Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

emceflaler

Zamieszcza historie od: 27 maja 2017 - 19:08
Ostatnio: 17 listopada 2017 - 13:55
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 1325
  • Komentarzy: 72
  • Punktów za komentarze: 481
 

#80614

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno szukałam pracy.

Wymagań nie miałam jakichś wielkich, chciałam tylko, aby praca była od poniedziałku do piątku (w weekendy studiuję), nie w gastronomii i nie na nocki. Praca i tak byłaby pracą dodatkową (mam pracę zdalną, która jest nieźle płatna i nie zajmuje mi wielu godzin), więc na spokojnie sobie szukałam. Trafiłam na takie świetne oferty:

1. "Praca dla studentów zaocznych, elastyczny grafik, możliwość pogodzenia pracy z nauką."
Na rozmowie okazało się, że praca jest od poniedziałku do soboty po 8 h dziennie, czasami też w niedziele. To kiedy ja mam iść na te studia? Co ciekawe, takich ofert miałam mnóstwo, niby dla studentów, ale chcą na pełen etat 7 dni w tygodniu. Po co marnować czas, skoro taki student i tak się nie zatrudni?

2. Praca dorywcza, w moim zawodzie, na stanowisku stażysty - asystenta.
Poszukują pracownika z dyplomem uczelni wyższej (najlepiej magister), statusem studenta, doświadczeniem minimum 2 lata, własnym komputerem, programem komputerowym i z orzeczeniem o niepełnosprawności. I frytki do tego. Dodam, że w tej branży osoby po studiach raczej nie bawią się w żadne staże (bo mają je już za sobą), tylko zakładają własną działalność. Oferowane wynagrodzenie to oczywiście najniższa krajowa (za pełen etat). Nic, tylko brać!

3. Praca dla studentki na stanowisku recepcjonistki w salonie urody.
Ogłoszenie zwyczajne, praca 8-16, wynagrodzenie odpowiednie, jak za taką robotę, nic podejrzanego. Po telefonie okazało się, że to praca w godzinach 10-22, w salonie masażu, na stanowisku masażystki. Do obowiązków należy wykonywanie masażu manualnego intymnych części ciała (dokładnie tymi słowami mi to przedstawiono). No cóż, przynajmniej płacili przyzwoicie, ale jakoś nie skorzystałam.

4. Praca fizyczna przy produkcji, wynagrodzenie 18,50 zł brutto.
Stawka całkiem fajna, przed świętami przyda się dorobić, więc lecę na spotkanie rekrutacyjne. Babeczka zachwala pracę, że taka fajna, lekka, cudowna, normalnie robota życia, stawka też taka świetna, w dodatku teraz będą ją zmieniać... no i ogólnie praca super mega fajna, tak mi opowiada w kółko o tym, dlaczego od razu pokocham tę robotę. Tak mnie zaciekawiła informacja o zmianie stawki, więc pytam o szczegóły - jaka to zmiana? No do końca miesiąca będzie 18,50, a potem 10 zł na rękę. Był 25, do końca miesiąca zostało ledwie kilka dni roboczych, to bym sobie dorobiła...

5. Praca w centrum miasta, mi to pasuje, bo nie będę musiała dojeżdżać.
W ogłoszeniu podkreślone, że praca w centrum, dogodny dojazd tramwajem i autobusem. Na rozmowie okazało się, że w centrum mieści się główna siedziba firmy, natomiast miejsce pracy będzie 30 km za miastem. Osoba prowadząca rozmowę powiedziała wprost, że nakłamali w ogłoszeniu, bo nikt nie chciał dojeżdżać tak daleko.

6. Na rozmowie o pracę dowiedziałam się, że stawka podana w ogłoszeniu była zawyżona o 3 zł, bo nikt nie chciał przyjść za taką kwotę, jaką oferowali.
Super.

7. Na rozmowie: "No wie pani co, bo my już mamy kogoś na to stanowisko, ale ta osoba pracuje u nas już od miesiąca, a pracownicy uciekają nam tak średnio po dwóch miesiącach. Jak tamta osoba złoży wymówienie, to zadzwonimy do pani”.
Dzięki, nie musicie dzwonić.

