Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

elfia_luczniczka

Zamieszcza historie od: 24 maja 2015 - 23:54
Ostatnio: 19 września 2017 - 20:12
O sobie:

Pasjami gram w Hearthstone, jeśli ktoś byłby zainteresowany partyjką chętnie wymienię się battle tagiem :)

  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 3705
  • Komentarzy: 146
  • Punktów za komentarze: 805
 
W nawiązaniu do historii: http://piekielni.pl/78437

Swojego czasu dołączyłam do grupy twarzoksiążkowej mającej na celu pomoc bezdomnym kotom z miasta X, w którym mieszkam.

Namówiła mnie znajoma, która sama prowadzi z powodzeniem dom tymczasowy dla kocich znajd. Na grupie często udzielałam się z zakresu pielęgnacji kotów perskich, natomiast nieszczególnie chętnie wypowiadałam się w temacie innych ras, których nie znam aż tak dobrze. Dodatkowo często pojawiały się również ogłoszenia typu kupię/sprzedam/zamienię.

Ale skupmy się na głównym temacie, czyli pomocy kotom bezdomnym.

Otóż pomoc w większości przypadków wyglądała tak, że kilka co twardszych zawodniczek umawiało się np. przy parku jakimś tam, a następnie łaziły po okolicznych krzakach nawołując koty okrzykami "kici, kici!", łapały tyle sztuk, ile udało się im znaleźć i wynieść + kilka zazwyczaj szło za nimi samodzielnie, mając pewnie nadzieję na darmową wyżerkę lub z ciekawości czy innych kocich pobudek. Następnie Obrończynie ładowały zdobycze do auta jednej z nich i... wiozły do domów, dzieląc się po drodze mniej więcej na podobną ilość kotów.

Co robiły później? Każdy z kotów, który był na tyle ufny, by wsiąść z paniami do auta, ew. dał się wpakować na siłę, miał cykaną chwytającą za serce sesję zdjęciową (najczęściej przy misce podczas jedzenia lub w najciemniejszym kącie mieszkania, kiedy siedzi zdezorientowany i wycofany), a na twarzoksiążce pojawiał się milion ogłoszeń o "biednym bezdomniaku szukającym domu na cito".

Poniekąd na pewno była to słuszna idea, bo z pewnością jakaś część kotów znalazła faktycznie nowych opiekunów, ale kilka komediodramatów też się odegrało.

Mianowicie wielokrotnie na grupie ogłaszały się osoby, którym teoretycznie uciekły koty. Koty wychodzące, mieszkające w okolicach "miejsc poszukiwawczych" i z którymi nigdy nie było problemów w zakresie wracania do domu na kolację. Zguby często odnajdowały się u którejś z Wojowniczek (o ile jeszcze nie zdążyły ich wydać do nowych domów). Ilość wyzwisk i epitetów w takich sytuacjach była zatrważająca, pojawiło się też trochę gróźb i oskarżenia o kradzieży kotów, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Panie "uratowały" zachipowanego kota. O obecności chipa dowiedziały się od poszukującej pupila właścicielki.

Okej, rozumiem, że wypuszczanie kota samopas nie jest rozsądne. Ale dobrze odkarmiony, często rasowy, zadbany kot, który nie boi się ludzi, to według mnie nie najlepszy materiał do ratowania, bo na 90% ma stały dom. Samozwańcze ratowniczki podobno kiedyś świsnęły kota z prywatnej posesji (jakiegoś ogrodu/sadu), a kiedy prawowity właściciel zażądał zwrotu zwierza, na grupie wybuchł istny Armagedon.

Kolejną kwestią, przez którą uciekałam z grupy w podskokach były próby wymuszenia, aby wszyscy członkowie grupy bezwzględnie podporządkowały się pomocy kotom w takiej formie, jaką uznały za słuszną Administratorki.

W praktyce wyglądało to tak: godzina 10:30, jestem w pracy. Dostaję wiadomości prywatne od innych grupowiczek, że w okolicy mojej pracy/mieszkania* kręci się jakaś znajda, a pół godziny temu widziano ją np. pod śmietnikiem przy bloku numer 10. I mam natychmiast rzucić to, co robię w tej chwili i iść ratować znajdę (czyt. złapać).

Kilka razy, kiedy byłam w domu podczas takich sytuacji, zgadzałam się, ale tylko pod warunkiem, że organizujemy jakiś transport do weta/domu tymczasowego i koteł długo u mnie nie zabawi. Raz czy dwa tak faktycznie się stało, ale przy kolejnych razach zaczynały pojawiać się głosy oburzenia. Że to przy mojej okolicy, więc mam najbliżej (prawda) i muszę złapać bezdomniaka, ale SAMA mam mu znaleźć dom zastępczy, a najlepiej mam go przygarnąć. Tłumaczenia, że nie mogę, bo nie mam warunków na 3 kota były ignorowane, tak samo jak argument o tym, że nie chcę zapchlić moich persów, a przybłędka najprawdopodobniej ma w futrze koleżków. Byłam zła, okrutna i najgorsza. Nagle to, że nie raz i nie dwa woziłam swoim autem znajdy do lecznicy i w miarę możliwości im pomagałam (np. codziennie dokarmiając) nie miało znaczenia. Mój ulubiony argument: "albo pomagasz na 100% albo tylko udajesz i tak naprawdę tylko szkodzisz zwierzętom".

Podobne sytuacje bywały, kiedy ktoś ogłaszał zgubienie/ucieczkę kota na grupie i jak jeden mąż grupowiczki organizowały akcje poszukiwawcze. W miarę możliwości w nich uczestniczyłam, choćby dlatego, że w ten sposób znalazł się też i mój kot, kiedy spier.. uciekł przez moją nieuwagę i niedomknięte drzwi balkonowe.
Ale próby zmuszania grupowiczek do brania urlopów na żądanie czy L4 w swoich pracach, by mieć więcej czasu na szukanie po całym mieście zguby, uważam za ostrą przesadę. I biada temu, który napisał, że w poszukiwaniach nie może z jakiejś przyczyny wziąć udziału, oj biada... Takimi wyzwiskami to chyba nawet zatwardziali recydywiści się nie obrzucają ;)

Dla własnego komfortu życiowego i zdrowia psychicznego opuściłam towarzystwo, choć nadal w miarę możliwości pomagam kotom. Mam nadzieję, że po obserwacji takich grup osoby chętne do pomocy się nie zrażają, bo naprawdę... nie warto się przejmować.

