie bezpodstawnie wyjechał do mnie z wyjątkowo bogatym zlepkiem "panienek" (jako dodatki w zdaniu, nie epitety pod moim adresem). Już nie zdzierżyłam, poprosiłam, żeby nieco przystopował. Odpowiedział mi wybuch gromkiego śmiechu: "Ja tam się nie przejmuję, hłe hłe hłe”.

Co chwila zarzuca prostackimi żarcikami, po czym wybucha "firmowym" rechotem, a kiedy jakoś niespieszno mi docenić jego poczucie humoru, zaczyna mnie szturchać łokciem w bok: "Dobre, co nie? Hłe, hłe, hłe... Co taka markotna?”.

Co chwilka beka/charka/chrząka, aż się brzydzi przebywać obok. Chłop tęgi, zwłaszcza teraz latem upocony jak szczur, rozwala się za kierownicą, wchodzi na "moje terytorium". Odsuwam się, ile mogę w prawo, ale to niewiele daje, co chwila jednak go dotknę, takiego zimnego, mokrego jak ryba.

Denerwuje mnie to niemożebnie, choć już jakoś przywykłam. Ale dzisiaj padł rekord. Jak by tu delikatnie powiedzieć... O ile zwykle tylko psuje mi nastrój, tak tym razem zepsute zostało powietrze w samochodzie. No... Różne są sytuacje, ok... Ale czy jestem w błędzie, myśląc, że większość ludzi by w takiej sytuacji straszliwie speszona wydukała to podstawowe "przepraszam"? Zamiast tego poleciała kolejna seria przezabawnych, prostackich komentarzy, próby wymuszenia odpowiedzi szturchaniem i koniec końców wrzaśnięcie do ucha: "co nie?”.

Słów brak.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (165)

#82482

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzy miesiące temu zapisywałam się na kontrolę do ginekologa. Cóż, tyle czasu naprzód albo się uda wstrzelić z terminem w odpowiedni czas, albo nie. Przy zapisach rejestratorka uspokoiła mnie, że ewentualne przesunięcie o tydzień nie będzie problemem.

Rzeczywiście zaistniała potrzeba przełożenia wizyty. Dzwoniłam trzy razy (pierwsze dwa czekałam bezskutecznie na lini po 25 minut), trzeci (odebrany zaledwie w 15. minucie) przyniósł informację, że w żadnym wypadku przesunąć mnie nie mogą, co najwyżej mogę czekać kolejne pół roku, jakbym rejestrowała się na nowo.

Udałam się osobiście do placówki - sprawa załatwiona od ręki. Nagle można.

Nadszedł ustalony dzień, w poczekalni przywitała mnie kolejka jak nigdy. Lekarz spóźnił się do pracy. Cóż, różnie bywa, pokażcie mi takiego, komu w życiu się nie zdarzyło. Największym problemem nie był jednak zator, ale inne oczekujące panie.

Tak, wiem, że ciężarne mają prawo wejść bez kolejki. Natomiast tutaj doszło do sytuacji, że kobiety w stanie nieodmiennym (sztuk dwie) czekały w nieskończoność, podczas gdy cały czas dochodziły ciężarne "na swoją godzinę" i wchodziły niemal z marszu - bo mają takie prawo. Były przy tym wredne i aroganckie, prośby i argumenty, że spieszę się do pracy spotykały się jedynie z ironicznymi uśmieszkami i pyskówką. Żeby nie było, jakoś nie wyglądały na biedne, zmęczone i wykończone bohaterskim dźwiganiem przyszłości narodu - wesoło plotkowały na swoje "matkowe" tematy, heheszkując, która ma łatwiej z podrzuceniem poprzednich dzieci dziadkom, a u której synka - cytuję - na USG prędzej było widać sisiolka.

Personel nie mógł nic zrobić, bo ustawa. Przez babsztyle spóźniłam się do pracy ponad godzinę.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (150)

#66829

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaje sobie sprawę, że dziecku w wielu sprawach się ustępuje i wiele daje, ale po pewnym czasie po prostu człowiek zaczyna bronić swojego terytorium, nawet w sprawach, które pozornie wydają się błahe. Moja starsza siostra doczekała się synka, który obecnie ma 5 lat. Przy czym na chwałę siostry muszę przyznać, że wyleczyła się już z pieluszkowego zapalenia mózgu i w tej chwili więcej problemów sprawia babcia dziecka (nasza mama).

Kupuje małemu tony zabawek, jak sama mówi - ona miała ich mało i chce żeby on miał lepiej. Są to drobiazgi, ale zajmują miejsce. Przy czym wszystko ma czekać na jakąś okazję, po czym kiedy okazja nadchodzi zapomina o gotowym prezencie i kupuje kolejny. W efekcie we wszystkich schowkach piętrzą się tony zabawek. Ostatnio zostałam zapytana, czy użyczę miejsca w swoim pokoju. Nie, nie użyczę. Zawaliła kompletnie swój pokój i salon, tylko pozwolić, to zawali kolejny pokój, a tak brak miejsca ją trochę hamuje.

