Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jelonek

Zamieszcza historie od: 14 czerwca 2011 - 19:54
Ostatnio: 11 czerwca 2017 - 14:22
  • Historii na głównej: 7 z 10
  • Punktów za historie: 3188
  • Komentarzy: 231
  • Punktów za komentarze: 973
 

#77885

(PW) ·
| Do ulubionych
O mistrzach kierownicy napisano już wiele - moja historia nie będzie czymś nowym ale szlag mnie trafił porządnie.

Kto mieszka w Warszawie ten wie, że w środę nastąpił całkowity paraliż miasta na skutek wypadku na trasie siekierkowskiej (w godzinach szczytu w dodatku).


Stoję sobie w korku już drugą godzinę, palę fajki, popijam soczek i deliberuję nad tym czy jest sens zamawiać pizzę skoro i tak nie dojedzie. Skręcam sobie w ulicę Fieldorfa, która jest dość długa a na samym końcu krzyżuje się z ulicą Ostrobramska gdzie jest piękny pas do jazdy w lewo ze strzałką bezkolizyjnego skrętu - tam muszę jechać. Od razu po włączeniu się do "ruchu" zauważam, że pas środkowy i prawy jakoś jedzie natomiast lewy wlecze się niemiłosiernie. Konkluzja - strzałka świeci krótko, trzeba się już ustawić i czekać cierpliwie jakieś 20 zmian świateł.

Kiedy po kilkudziesięciu minutach doturlałam się do skrzyżowania zapaliło się czerwone. No to stoję i cieszę się w duchu, że już zaraz, za kilka minut opuszczę to pierońskie skrzyżowanie. I nagle z prawej strony mija mnie Janusz w swoim passeratti i ustawia się za przejściem dla pieszych a przed skrzyżowaniem. Klnę na dziada i rozważam jak bardzo szkoda, by mi było maski mojego dzielnego Ceedrika i zniżek na OC jakbym tak w Janusza przyfasoliła "przypadkiem". Ale ale... za jednym chamem następni! Trzech baranów wbija się bezczelnie, tarasując przy okazji przejście dla pieszych i pas środkowy bo ostatniemu "dupa" wystaje.

Oczywiście gdy światło w końcu się zmieniło, Janusze stali dalej bo nie widzieli sygnalizatora. Przysięgam, że odkąd jeżdżę autem nigdy tak długo nie naciskałam klaksonu. I tak zamiast 5-6 prawidłowo ustawionych aut, które mogłyby przejechać na tej zmianie świateł przejechałam tylko ja.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (209)

#75295

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym jak zostać zmuszonym do żebrania, mając pełne konto.

Wczoraj wieczorem w Warszawie odbył się koncert zespołu Steel Panther - kto zna, ten wie, co się dzieje pod sceną na ich koncertach - ścisk, tłok i dzikie skoki. Dlatego też jedyne co miałyśmy przy sobie to dowody osobiste, jedną kartę płatniczą i telefony - gotówki zero (żeby nie pogubić).

Po koncercie nasz sobotni standard - karaoke. Siedzimy, śpiewamy, jedno piwko, drugie, trzecie... idę do baru po kolejne, barmanka podaje ja chcę zapłacić a tu zonk! Odmowa! Próbujemy raz i drugi, zbliżeniowo i na pin... nie da się. Barmanka nie wie co ma robić - piwo otwarte, podane, a kasy brak.

Stoimy, dumamy... no niemożliwe, pieniądze muszą być, rano były. Odpalam aplikację banku na telefonie - ki czort? Środki są, ale aplikacja pokazuje konta jakby były zablokowane. No nic, dzwonię na infolinię o trzeciej nad ranem.

Opisuję sytuację miłemu panu z BOKu, na co on rozbrajająco szczerze przyznaje, że trwają prace modernizacyjne i będą tak trwały do 5 rano. Pytam zatem co ja mam niby jego zdaniem zrobić z tym nieopłaconym rachunkiem, na co słyszę: "no nie mogę pani pomóc". SUPER!