*Spora część grupowiczek to osoby, które znam ze szkoły/pracy, które wiedzą gdzie mieszkam i pracuję, wielokrotnie spod mojego bloku umawiałam się również na odbiór jakiejś znajdy z innymi grupowiczami, więc mniej więcej każdy kojarzył, z jakiej części miasta są inni, udzielający się członkowie.

twarzoksiążka

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (147)
Mieszkam w bloku.

Sąsiadami w większości są ludzie starsi, natomiast jakiś czas temu na parter wprowadziło się dosyć młode małżeństwo wraz z dzieckiem w wieku około 1,5 roku.


Pomimo tego, że w bloku jest wózkarnia, małżeństwo z maniakalnym uporem stawiało wózek swojej latorośli za drzwiami wejściowymi do bloku. Pomijając to, że ich zachowanie było irytujące ze względu na to, że aby dostać się do skrzynki na listy lub zejść do zabarykadowanej sprzętem piwnicy trzeba było lewitować nad wózkiem, ew. wyszarpać go na środek korytarza, zrobić to, co po co się przyszło i odstawić karetę z powrotem. Uwagi (grzeczne!) były Jaśnie Państwu niejednokrotnie zwracane, najczęściej przez babuszki, które poruszając się o lasce/kulach nie były w stanie przesunąć wózka. Przy każdej okazji tj. spotkaniu parki na klatce schodowej, pytaliśmy z narzeczonym czy chcą sobie dorobić klucz do wózkarni, bo może nie mają, może zgubili, cokolwiek. Odpowiadali, że mają.

Ja i mój narzeczony korzystamy z piwnicy raz na ruski rok, a nasza skrzynka na listy jest zamocowana dosyć wysoko i zazwyczaj udaje nam się dostać do niej bez odsuwania szanownego pojazdu, toteż jakiś czas temu machnęliśmy ręką na upierdliwych sąsiadów i stwierdziliśmy, że "szkoda szczempić ryja".

Ostatnio jednak w bloku nastała III wojna światowa, ogólne zamieszanie i panika, bowiem wózek skradziono!

Pani sąsiadka cała we łzach, nawołuje, czy ktokolwiek widział wózek jej dziecka, bo to nowy, markowy, taki drogi był! Głowa rodziny biega wokół bloku, zaczepia każdego w zasięgu wzroku, pięściami wygraża i Cthulhu wie, co jeszcze.

Niestety wózek się nie odnalazł, pomimo porozwieszania ogłoszeń na okolicznych słupach i wejściu do bloku.


Jeden z sąsiadów (osiedlowy pijaczek) przyznał nawet, że sprzedał go jakiemuś kumplowi za 2 jabole, ale ile w tym prawdy, nie wiadomo.


Cóż, jakoś nie jest mi przykro z powodu ich straty.

sąsiedzi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (304)
Jako, że piekielności, które mnie spotykają najczęściej przypominam sobie czytając historie innych użytkowników, dodaję coś od siebie w temacie osób niepełnosprawnych w szkole.

Na samym początku zaznaczę, że często mam styczność z ludźmi chorymi (co opisałam już w poprzedniej mojej historii), tym razem temat z innego miejsca, niż praca.

Studia.

Temat dzieci niepełnosprawnych w szkołach poruszamy tutaj, od kilku dni, ale jeszcze nikt nie opisał dotąd uczelni wyższej.

W grupie ok. 35 osób (gdzie było tylko 2 chłopaków, a reszta dziewcząt) jeden z kolegów był niepełnosprawny. Nazwijmy go M. M. poruszał się na wózku inwalidzkim, do tego miał "przykurcze dłoni - nie wiem, jak się to fachowo nazywa, w każdym razie pchać kółka w wózku mógł tylko jedną ręką, a druga była tak jakby "podwinięta", szczuplejsza i praktycznie bez żadnych mięśni. Co za tym idzie, nie mógł wykonywać nią żadnych czynności, nie radził sobie nawet z odkręceniem butelki wody i innymi podstawowymi czynnościami. Dodatkowo (prawdopodobnie) był opóźniony w rozwoju - mówił woooolnooo, niezrozumiale i często od rzeczy.

Studiowałam dziennie, a zajęcia odbywały się od poniedziałku do piątku w różnych godzinach. Często mieliśmy tzw. "okienka", bo niestety plan był ułożony beznadziejnie, tak więc zdarzało się, że mieliśmy np. ćwiczenia o 8:30 rano, następne zajęcia o 13:00, a kolejne dopiero o 17:00. Tak więc siedziało się na uczelni nie raz całymi dniami w oczekiwaniu na rozpoczęcie następnych zajęć.

Piekielności zaczęły pojawiać się już w pierwszych dniach po rozpoczęciu roku akademickiego. Otóż w czasie "okienek" każdy starał się zorganizować sobie jakoś czekanie na kolejny wykład, więc chodziliśmy do pobliskiej biblioteki lub galerii handlowej. Ot tak, poczytać czy połazić bez celu, byle nie siedzieć bezczynnie pod salą. Początkowo nikt nie odrzucał M., wręcz przeciwnie. Zawsze pchaliśmy jego wózek tam, gdzie się wybieraliśmy i bez marudzenia pomagaliśmy mu dostać się z powrotem na uczelnię. Wydawał się miły, trochę "ciężko kapujący", ale sympatyczny, więc nie mieliśmy nic przeciwko jego obecności.

1. Problemy zaczęły się już po kilku takich "wypadach". Jako dziewczyny fizycznie nie dawałyśmy rady taszczyć chłopa o ok. 180cm wzrostu i niemałej wadze i po godzinie każda miała już dość. Żadna z nas nie była atletką, a wózek z tak pokaźnych rozmiarów "zawartością" był naprawdę ciężki. W związku z tym (może to nieładnie z naszej strony) przed jakimkolwiek wyjściem zaczęłyśmy wychodzić szybciej, niby w pośpiechu albo innym wyjściem - byleby M. nie zdążył nas zaczepić. Oczywiście kiedy M. zauważał, że jakaś grupka nie bardzo ma ochotę wieźć go na "wycieczkę" próbował zakumplować się z innymi dziewczynami, które po kilku dniach dochodziły do takich samych wniosków, co wcześniejsze koleżanki.

Pewnie niektórzy zadają sobie pytania, czemu nikt mu nie powiedział wprost, o co chodzi? Otóż M. od początku znajomości żalił nam się na swój biedny żywot i na to, że nigdy nie miał znajomych, bo każdy odtrącał go przez "inność". A poza tym, powiedzenie niepełnosprawnemu facetowi "ej stary, sory, ale jesteś za ciężki" też nie byłoby do końca miłe i żadna z nas nie miała odwagi nazwać rzeczy po imieniu.

