Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

irysek

Zamieszcza historie od: 27 kwietnia 2013 - 16:18
Ostatnio: 12 grudnia 2017 - 17:39
  • Historii na głównej: 18 z 18
  • Punktów za historie: 8148
  • Komentarzy: 74
  • Punktów za komentarze: 528
 

#80939

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna z serii "to tylko dziecko".

Stoją na klatce dwie sąsiadki, jedna z dzieckiem, gadają. Nic takiego, trochę słychać, no ale to uroki bloku. Nagle coś uderza mi w drzwi dość rytmicznie. Ni to pukanie, ni to uderzanie siłą. Otwieram.

Dziecko rzucało piłką w drzwi. Proszę matkę, żeby swoją latoroślą się zaopiekowała, bo moja lepsza połowa śpi po nocce. Padło nieśmiertelne "to tylko dziecko", ale dzieciaka odsunęła. W międzyczasie mój kot przyszedł zobaczyć co się dzieje. Na widok dziecka i dźwięk jego pisków typu „KICIA!”, dał dyla (bardzo boi się dzieci, to kotek schroniskowy, widocznie kiedyś zrobiły mu krzywdę).
Drzwi zamknęłam. Myślałam, że spokój...

Pukanie, bardzo rytmiczne, ale domyślam się, że dziecko. Otwieram drzwi i ponownie proszę matkę, żeby zajęła się dzieckiem. Tymczasem dziecko, takie zupełnie małe, co ledwo mówi i chodzi, próbuje mi się przecisnąć między nogami, żeby wejść do mieszkania, bo "kicia". Jak mogę, delikatnie staram się dziecku drogę zablokować, czekam na reakcję matki. Obrażona, że przerywam jej ploteczki z sąsiadką, zabiera dziecko. Jakieś tam fochy poleciały w moją stronę, ale spokój.
Na chwilę.

Za moment słychać wrzaski, dziecko w drzwi zaczyna walić, kopać, drzeć się „KICIA, KICIA”, generalnie słychać lament, płacz, jakby ktoś egzorcyzmy odprawiał. Postanawiam zignorować. Chłopak się obudził, westchnął, bo co zrobić w takiej sytuacji?

Za moment dzwonek. Oho.
Otwieram.

Sąsiadka z dzieckiem: Pani da się jej pobawić z kotem, widzi pani, że zależy dziecku!

Tłumaczę, że kot źle reaguje na dzieci, szczególnie na taką małą rozwrzeszczaną terrorystkę. Jeszcze by dziecku krzywdę zrobił (kot nigdy nikogo nie zaatakował, ale przecież nie mogę zagwarantować, że w sytuacji stresowej nie zacznie się bronić). Poprosiłam, żeby dała mi spokój. Jak grochem o ścianę. Generalnie starałam się być spokojna, bo to moja sąsiadka, niekoniecznie chcę sobie robić wrogów na klatce schodowej i wdawać się w głupie wojenki.

Tymczasem dziecko przecisnęło mi się między nogami (żeby doprecyzować: to kolokwializm, przeszło obok, kiedy straciłam czujność), dało nura, potknęło się o próg, co skończyło się oczywiście epicką glebą i głośniejszym płaczem. Dziecko w ryk, matka wrzeszczy, przepycha się w drzwiach, prawie mnie przewracając, kot najeżony, syczy, bo hałasy, wrzaski, przepychanki. A mój chłopak stoi zażenowany w samych bokserkach na środku przedpokoju...

Ale się nasłuchaliśmy. Że nieczuli na płacz dziecka, że co nam szkodzi, a w ogóle to zboczeńcy, co my sobie myślimy, dziecko w szoku, bo pana nago widzi! (no szok, że ktoś we własnym mieszkaniu chodzi w samych gaciach!) Wyprosiliśmy ją dość kulturalnie, jak na tę sytuację. Wyszła, odgrażając się policją, spółdzielnią mieszkaniową i Panem Bogiem.

Edit: dopisałam kilka uwag, bo niektóre wydarzenia w komentarzach wydały się niejasne. :)

klatka schodowa

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (158)

#80649

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielności systemu polskiego szkolnictwa.

