Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

inga

Zamieszcza historie od: 19 września 2011 - 17:01
Ostatnio: 4 lutego 2017 - 21:14
  • Historii na głównej: 12 z 17
  • Punktów za historie: 4823
  • Komentarzy: 809
  • Punktów za komentarze: 5945
 

#76310

(PW) ·
| Do ulubionych
Zauważyłam u siebie pieprzyka. Czarnego. Nie ciemnobrązowego, a smoliście czarnego, z granatową poświatą, mocno wypukłego.
Monitoruję wszystkie nietypowe pieprzyki, ale ten drań znajdował się w miejscu, którego bez lusterka nie zobaczę, zauważyłam go przypadkiem aplikując maść i nie miałam pojęcia, od ilu miesięcy tak wygląda. Nie wdając się w szczegóły - miejsce, które nawet skąpe stringi zasłaniają.

Sobotni wieczór, przychodnia zamknięta, odpalam dra Google'a, chyba jeszcze nie umieram, moje coś jest najbardziej podobne do znamienia błękitnego, ale i tak bardzo się denerwuję.
Dzwonię na rejestrację w poniedziałek, armagedon, bo zaraz święta, chlipię w słuchawkę, prosząc o wizytę u dowolnego lekarza. Baba drze się, że panikuję, to nie jest pilne, przecież sama sobie jestem winna, takie rzeczy nie rosną z dnia na dzień, "dziś to niby pani zauważyła?" i do widzenia.

Nerwowe święta, wizyta u pierwszego wolnego lekarza. Facet, trudno, to przecież profesjonalista, pokażę tylko ten kawałek. Nawet mnie nie obejrzał, za to dopytywał, czemu mąż nie zauważył. Coś tłumaczę, facet rechocze "to znaczy, że nie umie się panią dobrze zająć, niech go pani przyśle, wytłumaczę co i jak". Facet w wieku na oko emerytalnym, obleśny uśmieszek. Pieprzyka nawet nie obejrzał, może i lepiej.

Dermatolog (werdykt: na 90% znamię błękitne), skierowanie do chirurga, zabieg, na szczęście nic poważnego (jednak naczyniak). Tym razem trafiłam już na uprzejmych, profesjonalnych lekarzy, ale co się nadenerwowałam to moje.

Czytałam sporo podobnych historii, przeważnie znacznie bardziej dramatycznych niż moja, obiecywałam sobie, że gdy sama zostanę tak potraktowana, odpyskuję i złożę skargę. Już wiem, że łatwo powiedzieć. Gdy się jest spanikowanym pacjentem, cały bojowy nastrój szlag trafia.

lekarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (Głosów: 188)

#75980

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak "rowerzyści nie znają przepisów".

Poruszam się po mieście na rowerze, jeżdżę przepisowo, mam prawo jazdy od 15 lat, a autem zjeździłam pół Europy bez jednego mandatu (nawet za parkowanie). Rowerzyści łamiący przepisy wkurzają mnie jak mało kto, bo przez nich powstaje stereotyp "pedalarza" jeżdżącego jak chce. Tyle tytułem wstępu.

Trzy typowe sytuacje, jakie zdarzają mi się regularnie na drodze.

1. Pan jedzie za mną, trąbi, wyprzedza na styk, zatrzymuje się tuż przede mną, otwiera okno i zaczyna się drzeć, że jak jadę, "tam jest ścieżka" i co ja robię na ulicy. I pokazuje ręką... kontrpas z wyraźnie zaznaczonymi strzałkami, pokazującymi kierunek ruchu. Pytam, czy mam jechać nim pod prąd, facet krzyczy jeszcze coś o głupich babach i że "gdyby musieli mieć prawo jazdy...".

2. Stoję na czerwonym świetle, obok zatrzymuje się taksówkarz, otwiera okno i woła "a czemu ulicą jedziesz a nie chodnikiem". Mówię, że nie mogę. "Przecież szeroki jest, masz jechać chodnikiem". Mówię, że znam przepisy, tu chodnikiem jechać nie mogę, bo ulica ma ograniczenie do 50 km/h. "Aaaaaa, idź pani z taką znajomością przepisów"*.