2. M. nigdy nie prosił o pomoc.

Uczelnia była oczywiście przystosowana do osób niepełnosprawnych. Podjazdy, windy, szmery bajery. Nasze zajęcia często były w różnych częściach budynku i wychodząc np. z jednej sali musieliśmy w 5 minut przerwy zdążyć przejść do budynku obok, by zdążyć na następny wykład. Co robił M. po opuszczeniu pierwszej sali? Ustawiał się przy samych drzwiach i czekał aż ktoś go zawiezie pod właściwe miejsce. Bez słowa, a często też w tym czaise wyciągał telefon/kanapkę i czekał, nie odzywając się do nikogo. Nierzadko zdarzało się, że dopiero przy odczytywaniu listy na następnym wykładzie profesor orientował się, że nikt nie "dostarczył" M. Więc w akompaniamencie uwag, jacy to my niekoleżeńscy, jedna osoba zawsze zostawała oddelegowywana w celu przyprowadzenia M. Schodziło z tym kilkanaście minut, a czas zajęć mijał, bo prowadzący nie zaczynał, póki wszyscy się nie zjawili. M. zapytany, czemu się nie przypomina, bo to przecież żadna złośliwość tylko bardziej zapominalstwo z naszej strony, odburkiwał: "no powinniście się przyzwyczaić już". Tak jakby obowiązkiem studentów było przywożenie na wykład innych studentów.

3. Przeszkadzanie w zaliczeniach

M. nie był orłem na naszym kierunku. Kiedy inni mieli np. 2 terminy zaliczeń, on miał szans "do skutku". Wykładowcy zadawali mu naprawdę najbanalniejsze z pytań i bez mała bili brawa, gdy udało mu się odpowiedzieć. W indeksie piątki i czwórki, a wiedzy zero. Dodatkowo, kiedy zaliczenia były pisemne i M. nie mógł liczyć na podpowiedzi od wykładowców (co przy ustnych egzaminach było nagminne), najczęściej oddawał kartkę 5 minut po jej otrzymaniu. Najczęściej pustą. Zasada była taka, że po zakończeniu pisania, trzeba było opuścić salę, by inni mogli się skupić. W przypadku M. skutek był odwrotny, bo kiedy on wyjeżdżał z sali, trzeba było popodnosić z podłogi torebki/plecaki, poodsuwać na odpowiednią szerokość ławki, a dodatkowo jedna osoba musiała wstać, by otworzyć/zamknąć za nim drzwi. Wykładowcy jakoś nie byli chętni do udzielenia choćby raz takiej pomocy. Szum i harmider przy wyjściu M. zabierał ok. 10 minut naszego czasu. O skupieniu można zapomnieć. A jak M. poprawiał oblane kolokwia? Oczywiście ustnie.

4. Akademik

M. mieszkał w akademiku. Na parterze, by nie było problemu z windami, jednak akademik zbudowany był tak, że w segmencie mieszkały 3osoby - jeden pokój 2osobowy i jedna "jedynka", dzielona łazienka i kuchnia.
Od współlokatorów M. często słyszeliśmy skargi, że M. woła któregoś ze współlokatorów, by zrobił mu kanapkę czy podniósł coś z ziemi, bo on sam nie może dostać. Niby nic, ale przy 50 takich prośbach dziennie można było dostać szału. Współlokatorzy skarżyli się również do administracji, gdzie nikt nie mógł nic zrobić. M. co prawda miał własnego opiekuna, ale jego rola składała się tylko z przywiezienia go rano na uczelnię i dostarczenia do akademika po skończonych zajęciach. Nic więcej. Tak więc współlokatorzy zostali przymusowymi niańkami.


Z uwagi na powyższe sytuacje, M. nie lubił nikt. Nie pożyczaliśmy mu notatek - zresztą, nigdy nawet ich nie chciał, bo wiedział, że zaliczenia zdobędzie ustnie z pomocą wykładowców i kontakt był ograniczony do minimum. Do dziś pamiętam sytuację, kiedy M. obraził się na całą grupę i plotkował o naszej bezduszności przez miesiąc, gdy dowiedział się, że jedna z koleżanek robiła parapetówkę i nie zaprosiła go. Koleżanka mieszkała na 6 piętrze bez windy, więc chyba spodziewał się wniesienia go na górę. M. często bywał roszczeniowy i uważał, że "należy mu się".

Dlatego też podzielam zdanie wszystkich, którzy nie akceptują klas integracyjnych i tego typu dobrodziejstw. Ani to potrzebne, ani przydatne. Jesteś niepełnosprawny? Przykro mi, ale nie mam zamiaru traktować Cię ulgowo z tego względu. Tak samo jak nie jest moim obowiązkiem noszenie na rękach moich zdrowych koleżanek, tak samo nie muszę tachać Twojego wózka. Mogę pomóc, ale nie znoszę być do takiej pomocy zmuszana.

PS: M. zakończył swoją karierę studenta po 1 roku, a jego rodzice straszyli uczelnię kuratorium i innymi wynalazkami za min. nie dostosowanie warunków do potrzeb studenta niepełnosprawnego. Co było wierutną bzdurą.

uczelnia

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (226)
Na fali historii ślubno/weselnych dodam również coś od siebie.

Zostałam jakiś czas temu poproszona przez moją najlepszą przyjaciółkę (Olę) o bycie świadkiem na jej ślubie. Radość ogromna, ale i odpowiedzialność. Tak więc dzielnie pomagałam wybrać wianek, kolor dekoracji w sali weselnej, szukałam najlepszej w okolicy kapeli, bo ani przyjaciółka ani jej przyszły mąż nie bardzo wiedzieli, jak się zabrać do tematu oprawy muzycznej... Generalnie byłam na każde zawołanie Młodych, ale ani przez chwilę nie byłam tym zmęczona czy zniecierpliwiona. Każdemu życzę takiej przyjaciółki, jaką mam ja, więc tym bardziej zależy mi na tym, by jej ślub był najpiękniejszy na świecie :)

Ostatnio jednak Ola chodziła jakaś przygaszona, bardziej nerwowa. Od słowa do słowa, wyszło na kłótnię rodzinną. A poszło właśnie o zbliżąjący się ślub i moją na nim rolę.

Otóż Ola ma ogromną rodzinę. Jej matka posiada osiem sióstr i jednego brata, a żadne z rodzeństwa nie pozostało bezdzietne, tak więc kuzynek i kuzynów jest aż nadto. Ola nie ze wszystkimi utrzymuje bliższe kontakty, większość kuzynostwa spotyka na komuniach dzieci czy pogrzebach, a z żadną z tych osób nie umawia się na pewno na kawę, piwo czy plotki. Nikt też nie zaproponował Oli pomocy przy organizacji wesela.

