Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

izamarkow

Zamieszcza historie od: 16 listopada 2016 - 6:02
Ostatnio: 27 czerwca 2017 - 23:02
  • Historii na głównej: 27 z 34
  • Punktów za historie: 7275
  • Komentarzy: 234
  • Punktów za komentarze: 385
 

#78507

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ZaZuZy z 2.06. o pożyczaniu książek (i problemami z odzyskaniem) przypomniała mi historię jeszcze z podstawówki.

Czytoholikiem byłem i jestem, ale to były czasy, gdy na książki były zapisy, a asortyment w księgarniach mizerny. Na szczęście miałem brata ciotecznego też mającego hopla na punkcie książek. Mieszkał 200 km ode mnie, ale w Jego rodzinnej Stalowej Woli można było dostać niemal każdą książkę (na zamówienie).

Postanowił zrobić mi prezent i zamówił sagę "Ród Rodrigandów" Karola Maya na moje urodziny (13 tomów). Jako, że za PRL nic nie było oczywiste, prezent był kompletowany kilka miesięcy w miarę ukazywania się kolejnych tomów.

Byłem tak zachwycony, że czytałem pierwsze pięć, jak dosłał kolejny to to od nowa sześć itd. W końcu miałem komplet. Dumnie obłożony w folię, podpisany (zresztą każdy był z dedykacją) ozdabiał moją główną półkę z książkami.
Do czasu.

Jako, że trzy razy w tygodniu prosto ze szkoły jeździłem jeszcze do Szkoły Muzycznej w sąsiednim mieście, w te dni wracałem do domu po 20-tej. Wchodzę wieczorem do pokoju i już na pierwszy rzut oka widzę lukę w moich ukochanych książkach. Były ustawione autorami, tak że trudne to nie było.

Lecę do Mamy - nic nie wie. Lecę do Taty. Mocno podchmielony Tatuś uspokaja, że byli koledzy po pracy i tak przy kielichu pochwalił się moją niemałą kolekcją m.in. Karola Maya właśnie. A miałem wszystkie jego pozycje dotychczas wydane na polskim rynku księgarskim.

Na widok sagi koledze zaświeciły się oczy, bo on też ją zbierał, ale brakuje mu trzech tomów. Konkretnie trzeciego, piątego i dziewiątego. Więc on sobie pożyczy, przeczyta i odda. Kochany Tatuś się zgodził. Koledze od kielicha odmówi? Wpadłem w histerię. Książki to był mój najcenniejszy skarb. Nie miałem "walkamana", video czy komputera. Tylko papierowe oczka w głowie.

Ojciec trochę przetrzeźwiał po awanturze i obiecał szybkie odzyskanie moich skarbów. Odzyskiwał trzy miesiące. Odzyskał dwa tomy kompletnie zniszczone, z potarganymi kartkami i wyglądające jakby ktoś się nimi, za przeproszeniem, podcierał. Tom dziewiąty zaginął definitywnie, bo (jak przyznał koleś) został zabrany na wczasy i zaginął w akcji gdzieś w ośrodku wczasowym nad morzem.

Na karczemną awanturę miłośnik książek wzruszył ramionami, że może trochę sponiewierane, ale czytać się da, a ta trzecia... No co. Mam przecież jeszcze cztery regały, więc o co w ogóle ten hałas.

Jedynym zadośćuczynieniem był dożywotni zakaz wstępu dla kolesia wydany przez moją Mamę, a Ojciec w ciągu roku sprezentował mi antologię Juliusza Verne’a.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (238)

#78206

(PW) ·
| Do ulubionych
Gwoli wyjaśnienia moja żona posiada od kilku lat motorower, którym dojeżdża do pracy i w ogóle jest to jej oczko w głowie.
Moja rola polega na tankowaniu i serwisowaniu powyższego z racji, że do śrubek zawsze mnie ciągnęło.
"Norris" jest stylizowany na lata osiemdziesiąte, cały czarny i przy kierowcy o wzroście 150 cm wygląda jak prawdziwy motocykl.