3. Jadę kontrpasem, kierowca wyjeżdżający z podporządkowanej zajeżdża mi, ledwo wyhamowałam. Zatrzymujemy się, facet otwiera okno, ale nie po to, żeby mnie przeprosić, a żeby ochrzanić za jazdę bez świateł. Tłumaczę, że to środek słonecznego dnia, więc nie muszę. "Idiotka, 24h trzeba mieć włączone", nie, proszę pana, mnie to nie dotyczy, tylko pojazdów wyposażonych w światła mijania. Odjeżdża krzycząc coś o pedalarzach, nieznających przepisów**.

Żadnego oczywiście nie przekonałam, że to ja mam rację (na przyszłość chyba wydrukuję sobie skrót PoRD w formie ulotki, może zadziała). Nie zdziwiłabym się, gdyby każdy z nich wymieniał takie sytuacje jako dowód na ignorancję rowerzystów, "bo wiesz, gdyby musieli jak kierowcy zdać egzamin, to by znali przepisy" itp.

* PoRD, Art 33, pkt 5.
"Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jest dozwolone wyjątkowo, gdy: [...] szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów oraz pasa ruchu dla rowerów".

** Art. 51
"1. Kierujący pojazdem jest obowiązany używać świateł mijania podczas jazdy w warunkach normalnej przejrzystości powietrza. [...] 6. Przepisów ust. 1–3 nie stosuje się do kierującego pojazdem, który nie jest wyposażony w światła mijania, drogowe lub światła do jazdy dziennej".

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (Głosów: 231)

#75807

(PW) ·
| Do ulubionych
Studencka plagiatowa lista przebojów. Sytuacje, których sama byłam świadkiem lub opowiedziane przez znajomych wykładowców.

3. Praca splagiatowana z internetu. Zdarza się. Ale student znacząco ułatwił wykrycie oszustwa, składając sprawozdanie z wydarzenia, które jeszcze się nie odbyło, oparte na prasowej zapowiedzi.
2. Licencjat w 90% skopiowany z pracy, obronionej u tego samego profesora kilka lat temu.
1. Studentka złożyła jako swoją magisterkę pracę... własnej promotorki.

Tacy geniusze zbrodni powinni być karani podwójnie - za oszustwo i bezdenną głupotę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (Głosów: 321)

#73526

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedziałam w poczekalni kliniki okulistycznej i chcąc nie chcąc słyszałam głośną rozmowę pomiędzy pacjentką, a panią z rejestracji.

[pacjentka podeszła do rejestracji i coś pomruczała]
- Ale pani miała termin operacji wyznaczony na miesiąc temu!
- No tak, ale potem przez jakiś czas trzeba na siebie uważać, pomyślałam, że to bez sensu tak przed wakacjami, na działkę nie mogłabym jeździć.
- Ale dlaczego pani nie zadzwoniła, nie poinformowała nas, nie poprosiła o zmianę terminu?
- A bo pomyślałam, że to się da przesunąć.
- Teraz już nic nie możemy zrobić. Dzwoniliśmy nawet do pani, żeby zapytać, dlaczego pani się nie pojawiła, to operacja na NFZ, jak zabieg się nie odbędzie, musimy się tłumaczyć...
- Bo wie pani, ja rzadko w domu bywam, a komórkę podałam córki. To na kiedy mogę przełożyć?
- Kierownictwo ma taką zasadę, że jeśli ktoś się nie stawi na zaplanowany zabieg, spada na koniec kolejki, najwcześniej początek 2018 r.
- A nie dałoby się wcześniej? Bo wie Pani, mi to już bardzo przeszkadza, ledwo co widzę...

Wyszłam, finału nie słyszałam. A potem dziwimy się, że do lekarzy są takie kolejki...

pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 403 (Głosów: 407)

#73187

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż postanowił wybrać się do dentysty na kontrolę. Mamy świetnego lekarza, który ma tylko jedną wadę - przyjmuje na drugim końcu miasta. Ale na naszym osiedlu powstał nowy gabinet - blisko, wygodnie, pełna profeska, "komputerowe znieczulenie", nowiutki sprzęt.

Najpierw dokładny wywiad, darmowe szkolenie ze szczotkowania zębów (tak, całe życie robiliśmy to źle), potem panoramiczne prześwietlenie i diagnoza - jeden ząb do natychmiastowego leczenia kanałowego, potem konieczna będzie koronka, kolejne cztery zęby z ubytkami. Pierwszy ząb zatruty, termin leczenia pozostałych ustalony. Oboje byliśmy zaskoczeni - mężowi geny dały pancerne szkliwo, próchnica się go nie ima, więc skąd tyle do łatania? I jeszcze te koszty - sama koronka to 1400 zł. Chłop pomarudził, ale dał się namówić na wyprawę do naszego dentysty. A nuż zaproponuje inne rozwiązanie? I jest trochę tańszy, więc przy takiej liczbie ubytków opłaca się poświęcić czas na dojazd.