Z językiem polskim w szkole średniej szło mi tak sobie. Czytanie lektur od deski do deski skutkowało jedynie tym, że z "wejściówek"* z lektur wyłapywałam dwójki, czasem trójki, jeśli bardzo mi się poszczęściło. Z "rozprawek" podobnie. Dostawałam maksymalnie trójki, nigdy nie umiałam "wstrzelić się" w klucz. Szybko zniechęciłam się do pisania długich prac, do jakiegokolwiek wkładania w nie serca (ot, zaczęłam bezmyślnie klepać to, co sugerowali w podręcznikach/opracowaniach), do czytania lektur również – czytałam streszczenia, a w wyniku wolnego czasu teksty, które faktycznie mnie interesowały, nie te programowe. Oceny nieznacznie się poprawiły (wpadały czwórki).

Jeśli chodzi o poprawne pisanie (składnia, interpunkcja itp.) nauczyłam się go dopiero na studiach. Z Internetu. Nie pisałam wcześniej jak totalny analfabeta, ale jednak nie rozumiałam wielu zasad lub nie umiałam ich stosować. W szkole na takie „pierdoły” nie było czasu – ale na rozprawkach i tak traciło się punkty za błędy interpunkcyjne czy językowe.

Kiedy dostaliśmy próbne arkusze maturalne do rozwiązywania na lekcjach (część zamknięta), wypełniłam swój na 100%. Nauczycielka stwierdziła, że to niemożliwe, wszak jestem co najwyżej średniakiem. Na pewno rozwiązywałam już ten arkusz w Internecie i nauczyłam się odpowiedzi na pamięć albo ściągałam. Zamiast piątki dostałam tróję. Ciężko było to wyjaśnić rodzicom.

Nigdy nie miałam za to problemów z ortografią. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy zorganizowano kwalifikacje do konkursu (dyktando). Wypełniłam zadanie sumiennie, miałam jeden błąd w bardzo trudnym słowie, którego wcześniej nie znałam. Był to najlepszy wynik w klasie, co skutkowało tym, że powinnam przejść do kolejnego etapu konkursu. Nie przeszłam. Nauczycielka stwierdziła, że woli Julkę, bo Julka ma zawsze dobre oceny, a ja pewnie ściągałam albo po prostu raz mi się poszczęściło.

Dziś zajmuję się pisaniem tekstów na portale, współpracuję z różnymi wydawnictwami, sporo się udzielam. Wygrywam konkursy literackie. Nie na jakąś wielką skalę, ale moje nazwisko czasem gdzieś tam się przewija.
Właśnie dostałam maila. Moje liceum organizuje jakiś zlot zdolnych absolwentów, a przecież ja zawsze tak świetnie sobie radziłam i teraz odnoszę sukcesy i ojej, jestem chlubą tej szkoły i sukcesem Pani nauczycielki od polskiego.
Aha.
Pędzę, lecę.

* Pytania na wejściówkach obejmowały np. "Jakimi słowami zaczyna się rozdział trzeci powieści o tytule "X" autora "Y"?" – lub inne podobne absurdy.

szkoła

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (140)

#80362

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo lubię koty. Ale trzeba znać umiar.
W bloku na parterze mamy panią, która karmi okoliczne bezpańskie koty. I wszystko byłoby fajnie, bo koty miejskie są potrzebne, tępią populacje szczurów, tylko że zrobiło się zimno i pani z parteru zostawia drzwi na klatkę oparte na nóżce, żeby się nie zamykały, wpuszczając tym samym koty, „bo koteckom zimno”.

Na osiedlu kotów jest mnóstwo. Naprawdę dużo. Dosłownie całe stadko, a wiadomo, jak to koty niewykastrowane – mnożą się, ile wlezie. Wchodząc na klatkę, można minąć ich nawet siedem naraz(!). Koty są na wpół dzikie, więc przepłoszone, jeśli ktoś dość energicznie wejdzie do środka, potrafią nieźle się wystraszyć i być przez to agresywne. Jak to zdziczałe zwierzęta – część z nich ma pchły, mogą też nosić jakieś choroby. Do tego załatwiają się na klatce, trochę rzadziej zdarza się im wymiotować, no ale generalnie jest tragedia.