Problem polega na tym, że w przeciwieństwie do "plastików" wszystkie bebechy ma na wierzchu, co poniektórych kusi/drażni.
Ukradli nam już jedno lusterko, kierunkowskaz, klamkę od sprzęgła (?), wszystko w Katowicach pod renomowaną instytucją państwową.

Rano żona wybiera się do pracy, wraca po dwóch minutach: "Musisz zobaczyć, bo mi jakaś śruba wystaje".
W buty i na dół.
Szybkie oględziny - rura wydechowa odstaje, a śruba, na której wisiała, jest wysunięta z ramy na kilka centymetrów. Stacjonarnie jest to niemożliwe, więc motorek musiał przyjechać 20 km z Katowic już bez nakrętki na śrubie.
I teraz powiedzcie. Jakim trzeba być po*ebem, żeby ukraść zabezpieczoną nakrętkę ze śruby, która łączy cały tylny wahacz z ramą pojazdu?

Gdyby ta nieszczęsna śruba wysunęła się do końca, przednie koło z silnikiem pojechałoby dalej, a tylne udałoby się na wakacje w bliżej nieokreślonym kierunku.
Przy dobrych wiatrach może skończyłoby się na oddziale ortopedycznym, chociaż osobiście stawiałbym na OIOM lub prosektorium.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (183)

#78141

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby nie było, że tylko "baba za kółkiem".

Dzisiaj wracam z psem ze spaceru wzdłuż drogi rozdzielającej dwa naprawdę duże osiedla. Światła, po jednej stronie Kaufland + stacja benzynowa, po przeciwnej Stokrotka + popularny mięsny i hurtownia odzieży, więc ruch jest tam zawsze spory.

Ze względu na światła auta jadą na zasadzie "stop and go".
Mnóstwo ludzi jeździ z telefonem przy uchu, piszą sms-y(!), ale dzisiaj facet wzniósł się na level hard.

Stoję czekając na zielone, samochód się zatrzymuje, więc zaraz będę miał wolne przejście. Jest. Krok do przodu i... puk auto stoi metr na pasach.

Geniusz, który wjechał mu w dupę trzymał ramieniem telefon, gdyż... w jednej ręce trzymał pudełko z jedzeniem, a w drugiej pałeczki. Tak, że rozmawiając przez telefon i jedząc jednocześnie zabrakło, niestety, podzielności uwagi do naciśnięcia hamulca...

kierowcy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (259)
zarchiwizowany

#77994

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Obserwacja z dzisiaj. Może nie piekielna, ale dająca do myślenia. Okazuje się, że będąc kierowcą nie wystarczy umieć prowadzić samochód i znać przepisy (stosując się do nich), ale trzeba mieć w sobie też odrobinę jasnowidza.

Jedziemy sobie bardzo uczęszczaną drogą łączącą drogę krajową z trzema dużymi osiedlami w mojej dzielnicy. Miejscowi wiedzą, że codziennie od 14.00 do 18.00 i w soboty od 12.00 do 15.00 jest ona nieprawdopodobnie zakorkowana, więc raczej nikt się nie spina i wszyscy toczą się z prędkością max. 20 km/h. Stłuczki się zdarzają jak wszędzie, ale dzisiejsza była co najmniej kuriozalna.

Środkiem tej dwukierunkowej ulicy ciągnie się trzeci pas podzielony na wysepki do prawo/lewoskrętu tudzież ułatwiające włączanie się do ruchu.

Kilka samochodów przed nami stoi całkiem nowy Civic z włączonym kierunkowskazem czekający aż jakiś litościwy kierowca zrobi miejsce na wjazd. Chętnych jakoś nie było, więc młody (jak się później okazało) człowiek stracił cierpliwość i wycelował pomiędzy dwa samochody dosyć agresywnie włączając się do ruchu.

