Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejcia

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2012 - 20:47
Ostatnio: 16 stycznia 2018 - 19:18
  • Historii na głównej: 94 z 212
  • Punktów za historie: 43503
  • Komentarzy: 327
  • Punktów za komentarze: 1422
 

#81215

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki.
Narzekałam tu niejednokrotnie na ludzi, którzy nie potrafią wstrzymać się sekundę z wyłuszczaniem swojej sprawy. I nie mam na myśli: "poczeka, nie widzi, że kawę piję?", ale sytuacje, kiedy naprawdę przez chwilę nie mogę wysłuchać, bo np właśnie dawkuję dla kogoś lek, albo uzupełniam dane innego pacjenta. Do lwiej części ludzi nie docierają informacje typu: siedem... osiem... chwileczkę, liczę krople... dziewięć... Będą gadać dalej, po co przyszli.
Dzisiaj jednak już mnie trafiło.

Siedzę za biurkiem, przychodzi pacjentka prosząc o wydanie wyniku. Ok, nie ma sprawy. Wstaję, chcąc podejść do regału, ups... Mroczki przed oczyma. Nie zdarza mi się, ale cóż.
Mówię kobiecie "Oj, chwilka, bo mi się w głowie zakręciło". Siadłam z powrotem i czerep nisko między kolana.
Siedziałam lekko zamulona, cały czas słysząc nawijanie kobiety: że wyskoczyła z domu po zakupy, przy okazji odbierze wyniki, a potem coś tam, coś tam. Generalnie rzeczy nieistotne.
Nie oczekiwałam wachlowania tekturką od kalendarza, ani poklepywania po rączce, ale na pozostawienie takiego padniętego człowieka na kilka sekund w spokoju chyba już można by liczyć?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (164)

#80818

(PW) ·
| Do ulubionych
Chrześniak miał imieniny. Autko zdalnie sterowane na prezent dawno już kupione (i wtedy od razu sprawdzone, czy działa) teraz jeszcze baterie i gotowe. Poszłam do Owada w Kropki, wracam z dwiema paczkami "paluszków", montuję - nie działa. Ledwo światła się delikatnie świecą, czyli prąd dochodzi, tylko zbyt mały.
Sprawdziłam na mierniku - baterie, które powinny mieć 1,5 V, miały od 0,6 do 0,8.
Cały osprzęt w rękę i z powrotem do sklepu.
Zapytałam (uprzejmie) pierwszej napotkanej pracownicy, z kim można rozmawiać w takiej a takiej sprawie. W odpowiedzi pani najpierw zmierzyła mnie drwiącym spojrzeniem, potem odwróciła się plecami, kontynuując przerwaną pracę, dopiero po chwili burknęła, że EWENTUALNIE może poprosić kierowniczkę (zresztą jak nigdy nie miałam żadnych przykrych sytuacji z innymi pracownikami tego sklepu, tak ta konkretna pani nadepnęła mi na odcisk już drugi raz).

Przyszła wspomniana kierowniczka. Od razu na wejściu nastroszona jak kot, że jeszcze nigdy nie mieli żadnych uwag dotyczących tych baterii. Po zademonstrowaniu, zarówno na aucie, jak i na mierniku, stwierdziła, że to na pewno zabawka jest zepsuta. I nie, żadnym argumentem nie było, że ostatnio chowałam do pudełka sprawną, bo przecież "takie rzeczy się psują". W końcu wzięła z półki nowe pudełko, otworzyła je i zaproponowała sprawdzenie miernikiem. Były lepsze, choć bez szału, najlepsza 1,1 V. Zobaczywszy to, stwierdziła, że są bardzo dobre, skoro jest ponad 1, czyli ponad 100%. Nie przyjmowała przy tym do wiadomości, że to jest voltomierz, czyli mierzy volty, których powinno być 1,5 czy ostatecznie 1,4, a nie procent naładowania. W ogóle nie rozumiała różnicy między tymi pojęciami. Baterie są bardzo dobre i koniec. A tak w ogóle to na pewno to auto potrzebuje silniejszych, tylko ja się nie znam.

Pokazałam na autku nadruk w okolicach gniazda baterii - 1,5 jak byk. Ponowne zaprzeczenie, że na pewno powinno być więcej, wszyscy się mylą, a ja w ogóle tępa i niedouczona jestem (może nie dosłownie, ale takie było znaczenie).
Na próbę nowo otwarte baterie zamontowane do zabawki - światełka słabo świecą, koła lekko drgnęły i ponownie cisza.

Przecież to kolejny oczywisty dowód, że to auto jest zepsute, bo nie działa na dobrych bateriach! Które mają ponad 100%! A ja się czepiam, ona z mojej winy ma odpakowane trzy pudełka nowych baterii, których już nie sprzeda (bzdura i histeria, bo dwa odpakowałam ja sama w domu), ale ewentualnie, niech poznam jej dobrą wolę, mogą mi zwrócić pieniądze.