Uwielbiam majsterkować i robić coś z niczego. Kupiłam kiedyś kokosa, przepiłowałam ładnie skorupę i zastanawiam się później na głos, coby z niej fajnego zrobić. Sugestia babci: dorób zawiasy, zamknięcie, nasyp cukierków i daj Piotrusiowi.
Tak. Będę siedziała pół dnia z młotkiem i pilnikiem, żeby dziecko po chwili rzuciło w kąt.

Kupiłam sobie herbatę smakową. U nas raczej pija się czarną, więc leżała dość długo, a wypiłam raptem kilka razy. Ale pamiętam gdzie jest, wszystko zależy od apetytu. Kiedyś patrzę, Piotrek trzyma kubek, z którego charakterystycznie pachnie. Ok, nie ma problemu, nie sobie wypije. Ale zaczęło się to powtarzać nagminnie, ani nie zauważyłam kiedy, a w pudełku już ledwo co na dnie. Wiedząc z doświadczenia, że wszelkie rozmowy nic nie dadzą schowałam herbatę u siebie, nie ma. Najbliższa wizyta rodzinki siostry, babcia woła mnie i pyta, czy nie wiem, gdzie PIOTRUSIA herbatka. Po wyjaśnieniu rzeczywistej przynależności i powodu schowania usłyszałam: Dziecku żałujesz?
Nie, nie żałuję, ale przy mojej częstotliwości picia wychodzi na to, że musiałabym mu ją całkiem oddać, a tania nie była.

Dostałam od koleżanki za jakaś przysługę duże pudło galaretek w cukrze. Postawiłam na stole do ogólnego użytku, częstuje się kto chce. Ubywa powoli, ale ciągle. Ostatnio babcia jadąc do siostry zaproponowała mi, że może ona by te galaretki spakowała i zawiozła Piotrusiowi.

Czy ja mam prawo mieć jakąkolwiek własność w tym domu?

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 346 (546)

#73254

(PW) ·
| Do ulubionych
Poznań, ruchliwa ulica, godziny szczytu. Obok ulicy chodnik, między jednym a drugim około dwumetrowej długości skarpa - trawniczek, dość ostry ukos.

Po chodniku radośnie zasuwa na rowerku bez bocznych kółek berbeć, widać, że to jego pierwsze próby bez wspomagaczy; jedzie niepewnie, od brzegu do brzegu chodnika. Kilkanaście metrów za nim spokojnie spaceruje mamusia z psem. Wystarczyłaby chwila, utrata równowagi, a dzieciak toczy się po skarpie w dół, prosto pod koła samochodów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (175)

#66060

(PW) ·
| Do ulubionych
Lata temu w szkole mojej córki.

Ewa chodziła do pierwszej klasy. Wiem, że wiele matek uważa swoje dzieci za genialne, natomiast fakt jest taki, że na wywiadówkach często otrzymywałam sygnały, że jest dobrą uczennicą, bardzo aktywną na lekcjach, nierzadko do odpowiedzi zgłaszała się tylko ona lub jako jedyna znała prawidłową odpowiedź.

Po którymś kolejnym zebraniu zostałam poproszona do wychowawczyni. Czy coś się stało, Ewa przestała się zgłaszać, siedzi cicho, zapytana odpowie prawidłowo, ale nie przejawia już inicjatywy.

W domu rozmawiam z małą, odpowiedziała mi: „Mamo, a po co ja mam się zgłaszać, skoro pani i tak nigdy mnie nie wybiera? Sama jedna z klasy rękę podnoszę, nikt więcej, już na końcu zmieniam lewa/prawa, bo mi drętwieje, a pani pyta i pyta innych, chociaż oni nie wiedzą”.

Cóż. Telefon do wychowawczyni, relacja z rozmowy, odpowiedź nauczycielki: „Ja wiem, że Ewa jest zawsze przygotowana, ale chcę zmobilizować i resztę klasy”.

Z jednej strony jak najbardziej kobietę rozumiem, ale z drugiej niech się nie dziwi, że dzieciak miał dość bezskutecznego machania ręką pod sufitem.

szkoła

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 275 (431)

#81680

(PW) ·
| Do ulubionych
Vivat logika.

Wróciła moja mamunia z zebrania partii politycznej, dla świętego spokoju i coby nie wywoływać burzy, nazwijmy ją partią x. W samej partii nie jest, tylko, powiedzmy, sympatyzuje, bywa zapraszana na spotkania itd.