Mieliśmy zatrudnione firmy sprzątające klatki – jedna po drugiej rezygnują, bo panie sprzątaczki nie chcą czyścić schodów, pardon, z gówien dzień w dzień (i zupełnie się im nie dziwię, bo kto by chciał?). Jakby tego było mało, jeśli jakimś cudem drzwi są zamknięte, to koty (przyzwyczajone do "luksusów" w tej okolicy), potrafią iść na niedaleki parking i ukrywać się gdzieś w szczelinach samochodu, bo ciepło i nie pada na łeb. Jakim może być to problemem, wie pewnie każdy kierowca...

Babie do rozumu przemówić się nie da. Do siebie ich nie weźmie, bo uważa, że kot musi żyć na zewnątrz, poza tym oburzona, bo jeszcze by jej srały (ale na klatce to już spoko!), a karmić/wpuszczać nie przestanie, bo biedne zwierzątka. Drzwi każdy, kto wchodzi/wychodzi, stara się zamykać, ale pani nasłuchuje/wypatruje i jak tylko "zagrożenie" się oddali, biegnie drzwi otworzyć (to starsza osoba, niepracująca, więc ma czas na takie przepychanki)... Sprawa u administracji – nie mogą nic zrobić, bo kto to słyszał, żeby karać kogoś za otwieranie drzwi we własnym bloku.

Zdemontowano stopkę, dzięki której drzwi mogły być otwarte – babsko znosi jakieś kamienie, żeby drzwi się nie zamykały.
Sprawa zgłoszona w schronisku: mają związane ręce, bo zgłoszeń o kastrację/sterylizację kotów jest za dużo i nie dają rady (o to akurat ich nie winię), do siebie nie wezmą, bo to koty dzikie, które nie mają szans na znalezienie domu, poza tym schronisko przepełnione. Ponadto jak usłyszeli, że koty ktoś karmi i dogląda, to tym bardziej nie chcą interweniować (bo to nie zwierzętom dzieje się krzywda...).

A ty człowieku dalej tańcz między fekaliami i wymiotami z nadzieją, że żaden kot cię nie podrapie czy nie pogryzie lub nie przyniesiesz do domu pcheł lub innego świństwa.

osiedle

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (181)

#80337

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z serii „to tylko dziecko”.
Jak to czasem bywa latem na plaży: ludzie pływają, wychodzą z wody przemoczeni, czasem zrobi się zimno. Owinęłam się od pasa w dół ręcznikiem i poszłam kupić sobie coś do jedzenia w barze nad jeziorem. Stoję w kolejce, czekam, aż tu nagle ktoś łapie mnie za tyłek. Gotowa strzelić komuś liścia, odwracam się, a tam dzieciak. Taki na oko pierwsza, może druga klasa podstawówki.

I szczerzy się do mnie bezczelnie. Zignorowałam i wróciłam do gapienia się przed siebie. Przecież nie będę bić dziecka. A nie bardzo wiedziałam, jak zareagować.
Ale zignorowanie to był błąd.
Tym razem mnie klepnął.

Mówię mu, żeby przestał i mnie nie dotykał, bo sobie tego nie życzę. Dzieciak się śmieje. Mamusia z tatusiem pogrążeni w rozmowie.

Za chwilę złapał mnie znowu. Tym razem za oba pośladki na raz.
Zwracam uwagę rodzicom, pada nieśmiertelne: „to tylko dziecko/bawi się” i jeszcze leci, oczywiście od ojca: „podobasz mu się, to łapie, co narzekasz, hehe, wie co dobre”. Dzieciak zadowolony z siebie. Rodzice tak samo, ich zdaniem sprawa załatwiona. Padły jeszcze jakieś ciche komentarze, już między nimi, że jestem głupia i nienormalna. Nie chciałam się kłócić, więc przewróciłam tylko oczami, ale jednak w środku zdążyłam się już zagotować.

Kolejny raz dzieciak próbuje złapać mnie za tyłek, ale, już przygotowana, łapię go za rękę, a potem dość mocno odpycham. Nie wydaje mi się, żebym wsadziła w ten ruch za dużo siły, ot, dzieciak cofnął się dwa kroki i w zasadzie potknął o własne nogi, usiadł na drewnianej podłodze na tyłku, a potem płacz.
W matkę wstąpił szatan, że jej dziecko biję, że nienormalna i zboczona (?) jestem, bo Mateuszek mnie tylko niewinnie zaczepiał, bo chciał się pobawić, jak ja mogę!
I generalnie matka sadzi się do mnie z łapami.