W pubie nie znamy nikogo, jedyne co to prowadzący karaoke zna nas z widzenia... I wyobraźcie sobie jak próbujecie wytłumaczyć obcej osobie, o 3 w nocy, że bank was zrobił w jajeczko i potrzebujecie pożyczyć na piwo. Cóż, dobrze że uwierzył. Oddałam dzisiaj przelewem. Cieszę się też, że za każdą kolejkę płaciłam od razu przy barze i musiałam pożyczyć tylko 18zł a nie 100 na cały rachunek...

Uprzedzając komentarze - nie, nie dostałam info od banku o planowanych pracach ani mailowo, ani listownie, ani sms-em.

bank

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (234)

#70244

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w barze. Ostatni dzień przed świętami Bożego Narodzenia zwykle nie przysparza zbyt wielu piekielności. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz.

Dzisiaj w nasze skromne progi zawitali goście w celu konsumpcji złocistego napoju z pianką – dwie panie, jeden pan. Jedna z pań zwróciła moją uwagę gdyż zaczepiała, czyniąc uwagi które moim zdaniem kobiecie nie przystoją, dosłownie każdego mężczyznę który miał szczęście czy też nieszczęście znaleźć się w zasięgu jej wzroku. Głównym powodem do przechwałek tej „lali” był fakt, że pracuje w policji. Może myśli, że to czyni ją bardziej atrakcyjną? Cóż, nie mnie oceniać, panom chyba schlebiało to się z współpracownicami nie wtrącałyśmy.

Zareagować musiałyśmy jednak, gdy owa „lala” zbierając się do wyjścia, podeszła do stolika, przy którym siedział starusieńki, niedowidzący dziadek i zaczęła wykonywać ruchy rodem z klubu dla dorosłych… obok jedzącego jegomościa.

Gdy koleżanka grzecznie zwróciła „lali” uwagę, że tak jednak nie wypada, komuś nad obiadem… dowiedziałyśmy się następujących rzeczy:
- koleżanka od zwrócenia uwagi cierpi na ostry syndrom niedopchnięcia
- kucharka, która się za nią wstawiła jest grubą lochą, której nikt nawet wyru***ć nie chce
Dodatkowo, starsza kobieta, która poprosiła „lalę” o odrobinę kultury i szacunku została przez nią strzelona w ucho.

Po naszym dosadnym rozkazie opuszczenia lokalu i groźbie wezwania policji, wylało się na nas wiadro pomyj słownych w asyście perlistego śmiechu i krzyku „ja jestem z policji i gó**o możecie” okraszonego tak bogatą gamą wulgaryzmów, której nie powstydziłby się żaden szanujący się bywalec rynsztoka.
Ostatecznie została wyprowadzona przez własnych, zażenowanych znajomych.

Zastanawiam się tylko czy „lala” rzeczywiście, poza czasem wolnym, chadza w błękicie czy też czerni z kanarkowymi akcentami – jeśli tak, jakoś mnie przestaje dziwić panująca opinia o tejże szlachetnej instytucji jaką jest policja.

gastronomia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (328)

#63572

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak mówią ludzie z branży - nie zna życia ten, kto nie pracował w gastronomi.

Na barze stoi cennik: sama zupa =6zł, samo II danie =15zł, zestaw (zupa + drugie danie) =17zł. Do wyboru kilka zup i kilka II dań.

Sytuacja z dnia dzisiejszego. Podchodzi kobitka do baru i zamawia na wynos 3 zupy i 2 drugie dania. Jak łatwo policzyć, kasuję od pani cztery dyszki, podaję jedzenie i zajmuję się krzyżówką. W tym czasie kobitka otwiera opakowania, próbuje rosołku... i jak nie wrzaśnie!

K: Obrzydliwy! SAMO MAGGI! Ja tego dzieciom nie dam! Pani sobie spróbuje! Tego się jeść nie da!
I podtyka mi ten pojemnik z rosołem, który siorbała. Próbuję grzecznie wytłumaczyć że się nie zgadzam z jej opinią (dla sprawdzenia nalałam sobie tego rosołku) ale są gusta i guściki. Zaproponowałam inne zupki lub zwrot pieniędzy. Pani wybrała kasę. Toteż oddałam jej 10zł różnicy i pożegnałam się, cały czas wysłuchując jej narzekania na ten nieszczęsny rosół. Zdarza się - w tej branży to normalne, że coś komuś nie podejdzie. Ale, ale...