Ostatecznie nie doszło to do skutku, ponieważ nie miałam paragonu - i tu nie mam zastrzeżeń, moja wina, nauczka na przyszłość - nie wyrzucać. Od początku nie miałam wielkich nadziei, że cokolwiek załatwię, próbowałam, ponieważ kiedyś, nie wiem na jakich zasadach, bo nie byłam w to zamieszana, w "mojej" firmie uznano kobiecie reklamację bez dowodu zakupu. Również jestem w stanie przyjąć argument, który przewinął się podczas rozmowy, że takie rzeczy jak baterie reklamacji nie podlegają. Za to ogromne zastrzeżenia mam do zachowania obu pań - kierowniczki i tej pierwszej napotkanej.

Reasumując straciłam:
- Pół godziny czasu w sytuacji, kiedy już już trzeba wyjeżdżać.
- 12 zł - najmniejszy problem i jak wspomniałam częściowo z własnej winy
- Dużo nerwów, zarówno na dyskusję, choć cały czas starałam się rozmawiać uprzejmie, jak i dlatego, że w tym czasie wokół zebrała się grupka obecnych na sklepie panów w średnim wieku, którzy uznali za stosowne zacząć mnie pouczać (bo przecież młoda kobieta nie ma prawa znać się na takich sprawach, prawda?) jak to ja nie mam racji, to jest sklep, na pewno wszystko mają w najlepszym gatunku, tylko ja musiałam popełnić jakiś błąd. To było bardzo poniżające.

A baterie o identycznych parametrach zakupione w innym sklepie w cudowny sposób auto naprawiły, śmiga jak złoto.

sklepy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (118)

#79581

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki w laboratorium.

Telefonuje młoda (sądząc po głosie) [K]obieta. Rozmowa może się różnić jakimś słowem, choć sens zachowany.

K - Dzień dobry, czy w poniedziałek przed świętem państwo pracują?
Ja - Tak, ale krócej, tylko do 12.
K - Aha... A czy jeśli zrobię badania rano, to będę mogła przyjść po wyniki jak zwykle o 15?
J - Nie, w poniedziałek pracujemy tylko do 12, o 15 będzie już zamknięte, ale może pani zobaczyć je w internecie.
K - Nie nie, ja przyjdę rano i po 15 wrócę po wydruk.
J - (zaczynam mówić drukowanymi) Nie proszę pani. W poniedziałek laboratorium jest czynne tylko do godziny 12. Potem zamykamy budynek i wychodzimy, nikogo tu nie będzie. (Tłumaczę, bo może kobieta myśli, że tylko nie pobieramy, ale labo jako takie czynne i chce, żeby ktoś wstał od maszyny i tylko wydał jej kwitek).
K - Ale proszę pani! Ja byłam u was w zeszłym tygodniu i odbierałam wyniki po południu! I teraz chciałabym tak samo!
J - Ponieważ pracowaliśmy w pełnym wymiarze godzin. A w poniedziałek wyjątkowo zamykamy wcześniej, o 12, więc nie może pani przyjść o 15, bo nikogo tu nie będzie!
K - Ja nie rozumiem, ale zostawmy to (tu nastąpiły dalsze pytania, na szczęście mniej problematyczne.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (142)

#79508

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj w kościele. W ławce za mną matka z dzieckiem około pięciu lat i starsza pani, nie wiem, czy razem z nimi, czy też nie.

Chłopczyk... Rozrabia. Jak pijany zając w kapuście. Piszczy, głośno gada, kopie w ławkę (przed sobą, czyli moją), chwyta za oparcie i szarpie z całej siły, wiesza się na nim tułowiem, tak że człowiek nie spojrzy siadając i dzieciaka przyciśnie. Mamuśka praktycznie bez reakcji, coś tam niby próbowała latorośli tłumaczyć, ale bardzo sporadycznie i bez efektu. Ludzie zaczęli się oglądać, cała moja ławka, ja najbardziej z racji tego, że dzieciak siedział dokładnie za mną i mi najbardziej się obrywało.

W pewnym momencie czuję silne szturchnięcie w ramię. Odwracam się - starsza pani wychylona w moją stronę syczy urażonym głosem:

- Czy pani nie ma dzieci?!

W pierwszym odruchu miałam odpalić coś o wychowaniu, ale nie wiadomo, czy to nie ukochany wnusio owej pani, więc i tak prawdopodobnie nie dotrze, dlaczego się czepiam cudownego aniołka, tym bardziej, że nie chciałam wszczynać długiej dyskusji. Odpaliłam więc:

- A pani nie wie, że w kościele się nie gada, ani nie szturcha obcych ludzi?