W domu od progu zaczęła głosić tezy, że zbliżają się wybory burmistrza miasta i należy zrobić wszystko, żeby obalić dotychczasowego (z partii y), bo - główny zarzut - otoczył się w ratuszu swoimi zaufanymi i nic dla ludzi nie robi.

Dalej opowiadając o zebraniu, stwierdziła, że tak właściwie to nic więcej nie było mówione, niczego nie planują, nie mają żadnego programu, tylko myślą, jak wygrać wybory.

Wszelkie próby uświadomienia jej, że te sytuacje są bliźniaczo podobne spełzły na niczym.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (160)

#81482

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika laborantki.

Przyszła do pobrania krwi starsza kobieta. Podwijając rękaw zauważyła zaskoczona: o, tu jeszcze jest plaster od poprzedniego pobierania.

Wobec tego poprosiłam o drugą rękę - jeśli jest taka możliwość, lepiej nie pobierać w tym samym dniu, czy nawet dzień po z tego samego miejsca. Tak przynajmniej sądziłam, że upłynęła najwyżej doba, bo przecież ile można nosić jeden plaster?

Ale pani zaczęła twierdzić, że to było dawno - i faktycznie - wystające spod plastra resztki pokaźnego krwiaka zdążyły już przejść przez wszystkie kolory tęczy, na pewno nie był on świeży.

Zapytałam, od kiedy to jest, kobieta określiła termin na ponad dwa tygodnie. Zapytałam ostrożnie:
- I tak się mocno trzyma ten plaster, że przez tyle czasu pani nie odpadł? Nie odmoczył się przy myciu?
- Nie, pani, ja go nawet nie zauważyłam.

No więc co? Ona się przez te dwa tygodnie nie myła? Nie przebierała choćby na noc?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (173)

#81215

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki.
Narzekałam tu niejednokrotnie na ludzi, którzy nie potrafią wstrzymać się sekundę z wyłuszczaniem swojej sprawy. I nie mam na myśli: "poczeka, nie widzi, że kawę piję?", ale sytuacje, kiedy naprawdę przez chwilę nie mogę wysłuchać, bo np właśnie dawkuję dla kogoś lek, albo uzupełniam dane innego pacjenta. Do lwiej części ludzi nie docierają informacje typu: siedem... osiem... chwileczkę, liczę krople... dziewięć... Będą gadać dalej, po co przyszli.
Dzisiaj jednak już mnie trafiło.

Siedzę za biurkiem, przychodzi pacjentka prosząc o wydanie wyniku. Ok, nie ma sprawy. Wstaję, chcąc podejść do regału, ups... Mroczki przed oczyma. Nie zdarza mi się, ale cóż.
Mówię kobiecie "Oj, chwilka, bo mi się w głowie zakręciło". Siadłam z powrotem i czerep nisko między kolana.
Siedziałam lekko zamulona, cały czas słysząc nawijanie kobiety: że wyskoczyła z domu po zakupy, przy okazji odbierze wyniki, a potem coś tam, coś tam. Generalnie rzeczy nieistotne.
Nie oczekiwałam wachlowania tekturką od kalendarza, ani poklepywania po rączce, ale na pozostawienie takiego padniętego człowieka na kilka sekund w spokoju chyba już można by liczyć?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (184)

#80818

(PW) ·
| Do ulubionych
Chrześniak miał imieniny. Autko zdalnie sterowane na prezent dawno już kupione (i wtedy od razu sprawdzone, czy działa) teraz jeszcze baterie i gotowe. Poszłam do Owada w Kropki, wracam z dwiema paczkami "paluszków", montuję - nie działa. Ledwo światła się delikatnie świecą, czyli prąd dochodzi, tylko zbyt mały.
Sprawdziłam na mierniku - baterie, które powinny mieć 1,5 V, miały od 0,6 do 0,8.
Cały osprzęt w rękę i z powrotem do sklepu.
Zapytałam (uprzejmie) pierwszej napotkanej pracownicy, z kim można rozmawiać w takiej a takiej sprawie. W odpowiedzi pani najpierw zmierzyła mnie drwiącym spojrzeniem, potem odwróciła się plecami, kontynuując przerwaną pracę, dopiero po chwili burknęła, że EWENTUALNIE może poprosić kierowniczkę (zresztą jak nigdy nie miałam żadnych przykrych sytuacji z innymi pracownikami tego sklepu, tak ta konkretna pani nadepnęła mi na odcisk już drugi raz).

