Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kluskaa

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 9:38
Ostatnio: 23 czerwca 2018 - 16:27
  • Historii na głównej: 18 z 23
  • Punktów za historie: 3374
  • Komentarzy: 12
  • Punktów za komentarze: 93
 
poczekalnia

#82449

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Semestr na studiach powoli się kończy, jeszcze tylko sesja i wakacje. Podczas tego roku zebrało mi się kilka mniejszych historii związanych z jedną grupą studentów.

Erasmus... W mojej grupie było pięć osób z tego programu, wszystkie z Turcji. Nie wiem, czy u nich takie rzeczy są normalne, ale dla mnie były strasznie irytujące.

1. Notoryczne spóźnianie się. Wchodzą do sali, w której zajęcia już się dawno zaczęły i gadają, nie zwracając na nic uwagi. Gdy usiądą, od razu telefon w łapę i nic innego się nie liczy. Tłumaczą, że autobus się spóźnił. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że mieszkają w akademiku z kilkoma innymi osobami z naszej grupy, które jakimś cudem zawsze są na czas.

2. Rzucie gumy. Okej, mi też nie raz się zdarzyło, ale kilku z nich tak mlaska, że momentami, wykładowca musi przerywać wykład i ich upomnieć. Wtedy wyrzucają gumę, a za chwilę co? Nowa do paszczy i kontynuujemy koncert!

3. Projekty. Praktycznie nigdy nie uważają na zajęciach. Gdy wykładowca każe zrobić na zaliczenie prezentację, albo jakiś esej, piszą na grupowym czacie, żeby wysłać im, co trzeba zrobić. No i to też mogę jeszcze zrozumieć, bo może nie zdążyli zapisać. Ale. Za każdym razem jedna z nich pisze do niektórych osób z grupy, żeby wysłali jej swoje skończone projekty, bo nie wie, jak to zrobić. Raz jej wysłałam. Myślałam, że zobaczy sobie, o co chodzi, i napisze swoją prezentację. Ale nie. Praktycznie skopiowała całą prezentację, zmieniła tylko tło i kilka szczegółów. Nigdy więcej ode mnie nikt z nich nie dostał żadnego projektu. Całe szczęście, wykładowca nie zwrócił uwagi.

4. Egzaminy. Ściągają na potęgę. Gdy wykładowca ich złapie, obrabiają mu d*pę, że jest taki zły, bo np. zabrał im telefon, albo kartkę. Niektórzy wykładowcy są tacy "dobroduszni", że gdy złapią kogoś na ściąganiu z telefonu, zabierają telefon i pozwalają pisać dalej, niektórzy od razu zabierają kartkę i zapraszają na termin poprawkowy.

Ogólnie są tak oderwani od rzeczywistości, jakby przyjechali tu na roczne wakacje, a nauka i uczelnia, to tylko jakaś dodatkowa atrakcja. Całe szczęście zajęcia już się skończyły.

Erasmus

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (93)

#82379

(PW) ·
| Do ulubionych
Korzystając z pięknej pogody, odwiedziłam moją kuzynkę (K). K mieszka z mężem (M) i dziećmi w domu jednorodzinnym. Najstarszy syn K ma 18 lat i właśnie przygotowuję się do egzaminu na prawo jazdy.

Młody bardzo chciał się pochwalić, co już umie, jego ojciec też. Wiadomo, dumny tata i w ogóle.

Chłopak dostał kluczyki i jeździł sobie w kółko. No super. Do czasu.

Po jakichś 30 minutach przy bramie zatrzymał się radiowóz. M ich wpuścił i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że jednym z policjantów był ojciec kolegi młodego, więc trochę sobie wszyscy pogadali.

Otóż uprzejmy sąsiad zadzwonił na policję, że "gówniarz bez prawa jazdy jeździ samochodem i na pewno zaraz kogoś przejedzie". Nie powiedzieli, który sąsiad, ale tylko jeden przed przyjazdem radiowozu wyszedł z domu i niby przypadkiem ustawił sobie krzesło koło płotu.

Niby słusznie, prawda? Ale. Chłopak przez cały czas jeździł po zamkniętym podwórzu. K i M mają firmę transportową, więc jeździć jest gdzie bez wyjeżdżania na ulicę, dodatkowo całe podwórze jest pod obstrzałem kamer, więc gdyby ktoś się uparł, to dowód jest.

Nie wiem, co na celu miało wzywanie policji. Czy sąsiad liczył na jakąś gó**oburzę z nimi, czy tak fajnie jest "blokować" patrol, w razie gdyby na prawdę coś się działo.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (172)

#82146

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeglądałam sobie starsze historie i jedna przypomniała mi historię z zeszłych wakacji.