Na szczęście ludzie z kolejki przysłuchiwali się sytuacji i zareagowali. Właściciel baru wyprowadził rodziców gdzieś na bok, co się z nimi stało później – nie wiem.

Tak dorastają dzieci, które myślą, że są bezkarne i mogą wszystko. Bo mamusia i tatuś zawsze będą uważali, że są święci.

plaża

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (237)

#80338

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się, że miałam bardzo zajęty dzień, ale wypadało zrobić pranie. No to hop, pralka nastawiona, a ja szybko na zakupy, bo lodówka świeci pustkami.

Wracam, zadowolona słyszę, że pralka już wiruje (bo pranie akurat krótkie), jest szansa, że ze wszystkim się tego dnia wyrobię. Wtem! Na klatce dopada mnie sąsiadka:
S: Jak tak można! Kto to widział, żeby pranie nastawiać, jak się gdzieś wychodzi! Pralki trzeba pilnować! Trzeba patrzeć! A jakby kogoś zalało?! Ci młodzi to teraz nic nie myślą!

Nie wiem, może jakaś głupia jestem, ale teraz trochę nowsze pralki chyba już nie wylewają jak kiedyś, poza tym nie było mnie w mieszkaniu raptem 30 minut.
...i chyba mam ciekawsze rzeczy do roboty niż gapienie się, jak pranie w pralce się kręci, bo a nuż wyleje.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (185)

#78653

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie bardziej śmiesznie niż piekielnie.
Nie przepadam za fastfoodami, ale czasem zdarza mi się coś zjeść, jeśli bardzo goni mnie czas. Trafiło się, że w "maku" zamówiłam kiedyś zestaw z kanapką - zamiast frytek wybrałam sałatkę (myślałam, że taką możliwość ma tylko powiększony zestaw, a tam jest większy napój).

Nie mam też nadprogramowych kilogramów (a przynajmniej tak myślę), ale śmieszki gimbusów prześcigających się w wymyślaniu żartów dotarły do mnie ze stolika obok.
"Idzie do maka, burger i sałatka, bo się odchudza, hehe"
"Może jeszcze cola light do tego?"
"Sałateczka, ale powiększona, cola musi być"
"Fryty pewnie już opie*oliła".

Kiedy sami skończyli jeść, jeden z odważniejszych koleżków rzucił tekstem, że mogłabym pobiegać, żeby "zrzucić dupsko" i do tego nazwał mnie "świnką".

A ja po prostu nie lubię frytek...

centrum handlowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (144)

#78654

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakoś chwilę przed północą, pani wyszła z psem na spacer. Chyba bez smyczy, bo woła:

BĄBEL
BĄBEL NO CHO
NO CHO TU BĄBEL
NO K*WA CHO
PSIE GŁUPI
BĄBEL DO NOGI
BĄBEL DO DOMU
BĄBEL NOOOOOOOOOOOOOOO
BĄBEL
BĄBEL
BĄBEL
BĄBEL NO CHO, NIE BĘDĘ CIĘ GONIĆ
BĄBEL
BĄBEL K*WA

Kto mieszka w wieżowcu, wie, jak strasznie dźwięk niesie się do góry. Sama akurat nie spałam, ale ludzie wstają wcześniej, to i trochę chcą pospać. W końcu sąsiad krzyczy przez otwarte okno, żeby sąsiadka się zamknęła i wzięła tego psa do domu, skoro sam nie chce przyjść.
Na to pani odkrzykuje, że nie może, bo ona uczy psa, żeby się słuchał, a jak go przyprowadzi, to on się niczego nie nauczy.

blokowisko

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (143)

#73892

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś podryw po katolicku. Ale tak strasznie skrajnie po katolicku. (Nie mam nic do katolików, po prostu radykalizm w każdym przypadku jest zły).

Dla historii istotne jest to, że od wielu lat jestem w szczęśliwym związku. Nie ukrywam tego, ale też specjalnie się nie afiszuję.
Wszystko zaczęło się w pewne wakacje. Z racji studiów praktyki mamy wyjazdowe, różne towarzystwo się trafia, często mieszanka społeczno-kulturowa, ale to fajnie, można poznać trochę cudzych zwyczajów, kultury... Dopóki ktoś tych zwyczajów nie próbuje komuś wpychać na siłę.