Efekt? Dentysta obejrzał zęby, obejrzał prześwietlenie, jeszcze raz zęby i... "ale ja tu nie widzę dla siebie nic do roboty!". Dokończył kanałówkę, koronki nie trzeba, wystarczy wyższa i bardziej odporna plomba, 200 zł, pozostałe zęby są zdrowe. Następna kontrola za rok.

dentysta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (Głosów: 280)

#72629

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak nie kupiłam roweru.

To był mój trzeci, może czwarty rok jeżdżenia po mieście na dwóch kółkach przez cały rok, niezależnie od pogody, więc dokładnie wiedziałam, czego oczekuję. To miał być typowy mieszczuch, przerzutki i dynamo w piaście, nic nietypowego.

Postanowiłam zacząć od sklepów stacjonarnych, a nuż znajdę coś od ręki i nie będę musiała użerać się z kurierem i składaniem. Poszłam do jednego z czołowych, sieciowych sklepów z rowerami, wyjaśniłam sprzedawcy czego poszukuję.
Ale on wiedział lepiej.

- Po mieście nie trzeba jeździć rowerem miejskim, pokażę pani takie lepsze, trekingowe albo szosowe.
- Nie, to musi być mieszczuch, mam problemy z kręgosłupem, muszę jeździć w pozycji "jak u królowej na herbatce" albo znów wypadnie mi dysk. Trekingowego nie potrzebuję, bo jeżdżę tylko po mieście. Szosowy w ogóle odpada, miałam opony 1 i 3/8 cala i już były za wąskie na jazdę w zimie i po bruku. I chcę typowo damską ramę.
- Oj, ale te miejskie rowery to strasznie ciężkie...
- Wiem, mam taki od kilku lat i w ogóle mi to nie przeszkadza, wnoszę go co najwyżej po kilku schodach.
- Ale proszę zobaczyć [tu podaje mi do potrzymania super lekką, mega drogą szosówkę], to pani jedną ręką podniesie.
- Jest zdecydowanie za drogi, poza tym mówiłam panu, nie mogę jeździć w takiej pozycji, bo kręgosłup. Chcę miejski! I z przerzutką w piaście, 7 biegów.
- A nie lepiej więcej?
- Tyle mi wystarczy, jeżdżę po płaskim, ale cały rok, wolę mieć pochowane przerzutki i łańcuch, wie pan, błoto pośniegowe, sól, piach...
- A pani wie, jaki to kłopot z byle wymianą dętki?
- Wiem, ale dętkę wymieniam max raz w roku, a jeżdżę codziennie, ważniejsze jest dla mnie to, że wygodniej zmieniam biegi, wszystko jest pochowane, a hamulec jest w kontrze.
- Ale te nowoczesne hamulce tarczowe mają bardzo dobre przełożenie, to lepsze niż kontra.
- Wiem, ale wolę kontrę, zawsze miałam taki hamulec i byłam zadowolona.
- No właśnie, taki pani miała i z przyzwyczajenia wybiera, a tu trzeba się otworzyć na nowe rozwiązania!
- Nie, zawsze taki wybierałam, bo to wygodniejsze przy jeździe w mieście, ręce w zimie mi marzną, palców nie czuję, manetki są śliskie, wolę hamować nogami i mieć ręce wolne, żeby np. zasygnalizować skręt.
- No jak pani chce, ale ja uważam, że...

Podziękowałam, wyszłam, miałam dość. Nie pokazano mi żadnego roweru, spełniającego moje wymagania – choć sklep miał ich w ofercie kilkanaście. Zostałam chyba potraktowana jak typowa baba, która uparła się na ładniutki miejski rowerek, bo to modne, hipsterskie, można na targ podjechać po eko marchewkę, a nie rowerzystka jeżdżąca na co dzień i świadomy klient. Może trzeba było przyjść w lycrach, a nie spódnicy i balerinkach (w których wygodnie dojechałam do sklepu na starym rowerze)?
Kupiłam online, dokładnie to co chciałam.

sklep rowerowy

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 346 (Głosów: 360)

#70491

(PW) ·
| Do ulubionych
Popołudnie, kilka dni temu. Słyszę dzwonek i mocne pukanie do drzwi. Po fitnessach wskoczyłam pod prysznic, ze spienionym szamponem na głowie tak szybko spod niego nie wyjdę, ale próbuję się jakoś ogarnąć i ubrać. Pukanie przechodzi w walenie pięścią. Zaczynam się niepokoić. Zanim doszłam do drzwi, usłyszałam już nie pukanie, a łomot. Ktoś ewidentnie kopie w moje drzwi. Oooo nie, jestem sama w domu, nie będę otwierać jakimś agresywnym obcym typom.

