Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

hanka_bez_pudla

Zamieszcza historie od: 21 listopada 2014 - 10:21
Ostatnio: 4 października 2017 - 15:02
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 877
  • Komentarzy: 62
  • Punktów za komentarze: 450
 

#78635

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostałam dziś wczesnym popołudniem w progu własnego mieszkania zwyzywana od agresywnych psychopatek, które straszą ludzi jeszcze bardziej agresywnym psem.

Wiązanka powyższa padła z ust pani śniadej, urody na oko cygańskiej, (pierwszy raz w życiu widziałam dziewczę na oczy; ani to sąsiadka, ani dostawczyni jedzenia, tym bardziej nie listonoszka). Przyczynkiem był widok nie tyle mnie, co mojej owczarki niemieckiej, która wytoczyła się z mieszkania przodem i panią śniadą leniwie obwąchała.

Pani nie przekonało to, że wypuściłam psa przodem, gdyż kilkanaście sekund wcześniej dzwoniła natarczywie do drzwi i kilkakrotnie szarpała za klamkę. A także to, że w podobnych okolicznościach w moim bloku zdarzały się wcześniej kradzieże.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (168)

#78546

(PW) ·
| Do ulubionych
Ależ mi się dziś z okazji protestu taksówkarzy przypomniało! Piekielni byliśmy chyba z panem taksówkarzem po równo...

Rzecz działa się jakieś 3 lata temu w Poznaniu. Polski Bus, na który miałam wykupiony bilet powrotny, ku mojemu zdziwieniu odjeżdżał z innego dworca niż ten, na który przyjechałam. Zdecydowałam się więc złapać taksówkę i spróbować zdążyć dojechać na docelowy dworzec na peryferiach. Upewniłam się jeszcze u taksówkarza, że jest szansa, iż w kwadrans zdążymy.

Cóż, nie zdążyliśmy, taksówkarz nie gnał na złamanie karku, ale podjął się wyzwania, więc postanowiłam, że zostawię mu większy niż standardowo napiwek. Spojrzałam na taksometr, na którym świeciła kwota 22 złote, z portfela wyciągnęłam 30 złotych, po czym pan taksówkarz rzucił mi magiczną kwotę złotych... 56.

[J]a: - Przepraszam, ile?
[T]aksówkarz: - No, 56.
[J]: - Eee... Jakim cudem?
[T]: - Taka jest opłata.
[J]: - Ale na taksometrze widnieje kwota 22 złote!

Taksówkarz błyskawicznie wcisnął jakiś przycisk i 22 zmieniło się w 56.
[T]: - Bo za kurs jest 22, ale opłata za włączenie klimatyzacji to 34 złote, wyszło 56, nic na to pani nie poradzę. W ramach promocji zabiorę panią z powrotem na dworzec, skoro pani nie zdążyła na ten autobus, bo i tak wracam na stanowisko.
[J]: - To jest usługa dodatkowa, jak mniemam? Ta klimatyzacja...
[T]: - No tak... Tu ma pani cennik.

Taksówkarz mówiąc to wyciągnął spod fotela pasażera jakiś świstek papieru i machnął mi nim przed oczami.
[J]: - Ale ja mam przyklejoną na szybie taryfę opłat, która w rozumieniu kodeksu cywilnego jest ofertą handlową. I tu nie ma ani słowa o opłacie za klimatyzację!
[T]: - Oj, nie musiałem pani mówić, że włączam, domyśliłem się, że będzie pani się milej jechało.
[J]: - Rozumiem... Proszę w takim razie przygotować 24 złote.
[T]: - ?!
[J]: - Właśnie udzielam panu w myślach porady prawnej, a to kosztuje 80 złotych. Odliczamy kwotę za przejazd i klimatyzację, więc pan jest mi winny 24 złote.

Taksówkarz zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. Moje szczęście, a jego pech chciał, że byłam dość elegancko ubrana (jechałam na poważny wywiad), a w ręku trzymałam wyraźnie oznaczone kserokopie dwóch tomów akt sądowych, które dostałam od rozmówcy na użytek przygotowywanego tekstu.