8. Praca biurowa, w moim zawodzie, godziny 6-14, fajna stawka.
Na rozmowie okazało się, że po pierwsze moje niedoszłe stanowisko jest już obstawione (od dwóch lat), po drugie oni nie chcą nikogo na to stanowisko, tylko na kuchnię, po trzecie praca jest od 3-4 rano, a po czwarte stawka jest znacznie niższa. Po co więc szukali kogoś z mojej branży na zupełnie inne stanowisko? Wystarczyło dać ogłoszenie, że szukają kucharki, a nie osoby do pracy biurowej. Niestety niedoszła szefowa nie umiała mi tego wytłumaczyć, nie odpowiedziała też na pytanie, dlaczego zaprasza mnie na rozmowę o 6 rano, skoro w moim CV widać, że nie jestem po szkole gastronomicznej i nie pracowałam w zakładzie żywienia zbiorowego (przynajmniej nie na kuchni, tylko w biurze).

Byłam na kilkunastu rozmowach o pracę i z każdą kolejną byłam coraz bardziej załamana. Finalnie znalazłam sobie fajną pracę w moim zawodzie, ale co się nachodziłam, to moje. Przynajmniej teraz mogę się pośmiać z propozycji pracy na stanowisku masażystki okolic intymnych.

praca

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (157)

#80466

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno pewna drogeria zorganizowała kolejną edycję promocji na kosmetyki kolorowe (-55%).

Okazja całkiem fajna, a że miałam do kupienia dwie droższe rzeczy i akurat przechodziłam koło galerii, to weszłam do sklepu. Był to pierwszy dzień promocji, godzina 12, czyli ledwo co wszystko się zaczęło, ale piekielnych klientów całe tłumy.

Ja nie wiem, czy niektórzy są na tyle głupi, żeby nie ogarnąć, że szminka z napisem "TESTER" służy do przetestowania, czy może to kwestia braku kultury, ale pełno dziewczyn mazało się po łapach nowymi szminkami. Co potem robiły z taką szminką? Oczywiście odkładały na półkę. To samo z pudrami, podkładami, tuszami, cieniami, chyba wszystkim, co tylko się dało. Większość rzeczy miała testery, ale co tam, lepiej wysmarować swoje brudne dłonie szminką, którą ktoś potem nałoży na usta. Można też wysmarować taką szminką usta, co tam, że można zarazić kogoś opryszczką albo samemu coś złapać od poprzedniej "testerki".

Opakowanie się złamało podczas szarpaniny albo niechlujnego otwierania na siłę? To nic, przecież można odłożyć na półkę i udawać, że nic się nie stało. Spadł lakier i się rozlał na ziemi? To też nic, kto by się przejmował takimi głupotami, najwyżej ktoś wdepnie w ten syf i zniszczy sobie buty. Co gorsza pracownice, które stały obok (3 albo 4 dziewczyny) nawet słowem się nie odezwały, że ktoś otwiera albo niszczy jakiś kosmetyk. Stały, patrzyły i nic (nie, nie były zajęte dokładaniem towaru ani niczym innym, one tylko udzielały porad klientom).

Druga sprawa - tłumy przy szafach. Wiadomo, że taka promocja to okazja, ale żeby od razu zastawiać swoim ciałem całą szafę, wpychać się na chama i taranować ludzi? Deptać celowo po stopach, rozpychać się łokciami i przy tym rzucać mięsem na lewo i prawo? Nawet świnie przy korycie zachowują większą kulturę. Akurat w takich przepychankach przodowały wypindrzone, eleganckie paniusie. Szpilki, elegancki płaszczyk, tona tapety i przepycha się taka przez ludzi używając przy tym łokci i klnąc jak szewc.

No nic, jakoś zgarnęłam, co chciałam, nawet udało mi się wybrać nieotwierane przedmioty, idę więc jeszcze po żel pod prysznic. Jak myślicie, co było poupychane w alejce żeli pod prysznic? No oczywiście kosmetyki do makijażu, bo przecież komu by się chciało je odnosić na miejsce. Były one upchnięte także w dziale z kocią karmą i chemią do domu (a sklep jest ogromny, chemia jest bardzo daleko od kosmetyków do makijażu). Szczytem było znalezienie kupki kosmetyków na podłodze w dziale z rzeczami dla dzieci (ktoś sobie po prostu rzucił kosmetyki tam gdzie stał). Syf był ogromny, a od otwarcia galerii minęły może ze 3 godziny.

