Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kluskaa

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 9:38
Ostatnio: 9 maja 2017 - 13:51
  • Historii na głównej: 6 z 8
  • Punktów za historie: 1552
  • Komentarzy: 7
  • Punktów za komentarze: 53
 
zarchiwizowany

#78057

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiele się mówi o pokazywaniu zdjęć dzieci, często nagich na profilach na facebooku, czy innych mediach społecznościowych, co może przyciągać pedofili itd.

Opiszę coś innego, co widziałam ostatnio i chciałam też zwrócić uwagę rodziców, szczególnie dziewczynek, żeby bardziej pilnowali dzieci pod tym względem.

Jadę ostatnio przez osiedle. Pełno wąskich uliczek, więc rozglądam się dookoła, czy ktoś nie wyjeżdża. Na placyku zaraz obok ulicy znajdują się trzepaki. Pewnie większość z nas się kiedyś na takich bawiła. Ale do rzeczy na jednym z nich bawią się dwie dziewczynki, na oko 7/8 lat. Pogoda ciepła, więc obie w sukienkach. I tu właśnie ten "problem". Bawią i wieszają się na tym trzepaku tak, że widać wszystko, co mają pod sukienkami.

Nie żebym się czepiała, ale nie wiemy, kto kręci się po osiedlu i patrzy na nasze dzieci, więc pilnujmy ich i zwracajmy uwagę nawet na takie "pierdoły" jak strój w jakim wychodzą na dwór się bawić.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -13 (15)

#78018

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam ostatnio pewną sytuację. Osobiście nie czuję się winna, ale oceńcie sami.

W październiku 2016, pożyczyłam wujkowi samochód, nie ma znaczenia, gdzie nim jeździł, ale co ważne woził nim wiertarkę i dużo dużych wierteł. Akurat po tym jak mi go oddał, przeprowadziłam się jakieś 400 km, więc nie było okazji do rozmowy.

Ale do rzeczy. Z reguły nie używam bagażnika, zakupy kładę na tylne siedzenie i wierzcie mi lub nie, ale od października do kwietnia nawet nie otworzyłam bagażnika. W kwietniu właśnie wyjeżdżałam do rodzinnego miasta, a że bagaż miałam spory, to w końcu użyłam bagażnika. Po otwarciu znalazłam w nim ok. półmetrowe wiertło. Postanowiłam oddać je właścicielowi, będąc już u rodziców. Rodzice i wujek mieszkają w tym samym mieście, więc mając wolną chwilę podjechałam do niego.

On ucieszony, że nalazłam, bo myślał, że gdzieś zgubił, chociaż zdążył kupić nowe, zapasowe zawsze się przyda. Za to ciotka, oburzona, że dopiero teraz je oddaje, że jak tak mogłam przetrzymywać cudze rzeczy. W ogóle nie dała sobie wytłumaczyć, że nie miałam pojęcia o tym, że coś zostawił. Po tym, jak mi oddał samochód nie dzwonił, żeby zapytać, czy coś zostawił. Ciotka kazała mi oddać pieniądze za wiertło, które wujek sobie kupił, na szczęście on powiedział, że nie muszę, bo to nie moja wina, a dla studenta to jednak jest obciążenie (takie wiertło jak on używa kosztuje ok. 100zł, plus paliwo, bo w naszym mieście takich się nie kupi).

Od tej sytuacji widziałam się z nimi jeszcze kilka razy. Przy każdej sytuacji ona rozpowiada, że przeze mnie ponieśli koszta. Na szczęście reszta rodziny też jest normalna i poznała sytuację, więc trzyma moją i wujka stronę, a ciotka nadal utrzymuje, że powinnam im to oddać. Przestała się ze mną witać na rodzinnych spotkaniach, a gdy jesteśmy na osobności z jakiejś przyczyny, powtarza mi, że po mnie się tego nie spodziewała, że myślała, że rodzice inaczej mnie wychowali itd. Ja osobiście nie zamierzam oddawać tych pieniędzy. Co wy sądzicie?

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 262 (282)

#77848

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele było historii o rodzicach, którzy nakładają na dzieci za dużo obowiązków i zajęć. Ja opiszę historię zupełnie odwrotną. Napisaną za zgodą przyjaciółki, bo jest to o niej.

Zazwyczaj mamy zachęcają swoje dzieci do różnych zajęć, dopingują, gdy dzieci próbują nowych zajęć i tak dalej. Ale nie matka mojej przyjaciółki.

Odkąd pamiętam Marta (moja przyjaciółka) nie miała żadnych zainteresowań. Często próbowałam ją zachęcać do tego co akurat robiłam (w przeciwieństwie do niej zmieniałam zainteresowania co chwila). Niestety szybko rezygnowała, jak się potem okazało, przez swoją matkę.