Często z drugą połówką podczas urlopów pływamy w rejsy. Wsiada się na statek gdzieś we Włoszech lub Hiszpanii, a potem przez następny tydzień lub dwa pływa się po morzu śródziemnym i Atlantyku. Jest to o tyle fajne, że:
1. można zobaczyć mnóstwo miejsc, bo codziennie jest się w innym mieście, a nawet kraju
2. gdy trafi się na dobry moment z rezerwacją, wychodzi dużo taniej niż wakacje nad polskim morzem.

Ale do rzeczy.

W zeszłym roku zabraliśmy na taki rejs naszych wspólnych bliskich znajomych. Wiedzieliśmy, że są to ludzie troszkę leniwi, ale nie wiedzieliśmy, że będzie aż tak.

Rejs trwał dwa tygodnie, byliśmy w dziewięciu portach. Oni zobaczyli tylko dwa z nich (dodatkowo, były to miasta, w których już byli na wakacjach, wcześniej). Całe dnie leżeli w kabinie, wychodzili tylko na jakieś posiłki, ewentualnie czasami przenosili się z leżeniem na leżaki obok basenu.

Nie dało się ich wyciągną do żadnego baru, knajpy, basenu etc. (wszystkie atrakcje na statku), bo cały czas byli zmęczeni (nicnierobieniem).

Rozumiem, gdyby np. nie mieli kasy na wycieczki, ale prawie w każdym porcie można łatwo dostać się do centrum i zwiedzać na własną rękę, często jest też darmowy transport.

Najbardziej piekielne było, jak wróciliśmy do Polski.

Przez długi czas mieli pretensje, że zabraliśmy ich na tak beznadziejne i drogie wczasy. Zapytani, czemu zamiast leżeć całymi dniami, nie poszli czegoś zobaczyć w tych miastach, mówili, że myśleli, że statek będzie jakoś bliżej (tak, najlepiej, żeby wpłynął do samego centrum miasta i zacumował przy głównej ulicy), wycieczki z przewodnikiem to nie dla nich, a sami to na pewno by się zgubili.

Płacili za to dużo, bo oczywiście czekali praktycznie do ostatniego momentu z rezerwacją i wzięli najdroższą kabinę (z balkonem).

Oczywiście przed rejsem wszystko im opowiedzieliśmy, jak to wygląda, jak z wycieczkami i tego typu rzeczy. Oczywiście byli bardzo podekscytowani i już nie mogli się doczekać, że zobaczą tyle ciekawych miejsc.

Nigdy więcej wakacji ze znajomymi.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (160)

#82024

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o bokserce Gusi przypomniała mi historię naszego czworonoga.

Gdy zdechł nasz pies, postanowiliśmy znaleźć nowego. Przez cały czas mieliśmy w domu chociaż jednego psa, więc z przyzwyczajenia, mieszkanie beż żadnego nie wchodziło w grę.

Tata znalazł w gazecie ogłoszenie, że ktoś ma do oddania rocznego szczeniaka. Morda przecudna, więc od razu w samochód i po psa. Był mieszanką, ale z przewagą rasy, którą od zawsze mieliśmy i znaliśmy usposobienie tych psów. Nie była to mieszanka kundla z kundlem, tylko dwóch czystych ras.

Na miejscu pierwsze co, to zobaczył tego psiaka zamkniętego w malutkim, prowizorycznym kojcu. Na zabranie go był już zdecydowany, ale jeszcze tak z ciekawości popytał o powody.

Chcieli się go pozbyć, bo:
- wszystko niszczył i był "nieokiełznany". Serio? Od szczeniaka oczekiwali, że od razu będzie ułożonym, spokojnym psem...
- nie był rasowy, a oni chcieli jeździć z nim na wystawy. Nie wiem, skąd go wzięli, ale chyba kupując nie zorientowali się, że nie miał rodowodu,
- sika na podłogę, no cóż, psa czasami trzeba wyprowadzać, a szczeniaka nauczyć, żeby nie załatwiał się w domu, nawet jeśli ma się dom z ogrodem,
- zjada jedzenie zostawione na niskim stoliku, serio??? tak trudno nauczyć psa, żeby nie ruszał nie swojego jedzenia?
- jest agresywny w stosunku do dzieci. Tata opowiadał, że widział te dzieciaki na podwórzu i patrząc na to, jak się bawiły, a raczej jak siały zniszczenie dookoła, dla psa nie były łaskawsze.