Na koniec jeszcze jakaś babka zrobiła awanturę przy kasie i zwyzywała kasjerkę od pań lekkich obyczajów. Powodem było to, że jaśnie pani była trzecia w kolejce i musiała poczekać pół minuty (4 kasy otwarte), a biedna kasjerka zaproponowała jej skorzystanie z kasy samoobsługowej. Jak to, jaśnie pani ma się sama obsłużyć? Od czego są te leniwe k... na kasie?

Kolejną promocję chyba sobie odpuszczę albo zamówię online z dostawą do domu.

sklepy

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (81)

#80373

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie długa ulica. Wzdłuż ulicy szeroki chodnik i bloki. Chodnik jest na tyle szeroki, że można na nim zaparkować prostopadle i jeszcze zostanie przepisowe miejsce dla pieszych. Jedynym wyjątkiem jest jeden blok, który wygospodarował sobie jakiś metr na trawnik, albo raczej coś co miało być trawnikiem (teraz jest to po prostu błoto ogrodzone krawężnikiem).

Przed tym jednym blokiem dłuższe auta (np. dostawcze albo kombi) nie mogą parkować prostopadle, ale teoretycznie to nie problem, bo to tylko jakieś 5 miejsc parkingowych, a na ulicy naprawdę nie ma problemu z parkowaniem. Praktycznie jest to oczywiście ogromny problem dla niektórych ludzi.

Idę sobie ostatnio, a tu pani prosi o pomoc z wyciągnięciem wózka z błotka, jakiś kretyn zastawił chodnik, a pani próbowała przejechać obok i się zakopała. To nic, że dalej były wolne miejsca, idiota musiał postawić po raz kolejny swojego dostawczaka akurat w tym miejscu. Co ciekawe dostawczak miał już kilka razy ozdobę w postaci blokady na koła, ale właściciel uparcie stawia go w tym samym miejscu, zastawiając dosłownie cały szeroki chodnik. Ludzie łażą przez błoto, ktoś tam dzwoni po straż miejską, straż przyjeżdża, zakłada blokadę i tak w kółko, już od kilku tygodni. Głupota, czy co?

Inna sytuacja, idę sobie tym nieszczęsnym chodnikiem, a tu mi przed nosem parkuje babka jakimś wypasionym mercedesem, oczywiście zastawia chodnik pod sam krawężnik, z tyłu ma jeszcze całkiem sporo miejsca. Pytam się jej więc grzecznie czy może się cofnąć, bo tu chodnik, ludzie nie mogą przejść, a ta drze japę, że ona nie będzie się pięć razy przestawiać, bo jej na paliwo szkoda! No to pani się chociaż przestawi to pół metra w tył... Nie, bo mi się nie chce, ile razy mam się poprawiać! No cóż, poprawiaj się kobieto tyle razy aż się nie nauczysz parkować, a jak nie pamiętasz ile trzeba zostawić miejsca dla pieszych, to straż miejska chętnie udzieli informacji.

Babka przestawiła się dopiero po tym jak ktoś jej zagroził wezwaniem SM.
Codziennie przechodzę koło tamtego miejsca i codziennie widzę odciski butów w błocie i samochody z blokadami na kołach. Serio tak ciężko stanąć przepisowo albo zaparkować dziesięć metrów dalej? Przypominam, że wolne miejsca są, z drugiej strony bloku jest też wielki parking dla mieszkańców.

parkowanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (110)

#80244

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego razu jechałam z koleżanką tramwajem. Środek zimy, na dworze mróz, w środku odkręcone ogrzewanie.

Siedzimy sobie spokojnie, aż tu nagle coś poczułam. Lekki smrodek z każdym oddechem zmieniał się w coraz paskudniejszą mieszankę wszelakich zapachów. Pot, stęchlizna, mocz, odchody, wszystko to było czuć naraz, oczywiście ogrzewanie mocno podkręcało efekt. Koleżance oczy wychodzą z orbit, ja zaczynam oddychać przez szalik, wszyscy dookoła zatykają nosy i uciekają.

