Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

healthandsafety

Zamieszcza historie od: 23 stycznia 2017 - 12:46
Ostatnio: 14 marca 2018 - 13:42
  • Historii na głównej: 7 z 7
  • Punktów za historie: 1106
  • Komentarzy: 256
  • Punktów za komentarze: 1898
 
Historia z czasów, gdy miałam 16 lat.

W tamtym czasie posiadaliśmy psa - duże bydlę, 60 kg wagi, ale grzeczny i potulny. Pies trzymany na podwórku, miał swoją budę w garażu, do garażu wchodził przez specjalne drzwiczki. Nigdy nie był zamykany, latał całe dnie po podwórku. Codziennie rano i wieczorem był wyprowadzany na spacer, coby sobie powąchał innych psich zapaszków. Wiadomo, podwórko duże, ale co to za rozrywka, skoro każdy zapach zna się na pamięć.


Jednego takiego wieczoru przypadła moja kolej na spacer wieczorny. Tak więc pies na smycz, kaganiec na pysk (rasa uznawana za agresywne, wymogi prawne zmuszały nas do posiadania kagańca i smyczy jednocześnie) i idę spacerkiem przy lesie nieopodal domu. Z naprzeciwka widzę sąsiada idącego chwiejnym krokiem. Chciałam szybko przejść obok, bo facet mało przyjemny, lubił zaczepiać młode dziewczyny, taki niby żartowniś-zboczeniec. Niestety wyminąć się go nie dało, stanął mi na drodze i zaczął zagadywać, proponować, bym przyszła kiedyś do niego na herbatkę, bo taka ładna ze mnie dziewczynka wyrosła, że on by mnie sporo nauczył, bo taki doświadczony. Poprosiłam tylko o zejście z drogi, bo muszę do domu wracać. Facet mnie wyśmiał i zbliżył się do mnie i dalej gada coraz bardziej sprośne rzeczy. Ja już zdenerwowana, bo nikogo w pobliżu, pies ślamazara usnął, żadnego wsparcia. Spróbowałam minąć go z boku, wtedy akcja już poszła szybko. Klepnął mnie w tyłek, ku mojemu zdziwieniu pies zareagował błyskawicznie i rzucił się na faceta. Większej krzywdy mu nie zrobił, bo go odciągnęłam i pobiegłam do domu. Facet jedyne szkody, jakie miał, to całe ubranie w błocie i złamany nos (oberwał kagańcem w momencie jak pies podskoczył).

Poszła plota po sąsiadach, że mamy psa mordercę, co to na ludzi się rzuca, kilka miłych sąsiadek doradzało nam uśpić psa jak najszybciej, bo "takie psy jak już raz zaatakują człowieka, to odezwie się w nich instynkt mordercy", ogólnie to ja i młodszy brat to już lada dzień będziemy zagryzieni, bo tak to działa. Jedna bardziej panikująca sąsiadka z gromadką dzieci kazała nam psa wziąć na łańcuch, bo z podwórka to raz-dwa ucieknie (nigdy się nie zdarzyło) i zje jej dzieci, jak będą ze szkoły wracać.


Nie przejmowaliśmy się tym gadaniem do czasu, jak mój tata nie znalazł kiełbasy z żyletkami na naszym podwórku. Pies przez kilka dni miał szlaban na bieganie po podwórku. W ciągu kolejnych dni znaleźliśmy jeszcze kilka takich kiełbas. Policja zawiadomiona, ale oni nic nie zrobią, nikogo nie złapaliśmy za rękę, ofiar nie ma, więc sprawy też nie ma.


Skończyło się na tym, że tata wybudował za domem dla psa kojec zadaszony (coby nikt mu nic nie wrzucił) i przez kilka miesięcy biedne psisko musiało tam siedzieć. Poszliśmy z psem na szkolenie, by nauczył się nie tykać niczego, co nie jest w jego misce, trochę to trwało, ale udało się i po zainstalowaniu kamer pies mógł znów biegać po posesji.