Przyszła wspomniana kierowniczka. Od razu na wejściu nastroszona jak kot, że jeszcze nigdy nie mieli żadnych uwag dotyczących tych baterii. Po zademonstrowaniu, zarówno na aucie, jak i na mierniku, stwierdziła, że to na pewno zabawka jest zepsuta. I nie, żadnym argumentem nie było, że ostatnio chowałam do pudełka sprawną, bo przecież "takie rzeczy się psują". W końcu wzięła z półki nowe pudełko, otworzyła je i zaproponowała sprawdzenie miernikiem. Były lepsze, choć bez szału, najlepsza 1,1 V. Zobaczywszy to, stwierdziła, że są bardzo dobre, skoro jest ponad 1, czyli ponad 100%. Nie przyjmowała przy tym do wiadomości, że to jest voltomierz, czyli mierzy volty, których powinno być 1,5 czy ostatecznie 1,4, a nie procent naładowania. W ogóle nie rozumiała różnicy między tymi pojęciami. Baterie są bardzo dobre i koniec. A tak w ogóle to na pewno to auto potrzebuje silniejszych, tylko ja się nie znam.

Pokazałam na autku nadruk w okolicach gniazda baterii - 1,5 jak byk. Ponowne zaprzeczenie, że na pewno powinno być więcej, wszyscy się mylą, a ja w ogóle tępa i niedouczona jestem (może nie dosłownie, ale takie było znaczenie).
Na próbę nowo otwarte baterie zamontowane do zabawki - światełka słabo świecą, koła lekko drgnęły i ponownie cisza.

Przecież to kolejny oczywisty dowód, że to auto jest zepsute, bo nie działa na dobrych bateriach! Które mają ponad 100%! A ja się czepiam, ona z mojej winy ma odpakowane trzy pudełka nowych baterii, których już nie sprzeda (bzdura i histeria, bo dwa odpakowałam ja sama w domu), ale ewentualnie, niech poznam jej dobrą wolę, mogą mi zwrócić pieniądze.

Ostatecznie nie doszło to do skutku, ponieważ nie miałam paragonu - i tu nie mam zastrzeżeń, moja wina, nauczka na przyszłość - nie wyrzucać. Od początku nie miałam wielkich nadziei, że cokolwiek załatwię, próbowałam, ponieważ kiedyś, nie wiem na jakich zasadach, bo nie byłam w to zamieszana, w "mojej" firmie uznano kobiecie reklamację bez dowodu zakupu. Również jestem w stanie przyjąć argument, który przewinął się podczas rozmowy, że takie rzeczy jak baterie reklamacji nie podlegają. Za to ogromne zastrzeżenia mam do zachowania obu pań - kierowniczki i tej pierwszej napotkanej.

Reasumując straciłam:
- Pół godziny czasu w sytuacji, kiedy już już trzeba wyjeżdżać.
- 12 zł - najmniejszy problem i jak wspomniałam częściowo z własnej winy
- Dużo nerwów, zarówno na dyskusję, choć cały czas starałam się rozmawiać uprzejmie, jak i dlatego, że w tym czasie wokół zebrała się grupka obecnych na sklepie panów w średnim wieku, którzy uznali za stosowne zacząć mnie pouczać (bo przecież młoda kobieta nie ma prawa znać się na takich sprawach, prawda?) jak to ja nie mam racji, to jest sklep, na pewno wszystko mają w najlepszym gatunku, tylko ja musiałam popełnić jakiś błąd. To było bardzo poniżające.

A baterie o identycznych parametrach zakupione w innym sklepie w cudowny sposób auto naprawiły, śmiga jak złoto.

sklepy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (121)

#79581

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki w laboratorium.

Telefonuje młoda (sądząc po głosie) [K]obieta. Rozmowa może się różnić jakimś słowem, choć sens zachowany.

K - Dzień dobry, czy w poniedziałek przed świętem państwo pracują?
Ja - Tak, ale krócej, tylko do 12.
K - Aha... A czy jeśli zrobię badania rano, to będę mogła przyjść po wyniki jak zwykle o 15?
J - Nie, w poniedziałek pracujemy tylko do 12, o 15 będzie już zamknięte, ale może pani zobaczyć je w internecie.
K - Nie nie, ja przyjdę rano i po 15 wrócę po wydruk.
J - (zaczynam mówić drukowanymi) Nie proszę pani. W poniedziałek laboratorium jest czynne tylko do godziny 12. Potem zamykamy budynek i wychodzimy, nikogo tu nie będzie. (Tłumaczę, bo może kobieta myśli, że tylko nie pobieramy, ale labo jako takie czynne i chce, żeby ktoś wstał od maszyny i tylko wydał jej kwitek).
K - Ale proszę pani! Ja byłam u was w zeszłym tygodniu i odbierałam wyniki po południu! I teraz chciałabym tak samo!
J - Ponieważ pracowaliśmy w pełnym wymiarze godzin. A w poniedziałek wyjątkowo zamykamy wcześniej, o 12, więc nie może pani przyjść o 15, bo nikogo tu nie będzie!
K - Ja nie rozumiem, ale zostawmy to (tu nastąpiły dalsze pytania, na szczęście mniej problematyczne.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (145)