Odwracam się i widzę potencjalnych sprawców - dwóch amatorów tanich trunków, po których widać że ostatnie spotkanie z prysznicem przeżyli wieki temu. No cóż, zdarza się, przesiadłyśmy się dalej. Tramwaj tymczasem dojechał na przystanek, wpadło trochę świeżego powietrza, żule wysiedli, wszyscy odetchnęli z ulgą. Niestety już po chwili cały ten smród znowu do nas doleciał. Ludzie przesiedli się jeszcze dalej, część wysiadła, nam zostały 2 przystanki, myślimy że damy radę. Stanęliśmy w korku, smród staje się tak paskudny, że już po prostu nie ma czym oddychać, kierowca otwiera okno dachowe, ale to nie pomaga.

Wszyscy uciekają na drugi koniec tramwaju, w strefie skażenia zostaje jedynie niezidentyfikowany do tej pory śmierdziel - elegancka staruszka. Pełny makijaż, moherowy beret, torebeczka, biżuteria i futro. Naturalne, stare, osikane i zasyfione futro. Przysięgam, w życiu takiego smrodu nie czułam, zarzygany menel pachniał przy tej pani jak najlepsze perfumy. Babka zasmrodziła calutki tramwaj (a tramwaje wcale nie są małymi pojazdami). Pomimo wielkiego zmęczenia wysiadłyśmy wcześniej, podejrzewam że w drodze do kolejnego przystanku mogłabym puścić pawia.

Pani nie była zniedołężniała, miała siłę na to żeby się umalować i wystroić. Miała też całą górę złotej biżuterii na sobie, więc do biednych nie należała. Tylko nie pomyślała o tym, by się umyć i wywalić to nieszczęsne zasikane futro...

Do wrażliwych nie należę, zazwyczaj ignoruję takie sytuacje, ale jak myślę o tym dzisiaj to ciągle pamiętam ten smród. Jak można doprowadzić się do takiego stanu i jeszcze zgrywać przy tym wielką damę w biżuterii i futrze?
Uprzedzając pytanie: okien nie dało się otworzyć, w zimie są zablokowane.

komunikacja_miejska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (125)

#79495

(PW) ·
| Do ulubionych
Do niedawna pracowałam w popularnym fast-foodzie. Knajpa jest w dużym mieście, w obleganym miejscu, więc klientów mamy sporo. Bardzo dużo ludzi przychodzi z dziećmi i właśnie o nich będzie ten post. Zazwyczaj wizyty rodzin przebiegają bezproblemowo, jednak kilka sytuacji zapadło mi w pamięć.

1. Godzina 7 rano, przychodzi pani i od progu drze się w stronę kasjera "pan da zestaw dziecięcy z nuggetsami!". Kasjer tłumaczy kobiecie, że niestety nie ma takiej możliwości, bo jest teraz oferta śniadaniowa i nie ma nuggetsów, może dać co innego. Babka popatrzyła i powtarza "pan da nuggetsy, pan chyba mnie nie zrozumiał, to DLA DZIECKA!". No niestety, nuggetsów nie mamy dla nikogo, ani dla dziecka, ani dla prezydenta i papieża, nie ma i koniec. Do babki nie docierały żadne tłumaczenia, ona chce nuggetsy dla dziecka i mamy jej dać bo to dla dziecka, a dziecku nie można odmówić bo to dziecko. No cóż, ciekawe metody wychowawcze. Finalnie babka wyszła obrażona po rozmowie z kierownikiem, oczywiście bez tych nieszczęsnych nuggetsów.

2. Siedzę sobie w okienku drive i przyjmuję płatności. Często dmucham tam też balony, jak ktoś poprosi to mu daję, ale tym razem balony się skończyły. Podjeżdża auto, w środku rodzice i trójka dzieci. Pan płaci, po czym mówi, że chce 3 balony. Ja mu na to, że niestety dzisiaj nie mamy. Na to facet "ale jak to nie macie, ja obiecałem dzieciom, macie mi dać!". Dzieci usłyszały, że nie ma balonów i w ryk, bo one chcą. Facet mi nie odjeżdża tylko doprasza się tych balonów, ja mu mówię że nie mam, ten dalej swoje. Dopiero jak mu powiedziałam, że na pocieszenie może dzieciom kupić dodatkowe zabawki do zestawów (płatne 6 zł za szt.) to pojechał dalej. I po co obiecywał dzieciom te balony?