Powiedzieli też, że chcieli go podrzucić do schroniska bo od dłuższego czasu nikt się nim nie interesował.

I całe szczęście, bo od kilku lat mamy przecudnego kanapowca, co prawda wyrósł spory, trochę mniejszy od doga. Największy przytulas na świecie. A tamte dzieciaki na prawdę musiały wzbudzić w nim jakąś traumę swoim zachowaniem, bo do dzisiaj ma problemy z obecnością dzieci w swoim otoczeniu.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (166)

#81861

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o nagłośnieniu w kościołach przypomniała mi historię mojej znajomej.

Było to kilka lat temu. Obie mieszkałyśmy w dużym mieście, ale w dzielnicy, która była trochę odseparowana od miasta. Można powiedzieć, że była osobnym małym miasteczkiem - większość ludzi się znała, nie było tam żadnych bloków, same domy i jeden kościół, do którego chodzili wszyscy z dzielnicy.

Pewnego razu proboszcz poprosił znajomą o projekt ołtarza (znajoma jest architektem). To nie było nic wielkiego. Odmalowanie ścian i sufitu, ale ksiądz chciał coś nowego, dlatego potrzebny był ktoś, kto się na tym zna.

Co ważne, znajoma nie wzięła zapłaty za tę pracę. Dla niej to było parę minut roboty. Zanim zacznie się hejt, chcę wyjaśnić, dlaczego. Projekt takiego ołtarza kosztowałby sporo, a wiedziała, że ksiądz może spożytkować te pieniądze w inny sposób. Proboszcz jest zupełnie inny, niż ci hejtowani w internecie. To znaczy nie ma takiego parcia na kasę. Często udziela sakramentów za darmo, jeśli wie, że ktoś po prostu nie ma na to pieniędzy. Często organizuje wyjazdy dla dzieci, też właśnie z biedniejszych rodzin. Znajoma powiedziała księdzu, żeby pieniądze, które chciał dać jej za projekt, wydał na jakąś wycieczkę dla dzieci, jakieś dwa tygodnie później odbyła się wycieczka do zoo. Pojechało na nią sporo dzieciaków, które z rodzicami na pewno by nie pojechały.

Remont się skończył, wierni zobaczyli i zaczął się lament. Co to za projekt? Na to poszły nasze pieniądze? (dodam, że wykonanie nie było bardzo drogie, bo jedyne, czego było potrzeba to rusztowanie, farba i dwóch malarzy). Projekt był bardzo prosty. Wszyscy ludzie, gdy rozniosło się, że znajoma bierze w tym udział, zaczęli, można powiedzieć, że słowny lincz na niej. Jak napisałam, dzielnica jak małe miasto, ludzie wiedzieli, ile znajoma bierze za małe projekty, to obliczyli, że za to musiała wziąć kilka tysięcy, a do tego przecież takie coś można było zrobić bez żadnego projektu. Przez dobre kilka tygodni krążyły plotki o tym, ile znajoma wzięła, że parafianie zasponsorowali jej nowy dom (kilka tygodni przed tym projektem, znajoma kupiła nowy dom w innym mieście. To też się rozniosło, oczywiście ludzie uznali, że kupiła go za pieniądze z kościoła).

Ksiądz kilka razy (na każdej mszy w niedzielę, po zakończeniu) mówił, że dziękuję za projekt, że za darmo, oczywiście ładniej ubrał to w słowa. Ale ludzie jak zwykle wiedzieli lepiej. Parę dni po zakończeniu, znajoma przeprowadziła się do nowego domu, plotki zakończyły się kilka tygodni po przeprowadzce.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#81905

(PW) ·
| Do ulubionych
Czekam ostatnio na znajomą. Stoję przy przejściu podziemnym, parę metrów ode mnie siedzi jakaś babka i sprzedaje tulipany, rozłożyła je płasko na ziemi. Przychodzi jakaś para z pieskiem, był wielkości mniej więcej buldoga francuskiego.

Para stanęła parę metrów od babki i o czymś rozmawia, psiak grzecznie usiadł obok nich.

Nagle babka zaczęła wołać psa. Na początku on nic. Potem woła coraz nachalniej, a w końcu wyciąga rękę udając, że coś w niej ma dla psiaka.

Pies się w końcu poddał i podszedł do niej, był na rozciąganej smyczy, niezablokowanej, gdy zobaczył, że nic tak naprawdę dla niego nie ma, nasikał jej na jeden z bukietów.

Babka zaczęła się wydzierać, wtedy właściciele zauważyli odejście psa. Krzyczała, że mają oddać jej pieniądze, że w ogóle nie pilnują psa, tyle szkód jej narobił itd.