Nie mam pojęcia, kto był piekielnym, czy facet, który został zaatakowany chciał się mścić, czy może troskliwe sąsiadki w trosce o nasze bezpieczeństwo chciały się mordercy z podwórka pozbyć. Pies przeżył tylko przez fart, że pierwszą kiełbasę ktoś rzucił na trawnik, a nie np. w krzaki czy zarośla, gdzie pies z łatwością by ją znalazł.

psy obrona

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (200)

#80653

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedziela, więc ludzi wszędzie dużo, zwłaszcza pod marketami. Zbliżając się do mojego samochodu, usłyszałam krzyk jednej kobiety i płacz drugiej. Zainteresowałam się sytuacją i podeszłam, ponieważ płacząca kobieta była w zaawansowanej ciąży, więc pomyślałam, że może potrzebuje pomocy.

Sytuacja taka: dziewczyna płacze, kobieta na nią krzyczy, wyzywa od panien lekkich obyczajów, co to są roszczeniowe i nie przestrzegają prawa. Straszy dziewczynę policją i karą więzienia. Dziewczyna płacze, probuje tłumaczyć, że ona tylko na chwile stanęła, bo kilka potrzebnych rzeczy jej zabrakło. Że na normalnym miejscu ciężko jej wysiąść z samochodu, a nie było żadnego wolnego z brzegu.

Pewnie sobie myślicie, że stanęła na miejscu dla niepełnosprawnych i stąd afera? Błąd. Dziewczyna zaparkowała na miejscu dla rodzin. Są szersze minimalnie od normalnych miejsc.

Nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Podeszłam do kobiet, opierdzieliłam starszą kobietę, że na ciężarną w ogóle nie powinna krzyczeć, poza tym niech dzwoni na policję, jak taka mądra, bo miejsce dla rodzin to tylko dodatek od sklepu, nie jest w prawie ujęte, wiec policja miałaby dwa wyjścia: albo wyśmiać kobietkę, albo postawić jej mandat za nieuzasadnione wezwanie policji.

Starsza kobieta zrezygnowała (widocznie krzyki na bezbronną dziewczynę były ciekawsze niż kłótnia z kimś równie upartym) i poszła w swoją stronę. Ja jeszcze chwilę zostałam z dziewczyną w ciąży, pomogłam się uspokoić i chwilę porozmawiałam. Dziewczyna powiedziała, że normalnie mąż jeździ samochodem po zakupy, ale sytuacja losowa, mąż w delegacji, a ona potrzebowała zrobić zakupy. Że nie zajęło jej to więcej niż 10 minut. Po wielkości siatki ze sklepu wydaje mi się, że mówiła prawdę, bo miała może z 5 produktów.

Swoją drogą to miejsce dla rodzin z dziećmi, rozumiem, ale przecież kobieta w tak zaawansowanej ciąży (dziewczyna była na początku 9 miesiąca) też ma dziecko, tylko jeszcze nie w wózku.

miejsce dla rodzin z dzieckiem

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (159)

#79735

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos wciskania kwiatów na siłę, przypomniała mi się sytuacja z zeszłego roku.

Spacerowałam z partnerem po parku. Podeszła do nas kobieta z koszykiem mini kwiatków, takie zwykłe kwiatki w typie stokrotki owinięte sreberkiem. Zaczęła gadkę, że zbiera na chore dzieci, że kwiatki rozdaje za darmo, a jeśli ktoś chce coś dać, to da. Pomyślałam, czemu nie? Biorę kwiatka, daje 5zł, a babka do mnie, że to za mało, że minimum 20zł.

Zabrałam moje 5zł, oddałam kwiatki. Babka jeszcze pokrzyczała, że żałuje dzieciom i jestem złym człowiekiem.

Mało asertywna osoba zapłaciłaby za tego kwiatki, bo skoro już ma go w ręce i się zgodziła? A babka w typie tych, co nie rozumieją słowa "nie". W dodatku wydaje mi się, że to była zwyczajna oszustka, bo później z partnerem sobie przypomnieliśmy, ze żadnego identyfikatora nie miała.

wciskanie kwiatkow

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (115)
Piekielne… mewy?

Mieszkam w miejscowości nadmorskiej, czyli logiczne, że mew jest od groma.