3. To samo okienko drive, przyjmuję płatność. Facet po zapłacie mówi, że chce jeszcze bitą śmietanę w kubku. Niestety, nie sprzedajemy takiego czegoś, może kupić lody z bitą śmietaną (kupował zwykłe lody, dla dziecka). Na to facet zrobił się najpierw czerwony, potem zielony, zaczął się dusić, pluć i wrzeszczy "jak to kurtka nie dacie mi bitej śmietany? To dla dziecka, które lubi śmietanę, taka wielka firma chce stracić klienta bo skąpicie bitej śmietany dla dziecka? To DLA DZIECKA, macie mi dać!!!".
Jak już skończył wrzeszczeć i histeryzować, popłakał się (!) i odjechał. Oczywiście dziecko siedziało obok i wszystkiego słuchało. Tak trudno wyjaśnić dziecku, że nie może dostawać wszystkiego na co ma ochotę? Albo chociaż kupić dziecku lody z tą ulubioną bitą śmietaną?

4. Mikołajki. Kolega przebrał się za Mikołaja, przygotowaliśmy upominki dla dzieci (zabawki ze starych serii zestawów dziecięcych), kolega miał to rozdawać. Dzieci zadowolone, a rodzice?:
- Bo ta zabawka jest jakaś brzydka, można wymienić?
- Bo to jest ze starej serii, wymieńcie mi na tą z nowej serii.
- Bo w domu mam jeszcze 10 dzieci i dla nich mi dajcie 10 zabawek.
- Ta zabawka jest jakaś mała i brzydka, jak możecie takie śmieci dawać? Kupcie coś lepszego następnym razem!
No nie, następnym razem nic nikomu nie damy.

5. Znowu śniadania, tego dnia wyjątkowo nie sprzedawaliśmy tostów - popsuł się toster. Przychodzi babka o 7 rano i chce kupić 5 tostów, my oczywiście przepraszamy i proponujemy coś innego. Na to babka zrobiła się czerwona ze złości, warknęła "przez was wy (panie lekkich obyczajów) moje dzieci pójdą głodne do szkoły! Jak się z tym czujecie wy (ponownie panie lekkich obyczajów)??". No cóż, tuż obok jest sklep spożywczy, piekarnia, stacja benzynowa, Żabka, my mamy mnóstwo innych produktów. Chyba jednak dzieci nie muszą głodować.

6. Przychodzi facet z niemowlęciem w wózku. Maluch ma może ze 3 miesiące, jeszcze nawet nie siedzi. Pan zamawia zestaw dziecięcy, po czym prosi mnie żebym pokazała zabawki. Mówię mu, że zabawki są obok w gablocie, ale on chce koniecznie dostać je do ręki bo dziecko małe i nie widzi z takiej odległości. Ok, myślałam, że facet pewnie przyszedł z drugim dzieckiem, które już gdzieś tam popędziło, podaję kilka zabawek do wyboru. Na to koleś podstawia je temu niemowlakowi i mówi żeby wybierał. Przypominam, niemowlak nawet jeszcze nie umiał siedzieć, na pewno nie rozumiał co ma zrobić. Ale mądry tatuś się nie poddaje, pokazuje każdą zabawkę maluchowi, pyta co chwilę którą chce. Ja patrzę na niego jak na wariata, nie wiem czy facet czeka aż mały mu odpowie czy co? W końcu powiedziałam mu, że małemu chyba najbardziej spodobał się piesek, na szczęście ojciec podzielił moje zdanie i wziął pieska. Po 15 minutach rozmowy z niemowlakiem.

7. W weekendy odwiedza nas najwięcej rodzin, zatrudniono więc hostessę. Dziewczyna bawi się z dziećmi, robi zwierzątka z balonów, maluje buzie, rozdaje kolorowanki i inne gadżety. Fajnie? No nie, ciągle są jakieś pretensje. Jak nie o to, że w środku tygodnia o godzinie 23 nie ma hostessy, to o to, że hostessa jest w pracy. "Na uj pani do nas podchodzi, mieliśmy szybko wyjść, a teraz mały chce balona i inne głupoty! Wypier... !". Jest hostessa, która oferuje za darmo przypilnowanie i zabawianie dzieci, a ludziom jest jeszcze źle, serio.