Para trochę zmieszana, najwyraźniej nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło takie coś. Chcieli jej oddać za bukiet (ceniła sobie 15zł za, na oko jakieś 6-7 tulipanów).

Ale oczywiście musiałam się wtrącić. Powiedziałam, że to raczej jej wina, po co wołała na siłę do siebie obcego psa.

Odgrażała się policją, ale zaczęła zbliżać się straż miejska i baba szybko się zmyła. Nie wiem, czy można tam handlować kwiatami, czy miała inny powód, ważne, że skończyła swój cyrk.

Oceńcie sami, kto był piekielny, ale według mnie tylko ta baba.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (196)

#81812

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w dziesięciopiętrowym bloku. Jest w nim tylko jedna klatka, a na każdym piętrze po osiem mieszkań. Przed blokiem jest chodnik metrowej szerokości, a zaraz przy nim parking należący do bloku.

Z racji sporej ilości mieszkań i tego, że w większości mieszkańcy to młodzi ludzie, samochodów u nas jest dość dużo.

Ostatnio na parterze wprowadziło się starsze małżeństwo. Zajęli mieszkanie, którego jeden z pokoi sąsiaduje z windą. Kilka dni temu do gablotki z ogłoszeniami ktoś (czytaj na 99.9% nowy sąsiad) przykleił ogłoszenie: "Z racji ciszy nocnej, proszę o nieużywanie windy między godzinami 22 a 6.". Czasami tylko ludzi się podśmiewali, czekając na windę i czytając ogłoszenia. Po paru dniach, obok poprzedniego, pokazało się ogłoszenie: "Z racji na ciszę nocną, proszę o nie odpalanie samochodów i nie jeżdżenie po parkingu między godzinami 22 a 6.". Czujecie ten absurd?

Co prawda, okno tego samego pokoju, za którym jest winda, wychodzi na parking.
Ale. Wszystkie inne okna wychodzą na ulicę, która jest jakieś 3, może mniej, metry od bloku. Czekamy z sąsiadami, aż napisze gdzieś w sprawie, żeby samochody nie jeździły po tej ulicy w godzinach ciszy nocnej.

Kilka razy widziałam i słyszałam, jak zwracał uwagę sąsiadom, którzy często wracają do domu koło 4/5, żeby parkowali na ulicy i wchodzili po schodach (na piętra od 7 w górę po nocnej zmianie, tak mieszkają ci sąsiedzi, o których wiem, że zwracał im uwagę). Kilka razy odgrażał się policją. Raz czy dwa powtykał za wycieraczki mniej uprzejme prośby o to co wyżej.

Na razie to są taki dość błahe i absurdalne sprawy, ale patrząc na tego sąsiada i na to, jak odnosi się do innych, czuję, że niedługo zrobi się piekielnie.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (231)

#81559

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeden z powodów dużych kolejek i długiego czekania w, tutaj akurat, moim PGNiG.

Jest 5 stanowisk, w każdym można załatwić każdą sprawę, ale ostatnio zamontowano tam maszynę z bilecikami. Do wyboru jest jakieś 5, może 6 ogólnych spraw, jak rachunki, umowy itd. Każda sprawa ma inną, kolejną literę alfabetu i numerek.

Przyszłam tam dziś, wzięłam odpowiedni bilecik i tak sobie czekam. Obok mnie usiadła babka, która brała bilecik przede mną. Zajęło jej to dość długo, myślałam że może nie dowidzi, albo nie wie, co wybrać, ale nie. Ona wzięła każdy możliwy bilet, do każdej sprawy, czyli jakieś 6.

Jak pisałam, w każdym okienku można załatwić każdą sprawę, więc pomimo tych bilecików, i tak jest jedna kolejka. Babka wstała na pierwszy z numerków, jaki miała, a zanim minęła reszta tych "pustych" minęła dłuższa chwila, przez którą ktoś zdążyłby załatwić swoją sprawę.

Gdy wychodziłam, przy automacie jakaś inna starsza babka wyciągała już trzeci bilecik...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (123)

#81368

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to bardzo piekielne, ale tak beznadziejnie głupie, że musiałam to gdzieś opisać...

Jestem na pierwszym roku magisterki. Co ważne, po licencjacie zrobiłam sobie roczną przerwę, więc jestem w grupie z zupełnie innymi ludźmi.