15 minut później, ta sama kobitka wpada mi na salę jak wściekły byk, stawia mokrzusieńką (lało) siatę z zamówieniem na barze i znowu podnosi larum.

K: Pani mnie coś oskubała! Ja zapłaciłam za zestawy a nie mam zup!
JA: Przecież oddałam pani pieniądze za te zupy, prawda?
K: Ale tu PISZE (!) że zupa po 6zł a pani mi oddała 10 za trzy zupy! 3 razy 6 to ile jest?! No ile?!

Wierzcie lub nie ale przez 10 minut (ku uciesze innych gości) ze stoickim spokojem tłumaczyłam kobicie, jak krowie na rowie, na pięć różnych sposobów dlaczego tyle i tyle co kosztuje. Nie dotarło.

K: To ja to oddaję i proszę mi zwrócić pieniądze!!! - krzyczy.
JA: Nie mogę zwrócić pieniędzy po tym jak wzięła pani jedzenie, poszła z nim gdzieś, a teraz chce oddać, bo się pani obraziła na cenę.

K (po chwili namysłu): ALE TO TEŻ JEST NIEDOBRE!
JA: Przecież Pani tego nie wie - odpowiadam, patrząc na zapakowane przeze mnie, nienaruszone danie.
K: KIEROWNIKA POPROSZĘ!
JA: Cały czas pani słucham.
K: JA NIE WIEM CZY PANI JEST KIEROWNIKIEM, DOKUMENTY PROSZĘ OKAZAĆ!
JA: Nie mam najmniejszego obowiązku się pani legitymować.
K: Ja zapłaciłam za zestawy i chcę do nich zupy!
JA: Dobrze, mogę dać inne zupy tylko będzie mi pani musiała dopłacić te 10 zł, które pani oddałam.
K: NIC DOPŁACAŁA NIE BĘDĘ, JA JUŻ PŁACIŁAM!

I wiecie co? Ta kłótnia trwała jakieś 20 minut. Tłumaczyłam ja, kucharka i kelnerka. Ba, nawet inni goście się wtrącili. Nie dotarło. Po przejściu na "ty", z akompaniamentem gróźb wizyt sanepidowskich i innego złorzeczenia, baba poszła.

Ach, te "obrzydliwe" kotlety jednak zabrała.

gastronomia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 637 (695)

#63493

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze, bo nieznajomość prawa szkodzi.

Dura lex, sed lex jak to mówią. Z twardym prawem można się pogodzić acz z absurdalnym - trochę gorzej.

Ale od początku. Pewnego pięknego dnia dziadek Lubego zadzwonił z gorącą prośbą aby go zaholować do domu z pewnej ruchliwej ulicy, bo jego wypieszczona skoda favorit postanowiła rozkraczyć się dokumentnie. Toteż my, dobrzy samarytanie (tfu! nigdy więcej) siup do auta i dalejże dziadka ratować. Niestety dziadek z gatunku tych co to "ja się znam najlepiej, rację mam zawsze i co ty mi tu będziesz.." i nie dało się go nakłonić do zajęcia miejsca pasażera. Nic to, dziadek w skodzie my w naszym rumaku i tak się toczymy linką połączeni. Niestety dziadek w momencie niezbyt odpowiednim postanowił kierownicą szarpnąć i BUM - wjechał w śmigającą lewym pasem mazdę.

No to stoimy, Pani z mazdy się nie poczuwa (bo i czemu). Ale, ale! Dziadek też się nie poczuwa! Cóż było robić, dziadkowi nie przetłumaczysz, zaparł się, policję wezwał.
Policja po obejrzeniu nagrania z monitoringu miejskiego, orzekła winę dziadka i ukarała go mandatem.