Mimo to kilka ciotek skrzyknęło się, wzięło i obraziło. Z tego, co Ola mi przytoczyła, głównami zarzutami kierowanymi do Oli było:
- "bo jak to obcego na świadka brać?! Nie wypada!"
- "mojej Karolince, Asi i Martynce jest tak bardzo przykro, że ja nie wiem, czy my na to wesele pojedziemy! One tak liczyły, że którąś z nich wybierzesz!"
- "Przecież wiadomo, że młoda para ze świadkami jest na każdym zdjęciu, a moja Paulinka przecież jest modelką! Dużo lepiej będzie wyglądała na zdjęciach, niż ta twoja koleżanka."
- "Gdzie to dziewuszysko się do kościoła nadaje z tymi wytatuowanymi rękami! Ksiądz Wam przez nią ślubu nie udzieli!"

I parę innych kwiatków też się pojawiło, ale zbyt długo przytaczać...


W każdym razie Ola nie wymieniła mnie jednak na którąś z kuzynek, ale zastanawia mnie, czy naprawdę dla ciotek takie sprawy są aż tak istotne? Według nich lepiej wziąć na druhnę pociotka, którego widziało się ostatni raz 5 lat temu i nie ma się z tą osobą o czym rozmawiać, niż przyjaciółkę, którą zna się od piaskownicy i na której zawsze mogło się polegać?
I wreszcie: nawet jeśli wybór panny młodej nie przypadł do gustu rodzince, to czy nie lepiej dać sobie spokój z kłótniami i cieszyć się szczęściem drugiej osoby?

Kompletnie nie rozumiem toku myślenia tych kobiet.

ślub

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (283)

#77877

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już zdarzyło mi się wspomnieć w poprzednich historyjkach, pracuję na infolinii medycznej, a moja praca polega między innymi na odbieraniu połączeń od pacjentów.

Nasza infolinia (jak pewnie większość) jest podzielona na konkretne działy, a każdy dział składa się z kilkuosobowej grupki konsultantów. Razem ze mną w "naszym" dziale pracuje 9 osób, ale historia będzie dotyczyła dwóch z nich, powiedzmy X i Y.

Otóż rozumiem i w pełni popieram zatrudnianie osób z różnymi niepełnosprawnościami, bo uważam, że taki pracownik może często okazać się lepszym niż niejedna osoba pełnosprawna, a jeśli defekty zdrowotne nie utrudniają w znacznym stopniu obowiązków, to kompletnie nie widzę różnicy w tym, czy mój kolega/koleżanka ze stanowiska obok jest w pełni zdrowa czy też nie, natomiast uważam, że przy zatrudnianiu X i Y ktoś mocno się pomylił albo nie przemyślał sprawy do końca.

Na początek opiszę X:

Sympatyczny, pomocny chłopak, zna standardy i procedury, nie ma na niego skarg merytorycznych, a prywatnie też można się z nim dogadać. A to na piwo w piątek można wyjść, a to do pracy mnie podrzuci, normalna znajomość, absolutnie nie mogę powiedzieć, że go nie lubię. Problem niestety pojawia się w momencie, kiedy X zaczyna... mówić, co w pracy "na słuchawce" jest jakby konieczne.

X się jąka. I to nie w jakimś niewielkim stopniu czy w stresogennych sytuacjach. Zazwyczaj do powiedzenia "dzień dobry" składa się na 5-6 razy, a wymówienie np. nazw ulic (nie daj Boże ul. Bohaterów Warszawy, ul. Ludwika Zamenhofa czy inne podobnie długie nazwy!) zajmuje mu około 2-3 minut. Nie wspominam już o ewentualnym literowaniu nazwisk czy jakichś typowo medycznych, trudniejszych do wymówienia słówek.

Praca z X jest uciążliwa z tego względu, że podczas kiedy ja odbiorę np. 5 połączeń, X kończy dopiero pierwszą rozmowę. Tak więc jesteśmy w pracy tyle samo godzin, ja "przerobię" w tym czasie 150 pacjentów, a on może 40. Biorąc pod uwagę, że jako konsultanci jesteśmy rozliczani np. z tego, ile czasu pacjenci spędzają czasu na odebranie ich połączenia (w skrócie: jeśli miesięczna średnia czasu oczekiwania wynosi powyżej 1,5 minuty, to nie dostajemy premii) i każdy stara się jak najszybciej wszystko pozałatwiać, by przejść do kolejnej rozmowy, to można się wkurzyć, bo X notorycznie nam tę średnią zaniża.
Co więcej, przynajmniej kilka razy dziennie pozostali konsultanci odbierają połączenia od pacjentów, którzy np. zostali umówieni na wizytę przez X, ale mimo tego, że go słuchali, nie udało im się zrozumieć na kiedy, gdzie i do kogo mają się udać na tę wizytę. Są to połączenia generowane tak naprawdę bez sensu, bo ten sam człowiek musi zadzwonić 2 razy, żeby załatwić jedną i tę samą sprawę. A naprawdę szału można dostać, jak któraś z rzędu osoba prosi o wyjaśnienie tego, co powinna dowiedzieć się w pierwszej rozmowie. Żeby nie było - to nie wina pacjentów i im absolutnie nikt nie daje odczuć, że niepotrzebnie znowu do nas dzwonią.
X nie widzi problemu. No przecież poinformował, powiedział, załatwił. A to, że zrobił to niezrozumiale? Przecież to nie jego wina!

Z kolei Y to człowiek starszy od X, po 30., z zespołem Downa. O ile nie można narzekać na jego wiedzę i znajomość procedur, tak na sposób mówienia jak najbardziej.
Nie dość, że drze się tak, że słyszy go całe piętro (pracujemy na tzw. open space), to mówi niezrozumiale, bełkotliwie, szybko i tak chaotycznie, że nawet siedząc obok niego i znając problem pacjenta nie rozumiem nic z tej gadaniny. A jak ma go zrozumieć pacjent? No właśnie.
Codziennością są też telefony od pacjentów, którzy z nim rozmawiali i skargi na obsługę. Pacjenci kończą z nim rozmowę i dzwonią ponownie, żeby:

a) dowiedzieć się, czy zostali umówieni czy nie, bo w sumie nie zrozumieli
b) wydrzeć się i zwyzywać konsultantów i firmę za to, że pozwala pracownikom na picie alkoholu w pracy.