Mewy to nie są miłe ptaszki, to spore, agresywne ptaszyska. W mieście pełno jest plakatów z informacją, że dokarmianie mew jest karane mandatem w wysokości około 400 zł. Są również plakaty informujące, by nie zostawiać dzieci samych z jedzeniem, ponieważ mewy mogą to jedzenie dziecku wyszarpać.

Niestety ludzie to ignorują i nagminnie dokarmiają te ptaki, co skutkuje coraz to bardziej bezczelnym ich zachowaniem. Widziałam już sytuacje, gdzie mewa wleciała na stolik przy restauracji i, bez zwracania uwagi na klientów, zajadała się ich obiadem, a także kradzieże jedzenia ze stolików/siatek pozostawionych bez opieki.

Kilka dni temu mewa zaatakowała 4-letnie dziecko, ponieważ rodzice chcieli, by ich dziecko nakarmiło ptaszka. Paczka chrupek zabrana przez mewę, dziecko przewrócone (mewa wleciała centralnie w nie), głowa rozbita. Rodzice sami sobie winni - niby logiczne.

Ale wtedy nie byłoby piekielności.

Komentarze od ludzi:
- "Powinni wystrzelać to agresywne ptactwo!”.
- "Kto to widział, by mewy wlatywały do miasta!”.

Plus rodzice odgrażali się, że pójdą po odszkodowanie do miasta. Zero samokrytyki.

Ataki mew na dzieci zdarzają się raz na 2-3 miesiące, a ludzie dalej karmią mewy frytkami, resztkami burgerów itd. Raz nawet widziałam sytuację, jak dokarmiający został przegoniony przez zgraję mew (mewy, jak widzą większą ilość jedzenia, zwołują kolegów, a jak jest ich większa ilość, to czują się pewnie nawet wobec dorosłych ludzi).

mewy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (186)

#78699

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś o "znieczulicy" sąsiadów. - Skąd się bierze.

Mieszkałam kiedyś w sąsiedztwie alkoholiczki, która wychowywała 6-letniego syna. Normą było, że dziecko do północy latało samo po plac zabawie, a matka piła u siebie w domu z bezdomnymi z osiedla. Dziecko niejednokrotnie chodziło pobite i głodne, bo kobieta rzeczy z paczek z Caritasu sprzedawała by było więcej na alkohol.


Zgłaszałam sprawę do opieki społecznej kilkukrotnie. Nic się nie zmieniło, bo pijaczka była zbyt cwana, wcześniej musieli się z nią umówić telefonicznie, wtedy ona nic nie pila, dom sprzątała na błysk, a dziecko nauczyła by mówiło, że wszelkie zadrapania i siniaki ma od zabawy na podwórku. A czemu dziecku żebra widać? Oj, bo to taki niejadek jest!

Po bodajże 4 zgłoszeniu telefonicznym babka w słuchawce poradziła bym przyszła do nich oficjalnie zgłosić skargę. Tak, a potem ta alkoholiczka podpaliłaby mi drzwi, albo nie wiadomo co jeszcze zrobiła. Tak więc przestałam reagować, a jakby coś dziecku poważniejszego zrobiła, to by było gadanie "a gdzie byli sąsiedzi?".


* kobieta była agresywna w stosunku niektórych sąsiadów, nawet jedna babcie próbowała zrzucić ze schodów, bo ta wezwała podczas jakiejś awantury policje. (Ja awantur nie słyszałam, za daleko mieszkałam).
* dziecko uciekało przed policją, gdy ktoś wzywam radiowóz z powodu późnych jego zabaw na dworze.

znieczulica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (134)
À propos ubrań z kontenerów Caritasu czy innych organizacji.

Odwiedzałam kiedyś pewna rodzinę wielodzietna, ojciec wiecznie bezrobotny, 14 dzieci, matka już nie żyła (zmarła podczas ostatniego porodu). Z racji bardzo zlej sytuacji finansowej, rodzina dostawała zapomogi od ludzi w postaci jedzenia, pieniędzy, mebli i ubrań. Sytuacja rodziny się poprawiła, dobrzy ludzie zrobili im nawet remont domu by każde dziecko miało swoje łóżko i by w końcu mieli toaletę w domu, a nie na dworze.