Gdzie absurd? Ano tu, że po miesiącu otrzymałam piękne pismo od ubezpieczyciela, że szkodę wyrządzoną mazdzie pokryto z MOJEGO OC! I na nic tłumaczenia, że to dziadek, że policja tak orzekła. Otóż wg prawa ubezpieczeniowego winny jest holujący. Zawsze. Co oznacza, że możesz holować idiotę, któremu odwali i skasuje komuś auto - nie masz na to wpływu ale zniżki stracisz!

Warszawa

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 534 (606)
zarchiwizowany

#23321

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wstęp: pracuję w małej knajpce, której właścicielem jest mój ojciec. Zasada jest taka, że zamawia się przy barze i od razu płaci. Najwięcej klientów przychodzi na zestaw dnia bo tanio i smacznie w związku z tym największy ruch jest między 13-16

Akcja: stoję sobie za barem, godziny największego ruchu, wydajemy lunch za lunchem. Przychodzi klient, stały klient, typ podstarzałego Alvaro co to uważa że oczy mam 20cm niżej i który nigdy nie wie czego chce. Staje przy barze i zaczyna nawijkę przez telefon. Zanim oczywiście ustawia się kolejka a że lokal mały to trudno ją ominąć chcąc wydać jedzonko innym.
Więc kulturalnie olewam pana i zaczynam obsługiwać innych a byli to głównie stali klienci z którymi cała transakcja polegała na tym że ja dawałam im sztućce a oni mi 15zł za lunch.

Nagle (P)an wreszcie kończy więc zwracam się do niego:
J - Witam, co podać?
P - To jeszcze nie wiesz?
J - ?
P - no stoję tu i stoję, wszystkich obsłużyłaś a mnie nie
J - ponieważ wiedziałam co inni zamawiają a pan rozmawiał przez telefon (trzeba zaznaczyć że człowiek ten zamawia zawsze coś innego i wiecznie coś mu nie pasuje)
P - no obiad mi daj
J - (tu już nie zdzierżyłam przejścia na ty*) Masz, 15 zł
P - To jest bezczelne, jak Ty się do mnie zwracasz?
J - podobnie jak pan do mnie.
P - Ja chcę rozmawiać z właścicielem
J - A to prośba czy groźba? Bo jak pierwsze to przemyśle a jak drugie to się nie boję.

Ostentacyjnie wyszedł z lokalu - uff co za ulga bo cała obsługa miała człowieka serdecznie dość. Niestety po jakimś czasie znowu zaczął przychodzić. Nadal zwraca się do mojego biustu aczkolwiek już na "Pani", więc jest niejaka poprawa.

*Trzeba dodać że wielu stałych klientów mówi mi na Ty, Słoneczko, Aniołku ale są to głównie ludzie dawno na emeryturze i w większości sama im to zaproponowałam lub spytali czy mnie to nie denerwuje.

usługi

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (234)
zarchiwizowany

#16260

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w małej knajpce w Warszawie, wiecie lokal w stylu wszystkiego po trochu - domowe jedzenie, piwo i mocniejsze alkohole. Knajpka jest mała więc zatrudnianie kelnerów nie ma sensu - zamawia się przy barze a ja jestem właśnie barmanką.
Tyle tytułem wstępu.

Przychodzi dwóch klientów - lat na oko 30+, lekko zawiani ale nie tak by nie sprzedać im piwa, od początku kiedy lałam piwo leciały niewybredne aluzje ale praca za barem już mnie na nie uodporniła więc robię spokojnie co do mnie należy.
Panowie wzięli piwo, zapłacili i tu historia mogła by się zakończyć ale wtedy nie nadawałaby się na piekielnych.

K1- Pani mi da jeszcze dwa kieliszki
JA - do czego?
K2 - piwo będę kieliszkiem pił.
JA - Nie mogę podać panu szkła do alkoholu którego pan u mnie nie zamówił.