Codziennie pracowaliśmy w grupie po X godzin, wiadomo, można umilić sobie czas rozmową; po pracy wracaliśmy do wspólnej bazy, jedliśmy wspólnie obiad i każdy zajmował się swoimi sprawami lub spędzało się razem czas przy grach lub piwie. Naprawdę lubię ludzi, ale z racji mocnego introwertyzmu potrzebuję też często naładować baterie w samotności, bywało, że siadałam na uboczu z książką i nikomu to nie przeszkadzało - poza Katolickim Ropuchem.

Problemy zaczęły się z nim już na początku - nie będzie spał w jednym pomieszczeniu z dziewczętami, bo wiara mu tego zabrania. To niegodne istoty ludzkiej, żeby bez ślubu spać z kobietą pod jednym dachem (nikomu innemu to nie przeszkadzało, każdy miał swoje łóżko/materac/karimatę)! Ostatecznie spał sam w ciasnej kuchni, jak ktoś wcześniej wstawał i chciał zjeść śniadanie, musiał dokonywać akrobacji, żeby jaśniepana nie nadepnąć.

Prędko też okazało się, że niestety jestem w Ropucha typie. Nie przeszkadzało mu to, że tuż po pracy zawsze zakładałam pierścionek od narzeczonego (nie chciałam go zgubić w czasie pracy) i że kilkukrotnie wprost rozmawiałam z koleżanką o mojej lepszej połówce, kiedy KR był w pobliżu i NA PEWNO słyszał.

Po wypytaniu mnie o poglądy (okazało się, że w porównaniu do niego jestem skrajnym lewakiem, ale trudno byłoby nie być w starciu z tak skrajnie prawicowym betonem), zaczęła się próba nawracania mnie na Jedyną Właściwą Drogę. Na początku były niewinne zaproszenia do wspólnej modlitwy, kiedy konsekwentnie odmawiałam, potrafił nagabywać mnie, kiedy czytałam książkę, a później po prostu klękał gdzieś przy mnie i głośno się modlił, również za mnie, tak, abym to słyszała. Gdziekolwiek bym nie siedziała, zawsze się przypałętał.

W niedziele, które były wolne od pracy, na siłę próbował wyciągać mnie do kościoła. Kiedy odmawiałam, zapewniał, że będzie się modlił za moje zbawienie.

Podarował mi medalik z Matką Boską, kiedy odmówiłam przyjęcia, powiedział, że popełniam straszny błąd. I że bardzo się o mnie martwi, a poza tym to on próbuje mi wywalczyć niebo, a ja wszystkie jego starania zaprzepaszczam, bo jeśli ja nie zawalczę o swoje zbawienie, to jego starania spełzną na niczym. Nie docierało, że nie wierzę i dziękuję za modlitwę, ale dobrze mi tu, gdzie jestem i nie zamierzam wracać do Kościoła.

Potrafił siadać przy mnie i oznajmiać, że jest mną zauroczony... Nie zrozumcie mnie źle, ale gdzie skrajnemu katolikowi, który przekleństwa uznaje za domenę podludzi, a mieszkanie z facetem pod jednym dachem już w ogóle, do dziewczyny, która nie dość, że mieszka z narzeczonym, to jeszcze od czasu do czasu potrafi w nerwowej sytuacji rzucić mięsem? Najwidoczniej uznał, że mnie nawróci i sobie wychowa.

Dowiedziałam się, że słucham szatańskiej muzyki (nawet nie metal, przegląd muzyczny różny), czytam złe książki (fantastyka...) zawierające fałszywe dogmaty i wątki antychrześcijańskie.

Gdy zepsuł mi się jakiś przedmiot, ale wiedziałam, jak go naprawić, usilnie proponował mi pomoc, kiedy odpowiadałam, że dziękuję, ale lubię w czymś takim dłubać i sobie poradzę, powiedział, że to niekobiece i na siłę robię z siebie mężczyznę, jak jakaś, TFU, FEMINISTKA, TFU. Jeśli kobieta jest sama i sobie coś naprawi, to zaradność, ale jeśli obok jest mężczyzna, on powinien się tym zająć, bo w innym wypadku kobieta zmieni się w babochłopa-nazifeministkę-godzillę.