Manewr wykonany bez zarzutu. Nie przewidział biedak jednego. Na kilkadziesiąt aut wybrał akurat zestaw holownik - holowany. Przy sporym impecie wjazdu na pas zgarnął zderzakiem linkę holowniczą, która okazała się bardzo wytrzymała i zanim zdążył zareagować oba auta złożyły się jak ręce do modlitwy kasując hondę z obu stron.

To się nazywa mieć pecha. Trzy samochody poważnie uszkodzone (bez ofiar w ludziach). Droga zablokowana totalni, bo wyminąć ich się nie dało, ale nawet patrol policji ogarniający kolizję wykazał się wyjątkową wyrozumiałością udzielając młodemu kierowcy jedynie pouczenia (swoje dane już zdążył podać pozostałym poszkodowanym) komentując: "Wiem pan, w tej sytuacji to nawet Nostrodamus by przywalił".

Tak że nie lekceważmy wróżek.

zdarzenia drogowe

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (35)

#77916

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo zamieszczacie historii o piekielnych sąsiadach i, muszę przyznać, że zawsze traktowałem je trochę z przymrużeniem oka. Może dlatego, że moje staruszki z klatki są do rany przyłóż.
Ale ostatnio na własnej skórze przekonałem się jak bardzo zryty można mieć dekiel.

Od niedawna pomagam koledze w remoncie kawalerki, do której docelowo ma się wprowadzić. Na razie polega to raczej na wynoszeniu skarbów gromadzonych latami przez starszego człowieka i sprzątaniu, więc na razie nie odbywają się żadne głośne prace typu wiercenie, kucie, itp.

Ze względu na to, że średnia wieku sąsiadów grubo przekracza sześćdziesiątkę, od początku staramy się utrzymywać z nimi kulturalne stosunki np. wnosząc zakupy, żeby na przyszłość kumpel był postrzegany w dobrym świetle.

Pracujemy sobie spokojnie: kumpela coś ogarnia na balkonie, kumpel drapie starą tapetę w przedpokoju, a ja, siedząc na podłodze, rozkręcam stary piecyk zdemontowany przez gazownię w celu wyniesienia go panom bardziej potrzebującym pod śmietnik.
Właściwie jedynym źródłem jakiegoś hałasu jest mój telefon z włączonym radiem na parapecie za mną.

Siedziałem twarzą do drzwi wejściowych więc pierwszy zauważyłem wtargnięcie sąsiadki z RYJEM. Tak się darła, że chyba nawet w Chicago się auta zatrzymywały. Ogólnie była w samym szlafroku (to akurat było widać na pierwszy rzut oka), z mokrymi włosami i... pełnym makijażem(?)

A darła się mniej więcej w tym sensie:
"Wiedziałam mordercy! Dopiero się wprowadzili, a już chcą mnie zabić! Ja siedzę w wannie, a ci bandyci tak w rury waliliście, że mi mało Junkers do wanny nie wpadł! Ja mam zawał! Policja!"
Czy coś w tym stylu.

Kumpel przestraszony (w końcu to on tam będzie mieszkał), próbuje tłumaczyć, że w łazience nie są przeprowadzane kompletnie żadne działania remontowe, ale może po pionie jakiś hałas się niesie i w ogóle przeprasza.
Niestety to tylko spotęgowało wrzaski tej staruchy.
W otwartych drzwiach wejściowych widzę też już trzy siwe głowy pozostałych sąsiadek z piętra.
Odłożyłem narzędzia, naparłem na furiatkę (prawie półtorej głowy różnicy wzrostu).

(J) Proszę wyjść.
(F) Nie wyrzucaj mnie!
(J) Proszę wyjść (cały czas prąc przed siebie, więc siłą rzeczy baba musiała się cofać).
(F) Nie bij mnie! (nawet nie podniosłem głosu, a co dopiero ręki).
W końcu wylądowała na korytarzu, drzwi zwyczajnie zatrzasnąłem i żartując wróciliśmy do pracy.