Wychodząc na zakupy godzinę później zastałam w drzwiach kartkę z informacją o terminie wizyty duszpasterskiej. Ministranci chyba zbyt dosłownie potraktowali wezwanie "torujcie drogę Panu".

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 457 (Głosów: 497)

#68626

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowane kolejną historią o dziekanacie.
Należę do dość licznej grupy wykładowców - wolnych strzelców, którzy w oczekiwaniu na konkurs na etat dorabiają, prowadząc pojedyncze zajęcia na różnych kierunkach. Ponieważ jestem pracownikiem zewnętrznym, typowa pani Grażynka z sekretariatu i typowy pan Waldek portier nie mają żadnego powodu, by być dla mnie mili.

W każdym semestrze kilka telefonów, zwykle w piątek po południu. Jest do podpisania przydział zajęć, protokół, oświadczenie itp., trzeba przyjechać już, teraz, najpóźniej jutro, bo dokumenty muszą trafić do kolejnego działu w poniedziałek rano. "A to pani nie ma jutro zajęć?". Nie, nie mam, a pani Grażynka może to sprawdzić w minutę, bo sama ustalała mój grafik. Za to gdy oni muszą coś podpisać - pojęcie "pilnie" nie istnieje. Umowa na prowadzenie zajęć - jak się upomnisz, będzie w styczniu. "Bo wie pani, we wrześniu są zapisy, sesja poprawkowa, w październiku nowi studenci, umowy przygotowujemy zawsze w listopadzie, a zanim dyrektor podpisze, kwestor zatwierdzi...". I jeszcze "zawsze tak było i nikt się nie skarżył". "Przygotowanie umowy" polega na zmianie daty i numeru na zeszłorocznym formularzu. I tak pracuje się 4 miesiące bez umowy. A bez niej nie można nawet przedłużyć karty do biblioteki uniwersyteckiej.

Przelew wynagrodzenia za zajęcia trwające cały rok?
Nawet pod koniec października kolejnego roku akademickiego. Swoją drogą, o stawkach, które płaciła słynna Wyższa Szkoła Nie Pamiętam Czego w Nowym Tomyślu można tylko pomarzyć ;)
Nigdy nie zdarzyło się, żeby informacja przesłana do sekretariatu trafiła na stronę internetową, tak jak prosiłam. Na szczęście można wysłać wiadomość przez USOS, ale i tak znajdzie się kilku studentów, piszących maile z pretensjami, że na stronie instytutu nie podano terminu egzaminu.

Kilka razy dowiedziałam się, że zajęcia są odwołane (np. w związku z konferencją naukową) dopiero wtedy, gdy na nie przyjechałam. "To przecież pani, jako pracownik, powinna wiedzieć najlepiej, co się dzieje w instytucie" - usłyszałam od portiera. Niby skąd, skoro bywam w nim w sumie 3 godziny w miesiącu i nie spotykam nikogo poza moimi studentami?
Przestałam już zgłaszać usterki sprzętu. Na uczelni pojawiam się gdy sekretariat już nie pracuje, a telefonicznie niczego nie wyegzekwuję. Po dwóch miesiącach zaczęłam wozić własny kabel do rzutnika i pisaki do tablicy. Tłumaczenia, że nie mogę prowadzić zajęć, jeśli każde zdjęcie jest niebieskie, nie działały.

Nie można się postawić - etykietka awanturnicy z pretensjami nie ułatwia zdobycia kolejnych zleceń, stawki są zatwierdzane przez Radę Wydziału, a zmuszaniem wykładowców do pracy bez umowy nikt się nie przejmuje. Zresztą jakie to ma znaczenie, skoro data podpisania umowy nie wpływa na datę wypłaty wynagrodzenia? Innymi słowy - jest super :)

uczelnia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (Głosów: 298)
zarchiwizowany

#67271

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałam dziś założyć lokatę online w banku, z którego usług już wcześniej korzystałam i byłam zadowolona. Co istotne, w międzyczasie (rok temu) zmienił on strukturę, nazwę (powstały dwie marki, o nazwach nie kojarzących się z "centralą") i wygląd strony internetowej.