Osobiście byłam świadkiem kilku takich zdarzeń:

1. Pralinki.
Marta chciała zacząć robić domowe pralinki. Pożyczyłam jej potrzebne przyrządy (Jak pisałam, często zmieniałam zainteresowania, więc miałam mnóstwo rzeczy do przeróżnych zajęć, dodatkowo moja mama jest podobna pod tym względem, więc razem zebrałyśmy na prawdę dużo rzeczy). Znalazła jakieś przypisy w internecie i zrobiła. Wg mnie jak na pierwszy raz były bardzo dobre, ale niestety nie idealne. Od razu jej matka zaczęła: "ta za twarda", "ta za miękka", "ta ma za dużo nadzienia" i dalej w ten deseń. Jak się można domyśleć Marta od razu się zniechęciła i poprzestała na tym jednym razie.

2. Paznokcie hybrydowe.
Ja takie robię i Marta też chciała spróbować. Zostałam jej królikiem doświadczalnym. Wg mnie paznokcie też jej wyszły spoko jak na pierwszy raz. Długo się trzymały (dla zainteresowanych 3 tyg.), trochę wyszła na skórkę, ale wiadomo, że to jest do wypracowania. Jej matka zainteresowana tym, jak wyszło od razu zaczęła swój "koncert": "skórkę zalałaś", "tu zaraz odpadnie, zobaczysz" i tak dalej.

Było jeszcze kilka(naście) takich sytuacji, ale praktycznie wszystkie takie same. Marta coś zaczynała, jej matka krytykowała, Marta kończyła po pierwszym razie.

Dodam jeszcze, że jej matka nie znała się na żadnej z dziedzin, jakie próbowała Marta, a ta "historia" trwa praktycznie odkąd pamiętam.

Jak można być taką matką?

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (256)

#77481

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzka mentalność kiedyś mnie zabije...

Lubię kupować dużo, tzn. zamiast chodzić co kilka dni do sklepu po wodę, mleko i soki wolę jechać raz na jakiś czas do Makro albo Selgrosa i kupić po kilka zgrzewek wszystkiego.

Byłam ostatnio po takich zakupach, ale niestety zepsuł mi się wózek, którym zawsze to woziłam, więc pod blokiem postawiłam samochód blisko drzwi, zakupy postawiłam przy windzie i poszłam przeparkować samochód, żeby nie stać na środku.

Wracam i widzę, że jedną zgrzewkę soku taszczy po schodach sąsiadka (mieszka na parterze), na szczęście było to dla niej trochę za ciężkie, więc daleko nie uszła (kobita ok. 80 lat, zgrzewka 9 litrów soku).

Zwracam się do niej po moją własność. Co na to kobieta? Że nie mam żadnych dowodów na to, że to moje soki, a stały sobie przy drzwiach. Co z tego, że widziała, jak przenoszę to wszystko z samochodu do bloku, bo akurat wchodziła, gdy niosłam ostatnią zgrzewkę...

Taka przepychanka słowna trwała dobre kilka minut, aż sobie coś przypomniałam. Uświadomiłam ją o kamerach przy wejściu, dopiero wtedy łaskawie oddała mi to, co moje. Już nawet nie usłyszałam, tego co mruczała do siebie pod nosem, gdy poszła dalej.

Nawet nie wiem, jak to skomentować...

ludzie

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 345 (361)

#77294

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak można być takim debilem na drodze?!

Jechałam ostatnio autostradą. Tempomat ustawiony na 140km/h. Droga pusta, czasami coś mnie wyprzedzi.

Po drodze trafiłam na małą "kolumnę" aut jadących wolniej (kolejność w jakiej wyprzedzałam je: tir, tir, osobówka, autokar), więc standardowo patrzę, czy można wyprzedzać. Pusto, więc jadę.

Gdy byłam między osobówką, a autokarem widzę w lusterku, że zbliża się coś dość szybko i już z daleka mruga światłami, żebym już natychmiast zjechała z tego pasa, bo jemu tak strasznie się śpieszy! Odległość między wyprzedanymi pojazdami jest, ale za mała, żebym tam zjechała bez wymuszania na nich hamowania.

Gdy byłam już przodem mojego samochodu za końcem autokaru (więc nie było fizycznej możliwości, żebym mogła gdziekolwiek zjechać i ustąpić Królowi autostrady), podjechał z tyłu mnie tak blisko, że we wstecznym lusterku nie było widać nawet jego świateł.

Gdy wyprzedziłam autokar zjechałam na prawy, a on co? Oczywiście przede mnie i hamuje. Na szczęście refleks mam dobry i dzięki Bogu na lewym pasie nic nie jechało, więc szybko zjechałam, autokar też był w odległości takiej, że nic się niestało.

Jakim kretynem trzeba być, żeby robić takie rzeczy i narażać ludzi? Gdybym przy takiej prędkości wjechała w niego, raczej by ze mnie nic nie zostało...
Żałuję, że nie miałam w samochodzie kamery.

"kierowcy"

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (293)

#77274

(PW) ·
| Do ulubionych
To chyba nowy typ osób z kupujących na OLX - znajomi.

Wystawiałam na tej stronie drukarkę. Kilka osób pisze, ale potem nagle przestaje, wiadomo, często tak jest.