Tak, autentycznie ludzie myślą, że facet, który 5 minut temu ich obsługiwał, był pijany w sztok i dlatego mówił tak nieskładnie. A że nieprofesjonalnym byłoby powiedzieć "konsultant jest trzeźwy, tylko ma Downa", no to musimy kombinować.


Szefostwo wie o problemach, jakie generują nasi koledzy, ale nic z tym nie robi. Niejednokrotnie sugerowaliśmy, że może chłopaki powinni zostać przesunięci z odbierania połączeń na jakieś inne stanowiska (znalazłoby się bez problemu np. odsłuchiwanie i ocenianie rozmów, obsługa skrzynki @). Zwolnieni też nie mogą zostać, no bo przecież wiedzę mają większą od niejednego "zdrowego" konsultanta i wiedzą o naszej pracy wszystko.


Według mojej opinii nic się nie da zrobić, tylko czekać, aż chłopcy znajdą inną pracę albo cokolwiek zmusi ich do odejścia z firmy. Jednak szczerze nie rozumiem, co miał w głowie rekruter podczas zatrudniania ich...

call_center

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (232)
A chciałam tylko skomentować historię #74265... Niestety wyszło za długo jak na komentarz, czyli pomysł dodania tej historii zawdzięczam KatiCafe :)

Z punktu widzenia rejestratorki medycznej piekielnych Pacjentów można dzielić na kategorie, wymieniać bez końca i przytaczać niezliczone ilości anegdotek.
Zacznijmy od tego, że styczność z pacjentami mam tylko przez telefon, pracując na infolinii ogólnopolskiej, jednak w każdym większym mieście mamy swój oddział, do którego mogę zapisać zainteresowanego. Co więcej, pracuję w dziale prywatnym - pacjenci korzystają tylko i wyłącznie odpłatnie.
Skupię się na najczęściej spotykanych piekielnościach, z którymi mierzę się codziennie od ponad roku:

1. 'Pani mnie wciśnie, ja muszę!'

Sytuacja, która irytuje mnie zawsze w równie mocnym stopniu.
Pani Ania chce wizytę do dr Kowalskiej, dajmy na to neurologa. Potrzebne pilnie, dziś lub jutro. Terminu nie ma, jednak w takiej sytuacji mogę (ale nie muszę!) zaproponować przekazanie pani dr maila z opisem sytuacji i prośbą o zgodę na wizytę dodatkową. Jak się pani dr zgodzi przyjąć to pielęgniarka zadzwoni i zapisze na konkretną godzinę. A jak się nie zgodzi? To pielęgniarka i tak oddzwoni i poinformuje o decyzji lekarza.

Zazwyczaj przekazujemy takie prośby w sytuacjach kontynuacji leczenia lub kiedy pacjent faktycznie uzasadni, dlaczego nie może poczekać tygodnia, tylko musi na już.
Załóżmy więc optymistycznie, że się udaje, dr Kowalska ma dobre serduszko i pozwala zapisać nadprogramową pacjentkę. Na karcie pani Ani dumnie widnieje wizyta na jutro.
A jutro pani Ania bez wcześniejszego odwołania/przełożenia/poinformowania nie przychodzi na umówiony termin. Dzwoni za to po 3 dniach żądając następnej wizyty. Kiedy kolejny raz lekarz się zgadza, sytuacja się powtarza.
I naprawdę nie przesadzam! Niektórzy pacjenci potrafią mieć umawianych z sześć wizyt 'dodatkowych' i dopiero na siódmą docierają. A i to nie zawsze.

Wniosek?
a) krzyki i awanturowanie się są sytuacją nagminną, kiedy rejestratorka informuje, że dr Kowalska nie zgodziła się na KOLEJNĄ dodatkową wizytę lub w ogóle nie przekazuje prośby o dodatek, bo pacjentka nie skorzystała już z kilku poprzednich,
b) przez podobne akcje inne pacjentki mają coraz większe trudności z dostaniem się do lekarza, bo wizyt po prostu nie ma! Wszystko porezerwowane, ale finalnie może połowa z umówionych wizyt faktycznie się odbywa.

2. 'Bo ja potrzebuje na CITO'

Przyjmujesz stałe lekarstwa i nie możesz dopuścić do przerwania kuracji? Jutro masz operację, przed którą musisz dostarczyć dokumentację medyczną? W środę wyjeżdżasz do Tajlandii i nie wykonałeś jeszcze niezbędnych przed podróżą szczepień?

Co z tego? Zadzwoń na infolinię i zwyzywaj rejestratorkę do siedmiu pokoleń wstecz, kiedy ta próbuje Ci wytłumaczyć, że pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć, ponieważ:

a) lekarza dotychczas wypisującego recepty nie ma w pracy, a żaden inny specjalista nie podejmie się przepisania silnych leków, jeśli nie widział na oczy człowieka, który będzie te leki zażywał. Poza tym, jeśli ktoś nie pilnuje własnych leków to niech pretensje ma do siebie.
Możecie się drodzy Czytelnicy domyślić, ile telefonów dziennie odbieram, gdy zaniepokojony pacjent mówi: 'bo ja dzisiaj zażyłam ostatnią tabletkę i nie mam już dawki na wieczór...'

b) Dział Dokumentacji ma kilka dni na przygotowanie wydruków. Z różnych względów nie da się tego przyspieszyć, bo część potrzebnej papierologii może być w archiwum, część na drugim końcu miasta, więc potrzeba 2-3 dni, by wszystko zebrać w jedno miejsce.
A po drugie: dlaczego pacjent zamawiający dokumentację tydzień temu ma czekać kolejny dzień na swoje wydruki? Osoby zatrudnione do dokumentacji nie mogą rzucić wcześniejszych zgłoszeń w pi*du i zająć się gapowiczem, który zapomniał o własnej operacji i formalnościach z nią związanych.

c) wiele szczepień działa dopiero po 2-3 dawce, a czas, który należy odczekać między kolejnymi dawkami to często tydzień lub miesiąc. Nie da się zrobić pełnego cyklu szczepień w ciągu jednej wizyty u lekarza.

Niestety lwia część pacjentów tego nie rozumie, o wszystko obwiniając rejestratorkę/lekarza/system/NFZ/wstaw cokolwiek. Wszystko, byle nie samego siebie i własne gapiostwo.

3. 'Co za różnica, gdzie zadzwonię?'

Jak wspomniałam, pracuję na infolinii ogólnopolskiej. Co więcej, infolinia ta ma IVR, czyli zapowiedź, której pacjent musi wysłuchać przed połączeniem. Zapowiedź mówi wyraźnie: 'aby połączyć się do działu X, wciśnij 1, aby połączyć się do Y wciśnij 2 i tak dalej'.