Oczywiście nie są to sytuacje wyjątkowe, codziennie znajduje się ktoś, kto domaga się specjalnego traktowania i stawania na głowie z powodu dziecka. Czy to naprawdę taki duży problem wyjaśnić dziecku, że nie zawsze dostanie wszystko czego chce?

gastronomia

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (175)

#79325

(PW) ·
| Do ulubionych
Wróciłam do pracy po urlopie i przypomniało mi się, dlaczego nie lubię pracować na drive thru w fast-foodzie. Piekielności związanych z obsługą klientów na linii drive jest cała masa, ale wymienię te, które wynikają ze zwykłej głupoty i bezmyślności, pominę takie "drobnostki" jak notoryczny brak kultury (niektórych chyba rodzice wrobili i zamiast "dzień dobry" nauczyli mówić "cheeseburgera raz!", dla innych "poproszę" to jakiś obcy wyraz...). Zatem po kolei:

1. Jeśli ktoś nie miał okazji korzystać z drive to szybko opowiem na czym to polega. Podjeżdża się do mikrofonu, oznaczonego wielką cyfrą "1" i napisem "zamów", składa się zamówienie, następnie podjeżdża się do okienka "2" z napisem "zapłać", na końcu podjeżdża się do okienka "3" - "odbierz". Wszystko jest tak skonstruowane żeby nie było problemów ze skorzystaniem, nawet osoby które są pierwszy raz powinny się połapać co i jak. Niestety, nie dla każdego oczywiste jest to, że podjeżdża się najpierw do punktu 1, potem do 2 i 3. Nie mamy możliwości przyjmowania zamówienia w okienku 2 i 3 ale mimo to wiele osób ignoruje punkt z wielkim napisem "zamów tutaj" i jedzie od razu do okienka "zapłać". Potem jest wielki foch że muszą podjechać jeszcze raz i czekać w kolejce, albo wejść do środka.

2. Podjeżdżanie do okienka "zapłać" również jest często źródłem problemów. Jak łatwo się domyślić, właśnie w tym okienku się płaci, trzeba więc podjechać na tyle blisko by móc to zrobić. Linia drive jest szeroka (z myślą o większych samochodach), a często kierowcy stają jak najdalej od okienka. Oczywiście robi się wtedy problem z zapłatą, po pieniądze mogę się wychylić, ale terminal na kartę ma kabel, kabel ma swoją długość, nie można go ciągnąć nie wiem gdzie. Oczywiście znajdują się tacy, co uparcie wychylają się z auta i ciągną ten nieszczęsny terminal, bo stanęli metr od okienka a pasażer musi wpisać pin. Raz udało się wyrwać terminal, dzisiaj widziałam że kabel jest znowu naderwany.

3. Drive thru powstało z myślą o obsłudze pojazdów. Zatem na linii drive obsługujemy tylko pojazdy - samochody, motocykle, rowery. Mimo to znajdują się osoby które podchodzą na piechotę do okienka i chcą obsługi. Zazwyczaj po wysłaniu ich do środka restauracji następuje wielki foch bo im się nie chce iść a w środku jest kolejka. Sorry, nie ja to wymyśliłam, takie są zasady. Co ciekawe, osoby którym się nie chce iść do środka i tak musiałyby podejść po odbiór zamówienia do okienka "3", które jest właśnie obok drzwi wejściowych, więc za dużo drogi by sobie nie oszczędziły. Szczytem wszystkiego była pewna Karyna, przedstawicielka gatunku "madka", która podeszła z wózkiem dziecięcym i wrzeszczała że ma zostać tu obsłużona bo jej się należy. Nie pomogły prośby o opuszczenie miejsca w którym jeżdżą samochody (czasami jakiś kretyn się rozpędzi i wyjeżdża rozpędzony zza budynku, prosto na drive), nie pomogły zapewnienia o tym, że do restauracji spokojnie wejdzie z wózkiem (jest przystosowana dla dzieci i osób niepełnosprawnych). Pomogło dopiero zamknięcie jej przed nosem okienka.