Musiał uznać widocznie, że jestem prawniczką, bo... wyrwał mi z ręki już wydrukowany paragon z kwotą 56 złotych, podwiózł pod samiuteńki dworzec i kazał spadać, bo "jemu więcej problemów nie trzeba".

Jednego się nauczyłam: gdy ktoś próbuje mnie zrobić w konia, rzucam na chybił trafił numerami artykułów z właściwych dla danej sytuacji kodeksów, jak również przewidzianymi sankcjami za ich złamanie. Jak do tej pory działa bez zarzutu :)

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (263)
Jestem dziennikarką, tak zwanym wolnym strzelcem. Pracuję głównie w Polsce, ale gdy uciułam trochę grosza, organizuję sobie wypady w miejsca nieco cieplejsze (nie tylko ze względu na temperatury). Tym sposobem trafiłam na przykład do Iraku, m.in. na linię frontu z Państwem Islamskim. Dziś jednak wspomnienie z Turcji.

Było to kilka lat temu, w Syrii nie toczyła się jeszcze regularna wojna, ale tłumiona przez rząd rewolucja zdążyła już wypchnąć do Libanu, Jordanii i Turcji setki tysięcy uchodźców. Udało mi się ustrzelić tanie bilety lotnicze do południowo-wschodniej Turcji, postanowiłam więc i tam trochę popracować. Znalazłam tłumacza - studenta uniwersytetu z przymiotnikiem "amerykański" w nazwie, znajomość języka angielskiego miał zaznaczoną na poziomie excellent.

Co prawda wymieniając wiadomości mailowe z nim zauważyłam, że popełnia błędy gramatyczne, ale wiedziałam z wcześniejszego doświadczenia, że mieszkańcy tego regionu świata zazwyczaj znacznie lepiej mówią niż piszą po angielsku, ponadto mają duży zasób słownictwa.

Tym razem jednak srogo się pomyliłam. Okazało się bowiem, że Ahmed wiadomości do mnie pisał... po przepuszczeniu ich przez Google Translator. Pomijam już jego ciężki akcent i drobne nieporozumienia, gdy na przykład pytał kilkakrotnie "wud ju lajk to kuk?", co zrozumiałam jako zachętę do ugotowania mu czegoś, a co było jedynie pytaniem, czy mam ochotę napić się Coca-Coli :).

Historia właściwa: zorientowawszy się, że Ahmeda angielski na niewiele mi się zda, postanowiłam do obozu dla uchodźców przy granicy z Syrią pojechać sama.

Dzień wcześniej odwiedziliśmy biuro redaktora naczelnego lokalnej gazety, który - jak ledwo wydukał z siebie Ahmed - dopiero co był w obozie dla uchodźców. Nazajutrz przywdziałam mój bliskowschodni kamuflaż i uzbrojona w legitymację dziennikarską, notatnik, aparat oraz dyktafon, znając dwa słowa po turecku ("dziękuję" i "obóz dla uchodźców"), skoro świt ruszyłam w drogę.

Długo by pisać, jak docierałam do granicy, choć to raptem ok. 70 kilometrów. Na miejscu, na widok legitymacji, aparatu i dyktafonu, żołnierze stłoczyli się ciasno z panami po cywilnemu i naradzali przez kilka minut, po czym oddelegowany do rozmowy ze mną facet, powiedział mi jedynie: Kampezi (obóz) forbidden. A następnie wcisnęli mnie siłą do wyjeżdżającej z obozu karetki pogotowia. Ta wysadziła mnie kilka kilometrów dalej w szczerym polu (czy raczej: pustyni), gdzie stała jedynie przydrożna, cholernie biedna budka z kebabem.