Panowie wyszli na ogródek, po chwili K2 wraca, podchodzę do baru ze standardowym, staranie wystudiowanym uśmiechem "dla idiotów".
K2 - dwie szklanki do Coli poproszę
JA - a zamawiał Pan u mnie Colę?
K2 - Nie Colę mamy własną, ale zamówiliśmy piwo
JA - I otrzymali Panowie szkło do tego co zamówili, nie podam innego.
K2 - Czy Pani próbuje być złośliwa?
JA - Nie, nie próbuję być złośliwa, a czy Pan do hotelu też przychodzi z własnym łóżkiem?
K2 (na chwilę się zmieszał po czym zagrał moją ulubioną kartą) - Poproszę kierownika
JA - nie ma go w tej chwlili
K2 - to numer do kierownika
JA - nie mogę udostępniać prywatnego numeru szefa, ale mogę do niego zadzwonić i jeśli Pan chce przekazać słuchawkę (mam telefon na barze).
Klient łaskawie się zgodził, niestety nie mogłam się połączyć z barowego telefonu, co klient skomentował prychnięciem - no tak, pewnie celowo, żeby nie mieć kłopotów.
Specjalnie dla pana zadzwonię z prywatnej komórki - powiedziałam, po czym udałam się na zaplecze żeby ową komórkę wziąć. Zdążyłam wrócić do baru gdzie klient krzyknął na mnie, kierując się w kierunku wyjścia na ogródek: Pani mi to przyniesie do stołu, nie będę tu tak stał, tak się składa, że znam szefa bardzo dobrze, ja jestem właścicielem restauracji w Warszawie.
Cóż, wtedy moja cierpliwość się wyczerpała i zagrałam kartą, której używam naprawdę w ostateczności:
-Tak się składa, że szef jest moim ojcem. (co jest prawdą, ojciec właściciel, brat - manager, mama - druga barmanka - ot rodzinny biznes)

Hm, nie zdążyłam do końca wyłuszczyć sprawy ojcu przez telefon (oczywiście powiedział: wsiadam w samochód, 10 minut i jestem) a panowie zniknęli z lokalu... zabierając ze sobą szklanki do piwa.

Szkoda tylko, że akurat szefa nie było na miejscu, jestem jego oczkiem w głowie, więc mogłoby się to skończyć wesoło.

knajpka w Warszawie.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (156)
zarchiwizowany

#14546

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z wczorajszego wieczoru a więc świeżynka.
Postanowiłam po pracy pójść z kolegą wypić pare piwek, jak to studenci - plenerowo. Niestety złapała nas okropna ulewa, więc cali mokrzy zbunkrowaliśmy się w knajpie, pijemy i czekamy na ocalenie.
Kiedy przestało padać, postanowiłam wracać do domu, a że było cholernie zimno padła decyzja że wrócę taksówką, nie zamawiałam jej przez telefon bo było to centrum imprezowe Warszawy więc złapałam jakąś na ulicy, wsiadam na tylne siedzenie i jazda.
Taksówkarz ogólnie bardzo miły, coś tam gadamy, ale zwróciło moją uwagę że strasznie się wlecze, no nic - myślę, po deszczu, patroli sporo, pewnie ostrożny. Po ok. 12 minutach lądujemy pod moim domem, mówię że może mnie już tu wysadzić po czym padło pytanie które mnie powaliło: "czy mogę się spuścić? pani tylko postoi przy samochodzie", uciekłam z tego auta, nie płacąc, jakby mnie sto diabłów gnało. Niestety byłam w takim szoku że nie pomyślałam, żeby zapamiętać numery albo korporację. Do tej pory myślę co by się mogło stać gdyby ten facet nie chciał sobie ulżyć tylko zrobić mi coś więcej.
Nasuwa mi się pytanie: skąd się tacy biorą?! I postanowienie: nigdy więcej taksówek z poza "mojej" korporacji.

taksówka

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (223)