Ale w końcu się prawie udało. Czemu prawie?
Miałam z kupującym już wszystko dogadane. Płacił przelewem, ja drukarkę wysyłam i wszystko ok. No ale jednak nie. Podczas dawania nr konta do przelewu, podałam adres (po prostu myślałam, że trzeba, bo gdy ja byłam kupującym, to zawsze dostawałam też adres). No i się okazało, że kupującym jest moja znajoma z liceum (znała mój adres, dodatkowo w danych do przelewu było nazwisko).

I się zaczęło. Od razu wiadomość, czy z racji, że jesteśmy przyjaciółkami z liceum (nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a ona zdawała się mnie nie lubić przez całą szkołę), to sprzedam jej drukarkę taniej o 100zł? (Drukarka kosztowała 200, i tak już cena była obniżona, bo nie mogłam jej sprzedać). Po kilku moich odmowach postanowiła załatwić sprawę osobiście. Przyjechała pod adres, który wysłałam w wiadomości, ale tu zonk, bo kilka lat temu przeprowadziłam się i nie zmieniłam adresu w banku. Otworzyli jej rodzice, zdziwieni o co chodzi.

W końcu zmieniła taktykę i... przelała mi 100 zł. Napisała, że jeśli nie wyślę jej drukarki, pójdzie na policję (taa... przyjaciółka z liceum...). Nie przewidziała funkcji "przelew zwrotny" na stornie banku.

I chyba w końcu dała sobie spokój, bo nie było u mnie ani policji, ani kolejnej wiadomości od niej, jednak czekam, co tam znowu wymyśli...

znajomi z olx

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 313 (315)

#77076

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory tylko czytałam, ale historia gregortrener #77012 przypomniała mi podobną, luźno z nią związaną, którą chcę opisać :)

Jestem studentką trzeciego roku. W zeszłym roku, po sesji, miałam miesiąc ferii, chciałam znaleźć sobie jakieś zajęcie i tak się dogadałam z kuzynką, że przez tydzień będę się zajmować jej synami (8 i 6 lat), gdy ona i jej mąż zrobią sobie krótkie wolne, bez dzieciaków. Planowali to już od jakiegoś czasu, a że lubię spędzać z chłopakami czas, to się zgodziłam.

Zaczęłam w niedzielę, więc spokój. Graliśmy sobie w planszówki, trochę na xboxie i jakoś zleciało. A potem nadszedł poniedziałek. Przez kolejne 6 dni myślałam, że nie wyrobię.

Codziennie kończyli szkołę/zerówkę o 13. Potem godzina wolnego, czas na obiad i się zaczyna. Każdego dnia przynajmniej dwa dwugodzinne zajęcia. Do wyboru piłka nożna, judo, basen, tenis. Dodatkowo młodszy ma pewne problemy i do tego trzeba dołożyć logopedę.

Gdy na początku roku szkolnego z nimi rozmawiałam, naprawdę się cieszyli, że będą chodzić na takie zajęcia, ale wiadomo. Ile można? Dodatkowo owy tenis był właśnie niespełnioną fantazją męża mojej kuzynki. Jednak ich zapał, który był na początku, szybko minął. Kilka razy, gdy się nimi opiekowałam płakali, że chcieliby chociaż jeden dzień zostać w domu. I o ile z moją kuzynką nie byłoby problemu, gdybym im pozwoliła, to z jej mężem gorzej. Gdy ostatnio zostali na kilka dni z dziadkami, potrafił codziennie dzwonić do trenerów, pytając się, czy chłopcy byli na zajęciach. Potem zrobił dziadkom awanturę, że młodszy opuścił tenis (głównie dlatego, że się rozchorował i miał ponad 38 stopni, ale to jakoś do jego ojca nie dochodziło).

O sobotach nawet nie wspomnę. Praktycznie raz w miesiącu całodzienny turniej lub mecz. W pozostałe soboty kilkugodzinne treningi.

Jak następnego dnia dziecko ma myśleć, gdy codziennie wraca do domu ok. 19, a jeszcze musi odrobić lekcje, pouczyć się, jak ma sprawdzian, zjeść kolację i, przede wszystkim, odpocząć?

Rodzice, naprawdę, myślcie albo pytajcie, czy wasze dzieci same chcą chodzić na takie zajęcia, czy to tylko wasze marzenia z młodości, których nigdy nie spełniliście.

Ambitni rodzice

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (224)
zarchiwizowany

#77143

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lekarze...

Poszłam ostatnio do mojej pani doktor. Miałam strasznie suchą skórę, żadne balsamy nie pomagały, do tego dziwna "plama"/żyłki na piersi, która pobolewała (kilka kobiet w mojej rodzinie w tym też w prostej linii do mnie zmarło na raka piersi, więc wolałam to sprawdzić).

Niestety do mojej wizyta ta plama zniknęła, jednak nadal pobolewało. Reakcja pani doktor? "No przecież zniknęło, to o co chodzi? A jak lekko tylko pobolewa to przestanie. Po co zawraca głowę?! A sucha skóra, to wcierać krem. Nie pomaga? To więcej kremu."

Na szczęście była to wizyta w przychodni na NFZ, więc za nią nie płaciłam, ale za radą koleżanki zapisałam się prywatnie, do jej lekarza, który podobno nie ignoruje tego, co mówi pacjent.

lekarze

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

1