W końcu powiedziałam mu wprost, żeby dał sobie spokój, bo mam narzeczonego, z którym planujemy wspólne życie i nie jestem zainteresowana. Dowiedziałam się, że żyję w grzechu, on mnie z tego grzechu wyzwoli, on mi pokaże inne, lepsze życie i jak raz go zasmakuję, nie będę już chciała wrócić do tej Sodomy i Gomory, w której wegetuję teraz.

A teraz uwaga, będą momentami rzygliwe, skrajnie katolskie (bo nie katolickie) poglądy.

Nie brakowało też niestety dyskusji światopoglądowych przy piwie z innymi ludźmi... Oczywiście starał się przekonać wszystkich do swoich racji, bo tylko one są słuszne i zgodne z Wolą Pana. Standardowe teksty o tym, że seks przed ślubem to zło, jeszcze można znieść. Ale poniżanie kobiet za to, że zdecydowały się usunąć ciążę z ciężką wadą/z gwałtu/zagrażającą życiu? Jego zdaniem nawet w przypadku ciąży pozamacicznej kobieta tę ciążę powinna donosić tak długo, jak tylko może, bo poświęcenie się za dziecko to najwyższy akt miłości i to oczywiste, że każda normalna kobieta by tego dokonała.

Antykoncepcja żadna w grę nie wchodzi w małżeńskim pożyciu, bo małżeństwo musi być otwarte na życie. Na pytanie co jeśli kobieta musi brać hormony, bo jest chora, a jest to jednocześnie antykoncepcja, odpowiedzieć nie umiał.
Tak samo na pytanie co jeśli wiadomo, że ciąża mogłaby zagrozić życiu kobiety (np. tętniak lub inne choroby). Przecież małżeństwo ma być otwarte na życie, tak? To dlaczego ma się zamykać na życie kobiety? Zapowietrzył się i nie umiał znaleźć odpowiedzi.

A, no i nie można uprawiać seksu przed ślubem, bo co, bo przed ślubem kobieta da, a po ślubie nagle nie da (dosłownie użył sformułowania "kobieta da") i wtedy co? Nagle gwałt się dzieje jakiś wymyślony! Przecież to OBOWIĄZEK MAŁŻEŃSKI, który kobieta MUSI wypełniać. Ergo jego zdaniem coś takiego jak gwałt małżeński nie istnieje.

Poza tym związek musi być oparty na przyjaźni i wspólnym patrzeniu sobie w oczka i głaskaniu po rączkach, bo jak raz się zasmakuje seksu, to już ciągle będzie się go uprawiać jak zwierzęta, a trzeba ciągle panować nad swoimi popędami, które są przecież takie silne.

Leciały też teksty o tym, że kobiety w spódniczkach przed kolano, z za krótkimi rękawami lub zbyt głębokimi dekoltami same proszą się o gwałt, bo mężczyzna ma swoje potrzeby i to go usprawiedliwia. Jeśli kobieta jest lekko pijana, to też prosi się o gwałt. A w ogóle to kobiety nie powinny nosić spodni, bo gender.

Kiedy próbował mnie pocałować, mimo moich oczywistych sygnałów świadczących, że nie jestem zainteresowana, uderzyłam go otwartą dłonią w twarz, ale i to go nie zniechęcało, nadal za mną łaził. No uwziął się po prostu.

Pod koniec praktyk byłam zdewastowana psychicznie, większość czasu spędzałam w towarzystwie kolegów i koleżanek, którzy po prostu pilnowali, żebym miała spokój. Ostatecznie skończyło się na skardze do kierownika, który z KR pogadał na osobności i zabronił mu się do mnie zbliżać i rozmawiać więcej, niż to było konieczne, pod groźbą niezaliczenia praktyk.

Ale niesmak pozostał.

katolicyzm w najgorszym wydaniu

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 294 (382)

#65567

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz dzieje się w jednym z osiedlowych marketów, w którym na promocję rzucono wspaniałe urządzenie typu sokowirówka, gofrownica czy inny opiekacz do kanapek. Mniejsza o sam sprzęt, ważne, że kosztował ponad sto złotych i do odbioru był przy kasie.