Wchodzę w zakładkę "lokaty dla klientów indywidualnych".
Są dwie wersje: "łącząca" [nazwy lokat zmienione] - dawniej można ją było założyć online, teraz zamiast przycisku "załóż online" jest tylko "znajdź oddział". No trudno. Sprawdzam drugą wersję, "pro". Wymaga założenia rachunku, ale teoretycznie można to zrobić online.
Więc klikam "załóż online". Otwiera się nowa karta, a na niej zamiast wniosku o rachunek, trzy wersje lokat, o jakichś zupełnie innych nazwach. Lokaty "pro" (z rachunkiem) w ogóle nie ma, pojawiła się jakaś promocyjna dla nowych klientów (której nie było na stronie głównej), za to okazuje się, że "łączącą", nazwaną dla niepoznaki "sprytną" jednak da się założyć z własnej kanapy. Żeby nie było za prosto - w adresie nowej karty nie pojawia się w ogóle nazwa banku, a we wniosku o założenie lokaty nadal funkcjonuje on pod starą nazwą.

Czyli żeby założyć online lokatę "łączącą" w banku X, której teoretycznie online założyć się nie da, trzeba kliknąć, że chce się założyć lokatę "pro", którą teoretycznie można założyć online, w praktyce - chyba jednak się nie da, następnie kliknąć "załóż online zupełnie inaczej nazywającą się lokatę" w zupełnie inaczej nazywającym się banku Y. Proste, prawda? Pewnie żeby założyć tę "pro" z rachunkiem, trzeba kliknąć, że chce się kredyt dla firmy, a żeby założyć rachunek bieżący - wejść w zakładkę "produkty korporacyjne".

Bank dostaje ode mnie wirtualny order z ziemniaka w kategorii "jak skutecznie utrudnić klientowi skorzystanie ze swoich usług".

bank

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (Głosów: 30)
zarchiwizowany

#66030

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dwie aktualne, o znajomości przepisów.

1. Skrzyżowanie ruchliwej, dwujezdniowej ulicy z węższą.
Wzdłuż dwujezdniowej biegnie ścieżka rowerowa, na skrzyżowaniu są też przejazdy rowerowe. Czekam na światłach na rowerze, na węższej ulicy, planuję przeciąć szerszą i jechać na wprost. Przede mną ok. 5-6 aut.

Podjeżdża taksówkarz, ustawia się obok mnie i otwiera szybę:
[t] - czemu pani jedzie ulicą zamiast ścieżką?
[ja] - jaką ścieżką?
[t] - no tam (macha ręką w stronę przejazdu rowerowego przez dwujezdniową ulicę)
[ja] - to przejazd rowerowy, zamierzam na niego wjechać, ale jak mam do niego legalnie dotrzeć, jak nie ulicą?
[t] - no jak, chodnikiem
[ja] - ale to nielegalne, nie mogę tu jechać chodnikiem
[t] - eeee, przecież ma ponad 2 m szerokości
[ja] - tak, ale tu jest ograniczenie do 50, muszę jechać ulicą, nie zna pan przepisów
[t] - aaaa idź pani z taka znajomością przepisów
Machnął ręką, zamknął okno, nie zdążyłam dokończyć.

2. Idę jedną z ulic w ścisłym centrum miasta. Strefa bardzo ograniczonego ruchu. Mimo to pani jedzie na rowerze chodnikiem, szerokim może na metr, lawirując powoli między pieszymi, latarniami, znakami i koszami na śmieci.
Nie wytrzymałam, pytam spokojnie:
[ja] - przepraszam, czemu nie jedzie pani ulicą, przecież jest pusta
[pani] - ulicą? jak pani to sobie wyobraża? jestem z DZIECKIEM! Mogę jechać chodnikiem.
[ja] - ale... "dziecko" ma więcej niż 6 lat, prawda?
Na oko miało, jechało na rowerze z 26-calowymi kołami i było prawie mojego wzrostu.

Zawodowy kierowca nieznający przepisów i matka, ucząca dziecko jazdy niezgodnej z nimi. Ręce opadają.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (Głosów: 28)