Dużo wykładowców robiło nam egzaminy przed sesją, tak zwane zerówki. Nie wstawiali z nich ocen od razu do wirtualnych indeksów, tylko najpierw wysyłali na grupowego maila. Jeśli ktoś zdał zerówkę, nie musiał podchodzić do egzaminu w sesji. Część wyników była w plikach tylko do odczytu, ale niektóre otwierały się w Wordzie, więc można było w nich coś zmienić, ale po co to komu?

No właśnie...

W całej mojej 30-osobowej grupie jest 5 osób, które wpadły na iście genialny plan.

Jeśli nie zdali jakiegoś egzaminu, a wyniki były w Wordzie, to zmieniali swoje wyniki, a potem nie przychodzili na egzamin. Wykładowca wstawiał im 2, a oni oczywiście afera, bo przecież na wynikach z zerówki mieli zdane.

Żaden z tych geniuszy nie wpadł na to, że przecież ocena nie bierze się znikąd, a wykładowca ma ich ocenione testy. Oczywiście nie pomyśleli też o tym, że nawet na grupowym mailu jest "oryginalna" wersja wyników.

Z racji, że wszystkie egzaminy były przed sesją albo na jej początku, to pomimo że sesja poprawkowa zaczyna się oficjalnie za dwa tygodnie, już było kilka poprawek, na które owi studenci raczyli przyjść, znaczy przyszli na pierwszą, na której też byłam, bo na kolejne raczej nie już nie przyjdą. Afera naprawdę spora, byli uzbrojeni w wydrukowane wyniki, te pozmieniane.
Wykładowca, spokojny człowiek, nie dał się ponieść emocjom, chociaż oni od razu zaczynali się, po prostu, drzeć i kłócić. Pokazał im ich testy i maila z plikiem, którego wysłał na naszą grupę. Wszyscy równo czerwoni, nie wiedzieli, co powiedzieć. Wykładowca od razu poszedł do dziekana.
Nie wiem, jakie zostały wyciągnięte konsekwencje. Zobaczymy, czy w następnym semestrze nadal będą w naszej grupie.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (218)

#81358

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak sprawić, żeby zdolny nastolatek stracił pewność siebie i jakiekolwiek chęci do dalszej nauki?

Mój kuzyn jest teraz w trzeciej klasie gimnazjum. Odkąd pamiętam uwielbiał język angielski. Obecnie jest na dużo wyższym poziomie niż zazwyczaj ludzie w jego wieku, potrafi zrobić sporo zadań z matury rozszerzonej, łatwo przestawia się z polskiego na angielski, gdy musi porozmawiać z kimś, kto nie mówi po polsku.

Ostatnio zrobiłam małą parapetówkę dla rodziny w nowym mieszkaniu, w którym mogłam w końcu poustawiać całą kolekcję moich książek na widoku, do tej pory były pochowane. Co ważne dla historii, część z nich jest właśnie po angielsku.
Oczywiście odwiedził mnie też kuzyn z ciotką i wujem.

Ciotka zainteresowana zaczęła przeglądać, wybrała jedną i chcąc pochwalić się przed rodziną umiejętnościami kuzyna, kazała mu przeczytać i przetłumaczyć jakiś fragment.
Chłopak się zestresował, coś tam przetłumaczył, reszty nie mógł. Ciotka od razu się zapowietrzyła, zaczęła się drzeć na niego, że jest beztalenciem i nieudacznikiem, że nie po to płaci tyle za jego zajęcia, żeby nie umiał przetłumaczyć z marszu prostego tekstu. Po prostu objechała go od góry do dołu. Chłopak mało się nie popłakał, na szczęście rodzina po jego stronie trochę ciotkę uspokoiła.

A w czym problem? Jestem na pierwszym roku magisterki z managementu (zarządzanie tylko, że wszystko po angielsku). Ciotka wybrała jakąś książkę do finansów czy księgowości, w której większość to słowa albo zwroty typowo związane z tym tematem. A kuzyn nawet nie otarł się w życiu o te tematy, bo i po co, na razie. A założę się, że ciotka nawet po polsku nie wiedziała by co znaczą niektóre z nich.

Z tego co wiem, chłopak na razie przestał się uczyć samemu, nie rozwiązuje żadnych matur, nie czyta książek po angielsku, co zawsze lubił robić. Ciotka nie widzi nic złego w tym co zrobiła, zapisała chłopaka na dodatkowe zajęcia (cztery razy w tygodniu, do tej pory były dwie), bo przecież on nic nie umie...

Dla wyjaśnienia:
Tak się złożyło, że chora ambicja matki, żeby syn mówił płynnie po angielsku, zbiegła się z pasją chłopaka, co trochę ułatwiało sytuację, ale nieważne, co chłopak by nie robił, dla niej to i tak za mało.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (147)