Prowadzący ją pan chciał mnie nakarmić i napoić, jakoś na migi udało nam się ustalić, że jestem wegetarianką, więc za posiłek dziękuję, wzięłam jedynie małą Coca-Colę, za którą nie chciał złamanej liry (żeby nie było, że wyzyskałam pana - na odchodne położyłam pod pustą butelką równowartość ok. 40 złotych). Cały czas natomiast stał przy drodze i wyczekiwał, jak się okazało, jakiegokolwiek kierowcy na opustoszałej drodze, który by mnie przetransportował dalej. Gdy w końcu jakiś wóz zamajaczył na horyzoncie, wpakował mnie do środka. Kierowca parę kilometrów dalej dopadł jakiś autobus, przekazał mnie jego kierowcy i tak jak paczka przez kilka godzin wracałam do Ahmeda.

Późnym popołudniem dotarłam do miejscowości, w której mieszkałam, i zrelacjonowałam Ahmedowi moją nieudaną wyprawę, prosząc jednocześnie, by przedzwonił do redaktora naczelnego z pytaniem, czy ma może jakieś informacje, że coś się stało i dlatego nie zostałam wpuszczona do obozu. Myślałam, że może za 2-3 dni się uda. I wtedy Ahmed z pomocą Google Translatora wytłumaczył mi, że dziennikarze nie mają wstępu do obozu - w ogóle.

- Wiedziałeś o tym?
- No tak... Redaktor tak powiedział wczoraj.
- To dlaczego mi tego nie powiedziałeś?!
- Eee... I don't think important.

Smaczek: zapytałam Ahmeda, jak to jest, że studiuje na "amerykańskim" uniwersytecie, a ledwo się umie przedstawić. Na co stwierdził, że wszystkie zajęcia mają teoretycznie prowadzone po angielsku, ale w praktyce wygląda to tak, że przychodzą wykładowcy, zaczynają mówić po angielsku, a że nikt nic nie rozumie, to przechodzą na turecki. Ale najważniejsze, że papier będzie miał!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (267)

#77099

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne wspomnienie z dziennikarskich wojaży - dziś na tapetę biorę Albanię. Tym razem piekielność nie dotyczyła mnie bezpośrednio.

Niespełna rok temu, wybierając się do Kosowa, postanowiłam zahaczyć i o północną Albanię, gdzie wciąż kultywowana jest gjakmarrja - krwawa zemsta rodowa. W skrócie: zgodnie z kodeksem honorowym jeśli ktoś z rodziny dopuści się zabójstwa, to nawet osadzenie go w więzieniu nie załatwia sprawy, plamę na honorze zmywa bowiem tylko krew. Rodzina ofiary ma prawo, a wręcz obowiązek, dokonać aktu zemsty na członku rodziny sprawcy. Niegdyś jej zasady były sztywne i jasno określone, m.in. kobiety i dzieci były nietykalne, a granicę czasową odwetu wyznaczały plamy krwi na ubraniu zabitego - gdy wyblakły, trzeba było zemsty zaniechać. Obecnie zasady te już nie obowiązują, wśród ofiar znalazło się m.in. niemowlę i nastoletnia dziewczynka.

Mimo iż sprawcy zazwyczaj siedzą za kratkami (lub ukrywają się w górach), ich żony i dzieci są uwięzione we własnych domach. Te ostatnie nie mają możliwości, żeby chodzić do szkoły, bo przekraczając próg domu, mogą zostać zabite. Jedyna pomoc, jaką otrzymują, przychodzi ze strony 60-letniej nauczycielki-aktywistki, która do nich przyjeżdża co tydzień-dwa i uczy je w domach. A jeśli któreś musi udać się do szkoły na egzamin, odbywa się to pod eskortą policji. To samo dotyczy kobiet, które nie mogą pójść normalnie do pracy. Skutkiem czego w domach panuje ekstremalna bieda.

Nauczycielka stara się walczyć o te dzieciaki i ich matki na wszystkich frontach, nieustannie dobija się do urzędników, dotarła nawet do ministra edukacji, którego tak chwycił za serce los tych dzieci, że w świetle kamer przekazał 15 szczęśliwcom komputery. Sęk w tym, że w domach dzieciaków nie ma prądu. Ale przynajmniej można było je sprzedać i było na jedzenie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (245)

1