Spojrzenie hiszpańskiego inkwizytora, który zastanawia się, czy już spalić na stosie, czy jeszcze nie, ale uciszyła buzię.
Oczywiście. Przecież to jest dziecko, jemu wszystko wolno.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (128)

#78748

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sama w sobie nie piekielna, a wręcz przeciwnie, ale refleksja, do której prowadzi już jak najbardziej wpisuje się w charakter portalu.

Jestem pielęgniarką. Przyszła do mnie kilka dni temu starsza kobieta. Cicha, spokojna, ale bardzo pogodna. Siadłam przy niej, robię co należy, jakieś jej półsłówko zwróciło moją uwagę, dopytałam, czy jest pielęgniarką.
Okazało się: nie pielęgniarką, ale opiekunką. Zaczęła wspominać czasy swojej pracy w szpitalu, z ogniem w oczach, widać było, że ona tym żyła. Zakończyła słowami: Słońce, ja mam osiemdziesiąt cztery lata, ale żeby nie ten kręgosłup, to jeszcze bym do szpitala wróciła.

Kobieta wyszła, ja miałam akurat chwilkę spokoju, więc porządkuję stanowisko i myślę o niej. Że ona w tym wieku miała taki zapał, jak ja zaraz po studiach. I zastanawiam się, gdzie to zginęło? Po dłuższym czasie znalazłam odpowiedź. Niestety, ale w czasie. We wiecznym pośpiechu. Bo przecież nawet ta pani "ukryłaby się" w tłumie szarych ludzi, gdyby nie to, że akurat była sekunda na zamienienie słowa. Bo niestety o wiele częściej wygląda to mniej więcej: tak, dobrze, ale teraz nie czas na wspominki, tylko poproszę imię, nazwisko, pesel, imię ojca, matki, wzrost w kapeluszu, numer buta i godzinę ostatniego podrapania się po nosie, bo muszę wypełnić dokumenty, potem pobrać pani krew, a mam na to - bagatela - trzy minuty. Nie żartuję.

Jakby człowiek nie liczył - na pacjenta (laboratorium) wypada między 3 a 3,5 minuty. W tym czasie trzeba wypełnić dokumenty (około połowa ludzi na pytanie o telefon kontaktowy robi wielkie oczy i zaczyna się poszukiwanie po całej torebce notatnika), pobrać krew, oznaczyć próbki, wyjaśnić sposób odbioru wyników (tak, jest jasno opisany na drzwiach - chyba dla zasady, bo nie wiem, czy ktoś to czyta) i odpowiedzieć na wszelkie pytania. Zarówno tej danej konkretnej osoby, jak wszystkich przechodzących "pani, ja tylko zapytam, pani, ja tylko po wynik". Takie ich niezaprzeczalne prawo, ale czas, wredna paskuda, jakoś na słowo "ja tylko" nie chce zrobić stop.

Przykro mówić, ale w takiej sytuacji, kiedy na korytarzu trzydzieści osób potupuje, przysłowiowe potrzymanie za rękę, czy zamienienie słowa staje się nieosiągalnym luksusem. A jak jest to potrzebne widać po sytuacji mającej miejsce kilka razy dziennie: przychodzi starszy człowiek, siada i z miejsca zaczyna gadać na dowolny temat, gada, gada, jak katarynka, a na delikatną sugestię, że celem naszego spotkania nie są ploteczki reaguje zaskoczeniem i dopiero wtedy otrzymuję skierowanie - czyli mogę zacząć działać. Po prostu ludzie zapominają, po co przyszli, widząc osobę, do której można otworzyć buzię. Tematyka dowolna, wbrew pozorom nie muszą to koniecznie być choroby.
I tak - jestem ta zła, niedobra, której tak ciężko słowo z człowiekiem zamienić. Proszę bardzo, ja mogę rozmawiać, choćby całą dniówkę. A przynajmniej dopóki nie zostanę żywcem zjedzona przez kolejnych pacjentów "Pani, bo ja się spieszę do pracy".

Wiecie, czego ja zazdroszczę kobiecie z początku historii? Że całe życie mogła robić to, co jest jej pasją.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (163)

#78760

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie trochę religijnie, więc osoby, które to uraża proszę o skorzystanie z rollera :)

Sytuacja jeszcze ciepła, dzisiejsza msza. Siedzę w ławce. Z jednej strony dwie starsze panie - w najlepsze plotkują i chichoczą. Z drugiej zakochana parka mniej więcej 15-letnia poszturchuje się, szepcze i również chichocze. Nie dalej, niż pięć kroków matka z dzieckiem - dziecko wrzeszczy ile sił w płucach. Malutkie, nie jego wina, ale na moje w takiej sytuacji się po prostu wychodzi na dwór, a nie zagłusza niemal całkowicie księdza.