Po kilku minutach rozlega się pukanie do drzwi. Powstrzymałem kumpelę: ja otworzę. Jak to ona, to jej mopa w gardło wepchnę. Otwieram drzwi, a tam sympatyczna staruszka z mieszkania na przeciwko:

(S) Kawalerze kochany! Ta wariatka nas tu wszystkich terroryzuje! Jak dobrze, że się pan wprowadza, bo może w końcu będziemy mieć spokój!

Okazało się, że roznegliżowana starucha nie mieszka piętro niżej tylko drzwi obok i regularnie wyżywa się na sędziwych sąsiadach niezdolnych się jej przeciwstawić.
Z uśmiechem wyjaśniłem, że to nie ja się wprowadzam tylko kolega, ale przy poparciu sąsiadów, na pewno będzie potrafił spacyfikować kłopotliwą terrorystkę. Babcia jeszcze spojrzała na kumpla mrucząc, że jestem od niego wyższy. Ale uspokojona, że wzrost nie przekłada się na siłę, uspokojona podreptała do domu. Za chwilę wróciła z ciastem domowej roboty w zapłacie za pacyfikację sąsiadki. Szkoda tylko, że akurat ja tego ciasta spróbować nie mogłem, bo przyjmuję tylko posiłki płynne.

We wtorek po świętach wracamy na mieszkanie. Zobaczymy co dalej.

sąsiedzi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (296)

#77771

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie piekielna, ale częściowo może tłumaczyć kolejki w naszych przychodniach lekarskich.
Wczoraj znajomy "sprzedał" mi taką historyjkę:

Otóż potrzebował wykonać badanie krwi. Sprawa średnio pilna, ale w końcu zrobić trzeba. Pobrania są trzy dni w tygodniu od 7 rano.
Ale warunek był jeden - musi oddać żonie samochód najpóźniej o 8.30, bo ten jest jej niezbędny do pracy. Czemu nie mógł wybrać innego środka lokomocji nie pytałem, bo też nie jest to istotne dla historii.

Dzień pierwszy.
Znajomy wchodzi o 7 i widzi tłum chorych w wieku głównie poprodukcyjnym. Ok. Zajął kolejkę i siedzi. Co się w międzyczasie nasłuchał o dolegliwościach oczekujących starszych pań to jego.
8.20 do pobrania się nie dostał, więc do domciu udostępnić żonie samochód. Jutro też jest dzień.

Dzień drugi.
7 rano. Powtórka z rozrywki. Nawet niektóre twarze jakby znajome.
8.20 powrót do domu.

Dzień trzeci.
Wchodzi do przychodni do punktu pobrania, a tam NIKOGO.
Pierwszy odruch taki, że coś pomylił i dzisiaj pobrań nie ma, ale patrzy na "rozpiskę", a tam jak byk napisane "od 7.00 do 11.00".
Zaintrygowany nieśmiało puka do gabinetu, a tam siedzą dwie panie z kawunią na plotach. Na pytanie czy można oddać krew do badania usłyszał: "Ależ oczywiście, zapraszamy, punkt czynny do 11.00."
Zapytany o powód wahania odparł, że na korytarzu nie ma kompletnie nikogo, więc myślał, że po prostu jest nieczynne.
Odpowiedź zwaliła go z nóg:
- Przecież jest czwartek. W czwartki zawsze są pustki.
- Dlaczego?
- Przecież dzisiaj jest targ.

I tak okazało się, że miejskie targowisko ma większą moc uleczania niż wszelkiej maści lekarze medycyny.
Podobno w piątek znowu są tłumy.

Aha. Dodam jeszcze, że punkt pobrań nie znajduje się w osobnym budynku, tylko jest integralną częścią przychodni. Na całym korytarzu nie było nikogo.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (363)

#77643

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę lat już po tym świecie chodzę i dużo wspomnień mam. Myślałem, szczególnie po lekturze historii piekielnych, że mało co jeszcze może mnie zaskoczyć. Niedoczekanie moje.