Szanowni Państwo, wraz z innymi swoimi towarami, pakują się już przy kasie, ale Szanowny Pan stwierdza, że trzeba jeszcze zerknąć, czy aby na pewno wszystkie komponenty potrzebne do działania urządzenia znajdują się w pudełku. Wiadomo, pudełko zostało przez Szanownego Pana otwarte, ale jakoś tak się stało, że nie zostało zamknięte. No i zakupy, jak to zakupy, Pani kasjerka kasuje szybciej, niż Szanowna Pani jest w stanie spakować, więc zaczynają się piętrzyć.

I tak piętrzą się i piętrzą, aż Szanowny Pan łapie za brzeg kartonika, chcąc wyciągnąć go spod sterty zakupów. Pech chciał, że pudełko się przechyliło, a zawartość spotkała się z podłogą, roztrzaskując się na kilka kawałków. I w końcu następuje kluczowe pytanie Szanownego Pana:

- Można to wymienić?
Pani kasjerka grzecznie zaprzecza. Na co Szanowny Pan do swojej ukochanej:
- Widzisz, k...o, szmato, wszystko twoja wina!

Szanowna Pani chyba przyzwyczajona (albo aż tak zawstydzona), bo nawet nie zareagowała...

sklepy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (406)

#59448

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec marca podjęłam z chłopakiem decyzję o konieczności przeprowadzki do innego lokum. Całość w trzech aktach.

Jakoś tak się stało, że w tym roku akademickim wynajęliśmy mieszkanie ze znajomymi, we czterech, ale dwóch z nich się wykruszyło z powodów osobistych. Na ich miejsce przyszli nowi lokatorzy, fajna koleżanka oraz... nazwijmy go Robercik.


Akt I - Mieszkanie
Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze. Zaczęło się od tego, że śnieg się stopił i wielki grzyb wyszedł nam suficie. Pisaliśmy do właścicielki - przestała interesować się sprawą, gdy dostała odszkodowanie od ubezpieczyciela. A grzyb jak był, tak został. Walczyliśmy z nim sami i na własny koszt, ale zawsze wracał.


Akt II - Robercik
Osoba pracująca, facet około trzydziestki. Nigdy, ale to nigdy wcześniej nie miałam pojęcia, że komuś AŻ TAK mogą cuchnąć stopy. Prośby, groźby - zapomnijcie. Robercik stwierdził, że pracuje 12 h dziennie i to nie jego wina. No to może użyłby chociaż jakichś środków do stóp? A gdzie tam, po co.

Śmierdziało w przedpokoju, śmierdziało w kuchni, śmierdziało w łazience nawet, gdy Robercika nie było w mieszkaniu. Bo wystarczyło, żeby raz stanął na dywaniku, a ten trwale prześmiardnął.

W mieszkaniu miałam własną zastawę, garnki, sztućce, trochę sprzętów. Bilans: połamanych jakichś siedem widelców, zbity ulubiony kubek, odłamana rączka od nowej patelni, wyrzucony opiekacz do kanapek (chyba piekł w nim sam ser, bo wszystko było nim zalepione i naprawdę nie dało się tego doczyścić).

Robercik nie sprzątał po sobie, bo nie miał czasu, nawet w soboty oraz niedziele, kiedy nie pracował. Za to lubił zapychać zlew, psuć prysznic, takie tam.

Za kołnierz też nie wylewał, podziwiam tylko jego zdrowie, około 23 wracał pijany, pił do pierwszej-drugiej w nocy, wymiotował i rano, około siódmej, wstawał i szedł do pracy. Pecha miał ten, kto pierwszy rano musiał skorzystać z toalety, bo przy okazji musiał wszystko sprzątać.

Właścicielka mieszkania była głucha na nasze jęki i zawodzenia, bo z Robercikiem dogadać się nie dało, jemu na rękę było to, że sprzątaliśmy my, on nie kiwnął palcem i tak życie miało się toczyć.

Miarka przebrała się, gdy odkryliśmy, że Robercik nie posiada własnej szczoteczki do zębów i używa naszych, połasił się też na kilka produktów z naszych części lodówki, uraczył się płynem do prania, a raz nawet wziął sobie alkohol, który czekał na odpowiednią okazję (i jeszcze był zdziwiony, że chcemy dokładnie ten sam produkt z powrotem!).


Akt III - Właścicielka
Po okresie grzewczym okazało się, że mamy dopłacić 400 zł za ogrzewanie. Nieważne, że 3/4 jednostek nabili poprzedni lokatorzy.