#11671

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja druga historia o NFZ, tym razem dotycząca mojej kochanej rodzicielki. Mama, podobnie jak ja zwleka z pójściem do lekarza do momentu kiedy ból uniemożliwia jej funkcjonowanie. Tak było i wtedy, jakieś 12 lat temu.
Mamę cały dzień bolał brzuch, nałykała się przeciwbóli i postanowiła to przeleżeć. Niestety w środku nocy obudził ją ból nie do wytrzymania. Musiało być naprawdę ostro bo zadzwoniła po karetkę, niestety kazano jej oczekiwać ok. 40 minut (!), więc zadzwoniła do teściowej (nikogo z rodziny nie było w domu), która podjechała taksówką, doniosła do niej mamę i pojechały na ostry.
Po dość długim oczekiwaniu moją mamę raczył zbadać młody lekarz i oświadczył cytuje:
-No co pani głupia jest, okres pani będzie miała, wziąć coś na ból, zrobić okład i leżeć.
Na szczęście jakaś tam ciotka pracowała w tym szpitalu i załatwiła innego lekarza, chirurga, który po szybkim badaniu, opieprzył młodego i zabrał mamę od razu "na stół". Diagnoza: zapalenie wyrostka robaczkowego, pęknięcie wyrostka, zapalenie otrzewnej, co niezoperowane niechybnie doprowadziło by do śmierci.
Pozytywnym akcentem historii jest to, że ów młody [L]ekarz pojawił się jakieś 2 lata temu w knajpce moich rodziców, [M]ama z miejsca go poznała - ten od "miesiączkowej" diagnozy. Podała co chciał po czym wywiązał się dialog:
L: Koniak to powinno się podawać w innym kieliszku.
M: Jak ja się w swojej pracy pomylę, to nikogo nie zabiję w przeciwieństwie do pana!
Spiekł raka bo chyba rozpoznał pacjentkę i nigdy więcej się u nas nie zjawił.

NFZ

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 538 (580)

#11657

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiło się dużo historii o NFZ więc i ja dodam swoją - o piekielnych dentystach/ortodontach :)

Miałam jakieś 12 lat, miałam ząbki (już stałe) wystające jak u świstaka. Kiedyś wygłupiając się z koleżankami jedna na mnie wpadła, a ja z całym impetem uderzyłam moim "cudownym" zgryzem w betonowy mur. Jak łatwo się domyślić krew się lała strumieniami, ja w ryk, koleżanki patrzą z przerażeniem. Pobiegłam do domu, patrze w lustro, a moje górne ząbki (obie jedynki i dwójki) trzymają się li i jedynie na korzeniach (dobrze że mam mocne) wśród poharatanych dziąseł (naprawdę wyglądało to strasznie). Przerażona rodzicielka przetarła mi krew z twarzy i do dentysty, który miał gabinet w moim bloku. Na szczęście facet przemiły, jakoś mi to wacikami usztywnił i kazał lecieć na ostry dyżur, bo chirurga trzeba (dziąsła nadawały się tylko do szycia). I tu zaczyna się piekło.

Polecieliśmy do kliniki dentystycznej na ostry, tam kazano nam czekać na chirurga, siedziałam w tej poczekalni dwie godziny przerażona że zaraz stracę uzębienie, gdy okazało się nagle, że chirurg jest na urlopie i mamy jechać do jeszcze innej placówki, do jakiejś tam kliniki dla dzieci.
Tam niestety okazało się że już nieczynne, a otwarte będzie dopiero w poniedziałek (był piątek wieczór!)
Gdy wróciliśmy na ostry dyżur kazano mi nie histeryzować tylko wracać do domu i czekać do poniedziałku!
Najgorszy weekend życia, nie mogłam jeść, piłam tylko przez słomkę i plamiłam wszystko krwią, która co jakiś czas leciała mi z buzi.

Gdy wreszcie wylądowałam na fotelu, oczywiście szycie dziąseł po dwóch dniach nie wchodziło w rachubę, czekała mnie specjalna szyna, która trzymała zęby na miejscu aż dziąsła się zrosły, dwa tygodnie żywienia się jakimiś papkami. Oraz na wesołe zakończenie kanałowe leczenie jedynki bo ząb był martwy od uderzenia.

Niestety to nie koniec historii, do kanałowego miałam dentystę sadystę, który stwierdził że po tak długim truciu zęba, skoro i tak jest martwy nie może mnie boleć i nie pomagały krzyki i hektolitry łez (a próg bólu mam i miałam naprawdę bardzo wysoki).
Bujałam się po dentystach i ortodontach 2 miesiące (już prywatnie).
Gdyby od razu powiedziano mi w pierwszej placówce że nie ma chirurga to oszczędziło by mi to bólu, płaczu i pieniędzy.

NFZ

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 409 (519)

1