Nie jestem wybitna ze statystyki, ale obstawiam, że max 10% dzwoniących łączy się prawidłowo.
Najczęściej próby połączenia Pacjentów wyglądają w ten sposób, że próbują wdusić wszystkie klawisze po kolei, a jak nie działa to i wszystkie jednocześnie. Gdzieś się połączą przecież, więc co za różnica? Ano różnica. Otóż dział umawiający płatne konsultacje nie ma dostępu do umawiania wizyt na NFZ, Medycyny Pracy i tysiąca innych rzeczy. Nie ma dostępu, bo i po co ma mieć, skoro w zakresie obowiązków ma obsługę jednego typu pacjentów? Każdy inny rodzaj usług można umówić pod odpowiednią cyferką na IVR.
Jednak mimo tej oczywistej sprawy, codziennie trzeba kilkadziesiąt razy tłumaczyć ludziom jak krowie na rowie.
Najczęściej próby wyjaśnienia i podpowiedzi, jak połączyć się odpowiednio kończą się na tym, że pacjent:

a) wydziera się, że nie ma czasu na pierdoły i mam mu pomóc tu i teraz,

b) kompletnie nie widzi różnicy w tym, z jakim działem rozmawia. Przecież to jedna firma, prawda? Więc w czym problem?

c) próbuje przekonać rejestratorkę, że na zapowiedzi nie było nic o tym, czego on potrzebuje. Odpowiedź 'było, pod numerem 1 pan się tego dowie' skutkuje powrotem do punktu "a".

Przepraszam, że tak długo, dziękuję tym, którzy wytrwali do końca!
Jeśli odbiór będzie pozytywny, mogę podzielić się wieloma innymi kwiatkami z miejsca pracy :)

słuzba_zdrowia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (248)

#69195

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko.
Historyjka nieco humorystyczna.

Bratowa powiła dziecię. Jako, że wraz z mężem (moim bratem) na stałe mieszkają w Anglii, pierwsze moje spotkanie z nowym członkiem rodziny nastąpiło w piątym miesiącu jego życia, kiedy to całą trójką przyjechali na 2 tygodnie do Polski.

Przyjechali do mojego mieszkania, standardowa kawka, herbatka, jak się maleństwo chowa, jak życie za granicą, prezent dla synka od dumnej cioci oczywiście też się pojawił - normalne rodzinne spotkanie. Nic nie przepowiadało armagedonu, który miał za chwilę nadejść.
A sprawcą wybuchu okazał się być... mój kot.
Uwaliło się bydle na takiej interaktywnej macie dla malucha, która była rozłożona na podłodze. Jako, że jest to pers i mógł zakłaczyć dziecku matę zawołałam w jego stronę 'Psssiiko! Wojtek, to nie twoje, złaź!'.
I się zaczęło.
Jak ja mogłam nazwać kota takim samym imieniem, jakie nosi ich syn?! Dowiedziałam się też, że jestem złośliwa, bezczelna i natychmiast mam 'przechrzcić' zwierzaka. Co z tego, że on na to imię reaguje! To niedorzeczne, oburzające, a ja jestem nieodpowiedzialna!
W pierwszej chwili mnie zatkało. Próbowałam obrócić sytuację w żart, jednak bezskutecznie. Dowiedziałam się, że jak będę mieć swoje dzieci to dopiero wtedy MOŻE zrozumiem, jak bardzo mojej rodzinie ubliża fakt, że byle futrzak jest nazywany tak samo, jak mój bratanek.
Generalnie rozmowa skończyła się fochem, zbieraniem rzeczy w tempie ekspresowym i trzaśnięciem drzwiami.

Być może reakcja brata i jego szanownej małżonki była w pewnym stopniu uzasadniona, gdyby nie fakt, że mój kot ma już prawie dziesięć ludzkich lat i rodzinka znała go już wcześniej, wiedziała również, jak się wabi.

W rozmowie telefonicznej z bratem (udało mi się dodzwonić dopiero po kilku dniach, wcześniej połączenia były odrzucane) usłyszałam dodatkowo, że nie spodziewali się po mnie takiego zachowania, bo uznali, że sama domyślę się, że muszę zmienić kotu imię, kiedy dowiedziałam się o tym, że ich pierworodny będzie nosił dumne imię Wojciech. A dzwoniłam tylko po to, żeby porozmawiać na spokojnie, bo jakby nie było kłócić się nie zamierzałam.

No nie domyśliłam się, przykro mi.

wesoła rodzinka

Skomentuj (67) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 673 (743)
Pracuję na infolinii. Nie wciskam garnków, nie przekonuję nikogo do zmiany abonamentu - przeciwnie. Odbieram telefony o tematyce medycznej i pomagam pacjentom się umawiać na wizyty, często doradzam i staram się pomóc.

Sytuacja z dziś:

Dzwoni zaniepokojony Pan Mąż, którego małżonka jest w ciąży. Tydzień temu odebrali wyniki badań, które podobno wyszły niepokojąco i dostali zalecenie, żeby na CITO umówić się na USG.
Państwu zależy na jednej konkretnej placówce, bo tam podobno sprzęt najlepszy i oczywiście wizyta ma być na już. No ostatecznie na jutro (sobota).
Ok, ciąża ważna sprawa, więc staram się dostosować do oczekiwań pacjenta termin wizyty. Najpierw pytam o skierowanie. Nie mają. No bo nie pomyśleli, lekarz nie dał, więc nie mają... (skierowanie ważna rzecz, bo na podstawie takiego pisemka jestem w stanie przyspieszyć termin wizyty).

Sprawdzam dostępność wizyt i widzę terminy na poniedziałek. Na sobotę niet, bo pełna rezerwacja, ale poniedziałek to przecież też dość bliski termin.
Państwu nie pasuje, bo MUSZĄ jutro. Sytuacja bez wyjścia, bo dorosły człowiek nie rozumie, jak mówię, że bez skierowania nie przyspieszę w żaden sposób dla nich badania i po raz kolejny pytam, czemu nie poprosili o skierowanie przy odbieraniu wyników.