Niby wszystko pięknie, ale byłam świadkiem sytuacji bardzo piekielnych:

1. Rodzina dostawała zapomogi w postaci węgla by ogrzać dom, mimo to palili w piecu ubrania, które dostawali. Czemu? Bo dostawali ich za dużo (1 para spodni dla dziecka to wystarczająco), resztę palili. Spytałam czemu nie dadzą tych ubrań sąsiadom (również biednym, ale nie aż tak by się ktoś nimi zainteresował). Ich odpowiedz zwaliła mnie z nóg: "to moje rzeczy i mam prawo zrobić z nimi co chce, ludzie dają to mi, nie im, niech się sami ustawia"...

2. Niektórzy ludzie przywozili im zakupy spożywcze, na święta pełno słodyczy dla dzieci. Część jedzenia była zbędna, wiec trafiała do śmieci. Kiedyś odwiedził ich bezdomny (jakaś ich rodzina) z prośbą o jakieś jedzenie, bo on wie, że oni mają. Reakcja ojca i starszych dzieci? Wywalenie bezdomnego przed dom z wyzwiskami, bo to jedzenie jest ich i koniec.

3. Pewna osoba oddala im swój komputer, sprawny, by dzieci miały, na czym się uczyć. Przez pierwsze dwa tygodnie dzieci ciągle się kłóciły kto ma go używać, reakcja ojca? Rozwalił komputer młotkiem, zwyczajnie rozwalił na części pierwsze, bo w domu ma być spokój.

Tyle by było z dobroci serca obcych ludzi dla rodziny, która nie umiała tego uszanować. Obecnie pewnie szanowny tatuś klnie pod nosem, że wtedy nie było 500+, załapał się tylko na jedno dziecko.

pomoc caritas

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (229)
W 5 klasie podstawówki do mojej klasy dołączył chłopak - Karol, miał ADHD, z czym wiążą się dwie główne piekielności. O tych mniejszych nie będę się rozpisywać jak zabieranie rzeczy innym dzieciom, szarpanie za ubrania, rozwalanie lekcji, bo chłopak nie umiał usiedzieć na miejscu.

1. Chłopak uwielbiał psuć przybory naukowe, rysować po mapach, wyrywać pióra wypchanym zwierzętom, czy próbować wyrwać rękę od szkieletu. Dzięki niemu nauczyciele już nie wspomagali się żadnymi tego typu pomocami. Jak inna klasa opowiadała, że nauczyciel przyniósł mikroskopy i uczniowie mogli zobaczyć jak one działają, to my mogliśmy tylko podziwiać to w książkach.

2. Najgorsze, że zabrano nam WYCIECZKI SZKOLNE. Wyobraźcie sobie, że przez jednego chłopaka, klasa licząca 28 uczniów nie pojechała na żadną wycieczkę przez dwa lata szkoły. Nawet do głupiego kina czy spacer do parku. Nic, nie wolno było nam opuszczać szkoły. Rodzice interweniowali, był nawet pomysł by klasa pojechała na wycieczkę, a Karol został u innej klasy. Niestety tu wparowała matka Karola, z pretensjami, z groźbami, że zgłosi dyskryminacje do kuratorium. Więc szkoła, by nie ryzykować, dała nam zwyczajnie zakaz wycieczek.

Zakaz wziął się stad, że podczas jednej wycieczki Karol znalazł pisklaka, który pewnie wypadł z gniazda. I zamiast zostawić go w spokoju, to rzucił nim o ziemie, bo "chciał zobaczyć czy się odbije". Rzucił z taka siła, że pisklak już się nie ruszył.

Poza tym nauczyciele tez obawiali się tego, że nie dadzą rady chłopaka upilnować podczas wycieczki. Potrafił uciekać z klasy, gdy cos szło nie po jego myśli. Jednego nauczyciele nawet ugryzł, gdy ten próbował go złapać by nie wybiegł z budynki.

ADHD

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (193)

1