Wracam sobie ja wczoraj z punktu ksero jakieś 2km od mojego zamieszkania. W półprzeźroczystej reklamówce targam jakiś kilogram papierów w czarnej tekturowej teczce i płytę CD.
Pogoda była nieszczególna (zimny wiatr), więc oprócz kołnierza i czapki z daszkiem, zastosowałem jeszcze kaptur żeby blizny pooperacyjnej nie przeziębić.
I to mnie chyba zgubiło.

Mijając osiedlową „Biedrę” poczułem szarpnięcie i w ręce zostały mi tylko uszy reklamówki. Jak się odwróciłem to zobaczyłem tylko nastolatka znikającego między blokami z jakże cennym łupem.
Gratuluję ci „Książę Złodziei” łupu, bo właśnie ukradłeś mi całą dokumentację onkologiczną wraz z kopiami oraz jedyną płytę z zapisem tomografii komputerowej jaką dysponowałem. Mercedesa za to nie kupisz. Może czarna tekturowa teczka zasugerowała, że w reklamówce niosę laptopa?

Tylko wytłumacz mi, "Księciuniu Przestępczości" jak przez sobotę i niedzielę mam skompletować dokumenty z pięciu różnych szpitali, tomografię robioną ponad 100 km od domu i zawieźć to wszystko na konsylium lekarskie na 9.30 w poniedziałek następne 100 km.
Na to konsylium czekałem trzy miesiące. Zespół lekarzy ma zdecydować o sposobie dalszego leczenia (lub wysłaniu mnie do piachu). Po to potrzebne mi było ksero dokumentacji z innych placówek.

Jeśli jakimś cudem to przeczytasz, to podrzuć te papiery chociaż do sklepu, bo całą sobotę chodziłem po osiedlu przeszukując śmietniki i moich dokumentów nie znalazłem. A bez nich mój wyjazd na konsylium lekarskie jest bezcelowy.

osiedlowa młodzież

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 312 (416)
zarchiwizowany
Mam specyficznego sąsiada.
Nie wiem ile ma lat, ale odkąd pamiętam nasze mieszkania zaglądają sobie w okna.
Podejrzewam, że starszy pan jest troszkę niepełnosprawny umysłowo, ale może po prostu ma taki styl bycia. Nie wiem, nie znam się.
Nasze osiedle szczyci się naprawdę imponującą ilością drzew, krzewów, trawników, ogólnie na wiosnę robi się naprawdę zielono.
Dla niektórych jednak problemem jest to, że jak jest zieleń to są i zwierzęta. Konkretnie ptaki.
Ostatnimi laty nasze osiedle przeżywa najazd srok. Jest ich tak dużo i są tak bezczelne, że wytłukły nam wszystkie wróble i sikorki, a i gołębie nie mają łatwo, bo sroki kradną im z gniazd jaja i młode. Jest ich tak dużo, że okręgowy związek myśliwski dostał zgodę na odstrzał. Od są sąsiada-myśliwego wiem, że w jedno popołudnie na pobliskim wzgórzu ustrzelili 96 sztuk.
Ale wczoraj po południu siedzę sobie na balkonie z papieroskiem i widzę rzeczonego sąsiada ze spinningiem w ręku. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że jest to zestaw wędkarski do połowu ryb drapieżnych (np. okoń, szczupak itp.). Nie zakłada się na to przynęty tylko łowi za pomocą tzw. błystki zakończonej mniejszą lub większą kotwiczką.
Pomyślałem, że wiosna idzie to facet odświeża sprzęt przed sezonem. Otóż nie. Pana tak wkurzały sroki drące się na drzewie przed jego balkonem, że postanowił na nie zapolować. Wędką. Rzut, zacięcie, ściąganie żyłki. Sroki są uparte. Po przepłoszeniu wracały już po kilku minutach. i tak w kółko.
Najciekawsze jest to, że po dwóch kolejnych papierosach jedną upolował. Zabrał do mieszkania zamykając balkon. Na rosół?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (133)