Facet prawie płacze do słuchawki, słyszę pikanie niezablokowanych klawiszy w jego komórce, więc domyślam się, że pewnie ściska smartfona z całych sił i najchętniej tak właśnie ścisnąłby mnie, licząc na to, że wyciśnie ze mnie termin na USG.
Zlitowałam się (choć nie musiałam, bo jeśli pacjent nie ma pisemnego zalecenia, to tak naprawdę nie muszę w żaden sposób pomagać mu przyspieszyć wizyty) i dzwonię do jednego z naszych najbardziej ugodowych ginekologów w nadziei, że zgodzi się na dodatkową pacjentkę w dniu jutrzejszym:

(J)a: Dobry wieczór panie doktorze, z tej strony XX z YY. Mam na linii męża pacjentki, pacjentka w takim a takim tygodniu ciąży, potrzebuje USG na jutro, bo badania źle wyszły... Pan mówi, że zalecenie dostali, żeby koniecznie na jutro, poniedziałek już za późno dla nich. Da radę na jutro ich upchnąć jeszcze?
(L)ekarz: A skąd to zalecenie mają?
(J): No z przychodni A na ulicy B...
(L): To niech skierowanie wezmą i jutro na 13.15 zapraszam.
(J): Nie mają skierowania, takie słowne to zalecenie dostali.
(L): Słowne zalecenie? Na CITO?! A zapisz ich na jakiś wolny termin i mi głowy nie zawracaj, jakby coś poważnego było, to by wszystko na piśmie dostali!

Wracam więc do rozmowy z nieszczęśliwym małżeństwem i przekazuję, co usłyszałam od lekarza (nieco bardziej kulturalnie oczywiście). Pan zaczyna krzyczeć, że po cholerę im opieka prywatna, jak u nas to nigdy nic nie ma, terminy jak na NFZ, on to pie*#oli i jak jego żona chore dziecko urodzi, to sumienie do końca życia mi nie da spokoju, bo co to ma znaczyć, jego żona MUSI więc ja też MUSZĘ JEJ ZAPEWNIĆ wszystko, czego potrzebuję!! W ogóle to skargę będzie pisał, więc prosi o przełączenie do DOKu. Przykro mi, DOK do 18.00 pracuje, zapraszam do kontaktu w dniu jutrzejszym.
Tutaj odpuszczę sobie przytaczanie epitetów, którymi zostałam obrzucona.

Za gapiostwo samego zainteresowanego standardowo oberwało się mnie, bo przecież konsultant może wszystko, tylko nie chce, prawda? :)

A wystarczyło poprosić o skierowanie...

call_center lekarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (437)
Dzisiaj będzie o jedzeniu. A raczej o niejedzeniu.

Jako, że w ostatnim czasie przyszło mi udzielać się na grupach internetowych związanych z obroną zwierząt, miałam okazję korespondować z osobami ściśle przestrzegającymi diety wegetariańskiej lub wegańskiej. Szanuję drogę, jaką te osoby obrały i choć sama nie wyrzekam się spożywania mięsa, rozumiem ich wybór.
Jednak przypomniała mi się historia z czasów liceum, przez którą na wegetarian patrzę nieco z przymrużeniem oka.

Miałam w klasie koleżankę, powiedzmy Anię. Ania mięsa nie jadła, bo nie chciała brać udziału w machinie napędzającej masowe zabijanie zwierząt, pochylała się nad każdym rozdeptanym ślimakiem, nigdy nie zrywała kwiatków, bo to przecież też życie itp. Jak na szesnastolatkę była bardzo wytrwała w swoich postanowieniach, lecz z czasem (w okolicach trzeciej klasy liceum) jej zainteresowania zaczęły przeradzać się w fanatyzm:

1. Ania zaczęła odmawiać kupowania zeszytów, w związku z czym nie robiła na lekcjach notatek, nie odrabiała prac domowych itp. Ponieważ papier jest wykonany ze ściętych drzew, a ona nie będzie sponsorować mordowania natury. Rodzice Ani często byli wzywani do szkoły, bo nauczyciele skarżyli się na nieprzygotowaną uczennicę, która konsekwentnie odmawia nawet napisania sprawdzianu na podanej przez wykładowcę wydrukowanej kartce papieru. Jednak efektów ani poprawy nie było wcale, Ania zawalała każdą kartkówkę, bo oddawała czyste kartki.

2. Ania na początku liceum bardzo mnie polubiła. Głównie za to, że kiedyś przy jakiejś rozmowie powiedziałam, że nie jem większości gatunków mięsa. Było to zgodne z prawdą, do tej pory lubię tylko mięso kurczaka, inne po prostu mi nie smakuje. Dziewczyna bardzo się starała, żebym zrezygnowała również z tego produktu, indoktrynowała mnie opowieściami o nieszczęśliwych kurkach, aż dobitnie powiedziałam jej, że:

a) lubię kurczaka i nie mam zamiaru go nie jeść,
b) to, że nie jem innego mięsa nie wywodzi się z ideologii, tylko z prostego faktu, że mi nie smakuje,
c) moja mama na pewno nie pozwoliłaby mi odstawić wszystkiego, co ma pochodzenie zwierzęce, bo odkąd pamiętam, potrafiłam złamać rękę przy byle upadku z huśtawki, a krupnik na kurzych nóżkach to zmora mojego dzieciństwa.

Tak więc Ania zaczęła się na mnie odgrywać za nieczułe serce. Jednym z jej psikusów było wlanie do mojego plecaka czerwonej farby, która zapewne miała imitować zwierzęcą krew (?!).

3. Ania bardzo lubiła indoktrynować również innych kolegów z klasy. Potrafiła wręcz wybiec z sali z przeraźliwym piskiem i płaczem, bo ktoś ośmielił się wyciągnąć przy niej kanapkę z szynką. Jeśli nie miała akurat ochoty na histerię, robiła coś odwrotnego – przysiadała się do takiej osoby i ze szczegółami opowiadała o cierpieniach, jakich musiało zaznać stworzenie, zanim zostało przerobione na plasterek szynki. Czasem przez te jej opowieści ludzie mieli odruch wymiotny, więc posłusznie chowali kanapki, zanim Ania zaczęła się nakręcać.

4. Oczywiście do szkoły Ania przyjeżdżała rowerem. Płacenie za bilet w autobusie było dla niej dokładaniem pieniędzy do zatruwania środowiska, a kurs prawa jazdy był równoznaczny z licencją na uśmiercanie przyrody. Raz próbowała przebić opony w samochodzie kolegi, jednak zanim tego dokonała przyuważył ją woźny i zaprowadził do dyrektorki. Standardowo wezwano rodziców, ale nie przyniosło to efektów.

5. Ciuchy i akcesoria ze skóry rzecz jasna nie wchodziły w grę, dlatego rezolutna Ania pewnego dnia przecięła scyzorykiem klapę nowej, skóropodobnej torebki innej dziewczyny. Znów akcja z rodzicami, tym razem również bez nawrócenia, ale pieniądze za torebkę podobno oddali.