4. Wyobraźcie sobie sytuację: podjeżdża klient na drive, zanim powiem "witamy" on już rzuca "chcę dwa zestawy i lody", po czym gaz do dechy i jedzie. Ale jakie zestawy? Z czym? Jakie lody? No tego już pan nie sprecyzował, przez co musiał stać od nowa w kolejce. Często też się zdarza że muszę dopytać o coś, np. rozmiar, smak, w odpowiedzi słyszę" "no normalny rozmiar", "ja nie wiem", "taki jak ostatnio", "co pani tyle pytań zadaje". A wystarczy od razu powiedzieć konkretnie co się chce zamówić.

5. Przed zapłatą trzeba złożyć całe zamówienie - jak dla mnie oczywista sprawa, najpierw się mówi co się chce a potem się płaci. Niestety, dla niektórych wcale nie jest to oczywiste, spotkałam się z osobami które najpierw chciały zapłacić a potem się zastanowią co chcą. Ciekawe czy w markecie też najpierw idą do kasy zapłacić a potem wybierają co sobie kupią. Oczywiście odmowa spotyka się z wielkim fochem i obrazą majestatu, a sugerowanie wejścia do restauracji i spokojnego przemyślenia wyboru działa jak płachta na byka.

6. Skoro zamówienie składa się do mikrofonu, to gdzieś po drugiej stronie musi siedzieć osoba w słuchawkach i słuchać co ten gość mówi. Logicznie myśląc, trzeba mówić w stronę mikrofonu, najlepiej w miarę głośno i wyraźnie, ale oczywiście gdyby ludzie myśleli logicznie to bym tu nie pisała. Notorycznie zdarza się, że ludzie mówią w pięć osób na raz, przekrzykując się nawzajem - nic nie rozumiem, muszę prosić kilka razy o ciszę i kolejne składanie zamówienia. Zdarzają się osoby które podjadą pod okienko z włączoną muzyką, czasami nawet nie słyszę czy ktoś coś do mnie mówi, w słuchawce słyszę samo bumbumbum. Prośby o wyłączenie muzyki rzadko działają. Hitem była babka, która mówiła do mnie przez zamkniętą szybę, widziałam to dobrze na kamerze. Potem, po daremnej próbie porozumienia się przez zamknięte okno samochodu (nic nie słychać, ani u mnie ani u kierowcy) podjechała z mordą pod okienko i oczywiście pretensje, że mikrofon nie działa. Po wyjaśnieniu że trzeba otworzyć okno baba zrobiła focha i pojechała, mówiąc że więcej tu nie wróci. No oby!

7. "Czy zamówienie zgadza się na ekranie?" - to pytanie zadaję każdej osobie którą obsługuję. Na ekranie powinna wyświetlić się lista zamówionych rzeczy oraz cena, gość powinien zerknąć czy wszystko się zgadza i potwierdzić. Niestety, ze trzy czwarte osób nie sprawdza czy na pewno wszystko jest dobrze. Ja mogłam coś źle usłyszeć, klient mógł coś źle powiedzieć (większość osób przekręca nazwy albo zapomina co chciała wziąć), zdarza się. Niestety, ponieważ klient nie chce stracić kilku sekund na sprawdzenie zamówienia potem robi się problem, oczywiście sprawa kończy się wielkim fochem, czasami dochodzą jakieś wyzwiska i groźby.

8. Na koniec mały smaczek - nad wjazdem na drive wisi wielka tablica z napisem "H=2,7", chodzi oczywiście o maksymalną dopuszczalną wysokość pojazdów które mogą wjechać. Wyobraźcie sobie, że są osoby które pytają o to co to za kanapka "H" za 2,70 zł :)

Może nie są to jakieś wybitnie piekielne sytuacje, ale po kilkudziesięciu takich klientach już na prawdę wszystkiego się odechciewa.

gastronomia

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (186)

#78930

(PW) ·
| Do ulubionych
Akcja miała miejsce wiele lat temu.

Miałam wtedy 13 albo 14 lat, właśnie wracałam z przystanku do domu.