#77598

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami rodzic może doprowadzić kogoś na skraj rozpaczy.
Historia mocno zaprzeszła, bo sprzed prawie dwudziestu lat. Kiedyś na wsi obowiązywały inne zasady. Miałem jakieś 12 lat, pierwszy raz pojechałem samodzielnie samochodem do sąsiedniej wioski, wysłany w jakiejś pilnej sprawie. Dla usprawiedliwienia mojego Dziadka nadmienię, że ani razu nie wjechałem na drogę utwardzoną, tzn. te 2-3 km pokonałem wyłącznie polnymi drogami, przedzielającymi okoliczne pola. Dzisiaj wiem, że zgodnie z przepisami nawet nie złamałem prawa, ponieważ poruszałem się wyłącznie po prywatnym terenie. Ale kto sobie wtedy przepisami głowę zawracał, jak jeździli bez wyjątku wszyscy i wszystkim. Nie usprawiedliwiam nikogo. Po prostu stwierdzam fakt.

„Wsysło” mnie. Co innego motorower (miałem dwa: Romet Ogar i Romet Komar 2), a co innego prawdziwy samochód. Z dumy mało nie pękłem. Tym bardziej, że (jako „miastowy”) mało miałem okazji zabłysnąć przed rówieśnikami, którzy już dawno prowadzili np. ciągniki rolnicze i nikogo to nie dziwiło. A ja wtedy robiłem wszystko, żeby w nagrodę za wzorowe zachowanie dostać możliwość chociaż krótkiej przejażdżki samochodem.
Nawet teraz, z prawie milionem kilometrów na koncie, nadal uwielbiam prowadzić.

Minęło parę lat i chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że prawko zrobiłem za pierwszym podejściem. Tym bardziej, że jedyną dostępną opcją samochodu w LOK (Liga Ochrony Kraju do wiadomości gimbusów) był Polski Fiat 126p. Jak podjechałem na pierwszą jazdę parkując na ciasnym parkingu tyłem na oczach instruktora Mercedesem W123 (tzw. „beczka”), to się prawie chłop ze śmiechu popłakał, darując sobie tłumaczenie czym różni się kierownica od dźwigni zmiany biegów.

Lata leciały, Mercedes wiernie służył. Nie bez powodu jest okrzyknięty „ostatnim prawdziwym Mercedesem”. Czym dłużej nim jeździłem, tym bardziej kochałem to auto. W końcu dojrzałem do rozmowy z Ojcem:

- Słuchaj Tato. Samochód ma już ponad dwadzieścia lat dużo trzeba w nim naprawić, a koszty ponoszę właściwie tylko ja. Spiszmy więc umowę żebym miał pewność, że pieniążki pakuję we własny samochód.
- Oj tam, oj tam. Z własnym ojcem chcesz umowy pisać? Fuj. Własnego syna przecież bym nie oszukał.

O ja głupi. Jako, że rozmowa odbywała się przy mojej Mamie, nawet nie przyszło mi do głowy co mnie może w przyszłości spotkać. Co Ojciec sobie popił, to szantażował mnie odebraniem samochodu (za który mu zapłaciłem więcej niż cena rynkowa), ale Mama twardo stawała w mojej obronie. Średnio raz w miesiącu wypływała sprawa zmian w dowodzie rej., bo formalnie samochód nadal należał do Niego. Argument zawsze był ten sam: przecież własny Ojciec mnie nie oszuka, a tak to tylko wydam pieniądze na opłaty OC bez zniżek, podatek drogowy, przerejestrowanie itp. Koronnym argumentem Ojca było to, że i tak jako jedyny w rodzinie mam prawko, więc o co kaman.

Uspokojony argumentacją, w miarę możliwości zacząłem przygotowywać moje ukochane auto do tzw. „żółtych blach”.
Żeby samochód mógł być zarejestrowany jako zabytkowy, musi spełniać określone warunki.