Pewnie zapytacie, czemu nikt się nie postawił jednej dziewczynie wątłej postury i po co 20 osób pozwoliło się terroryzować? Otóż to nie było takie proste. Ania była pod stałą opieką szkolnego pedagoga, u którego żaliła się na okrucieństwo świata, a każde docinki w jej stronę spotykały się z pogadanką u tegoż pedagoga, że Ania jest wrażliwa, nie robi nikomu krzywdy i powinniśmy zaakceptować jej odmienność, bo jesteśmy stadem nietolerancyjnego bydła. Ponadto, poza szkołą również Ania uczęszczała na jakąś terapię psychologiczną, więc wychowawczyni katowała klasę kazaniami, że niby rodzice Ani płacą za terapię córki, a my jako klasa jesteśmy zobowiązani do pomagania jej, ponieważ Ania ma słabą psychikę i wszystkie nasze komentarze wypłakuje u swojej terapeutki.

Dlatego, o ile potrafię uszanować chęć niesienia pomocy środowisku (i popieram!), o tyle nie potrafię w dniu dzisiejszym zaakceptować tzw. eko-świrów, a wszelkie próby nawracania mnie na weganizm (co zdarza się również na grupach internetowych) olewam i nawet nie wdaję się w dyskusję. A każdy wegetarianin do końca życia chyba będzie mi się kojarzył z nawiedzoną dziewczyną z tłustymi włosami (Ania nie używała szamponów, ponieważ podobno WSZYSTKIE są testowane na zwierzętach ;))

szkoła

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 355 (457)
W związku z pozytywnym odbiorem mojej historii, postanowiłam opisać również dalszy rozwój szkolenia.

Egzamin sprawdzający gotowość do pracy odbył się dziś.
Zaliczyło 7 osób, pozostałe dwie – jak się można domyśleć chodzi o Szanowne Matki nie przekroczyły 30% poprawnych odpowiedzi, a wymagane było 75%.
Ale po kolei.

Dziś rano został nam przedstawiony grafik na czerwiec. Uwzględniając to, że jest on układany pod ponad 200 osób i każdy zgłasza wcześniej preferowane godziny pracy i ewentualne wolne, którego potrzebuje, ułożenie takiego grafiku, by dogodzić wszystkim jest niemożliwe.
(B) wpadła w histerię, gdy przy swoim nazwisku zobaczyła zmiany od 8 do 16. Bo ona NIE MOŻE! Ona ma przecież MAŁE DZIECKO! Poszedł foch, że ona się nie zgadza na takie warunki, to jest kpina i w bojowym nastroju poszła wykłócać się do przełożonej.

Gdy dowiedziała się, że może zamieniać się na zmiany z innymi pracownikami we własnym zakresie, ale oficjalny grafik nie zostanie zmieniony, postanowiła, że najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tą sytuacją będzie metoda 'na złość babci odmrożę sobie uszy': podczas testu nie zajrzała nawet na stronę www, z której mogliśmy korzystać – były na niej wszystkie potrzebne informacje i nawet, jeśli nic się nie pamiętało, wszystko można było sprawdzić. Zaznaczała odpowiedzi A, B, C na przemian, nie czytając nawet treści kolejnych pytań. Nie zdała.

Druga Pani Mama nie potrafiła wpisać nawet poprawnej nazwy strony internetowej (rzecz szalenie trudna – nazwa firmy.pl), a trener umyślnie nie podpowiedział jej poprawnej pisowni. Po 3 tygodniach szkolenia warto byłoby wiedzieć, jak nazywa się firma, w której ubiega się o pracę. Własnych notatek nie posiadała, na szkoleniach średnio słuchała prowadzącego, więc na własną wiedzę liczyć nie mogła.
Po teście płacz i zgrzytanie zębów, bo one chcą test poprawić! Trener wyjaśnia, że nie przewidują takiej możliwości, ponieważ czasu na zrozumienie tematu było aż nadto.

Kariera Szanownych Pań skończyła się szybciej, niż się zaczęła, oczywiście wyzwiska w stronę kadry i innych uczestników szkolenia, bo niby niekoleżeńscy jesteśmy i nie pomogliśmy w potrzebie.
Jedyną pamiątką po pracy, której finalnie nie dostały są wspomnienia z firmowej imprezy, na którą oczywiście przybyły. Imprezę również postaram się opisać.

Na koniec smaczki z udziałem Pań, które zapamiętam na długo:

- Rozmowy podczas przerwy, odbywające się 10cm od osób jedzących drugie śniadanie:
(B) – Jak ja mojemu staremu mówię, że mu nie dam, to on na to, że sam se weźmie! Za kłaki i na wersalkę!
(K) – Eee, mojemu to już ledwo staje. Ale jak już się łóżkujemy (co to za słowo?!) to mu nie pozwalam w środku mi kończyć! Te prezerwatywy to drogie są, poza tym komu się chce do sklepu lecieć, jak go ochota najdzie, he he he!

Z trudem powstrzymałam odruch wymiotny, gdy rozmowa zeszła na temat wydzielin ich mężów i miejsc, gdzie trafiają. Reszta towarzystwa równie zniesmaczona, a na dyskretne pochrząkiwanie i zażenowanie na naszych twarzach nie reagowały.

O miłości dla zwierząt:
(B) – No, moja suka to pięć małych urodziła niedawno, nikt nie chce kupić.. A to ratlerki rasowe są!
(K) – A wywieźcie gdzieś za miasto, albo utopcie w wannie jak wasz mały będzie spał, żeby się dziecko nie zestresowało, że przy nim topicie.

„Ratlerki” z rasą nie miały nic wspólnego, zwykłe kundelki. B. pokazywała mi zdjęcia, bo byłam zainteresowana wzięciem dwóch szczeniaków dla babci, która mieszka na wsi i odkąd jej ukochany Nero zdechł ze starości, szuka mu godnego zastępstwa. B. wolała psy utopić, niż oddać za mniej, niż 350zł za sztukę.

Do tego wszystkiego dochodziło oczywiście robienie permanentnego syfu w pokoju socjalnym, z którego korzystaliśmy razem ze stałymi pracownikami i wyzwiska w stronę dziewczyn proszących o pościeranie rozlanego mleka, czy umycie po sobie naczyń. Bo przecież to gówniary jakieś, które nie mają prawa zwracać uwagi kobietom, które prowadzą własne gospodarstwa i o utrzymywaniu porządku wiedzą wszystko.

Jak dobrze, że tego testu nie zdały. Nie wytrzymałabym chyba kolejnych dni w ich obecności.

praca

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 494 (566)