Kilka dni wcześniej przeprowadziliśmy się na wieś, więc oczywiście nikogo nie znaliśmy, nikt też nie znał nas. Idę sobie poboczem, aż tu nagle zatrzymuje się auto i jakiś facet pyta mnie, czy znam Kowalską. Odpowiedziałam, że znam, a o co chodzi? Pan powiedział, że jest listonoszem i ma dla Kowalskiej pieniądze, więc mam jej przekazać, bo rzekomo nikogo nie zastał w domu, po czym… po prostu wręczył mi 230 zł. Podstawił potwierdzenie odbioru do podpisania, ja podpisałam, pan odjechał.

Listonosza zupełnie nie zastanowiło, kim ja jestem, jak się nazywam, czy te pieniądze faktycznie oddam Kowalskiej. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że podpisałam się jako Nowak, więc można zakładać, że nie jestem z rodziny. Po prostu zaczepił pierwszą osobę na ulicy (w dodatku dziecko) i dał 230 zł.

Tak się składa, że Kowalska to moja mama (mamy inne nazwiska), ja oczywiście oddałam pieniądze, ale co gdyby listonosz trafił na kogoś, kto by ukradł tę kasę? Co by powiedział, że dostarczył pieniądze jakiemuś dziecku, ale nie wie, co to za dzieciak ani jak się nazywa? Co więcej, mama cały czas była w domu i czekała na ten przekaz, listonosz nawet nie pofatygował się do drzwi. Piekielności związanych z tym listonoszem było znacznie więcej (np. nigdy nie dostarczył żadnej przesyłki, nikomu, jeździł autem i rozwoził awiza, a na pocztę było ponad 5 km...), finalnie facet wyleciał w końcu z roboty.

Do dzisiaj zastanawia mnie, czy on był tak leniwy, że ryzykował utratę 230 zł, czy może po prostu aż tak głupi.

poczta

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

#78606

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspomniałam w poprzedniej historii (http://piekielni.pl/78396), pracuję w restauracji typu fast-food. Codziennie przychodzi do nas mnóstwo ludzi, więc i trafić na jakiegoś idiotę nietrudno.

Jakiś czas temu wpłynęła na nas skarga od bardzo oburzonego klienta. Pan poczuł się znieważony, obrażony i domagał się zwolnienia koleżanki, która go obsługiwała. Powód?

Mamy w swojej ofercie kanapkę z mięsem i szynką. Dużo osób brało tę kanapkę w wersji bez mięsnego kotleta, z samą szynką. Szanowny klient zażyczył sobie kanapkę bez mięsa. Koleżanka na kasie zapytała go, czy kanapka ma być również bez szynki.

I się zaczęło... Pan dostał jakiegoś ataku wścieklizny, zaczął wyzywać dziewczynę od najgorszych, no bo jak ona śmie go pytać o takie coś! Przecież powiedział, że ma być bez mięsa, czyli bez żadnego mięsa! On nie jest mordercą, nie będzie jadł padliny!

Na drugi dzień wpłynęła skarga, z której wszyscy się po prostu uśmiali - i tylko współczuję osobie, która musiała użerać się z kretynem i przepraszać go w imieniu firmy za to, że koleżanka zapytała, czy chce kanapkę z szynką.

gastronomia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (234)

#78396

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w restauracji typu fast-food.

Restauracja jest bardzo popularna, codziennie mamy tłumy klientów, a co za tym idzie - trzeba czasami poczekać trochę dłużej na zamówienie.

Pewnego dnia przyjechała do nas karetka, ratownicy wpadli, żeby coś zjeść. W lokalu pełno, kolejka pod drzwi, ale widać, że ekipa z karetki zbytnio się nie spieszy, przynajmniej do czasu. Podczas składania zamówienia (dosyć sporego) sanitariusz powiedział mi, że... mają wezwanie i mamy się pospieszyć i im to wydać jak najszybciej, bo oni muszą jechać.

Powiedziałam, że nie da rady wydać im tego od razu, będą musieli poczekać około 10-15 minut, ale jak chcą, to możemy im przygotować to zamówienie za jakiś czas, kiedy wrócą (czasami tak robimy na prośbę klienta, nikt z tym nie ma problemu). Ale nie, oni chcą teraz i mamy się pospieszyć.

Zamówienie wydaliśmy po 10 minutach. Karetka odjechała na sygnale, a wszyscy zbierali szczęki z podłogi. Szkoda, że ciepłe hamburgery są ważniejsze niż czyjeś życie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (241)

1