Zacząłem od kapitalnego remontu silnika. Na oryginalnych częściach. Koszt drugiego takiego egzemplarza. Potem, jak dozbierałem kasy, zająłem się blacharką. Znowu blachy z Mercedesa. Że na lakiernictwie trzeba się znać, doprowadziłem mojego pupilka do stanu przedlakierniczego, czyli wszystkie potrzebne blachy wymienione, zagruntowane, pryśnięte podkładem (tudzież podwozie antykorozją) i czeka mnie tylko wizyta w lakierni. Wydatek niemały, więc jakiś czas jeździłem taką pstrokatą prawie pięciometrową puszką, ciułając grosiki na opłacenie lakiernika. W międzyczasie udało mi się dorwać w Niemczech oryginalne alumy dedykowane przez AMG do właśnie tego modelu za rozsądną cenę (na dzisiaj jakieś 1500 zł).

Już oczami wyobraźni wydziałem siebie jak pięknie odmalowanym Mercem jadę w wakacje do Siory w Berlinie, chwaląc się prawie w całości samodzielnie wykonaną pracą. Nie przewidziałem jednak toku rozumowania mojego rodziciela.

Pewnego dnia zadzwonił żebym go odebrał z knajpy pod zakładem pracy (norma). Jak zwykle nie odmówiłem, tylko wsadziłem dupę do auta i pojechałem po niego (i jego kolegów, jak zwykle). W drodze do domu kazał mi zjechać do komisu/szrotu samochodowego. Ok. Zjechałem. Nawet się nie zainteresowałem po co otwiera schowek w samochodzie, bo miałem to gdzieś. Chciałem tylko wrócić do domu i pozbyć się pijanego Ojca. Otworzyłem szyberdach, puściłem radio i czekam. Po ok. 15 minutach wrócił cały w skowronkach, wręczył mi 100 PLN stwierdzając, że mogę sobie wezwać taksówkę do domu, bo WŁAŚNIE SPRZEDAŁ MÓJ SAMOCHÓD ZA 500ZŁ!!! Po czym wyszarpnął kluczyk ze stacyjki, oddał właścicielowi komisu i razem z kolegami poszedł z powrotem do knajpy.

Wpadłem w popłochu do kanciapy faceta, żeby jakoś sprawę odkręcić. Błagałem go, że ja mu te pięć stów w zębach przyniosę. Facet jak mnie wysłuchał to aż się ze śmiechu posmarkał. Powiedział że owszem, auto jest jak najbardziej do kupienia. Za... 8 tys zł. W tamtych czasach to było jakieś 20 moich pensji. Zdesperowany, zagroziłem wezwaniem policji. Roześmiał mi się w twarz pokazując dowód rej. mojego autka, gdzie wyraźnie widniało imię i nazwisko mojego Ojca.
Na takie dictum, mimo trzydziestki na karku, po prostu siadłem na krawężniku i się popłakałem. Dzięki Tato.

P.S. A wiecie dlaczego, po tylu latach o tym piszę? Bo jak mi po operacji na onkologii, gdzie wycięli mi pół gardła, lewej nogi i lewej ręki, w końcu lekarze odłączyli mnie od tych wszystkich drenów, cewników i kroplówek, korzystając z pięknej pogody wyszedłem na dupny parking za szpitalem i co zobaczyłem? Mojego „Mesia”. Słowo. Nawet futrzane pokrowce, szyte na miarę, były te same. Własnoręcznie malowane wnętrza przednich lamp też. I tabliczka: Na sprzedaż. Popłakałem się ponownie. Po 12 latach.