Decyzja podjęta - szukamy innego mieszkania (materiał na osobną historię) i uciekamy czym prędzej. Jakoś tak wyszło, że wyprowadzała się z nami również współlokatorka, z którą teraz mieszkamy, ale mieszkanie miała opuścić kilka dni później.

Nagle okazało się, że miesięczny okres wypowiedzenia skutkuje tym, że, wyprowadzając się pod koniec marca, mieliśmy płacić jeszcze za cały kwiecień i maj, a także dać właścicielce zaliczkę za kilka dni czerwca. Oczywiście wszystko z rachunkami i w ogóle. No chyba nie.

Umówiliśmy się z właścicielką na konkretny dzień i godzinę, później mieliśmy pociąg, na który zdążyliśmy już zakupić bilety. Właścicielka spóźniała się o pół godziny, godzinę, dzwoniliśmy, pisaliśmy smsy - zero reakcji. Ostatecznie podjęliśmy decyzję o tym, że mieszkanie zamkniemy, a klucze do niego zostawimy w skrzynce na listy. Mamy świadomość, że to niezbyt miłe zagranie, ale próbowaliśmy się skontaktować - nie szło, a pociąg przecież by na nas nie zaczekał.

Przed przeprowadzką wysprzątaliśmy calutkie mieszkanie, od siebie zostawiliśmy czajnik elektryczny, trochę drobnych fantów do wyposażenia łazienki i, jak się później okazało, niechcący zapomnieliśmy zabrać z pokoju jednego, małego kartonika... Do wieczora na telefonie, którego dzwonka w pociągu nie słyszałam, miałam chyba 20 połączeń nieodebranych i podobną liczbę wiadomości. Dowiedziałam się, że w pokoju podobno zostawiliśmy chlew, że w mieszkaniu zostały sprzęty, z którymi, uwaga, nie wiadomo, co zrobić. Nie wiem, co trzeba mieć z głową, żeby mieć pretensje o to, że zostawiliśmy nowy, działający czajnik w mieszkaniu, w którym go nie było. Właścicielka miała też pretensje o to, że sprzedaliśmy NASZĄ lodówkę (bo na mieszkaniu była tylko taka malutka, bez części mrożącej). Była święcie przekonana, że lodówka z dniem wniesienia jej na czwarte piętro należała się jej. Oczywiście mała lodóweczka wróciła na swoje miejsce w kuchni. Za zostawione pudełko przeprosiliśmy, niestety to nie wystarczyło, bo właścicielka wyceniła sprzątnięcie pudełka na 50 zł.

Poinformowaliśmy właścicielkę smsem, że przelew regulujący wszystkie opłaty za mieszkanie (faktyczny okres miesięcznego wypowiedzenia, nie ten trwający do czerwca) dotrze do niej po weekendzie, z samego rana w poniedziałek. Zapytaliśmy też o kaucję, bo przecież jest zwrotna. Dowiedzieliśmy się, że kaucji nie otrzymamy z powrotem, bo, uwaga, w mieszkaniu jest grzyb (o którym często właścicielce pisaliśmy) i w ogóle chlew. Cóż zrobić, anulowaliśmy przelewy, które jeszcze nie zdążyły się wysłać i od pełnej kwoty opłaty odjęliśmy kwotę kaucji, która, jakby nie patrzeć, naprawdę się nam należała.

Do teraz wysyła nam maile lub smsy (zadzwonić się boi), że mamy oddać jej jeszcze jakieś 1600 zł i w ogóle ona sprawę zgłosi do sądu, jak jej tych pieniędzy nie oddamy. Hitem był sms, w którym napisała "proszę natychmiast odesłać mi pełną kwotę kaucji, a ja zastanowię się, czy ją państwu oddać".

A niech zgłasza, ciekawe, jak wytłumaczy się z tego, że nie odprowadzała podatku za wynajem mieszkania.

Wisienką na torcie jest fakt, że znaleźliśmy nowe mieszkanie, w identycznej cenie, dużo lepsza lokalizacja i chyba ze trzy razy lepszy standard. A właścicielka poprzedniego mieszkania zawsze mówiła, że musi koniecznie podnieść kiedyś opłaty za pokój... tak, za tego grzyba na suficie szczególnie.

mieszkanie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 580 (660)