Ja nie mówię nikomu, jak żyć, nie palę na stosie. Ale jeśli już przyszedłeś do tego kościoła, to pomyśl człowieku po co.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (232)

#78652

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu na naszą klatkę przybłąkał się pies. Siedział dzień, drugi, dostał jeść, pić, jakiś koc, jednak nikt go nie szukał, więc w końcu zadzwoniliśmy do schroniska. Zareagowali po pięciu dniach, kiedy pies już sobie poszedł. Przyszły dwie wolontariuszki, na oko mniej więcej 13 i 15 lat.

O ile w tak opóźnionym działaniu jestem w stanie dopatrzeć się jakiejś pokrętnej logiki (może sam sobie pójdzie i problem rozwiąże bez udziału schroniska) to jakim... bezmyślnym człowiekiem trzeba być, żeby wysyłać dzieci po nieznane, bezpańskie zwierzę.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (138)

#78581

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyobraźcie sobie dwie filie jednej firmy. Mała, czynna tylko do godz 10 i duża, otwarta do późnego wieczora.
Sytuacja nagminna (co najmniej raz w tygodniu). Do małej przychodzi klient po czasie. Dowiaduje się, że nieczynne, kasa zamknięta, maszyny powyłączane. Dużo po czasie, nie 30 sekund.
Płacz, zgrzytanie zębów, on musi dzisiaj załatwić, bo świat się zawali, niebo pęknie i w ogóle apokalipsa zombie go spotka.

Proszę bardzo, nie ma problemu, załatwi pan, ale trzeba pojechać kawałeczek dalej, 10-15 min tramwajem, bezpośrednio, bez przesiadek.
Reakcja? Eee, nieee... Taki kawał... To ja przyjdę jutro.
Przez trzy lata dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy z propozycji skorzystali.
Oczywiście, ich wola, ale takie wymuszanie i szantaż emocjonalny nie jest ok.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (157)

#77540

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy nie wymawiają (bądź niepoprawnie) głoskę "r". No cóż. Niemiłe, ale mówi się "tludno" i kocha się dalej. Tak, wiem, można to korygować, mam swoje powody, dla których nic z tym nie robię, dopóki da się bez większych problemów funkcjonować.

Ludzie rozumieją mnie bez problemu, a już na pewno nie spodziewałam się cyrków ze strony osoby mi podobnej.

W pracy (laboratorium), każdego klienta muszę zapytać o nazwisko. Tylko dla potwierdzenia, czy nie zaszła jakaś pomyłka, bo i tak mam je napisane na skierowaniu.
Przyszła dzisiaj kobieta, dajmy na to Kurczyńska. Zmieniłam, ale chodziło o nazwisko, które istnieje zarówno w wersji z "l", jak i "r". W każdym razie pani również mówiła niewyraźnie i nie byłam pewna, powtórzyłam więc. (Poniżej piszę, tak jak wymawiałyśmy, jak było słychać. W mojej wymowie wychodzi coś zbliżonego do "L", ale wiadomo doskonale, jaka głoska była w planach).

Ja - Kulczyńska? Przez L jak Lobelt?
Pani - Nie. KuLczyńska. Przez L! Jak Lobelt!
J - Tak, rozumiem. L. Jak Lobelt, albo Lyszald.
P - Nie! L! Jak L-Y-S-Z-A-L-D!

I w koło Macieju. Może nie tyle piekielne, co dziwaczne, że obie miałyśmy dokładnie ten sam problem, a powtarzała po mnie jak echo, jakby nie rozumiejąc, że coś takiego istnieje.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (291)

#77297

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że piekielność nie popłaca.

Czasy wczesnej młodości, obóz harcerski. Jedna dziewczyna z tzw kadry była bardzo złośliwa, często mająca pretensje do przysłowiowego garbatego o proste dzieci, a przy tym zdarzało się jej nadużywać władzy.

Pewnego dnia odbiło jej i postanowiła ukarać mnie i koleżankę za jakąś żartobliwą sprzeczkę, zabierając podwieczorek. Było to jabłko, więc nie chodziło o żadne głodzenie, raczej o sygnał, że wg niej coś jest nie halo i - co tu dużo mówić - jej powszechnie znane łakomstwo. Sama zjadła swój i nasz przydział.

No cóż. Karma bywa podła. Okazało się, że jabłka były najprawdopodobniej czymś pryskane, czy coś w tym stylu, dość, że pomimo umycia wszyscy, którzy je jedli (przypadała jedna sztuka na osobę), mieli lekki rozstrój żołądka. W całym obozie tylko my dwie z koleżanką byłyśmy zdrowe, a owa dziewczyna... Podpowiem, że za wiele jej tego dnia nie było widać:-)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (225)