Poprosiłem Żonę o telefon do sprzedającego (bez języka ciężko się rozmawia) w celu uzyskania info o cenie sprzedaży. Kuffa, przed śmiercią człowiek robi się sentymentalny. Może nerkę sprzedam albo cuś. Niestety cena jaką usłyszałem, powodowała przelicznik dla sprzedaży czterech nerek, a tyloma nie dysponuję. Z zemsty mogę jedynie Ojcu znicza nie zapalić.

z rodziną najlepiej na zdjęciu

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (338)

#77571

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem to raczej my byliśmy piekielni.

Tytułem wprowadzenia: na mięsie znam się jak kangur na lataniu, więc robię do domu wszelkie zakupy oprócz właśnie mięsa. Mogę zamówić łopatkę, dostać karkówkę z informacją, że kupiłem pieczeń i pewnie bym się nie kapnął. Jeśli muszę mięso zakupić osobiście, robię to wyłącznie w zaprzyjaźnionym sklepie osiedle dalej, gdzie nawet został mi podany prywatny nr telefonu do właścicielki. Czyli wchodzę, proszę (z kartki) o mięcho, płacę i wszyscy są zadowoleni. Szkopuł tkwi w tym, że sklep ma renomę i w godzinach popołudniowych, to można najwyżej pomóc chłodnie umyć.

Siłą rzeczy, mając echo w lodówce, udaliśmy się z Żoną do jednego z osiedlowych sklepów mięsnych, celem zakupu jakiejś padliny. Ja stanąłem zupełnie z boku, bo co się będę gapił na coś, na czym zupełnie się nie znam.

Kobiety w kolejce raczej wpatrzone w wysoką chłodnię z mięsem i wędlinami, ale ja, głowę wyższy od nich, rozglądam się z nudów po sklepie. Bardzo mnie zdziwił obrazek pani sprzedawczyni rąbiącej spore kawały mięsa na zapleczu, na takim drewnianym pieńku. Sama czynność dziwna nie była, ale pani trzymała spory kawał padliny na pieńku, natomiast odrąbane kawałki radośnie lądowały bezpośrednio na podłodze.

Po porąbaniu całego mamuta(?) pani spokojnie zaczęła zbierać mięso z podłogi, rozdzielając je pomiędzy poszczególne kosze. Obrzydliwy specjalnie nie jestem, a poza tym mięso przed krojeniem/duszeniem/smażeniem i tak zawsze myję, ale coś we mnie pękło. Wywiązał się krótki dialog między mną(J) i panią sprzedawczynią (PS):

(J) - Przepraszam, ale można by podłożyć jakąś folię, chociaż papier. Ja nawet psu nie daję jedzenia z podłogi.
(PS) - Podłoga jest codziennie myta! A jak się nie podoba, to nie musi kupować!

Mnie, szczerze mówiąc, kompletnie zatkało. Ale gorzej, że zatkało też moją Żonę. Spojrzała przez oszkloną ladę na mięso leżące na ziemi i zaczęła zmieniać kolory jak kameleon złapany w światła dyskoteki. Dlaczego, jeśli też nie jest specjalnie obrzydliwa?

Otóż jest kierownikiem jednego z laboratoriów w wojewódzkim Sanepidzie (WSSE). Od razu mówię, że nie jemy w domu ze sterylnych talerzyków i nie pijemy z jednorazowych probówek. Jednak...

Nie znam się na tym kompletnie, ale w razie jakichkolwiek salmonelli, eboli i innych świńskich gryp ich pracownicy są wzywani do pracy jak bohaterzy amerykańskich filmów, niezależnie od pory dnia, czy dni świątecznych.

I tutaj należy się wyjaśnienie (może nieprecyzyjne, ale to przez moja niewiedzę): WSSE nie robi „nalotów” na Bogu ducha winnych przedsiębiorców, bo tym zajmują się Sanepidy powiatowe. Ale wojewódzkie je nadzorują i kontrolę jak najbardziej mogą takową zlecić.

Sina z wściekłości Żona wyszła z kolejki, wyciągając telefon. Do kogo zadzwoniła nie wiem. Ale sklep od trzech dni jest zamknięty.

sklepy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 338 (368)